Oficjalnie Wielka Kolekcja Komiksów Marvel ruszyła 5 grudnia 2012 roku wraz z publikacją "The
Amazing Spider-Man: Powrót do domu" Straczynskiego i Romity. Wcześniej miał jednak miejsce
tzw. "rzut testowy", od 15 sierpnia 2012 roku ukazały się cztery pierwsze tomy rozdzielone
dwutygodniowymi odstępami. Było one dostępne jedynie lokalnie, nie w całej Polsce. W ten sposób
Hachette miało badać zapotrzebowanie na całą kolekcję.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jan Sławiński. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jan Sławiński. Pokaż wszystkie posty
piątek, 8 marca 2019
niedziela, 13 stycznia 2013
#1217 - Rok 2012 oczami twórców
W kolejnej odsłonie cyklu teksów podsumowujących miniony rok o sytuacji w komiksowym światku wypowiadają się twórcy. I wychodzi, że pomimo pesymistycznych prognoz 2012 był całkiem dobry.
Jan Sławiński:
To był dobry rok. Nawet nie chodzi o ilość wydanych komiksów, których liczba prawie o setkę przekroczyła liczbę tych wydanych w roku 2011 i była największa od 2007 roku. Ukazało się sporo ciekawych, intrygujących czy zwyczajnie bardzo dobrych komiksów, choć nie zabrakło również tych słabszych. Nie chciałbym się jednak na tym skupiać, bo rok 2012 w komiksowie to dla mnie głównie spotkania z komiksiarzami. Zresztą niedługo lista zbierająca najlepszą dziesiątkę kolorowych zeszytów wydanych w 2012 ukaże się na moim blogu, więc nie chcę tu spoilerować.
Pierwszy raz w życiu udało mi się być na więcej, niż jednym komiksowym festiwalu w ciągu roku. Po raz pierwszy odwiedziłem Komiksową Warszawę i po raz drugi zwiedziłem Łódź. O ile pierwszy z festiwali nieco mnie rozczarował, tak MFKiG po raz kolejny zachwyciło rozmachem, organizacją, ciekawymi spotkaniami i zaproszonymi gośćmi. Jednak powiedzmy sobie szczerze – nie dla giełdy, ani zaproszonych gości jeżdżę na komiksowe festiwale. Moim głównym celem w tego typu wyprawach jest spotkanie z komiksiarzami. W tym roku udało mi się spotkać wreszcie Norberta Rybarczyka – człowieka, z którym od jakiś dwóch lat niemal codziennie wymieniam maile, uwagi i pomysły. Który zawsze służy mi radą i dzieli się doświadczeniem. A przede wszystkim, Norbert to gość, który jak mało kto potrafi zmobilizować mnie do pisania. Bez niego nie powstałby scenariusz do "Immortal Suicide", a shorty z Kiwi Kidem pewnie wciąż błąkałyby mi się jedynie po głowie. Stary, jeśli to czytasz, to wielkie dzięki za tego pozytywnego kopa, którego dostaje po każdej wymianie pomysłów czy obgadaniu tematu. Piona.
Jak już jesteśmy przy projektach komiksowych – w tym aspekcie rok 2012 był dla mnie raczej rokiem rozczarowań – podobnie jak i kilka poprzednich lat. Mimo wielu zapisanych stronic, kilku pozytywnych opinii i kilku przybitych piątek i słów: "Spoko, narysuję to od kopa" powstało niewiele komiksów, pod którymi mógłbym się podpisać. A jak coś już powstawało to albo – cytuję – "jest chujowe" albo moje nazwisko gdzieś zaginęło w akcji (jak podczas konkursu na krótką formę). Cóż, bywa, powoli się przyzwyczajam, że chęć opublikowania czegoś dłuższego, niż cztery strony pozostaną na zawsze niedoścignionymi marzeniami.
Rok 2012 to również pisanie dla Alei Komiksu, Valkirii Network i Poltera. To również odświeżenie i dość regularna aktualizacja bloga, z którego współprowadzenia zrezygnowali Rafał Kołsut i Damian Bogunowicz, przez co miałem okazję nadać stronie bardziej osobistego klimatu, co chyba – sądząc po komentarzach – wyszło na dobre.
Nie można zapomnieć o kilku premierach filmów na podstawie komiksów. Praktycznie wszystkie większe produkcje bazujące na opowieściach obrazkowych były udane. Począwszy od dobrego remake'u Spider-Mana, przez dających mnóstwo frajdy "Avengersów", aż po kozackie zakończenie trylogii o Mrocznym Rycerzu. Wszystkie trzy wyżej wymienione filmy mogły się podobać, bądź nie, jednak były wyczekiwane z niecierpliwością, a po premierze dały sporo okazji do długich dyskusji. Nie można też zapomnieć o nieco mniej udanych, acz wciąż porządnych filmach jak "Dredd" czy trzecia część "Facetów w Czerni". Trafiło się oczywiście kilka kiepskich obrazów ("Ghost Rider 2", "John Carter"), jednak trzeba przyznać, że dla miłośników komiksowych blockbusterów był to zdecydowanie udany rok.
Wreszcie 2012 to również copiątkowe spotkania z komiksem w ramach cyklu spotkań organizowanych przez Małopolskie Studio Komiksu, najpierw w budynku Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej w Krakowie, a później w Artetece Małopolskiego Ogrodu Sztuki. MSK może pochwalić się zorganizowaniem około trzydziestu spotkań. Większość tychże wieców zaszczyciłem swą obecnością, nie bez przyjemności zresztą, i mogę chyba powiedzieć, że chłopaki odwalają kawał świetnej roboty, mimo że robią to całkowicie za darmo. Warto docenić ich wysiłki, zwłaszcza, że spotkania są ciekawe, różnorodne (od warsztatów komiksowych, przez wspólne czytanie komiksów, aż po seanse komiksowych filmów w Kinokawiarni Kika), sprawnie prowadzone, napawają pozytywnym klimatem i przede wszystkim – odbywają się regularnie i często. Może frekwencja nie jest powalająca, ale mam nadzieję, że wkrótce się to zmieni. Warto wspomnieć, że w otwartej niedawno Artetece mieści się również pokaźny zbiór komiksów do wypożyczenia, ponad 1800 tytułów. Jeśli tylko macie wolny piątek i czas od 18:30 do 20:00 – wpadajcie do Ogrodu Sztuki, wejście od ulicy Szujskiego. Warto.
Wydaje mi się, że wyczerpałem temat. Nie chcę pisać o zagranicznym rynku (choć kilka wydarzeń zza Wielkiej Wody elektryzowało), bo nie znam go na tyle dobrze. Opowieść, jak biegałem po kioskach i bezskutecznie szukałem Wielkiej Kolekcji Komiksów Marvela też nie jest niczym szczególnie zajmującym. Co tu dużo mówić – jestem ciekaw jak wypadnie rok 2013 w komiksowie, jakie komiksy będą miały swoje premiery, jaki skandal wybuchnie, kto przyjedzie na MFK. Szczególnie uważnie będę się przyglądał Wydawnictwu Komiksowemu, bo wydaje mi się, że to inicjatywa, za którą warto trzymać kciuki. Kibicuję również polskim komiksiarzom, by znów wydali sporo świetnych rzeczy.
Olga Wróbel:
2012 był dla mnie pracowitym rokiem. Moje komiksy pojawiły się w „Komiksie kobiecym" pod redakcją Kingi Kuczyńskiej (opatrzone świeżym wywiadem), w „Portrecie podwójnym" Centrali, w „Wielkim Atlasie Ciot Polskich" Ha!Artu, w „1 zine" Marty Nieznayu. Nadal pomyślnie układa się współpraca z „Zadrą", gdzie oprócz komiksów opublikowałam własnoręcznie ilustrowany artykuł. Co tam jeszcze? Trzy wystawy, z czego jedna indywidualna (Góry Tarnowskie), jedna hula po Europie („Portret podwójny”), a jedna MFKowa. Udział w Bella Women in Art Festival. Oczywiście 2012 jest też rokiem mojego pełnometrażowego debiutu. „Ciemna strona księżyca" ukazała się w październiku i nakładzie 500 egzemplarzy, po czym wyprzedała się w trzy miesiące. Cieszę się, że udało się ten album pokazać trochę poza komiksowym obiegiem. Muszę jednak przyznać, że jestem całkowicie rozczarowana jego odbiorem w środowisku.
Komiksowo nadal jest w ogromnej mierze skupione na zabawie w „kto najładniej narysuje" i na tym skoncentrowała się większość uwagi (że narysowałam brzydko), natomiast reszta komiksu została potraktowana kilkoma zdaniami-wytrychami, od których mi już samej niedobrze. Zresztą świetnym przykładem takiego podejścia są recenzje „Wielkiego Atlasu…", gdzie mój komiks wymieniany jest jako „klasyczna forma" i na tym koniec, i trzeba było Michała Abla Pelczara z portalu Reflektor żeby zauważyć, że narysowałam torebkę bohatera w specyficzny sposób i to jest znaczącym elementem komiksu, a nie podział planszy na prawomyślne kadry.
Rok 2012 kończę jednak zadowolona. Wydałam komiks, wiem już jak to jest, i mogę spokojnie obserwować środowisko z wewnętrznej emigracji, bez większych złudzeń pracując nad swoimi projektami. Żeby dorzucić jeszcze wesołe nuty, bardzo podobała mi się w minionym roku działalność grupy Maszin, od czasów pierwszego "Mydła" z podziwem spoglądam na Maję Demską, a sam koniec roku spędziłam kiwając z zachwytem głową nad wywiadem z Wojciechem Szotem, szczególnie nad jego uwagami o stosunku ceny do objętości komiksu i o tym, jak ważne jest dobre tłumaczenie.
Maciej Pałka:
To był bardzo intensywny rok. Ukazała się ogromna ilość komiksów, których większości jeszcze nie zdążyłem przeczytać i wątpię, abym szybko nadrobił zaległości. Co więcej, dotyczy to też albumów polskich autorów. Czytelnicy mają w czym przebierać. Doskonale widać to przy okazji podsumowań, gdzie okazuje się, że trudno ułożyć top 10 (a nawet top 50!) najlepszych komiksów minionego roku.
W środowisku podobnie: festiwale, konwenty, spotkania, warsztaty, działania artystyczne i stałe (choć ciągle pobieżne) zainteresowanie mediów. Decentralizacja komiksowej aktywności i wolontariatu (o czym pisałem w ubiegłym roku) zaczyna przynosić wymierne korzyści. Komiksowa mapa Polski tętni od ciekawych inicjatyw, wdrożono sprawdzone metody i mamy coraz mniej prowizorki. Tutaj wydarzeniem roku jest bez wątpienia informacja o powstaniu Łódzkiego Centrum Komiksu. Największy komiksowy festiwal wywalczył niepodległość i niezależność od ŁDK. Można się pokusić o stwierdzenie, że polski komiks wyszedł z getta, chociaż niedokładnie w takim sensie, jaki postulował Sebastian Frąckiewicz w swojej książce. Wspominam o tej publikacji, bo nadała ton dyskusji o polskim komiksie w pierwszej połowie 2012 i za kilka lat będzie świetnym świadectwem naszych czasów.
Druga połowa roku należała do Polskiego Komiksu Kobiecego w znaczeniu zarówno antologii pod redakcją Kingi Kuczyńskiej jak też szerzej: w postaci erupcji świetnych (i głośnych) albumów polskich autorek. Jeśli chodzi o ilość albumów, to był rok Dominika Szcześniaka, który jakoś tak mimochodem przekroczył stachanowskie normy o kilka tysięcy procent wydając bodaj dziewięć komiksów, z czego większość w twardej oprawie.
Osobiście, dla mnie, jako twórcy, pod względem artystycznym był to chyba najlepszy rok życia. Udało mi się wydać kolejny album. Udało mi się narysować najlepszy komiks do tej pory („Spacer” – do scenariusza Karola Konwerskiego). Udało mi się zrobić fajną autorską wystawę. Poprowadziłem niezliczoną ilość warsztatów – co dla mnie było nowym doświadczeniem. W ramach prowadzenia Domu Słów – Pracowni Komiksu zawodowo wszedłem w niszę komiksu historycznego, z której szybko nie wyjdę. Przy okazji miałem też swoje pięć minut przy okazji afery biletowej, co jest doświadczeniem na zasadzie „uważaj, czego sobie życzysz”. Z drugiej strony, z racji pracy w instytucji kultury stoję przed niezbyt oczywistym wyborem: czy być twórcą, czy działaczem? Dziś uważam, że obu funkcji nie można pogodzić i zaczynam mieć niedosyt... rysowania.
Marek Turek:
Miniony rok mogę podsumować na trzech (a właściwie czterech) poziomach. Na pierwszym, personalnym, skończyłem album (ufff), a przy okazji udał mi się (tradycyjnie), zrobić z siebie sieciowego błazna (cóż ja na to mogę poradzić, lubię te bełkotliwe błaznowanie na sieci). Dłubię nad czterema kolejnymi projektami, a zatem będę miał jeszcze sporo okazji, żeby sobie "potrollować".
Na poziomie regionalnym – coraz mocniejsza ekipa, która już nie ukrywa się w malutkiej powierzchni wystawowej galerii "Melina". Udana antologia "miejska" (i kolejny projekt już w końcowej fazie realizacji). Praktycznie cały rok duże ekspozycje komiksowe i parakomiksowe w centrum miasta. Czy to się przełoży, chociaż w minimalnym stopniu na "wyście z getta"? Mam nadzieję, że tak, szczególnie, że jest jeszcze poziom krajowy.
I tutaj dzieje się naprawdę sporo, bo zgodnie z ideą "myśl globalnie-działaj lokalnie" to już nie tylko Łódź i Warszawa, ale np. Lublin ostro "zamieszał w świadomości masowego odbiorcy". Regularnie coś się dzieje w Poznaniu i Trójmieście, pojawia się coraz więcej lokalnych, miejskich inicjatyw itd. itp. Odrobinę martwi mnie stagnacja Krakowa (chociaż jest jakieś światełko w tunelu, związane z MOCAKiem) i (szczególnie) Wrocławia (obawiałem się, że "Stolica Kultury" zakręci wszystkie kurki z dotacjami na coś tak niepoważnego jak "komiksiki" i chyba właśnie tak się dzieje).
To był dobry rok. Nawet nie chodzi o ilość wydanych komiksów, których liczba prawie o setkę przekroczyła liczbę tych wydanych w roku 2011 i była największa od 2007 roku. Ukazało się sporo ciekawych, intrygujących czy zwyczajnie bardzo dobrych komiksów, choć nie zabrakło również tych słabszych. Nie chciałbym się jednak na tym skupiać, bo rok 2012 w komiksowie to dla mnie głównie spotkania z komiksiarzami. Zresztą niedługo lista zbierająca najlepszą dziesiątkę kolorowych zeszytów wydanych w 2012 ukaże się na moim blogu, więc nie chcę tu spoilerować.
Pierwszy raz w życiu udało mi się być na więcej, niż jednym komiksowym festiwalu w ciągu roku. Po raz pierwszy odwiedziłem Komiksową Warszawę i po raz drugi zwiedziłem Łódź. O ile pierwszy z festiwali nieco mnie rozczarował, tak MFKiG po raz kolejny zachwyciło rozmachem, organizacją, ciekawymi spotkaniami i zaproszonymi gośćmi. Jednak powiedzmy sobie szczerze – nie dla giełdy, ani zaproszonych gości jeżdżę na komiksowe festiwale. Moim głównym celem w tego typu wyprawach jest spotkanie z komiksiarzami. W tym roku udało mi się spotkać wreszcie Norberta Rybarczyka – człowieka, z którym od jakiś dwóch lat niemal codziennie wymieniam maile, uwagi i pomysły. Który zawsze służy mi radą i dzieli się doświadczeniem. A przede wszystkim, Norbert to gość, który jak mało kto potrafi zmobilizować mnie do pisania. Bez niego nie powstałby scenariusz do "Immortal Suicide", a shorty z Kiwi Kidem pewnie wciąż błąkałyby mi się jedynie po głowie. Stary, jeśli to czytasz, to wielkie dzięki za tego pozytywnego kopa, którego dostaje po każdej wymianie pomysłów czy obgadaniu tematu. Piona.
Jak już jesteśmy przy projektach komiksowych – w tym aspekcie rok 2012 był dla mnie raczej rokiem rozczarowań – podobnie jak i kilka poprzednich lat. Mimo wielu zapisanych stronic, kilku pozytywnych opinii i kilku przybitych piątek i słów: "Spoko, narysuję to od kopa" powstało niewiele komiksów, pod którymi mógłbym się podpisać. A jak coś już powstawało to albo – cytuję – "jest chujowe" albo moje nazwisko gdzieś zaginęło w akcji (jak podczas konkursu na krótką formę). Cóż, bywa, powoli się przyzwyczajam, że chęć opublikowania czegoś dłuższego, niż cztery strony pozostaną na zawsze niedoścignionymi marzeniami.
Rok 2012 to również pisanie dla Alei Komiksu, Valkirii Network i Poltera. To również odświeżenie i dość regularna aktualizacja bloga, z którego współprowadzenia zrezygnowali Rafał Kołsut i Damian Bogunowicz, przez co miałem okazję nadać stronie bardziej osobistego klimatu, co chyba – sądząc po komentarzach – wyszło na dobre.
Nie można zapomnieć o kilku premierach filmów na podstawie komiksów. Praktycznie wszystkie większe produkcje bazujące na opowieściach obrazkowych były udane. Począwszy od dobrego remake'u Spider-Mana, przez dających mnóstwo frajdy "Avengersów", aż po kozackie zakończenie trylogii o Mrocznym Rycerzu. Wszystkie trzy wyżej wymienione filmy mogły się podobać, bądź nie, jednak były wyczekiwane z niecierpliwością, a po premierze dały sporo okazji do długich dyskusji. Nie można też zapomnieć o nieco mniej udanych, acz wciąż porządnych filmach jak "Dredd" czy trzecia część "Facetów w Czerni". Trafiło się oczywiście kilka kiepskich obrazów ("Ghost Rider 2", "John Carter"), jednak trzeba przyznać, że dla miłośników komiksowych blockbusterów był to zdecydowanie udany rok.
Wreszcie 2012 to również copiątkowe spotkania z komiksem w ramach cyklu spotkań organizowanych przez Małopolskie Studio Komiksu, najpierw w budynku Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej w Krakowie, a później w Artetece Małopolskiego Ogrodu Sztuki. MSK może pochwalić się zorganizowaniem około trzydziestu spotkań. Większość tychże wieców zaszczyciłem swą obecnością, nie bez przyjemności zresztą, i mogę chyba powiedzieć, że chłopaki odwalają kawał świetnej roboty, mimo że robią to całkowicie za darmo. Warto docenić ich wysiłki, zwłaszcza, że spotkania są ciekawe, różnorodne (od warsztatów komiksowych, przez wspólne czytanie komiksów, aż po seanse komiksowych filmów w Kinokawiarni Kika), sprawnie prowadzone, napawają pozytywnym klimatem i przede wszystkim – odbywają się regularnie i często. Może frekwencja nie jest powalająca, ale mam nadzieję, że wkrótce się to zmieni. Warto wspomnieć, że w otwartej niedawno Artetece mieści się również pokaźny zbiór komiksów do wypożyczenia, ponad 1800 tytułów. Jeśli tylko macie wolny piątek i czas od 18:30 do 20:00 – wpadajcie do Ogrodu Sztuki, wejście od ulicy Szujskiego. Warto.
Wydaje mi się, że wyczerpałem temat. Nie chcę pisać o zagranicznym rynku (choć kilka wydarzeń zza Wielkiej Wody elektryzowało), bo nie znam go na tyle dobrze. Opowieść, jak biegałem po kioskach i bezskutecznie szukałem Wielkiej Kolekcji Komiksów Marvela też nie jest niczym szczególnie zajmującym. Co tu dużo mówić – jestem ciekaw jak wypadnie rok 2013 w komiksowie, jakie komiksy będą miały swoje premiery, jaki skandal wybuchnie, kto przyjedzie na MFK. Szczególnie uważnie będę się przyglądał Wydawnictwu Komiksowemu, bo wydaje mi się, że to inicjatywa, za którą warto trzymać kciuki. Kibicuję również polskim komiksiarzom, by znów wydali sporo świetnych rzeczy.
Olga Wróbel:
2012 był dla mnie pracowitym rokiem. Moje komiksy pojawiły się w „Komiksie kobiecym" pod redakcją Kingi Kuczyńskiej (opatrzone świeżym wywiadem), w „Portrecie podwójnym" Centrali, w „Wielkim Atlasie Ciot Polskich" Ha!Artu, w „1 zine" Marty Nieznayu. Nadal pomyślnie układa się współpraca z „Zadrą", gdzie oprócz komiksów opublikowałam własnoręcznie ilustrowany artykuł. Co tam jeszcze? Trzy wystawy, z czego jedna indywidualna (Góry Tarnowskie), jedna hula po Europie („Portret podwójny”), a jedna MFKowa. Udział w Bella Women in Art Festival. Oczywiście 2012 jest też rokiem mojego pełnometrażowego debiutu. „Ciemna strona księżyca" ukazała się w październiku i nakładzie 500 egzemplarzy, po czym wyprzedała się w trzy miesiące. Cieszę się, że udało się ten album pokazać trochę poza komiksowym obiegiem. Muszę jednak przyznać, że jestem całkowicie rozczarowana jego odbiorem w środowisku.
Komiksowo nadal jest w ogromnej mierze skupione na zabawie w „kto najładniej narysuje" i na tym skoncentrowała się większość uwagi (że narysowałam brzydko), natomiast reszta komiksu została potraktowana kilkoma zdaniami-wytrychami, od których mi już samej niedobrze. Zresztą świetnym przykładem takiego podejścia są recenzje „Wielkiego Atlasu…", gdzie mój komiks wymieniany jest jako „klasyczna forma" i na tym koniec, i trzeba było Michała Abla Pelczara z portalu Reflektor żeby zauważyć, że narysowałam torebkę bohatera w specyficzny sposób i to jest znaczącym elementem komiksu, a nie podział planszy na prawomyślne kadry.
Rok 2012 kończę jednak zadowolona. Wydałam komiks, wiem już jak to jest, i mogę spokojnie obserwować środowisko z wewnętrznej emigracji, bez większych złudzeń pracując nad swoimi projektami. Żeby dorzucić jeszcze wesołe nuty, bardzo podobała mi się w minionym roku działalność grupy Maszin, od czasów pierwszego "Mydła" z podziwem spoglądam na Maję Demską, a sam koniec roku spędziłam kiwając z zachwytem głową nad wywiadem z Wojciechem Szotem, szczególnie nad jego uwagami o stosunku ceny do objętości komiksu i o tym, jak ważne jest dobre tłumaczenie.
Maciej Pałka:
To był bardzo intensywny rok. Ukazała się ogromna ilość komiksów, których większości jeszcze nie zdążyłem przeczytać i wątpię, abym szybko nadrobił zaległości. Co więcej, dotyczy to też albumów polskich autorów. Czytelnicy mają w czym przebierać. Doskonale widać to przy okazji podsumowań, gdzie okazuje się, że trudno ułożyć top 10 (a nawet top 50!) najlepszych komiksów minionego roku.
W środowisku podobnie: festiwale, konwenty, spotkania, warsztaty, działania artystyczne i stałe (choć ciągle pobieżne) zainteresowanie mediów. Decentralizacja komiksowej aktywności i wolontariatu (o czym pisałem w ubiegłym roku) zaczyna przynosić wymierne korzyści. Komiksowa mapa Polski tętni od ciekawych inicjatyw, wdrożono sprawdzone metody i mamy coraz mniej prowizorki. Tutaj wydarzeniem roku jest bez wątpienia informacja o powstaniu Łódzkiego Centrum Komiksu. Największy komiksowy festiwal wywalczył niepodległość i niezależność od ŁDK. Można się pokusić o stwierdzenie, że polski komiks wyszedł z getta, chociaż niedokładnie w takim sensie, jaki postulował Sebastian Frąckiewicz w swojej książce. Wspominam o tej publikacji, bo nadała ton dyskusji o polskim komiksie w pierwszej połowie 2012 i za kilka lat będzie świetnym świadectwem naszych czasów.
Druga połowa roku należała do Polskiego Komiksu Kobiecego w znaczeniu zarówno antologii pod redakcją Kingi Kuczyńskiej jak też szerzej: w postaci erupcji świetnych (i głośnych) albumów polskich autorek. Jeśli chodzi o ilość albumów, to był rok Dominika Szcześniaka, który jakoś tak mimochodem przekroczył stachanowskie normy o kilka tysięcy procent wydając bodaj dziewięć komiksów, z czego większość w twardej oprawie.
Osobiście, dla mnie, jako twórcy, pod względem artystycznym był to chyba najlepszy rok życia. Udało mi się wydać kolejny album. Udało mi się narysować najlepszy komiks do tej pory („Spacer” – do scenariusza Karola Konwerskiego). Udało mi się zrobić fajną autorską wystawę. Poprowadziłem niezliczoną ilość warsztatów – co dla mnie było nowym doświadczeniem. W ramach prowadzenia Domu Słów – Pracowni Komiksu zawodowo wszedłem w niszę komiksu historycznego, z której szybko nie wyjdę. Przy okazji miałem też swoje pięć minut przy okazji afery biletowej, co jest doświadczeniem na zasadzie „uważaj, czego sobie życzysz”. Z drugiej strony, z racji pracy w instytucji kultury stoję przed niezbyt oczywistym wyborem: czy być twórcą, czy działaczem? Dziś uważam, że obu funkcji nie można pogodzić i zaczynam mieć niedosyt... rysowania.
Marek Turek:
Miniony rok mogę podsumować na trzech (a właściwie czterech) poziomach. Na pierwszym, personalnym, skończyłem album (ufff), a przy okazji udał mi się (tradycyjnie), zrobić z siebie sieciowego błazna (cóż ja na to mogę poradzić, lubię te bełkotliwe błaznowanie na sieci). Dłubię nad czterema kolejnymi projektami, a zatem będę miał jeszcze sporo okazji, żeby sobie "potrollować".
Na poziomie regionalnym – coraz mocniejsza ekipa, która już nie ukrywa się w malutkiej powierzchni wystawowej galerii "Melina". Udana antologia "miejska" (i kolejny projekt już w końcowej fazie realizacji). Praktycznie cały rok duże ekspozycje komiksowe i parakomiksowe w centrum miasta. Czy to się przełoży, chociaż w minimalnym stopniu na "wyście z getta"? Mam nadzieję, że tak, szczególnie, że jest jeszcze poziom krajowy.
I tutaj dzieje się naprawdę sporo, bo zgodnie z ideą "myśl globalnie-działaj lokalnie" to już nie tylko Łódź i Warszawa, ale np. Lublin ostro "zamieszał w świadomości masowego odbiorcy". Regularnie coś się dzieje w Poznaniu i Trójmieście, pojawia się coraz więcej lokalnych, miejskich inicjatyw itd. itp. Odrobinę martwi mnie stagnacja Krakowa (chociaż jest jakieś światełko w tunelu, związane z MOCAKiem) i (szczególnie) Wrocławia (obawiałem się, że "Stolica Kultury" zakręci wszystkie kurki z dotacjami na coś tak niepoważnego jak "komiksiki" i chyba właśnie tak się dzieje).
Niemniej komiksowo mocno się nie tylko trzyma, ale rozkręca. Autorzy komiksów, wbrew oszołamiającym zyskom z publikacji albumów, "spinają poślady" i ciągle, sami sobie podnoszą poprzeczkę. Takiej ilości rodzimych albumów, zrealizowanych na poziomie, który pozwala na równorzędną walkę o serca (i portfele) krajowych czytelników, ze śmietanką wydawanych u nas zagranicznych publikacji, nie pamiętają chyba nawet najstarsi górale. Komiksy w galeriach, komiksy na biletach, "komiksy kobiece", adaptacje komiksów na duży ekran, o komiksach w gazetach, telewizji, radio i portalach internetowych, duży szum, który w końcu musi się przełożyć na coś więcej, niż tylko medialna papka. Z "małych rzeczy" warto również docenić kolejny renesans zinów, które, jak wydawało się przez moment, zniknęły, zabite przez "komiks internetowy".
Poziom czwarty – światowy. I tu jest zagwozdka, bo wszyscy jęczą, że kryzys, że jak zeszytówki z pierwszym Batmanem i Supermanem schodzą za miliony dolarów to tym bardziej kryzys, że jak Disney przejął Marvela... bla bla bla. A jednocześnie wciąż rośnie ilość wydawanych tytułów, duże wydawnictwa, po obu stronach oceanu, trzymają się mocno. Pojawia się coraz więcej małych, często wręcz lokalnych wydawców i nikt nie plajtuje (przypomnę, że kilka lat temu, jeszcze przed "kryzysem", Fantagraphics i Top Shelf były na granicy bankructwa). Dystrybucja cyfrowa, która podobno miała dobić edycje papierowe, doskonale wpasowała się w system i na chwilę obecną wydaje się, że nawet nakręca sprzedaż na "tradycyjnym nośniku". Komiks mocno się różnicuje, od totalnej awangardy do pastelowego mainstreamu i to dobrze, bo tylko żywy organizm rozrasta się w taki sposób. Jak to przeklinają Chińczycy, żyjemy w ciekawych (dla komiksowa) czasach.
Subskrybuj:
Posty (Atom)




