środa, 7 lipca 2010

#496 - Kapitan Sheer na dwa głosy

Marcinowi Podolcowi zapewne ciąży etykietka najbardziej obiecującego talentu wśród młodych komiksiarzy, przysłowiowej "ostatniej nadziei białych" i z chętnie by się jej pozbył. Popularny "Kolec" bardzo wcześnie zaczął swoją przygodę z opowiastkami obrazkowym. Mając zaledwie 17 lat narysował pełnometrażowe "Ser-ce", będące albumem „na zlecenie”. Wypada więc uznać, że to właśnie "Kapitan Sheer" jest pełnoprawnym debiutem Podolca, przygotowanym wespół z Robertem Wyrzykowskim, jako współscenarzystą.

Janusz Topolnicki:

Kiedy, jeszcze przed lekturą, przekartkowałem "Kapitana Sheera", odniosłem wrażenie, że jest to komiksowy odpowiednik poematów prozą. I w gruncie rzeczy nie pomyliłem się. Tytułowy Kapitan oraz jego pomocnik Bosman opowiadają nam o przyjaźni, problemach, kobietach i sztuce, spajając to wszystko kilkoma motywami przewodnimi. W moim przypadku ten gatunek liryki kojarzy się wręcz synonimicznie z "Paryskim Splinem" Charlesa Baudelaire'a, a to oznacza, że przed autorami stoi trudne zadanie bym po lekturze powiedział "dobre to". A to dlatego, że trzeba sporo mądrości (a może bardziej doświadczenia?) życiowej i bardzo lekkiego pióra, by w kilku zdaniach zawrzeć ciekawą myśl i jeszcze trafnie ją spuentować. Czy Marcinowi Podolcowi i Robertowi Wyrzykowskiemu ta sztuka się udała?

Przygody dwóch szczurzych wilków morskich płyną w tej historii jakby dwutorowo. Z jednej strony mamy fabułę, która porusza szerokie spektrum problemów i zagadnień. Czasem są to rozmyślania o Bogu, pięknie i marzeniach, a innym razem o kobiecych piersiach, piłce nożnej czy ludzkiej próżności. Niektóre z nich są naprawdę zabawne, ciekawie skonstruowane albo (te najlepsze) po prostu trafne. Jednak zdarzają się również historyjki delikatnie mówiąc niezrozumiałe, a nawet i banalne. Podobnie sprawa wygląda z tłem tych wszystkich "rozważań", czyli przyjaźnią między Kapitanem a Bosmanem. Kadr po kadrze poznajemy ich relacje, które tylko z pozoru są "służbowe", w rzeczywistości będąc prawdziwą męską (szczurzą?) przyjaźnią, w której jest miejsce na różnicę poglądów, odrobinę złośliwości i poszanowanie potrzeby prywatności i życiowej przestrzeni. I tylko sama końcówka komiksu odrobinę razi, ponieważ jest ona tak brutalnie dosadna, jakby autorzy bali się, że czytelnik nie zrozumie więzi, jaka łączy bohaterów.

Na szczęście "Kapitan Sheer" ma jeszcze drugą stronę medalu. A jest nią zabawa komiksową materią i formą, która momentami sprawia, że przygody Kapitana i Bosmana stają się wręcz metakomiksem. Pokazuje on jak potężnym i różnorodnym środkiem przekazu może być "historyjka z dymkiem". Pozornie wygląda to tylko na starania by "monotonne tło" i "brak akcji" nie nudził czytelnika. Dlatego od samego początku musi on sprostać nietypowym kadrom, które zmuszają do obracania komiksu, układania puzzli, zagrania w grę planszową czy przejścia labiryntu. Ale do tej interaktywnej lektury dodano jeszcze opowieść o komiksie samym w sobie. Poznajemy w niej losy "kolorowego zeszytu" - od powstania, krytyki i chwil "sławy" aż do reedycji, a na końcu całość zamknięta jest przewrotną klamrą kompozycyjną. Wszystko to sprawia, że "Kapitan Sheer" jest bardziej opowieścią o komiksowym medium (jego oryginalnych możliwościach i ograniczeniach jako formy, oraz losów gotowego produktu) aniżeli o dwóch szczurach na pełnym morzu. To hermetyczna zabawa z tematem, a zarazem możliwość "poznania" naszego środowiska (bagienka? ryneczku?) od strony zabawnych niuansów.

Na końcu, zgodnie z maksymą "last but not least", muszę w pełni i bez jakiegokolwiek "zająknięcia" pochwalić stronę graficzną komiksu. Choć dla niektórych mogą to być "tylko" dwa szczury na tle morskiej pustki, to dla mnie są to "aż" dwa szczury (nie licząc gościnnych występów), które w opowieści nastawionej na treść eksplodują szczegółem mimiki i ruchem. W doskonały sposób współgrają z opowieścią, nie przysłaniając jej ani odrobinę. I chwała im za to. Ponieważ choć Marcinowi Podolcowi i Robertowi Wyrzykowskiemu nie udało się "dorównać" do "Paryskiego Splinu" (tak naprawdę nigdy się tego nie spodziewałem), to stworzyli oni fantastyczną opowieść o komiksie, którą śmiało można polecić jako elementarz historii obrazkowych....

Kuba Oleksak:

Z "Sheerem" Marcin Podolec porwał się na niesamowicie ambitne zadanie. W formie humorystycznych jednoplanszówek postanowił ubrać swoje refleksje zarówno o sprawach ważnych i ważniejszych, jak i tych nieco mniej istotnych. Przemyślenia o sensie życia, miłości, kobietach, ludzkiej, czy też raczej szczurzej naturze i innych ważkich i uniwersalnych sprawach przeplatają się z dywagacjami o serze, piłce nożnej czy… komiksie. Błaha codzienność i głupie żarty Kolec chciał pogodzić z delikatnie filozofującymi treściami w stylistyce "nieśmiesznego humoru". Bo "Kapitan Sheer" nie jest właściwie zabawny, w tym sensie, że jego lektura owocuje salwami śmiechu. Wzbudza raczej delikatny uśmieszek w kącikach ust konceptem, wyrafinowaną formą, jakimś celnym spostrzeżeniem. W większości takie "żarty" Podolca są bardzo udane, pomysłowe i celnie spuentowane, choć nie uniknął kilka wpadek.

Nieco gorzej rzecz ma się z ich przedmiotem, treścią. Z dwóch głównych bohaterów komiksu, szczurzych marynarzy, Sheera i Bosmana, pływających po morzach w puszcze po sardynkach, bardzo często wyłazi Marcin Podolec. Dla mnie było to uczucie bardzo wyraźne. W przygody i rozmowy bohaterów wplecione zostały przemyślenia ich autora, dziewiętnastoletniego maturzysty. I trafiają się naprawdę udane koncepty, świetnie rozpisane na komiksową grę słowa z obrazem. Te komiksy są zdecydowanie najlepsze w albumie. Ale zdarzają się też rzeczy niepotrzebnie wydumane ("Kapitan Sheer i włosy"), boleśnie ślizgające się po powierzchni ("Kapitan Sheer i włosy") czy zwyczajnie banalnie ("Kapitan Sheer i ananas"). Zdecydowanie lepiej wychodzą przekomarzanki Sheera i Bosmana, niż kiedy silą się na domorosłą filozofię życiową.

Zupełne inaczej rzecz ma się w przypadku formy. Kolcowi-komiksiarzowi, w przeciwieństwie do Kolca-myśliciela, nie można wiele zarzucić. Autor, pomimo młodego wieku, dysponuje świetnym, komiksowym warsztatem. Ma pewną kreskę, która może się podobać. Świetnie czuje język narracji obrazkowej, nie boi się bawić fakturą dymków, kadrów, układem planszy. Stara się wykorzystywać wszystkie możliwości, jakie zapewnia mu komiksowa forma. Bardzo zgrabnie wplótł w rejs Sheera i Bosmana wątek autotematyczny, dotyczący procesu tworzenia komiksu, przedstawiania go czytelnikowi i jego krytyce. W tym fragmencie, który w finale bardzo zgrabnie spina cały album, czuć autentyczność, czuć pazur, którego brakuje całości. "Kapitanowi Sheerowi" bowiem brakuje siły, brakuje charakteru, komiks jest mało wyrazisty, nie angażuje, nie połyka swojego odbiorcy. Przynajmniej tak było w moim przypadku.

Niemniej, jeśli Marcin Podolec regularnie będzie doskonalił swoje komiksowe skille, to jestem strasznie ciekaw owoców jego pracy za następne pięć, dziesięć i piętnaście lat. Warsztat ma, potrzeba teraz, żeby okrzepł, jako twórca. Z całą pewnością "Kapitan Sheer" to najciekawszy komiksowy debiut od czasów Daniela Chmielewskiego i jego "Powidoku". Kolec z pewnością dysponuje wielkim potencjałem i na razie musi mu wystarczyć, że (wciąż!) będzie uchodził za młodego, zdolnego i obiecującego.

10 komentarzy:

kaerel pisze...

oj.... jeszcze się niejeden twórca przekona jak długo można uchodzić za za młodego, zdolnego i obiecującego. nie ważne ile lat na karku, nie ważne ile albumów.

Kuba Oleksak pisze...

Ojtam, ojtam Karolu. Tp, że kilku półgłówkow uważa, KRLa czy Trusta za "młode talenty" nijak się ma do tego, że przed Kolcem jeszcze długa droga.

Zauważ, że np. o takim Frąsiu czy Rebelce nikt nie pisze, że są młodzi i piękni - bo to już wyjadacze. Tak, jak i Ty.

Mr. Herring pisze...

Moim skromnym zdaniem twórca ogarnia komiks w okolicach 50-tki, więc do 40-stki można być "wiecznie" młodym, zapowiadającym się:)

Andrzej Janicki pisze...

Po czterdziestce, to już jest "druga młodość", czyli można dalej się dobrze zapowiadać.

Kuba Oleksak pisze...

Ojtam, ojtam, wy już dobrze wiecie o co chodzi. I nie ma się co zasłaniać się mi tu zdaniem coponiektórych twierdzących, że wszyscy polscy twórcy z rysujący w latach dziewięćdziesiątych i później to "wiecznie młodzi zdolni".

Bo to bzdura jest

Robert Wyrzykowski pisze...

Trochę niepokoi mnie silne patrzenie na ten album przez pryzmat wieku Marcina i ewentualnych "licealnych przemyśleń", a to powtarza się już w kolejnej recenzji.

Mam nieodparte wrażenie, że w tym momencie starsi wiekiem recenzenci kwestionują możliwości głównego autora do w pełni świadomej kreacji osobowości własnych bohaterów, bo gdzieś tam musi czaić się nastoletnie emo, skoro wymowa generalnie smutna, zaś sam autor dzieło ukończył przed zdaniem matury. To, że sam Sheer jako postać miewa tendencje do takich górnolotnych porównań typu "mężczyzna-przystań kobiety" czy "kobieta-słodki ananas" jest immanentnym elementem jego charakteru, zaś niekoniecznie własnymi poglądami autorów. Dobrze to zauważył Śledziu na blogu - Sheerowi tylko się wydaje, że zna życie, stawia się w pozycji doświadczonego mędrca co to każe Bosmanowi spisywać swoje "wielkie odkrycia", każde skwapliwie numeruje. W gruncie rzeczy jednak Sheer niewiele tam wie, buja się na łajbie pośrodku niczego i marzy mu się kolejna ucieczka od otaczającej go rzeczywistości, bo pewnie i na puszkę od sardynek uciekł przed kobietami, dłużnikami i własnym niedopasowaniem do życia na lądzie.

Jasne, ten album nie jest bez wad, sam widzę pewne mielizny, które mam nadzieję uda się uniknąć w przyszłości - ale traktowanie całości w kategorii "nastoletnich wynurzeń" jest jednak wytrychem intelektualnym.

kolec pisze...

To ja tylko dodam, dla formalności, że Włosy i Ananas napisał Robert..

Janusz Topolnicki pisze...

A ja dodam, że z mojej strony pisanie o "doświadczeniu życiowym" nie miało na celu "wypomnienia" młodego wieku twórcy.
Uważam tylko, że takie refleksje by były naprawdę trafne i zabawne wymagają od piszącego odpowiedniego połączenia mądrości, doświadczenia i lekkiego pióra, co jest dosyć rzadko spotykaną kombinacją.
Dla mnie taką osobą jest właśnie Baudelaire....

Kuba Oleksak pisze...

Nie chce być źle zrozumianym. Po pierwsze. A po drugie nie chce, żeby zaczęło się tu jakieś gildiowe dzielenie włosa na czworo, salwy quotowanych po fragmencie zarzutów i seria na nich odpowiedzi, bo to momentami strasznie odbiera ochotę na odpisywanie.

Robercie, tok mojego rozumowanie nie przebiega od świadomości ile Kolec ma lat, do odbioru komiksu jego autorstwa, tylko w odwrotnym kierunku. To nie tak, że kreacja jego bohaterów jest niewiarygodna, nieudana. Śledziu napisał, że jest dobra, ja się z tym zgadzam.

Napisałem, że wyłazi z nich ich autora. Nie wiem, czy jest to zamierzone, czy mimowolnie, ale ja miałem takie wrażenie podczas lektury. Inaczej tego nie mogę argumentować, to po prostu odczucie.

O tym, że ten autor jest niedojrzały, naiwny i nic nie wie o życiu nigdzie nie napisałem. Napisałem ,że jest dziewiętnastoletnim maturzystą. Umyslnie :), dodając potem:

"Zdecydowanie lepiej wychodzą przekomarzanki Sheera i Bosmana, niż kiedy silą się na domorosłą filozofię życiową."

Sheera i Bosmana, nie Kolca-Podolca.

KRL też wyłaził z głownego bohatera w LOPZie, Myszko rozszczepiał się na Psora i Tanka, a duch Śledzia krążył nad Smutnym, że tak dość prowokacyjnie napiszę.

pstraghi pisze...

Uwielbiam jak autor broni swojego dzieła:D

A co do licealności - jeżeli komiks grzęźnie miejscami na mieliznach nastoletniej filozofii, a autor jest nastolatkiem, to ja jako recenzent nie powinienem tego dostrzegać jak rozumiem? Dzieło powinienem odbierać, jako oderwany od rzeczywistości byt idealny, który rozpatrywać mogę jeno tylko w kontekście nieskończoności piękna i sztuki?

I to nie jest tak, że gdzieś tam musi się czaić nastoletnie emo, bo recenzenci tak chcą. Ono się tam po prostu czai.