Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Paul Azaceta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Paul Azaceta. Pokaż wszystkie posty

środa, 14 kwietnia 2010

#421 - Noir według Marvela

Prochowce nie są ani zbyt wygodne ani specjalnie modne, pistolety może i dodają pół metra wzrostu, ale ile kłopotów sprawiają przy załatwianiu pozwoleń, a femme fatale choć seksowna to następnego dnia okazuje się być gorsza od litra wódki. Ale mimo tego, kto nie lubi książek Raymonda Chandlera, filmów z Humphreyem Bogartem oraz - w przypadku ludzi z naszego "środowiska" - komiksów o Blacksadzie? Właśnie dlatego, kiedy w połowie zeszłego roku zrobiło się głośno o trykotach Marvela w wersji noir stwierdziłem, że muszę to przeczytać....

Marvelowski cykl noir rozpoczął się od Daredevila, by następnie rozprawić się po kolei ze swoimi najpopularniejszymi bohaterami - Spider-Manem, mutantami z X-Men, Punisherem, Iron Manem lecz również i mniej znanym Lukiem Cage'em. Wszystkie historie zamykają się w czterech zeszytach za wyjątkiem one-shota w postaci "Weapon X Noir". Ja zapoznałem się z pierwszą czwórką wymienionych komiksów i niestety muszę napisać, że ta dawka superbohaterów w prochowcach w pełni mi wystarczy. Powodów jest kilka....

"Czarne kryminały" to zazwyczaj historie, które fascynują nie tylko ciekawą zagadką detektywistyczną i twardym, zgorzkniałym bohaterem, lecz, czasem może nawet przede wszystkim, ciężkim nastrojowo światem, gdzie tanie prostytutki o złotych sercach mieszają się z bezwzględnymi "ludźmi interesu", a słońce świeci tylko nad rezydencjami bogaczy, tanim barom zostawiając wyłącznie gęsty, nikotynowy dym. I choć zazwyczaj ta rzeczywistość jest mniej lub bardziej przewidywalna to miłośnika tych klimatów chyba nigdy nie znuży. Niestety twórcy marvelowego noir nie pokusili się o umieszczenie swoich historii w tak fascynującym świecie, jakby bali się, iż czytelnicy zapomną, że to nadal są komiksy o superbohaterach. Dlatego nie licząc odmiennej mody i regresji technologicznej, jest to właściwie ten sam świat, który znamy ze standardowych zeszytów Marvela. Jonah Jameson zwalcza Spider-Mana za pomocą "Daily Bugle", wspólnikiem Matta Murdocka jest Foggy Nelson a Jean Grey i Scott Summers są parą.

Jednak mógłbym przymknąć oko na tę "zachowawczość" w kreowaniu alternatywnego świata, gdyby scenarzyści zaprezentowali rasowe, kryminalne opowieści. Niestety tak się nie stało. W przypadku Spider-Mana (David Hine scenarzystą) i Punishera (Frank Tieri) mamy do czynienia z następną wersją ich genezy, a historia X-Menów (od Freda Van Lente) to "kolejny" pojedynek z Magneto. Na tle tych komiksów "Daredevil Noir", pomimo do bólu standardowego zestawu postaci (Fisk i Bullseye), broni się najlepiej. A to dlatego, że Alexander Irvine jako jedyny zdecydował się opowiedzieć jakąś konkretną historię. I choć opowieść o dążeniu do zemsty za śmierć ojca jest prosta i niezbyt oryginalna to całkiem sprawnie wpisuje się w nastrój "czarnego kryminału". Gdy dodamy do tego fakt, że chociaż tym razem oszczędzono nam scen z "narodzinami" bohatera oraz ciekawe połączenie postaci Elektry i Bullseye'a, to otrzymamy komiks naprawdę nadający się do czytania.

Ale jedna jaskółka wiosny nie czyni, przez co werdykt jest jednoznaczny - fabularnie te komiksy nie są w stanie się obronić. A co w takim przypadku robi "przeciętny" czytelnik komiksów? Ogląda uważnie rysunki, by móc chociaż powiedzieć "za to graficznie jest doskonały". Lecz i tym razem poczułem się zawiedziony, ponieważ rysownicy tej serii nie potrafili udźwignąć klimatu opowieści noir. Od strony technicznej właściwie żadnemu z nich nie można czegokolwiek zarzucić, ale co z tego skoro Fabrice Sapolsky ("Spider-Man Noir") i Dennis Calero ("X-Men Noir") nie potrafią nawet w najmniejszym stopniu uczynić tego co robi Juanjo Guarnido w historiach Blacksada, czy też Jordi Bernet w "Torpedo", czyli wprowadzić w ciężki nastrój za pomocą samych rysunków. W obu tych przypadkach sytuację ratują kolory pełne odcieni szarości, dzięki czemu historia staje się chociaż odrobinę mroczna. O pracach Paula Azaceta z "Punisher Noir" pozwolę sobie nic nie napisać, ponieważ nie znajduje w nich niczego o czym warto byłoby wspomnieć, a ile można krytykować w jednej recenzji? I w ten sposób znowu na "prowadzenie" wychodzi "Daredevil Noir" z rysunkami Toma Cokera. Jako jedyny swoją kreską jest w stanie oddać ducha amerykańskich uliczek z czasów prohibicji, w których niebezpieczeństwo miesza się z przyjemnościami.

Komiksowe półki uginają się od alternatywnych historii superbohaterów. Dlatego by zaciekawić czytelnika takim komiksem, musi on być naprawdę nieźle skonstruowany od strony fabularnej i graficznej. Właśnie z tego powodu tak negatywnie zadziwił mnie marvelowski cykl noir. Jest on napisany zupełnie bez polotu, a narysowany co najwyżej poprawnie. Z każdym kolejnym zeszytem lektura stawała się dla mnie coraz bardziej męcząca. Cała ta "inicjatywa" sprawia wrażenie jakby była tylko bezczelną próbą zarobienia na miłośnikach "czarnych kryminałów"....

poniedziałek, 3 sierpnia 2009

#211 - B.B.P.O: 1946

W obliczu spektakularnego sukcesu, jaki odniósł „Hellboy”, autorska seria bardzo szybko rozwinęła się w obrazkowy kombinat, w którym nad przygodami Piekielnego Chłopca pracuje sztab twórców. Ojciec całego przedsięwzięcia, Mike Mignola, ma na szczęście oko na swoich współpracowników i póki co, z taśmy schodzą przyzwoite produkcje.

„B.B.P.O: 1946” to kolejny z odprysków głównej serii, a dokładniej spin-off „B.B.P.O.”, będącego spin-offem „Hellboya”. Gwoli ścisłości, samego Biura Badań Paranormalnych i Obrony jeszcze tu nie uświadczymy, bowiem jego powstanie zostało w komiksie dopiero zapowiedziane. Przeniesiemy się za to do roku 1946, kiedy Bestia Apokalipsy Anung Un Rama robiła jeszcze w pieluchy. Dosłownie. Głównym bohaterem komiksu jest „ojciec” Hellboy`a, profesor Trevor Bruttenholm, przebywający wraz z dzielnymi chłopcami z US Army w zdobytym przez aliantów Berlinie. Być może wojna z nazistami już się skończyła, ale wyścig z Sowietami właśnie się zaczął. Bruttenholm oraz doktor Howard Eaton staną na czele formującego się oddziału do badania nadnaturalnych zjawisk. Naukowcy wpadną w niemieckiej stolicy na trop ostatecznej wunderwaffe Hitlera, która miała zmienić losy II Wojny Światowej. Projekt Vampir Sturm zostanie również odkryty przez Warwarę, dowodząca podobnym zespołem po stronie ZSRR. Aby zapobiec pogrobowemu zwycięstwu nazistów, amerykańscy imperialiści i radzieccy komuniści będą zmuszeni do połączenia swoich sił w jeszcze jednej bitwie.

Pod względem fabularnym skrypt napisany wspólnie przez Mignolę i Joshueę Dysarta nie wychodzi poza hellboy`owy schemat. Świadomie pulpowa opowieść mocno nawiązująca klasycznego komiksu amerykańskiego spod znaku Kapitana Ameryki walącego po ryju Hitlera, doprawiona jak zwykle modną estetykę grozy, prosto z lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku. Spodziewajcie się wszystkich, typowych dla Hellboy`a chwytów – tajnych nazistowskich eksperymentów, mózgów w słoiku, piekielnych demonów i niemieckich cybernetycznych małp-zabójców, świetnych jak zwykle, Kriegaffe. Jedynie nasycenie elementami znanymi z mitologii czy ludowego folkloru jest jakby mniejsze. Niby wszystkie niezbędne składniki są w komiksie obecne, a smak jednak nie ten. Winien musi być zatem przepis – zdaje się, że Mignola nie zdradził swojej tajnej receptury na świetny komiks z Hellboy`em, bądź bez niego Dysartowi.

Odpowiedzialny za oprawę wizualną Paul Azaceta sprawnie imituje styl Mignoli, choć daleko mu do jego poziomu, który operowanie prostą czernią i graficznym nastrojem doprowadził do mistrzostwa. Za przebłysk oryginalności można uznać nasycenie rysunku szczegółem i „kanciastościami” w stylu Danijela Zezeljego, znanego z drugiemu tomu „Loveless”. Poza tym nie ma potrzeby pisać więcej o rysunkach nie wychodzących poza rzemieślniczą przeciętność.

Z Mike`m Mignolą i jego komiksami jest trochę tak, jak z Johnem Updikem, literackim piewcą amerykańskiej kultury suburbiów, który ciągle piszą jedną i tą samą książkę. Ojciec „Hellboy`a” padł ofiarą swojego własnego sukcesu. Regularnie pisze scenariusze, a niedługo zamierza wrócić również do rysowania, wciąż jednak opowiada te same historie. Od ponad piętnastu lat, z różnym powodzeniem, nie schodząc jednak poniżej pewnego poziomu. Górna granicę tego poziomu wyznaczył ostatnio „Zew Ciemności”, dolną – „B.B.P.O: 1946”.