piątek, 8 marca 2019

#2485 - Co dla polskiego rynku komiksowego zrobiła WKKM?

Oficjalnie Wielka Kolekcja Komiksów Marvel ruszyła 5 grudnia 2012 roku wraz z publikacją "The Amazing Spider-Man: Powrót do domu" Straczynskiego i Romity. Wcześniej miał jednak miejsce tzw. "rzut testowy", od 15 sierpnia 2012 roku ukazały się cztery pierwsze tomy rozdzielone dwutygodniowymi odstępami. Było one dostępne jedynie lokalnie, nie w całej Polsce. W ten sposób Hachette miało badać zapotrzebowanie na całą kolekcję. 



Grafiki: profil FB Wielka Kolekcja Komiksów Marvela 

Początkowo całość miała zamknąć się w 60 tomach, jednak WKKM sukcesywnie było wydłużane, a lista komiksów rosła i rosła. Ostatecznie Hachette wyda aż 170 albumów, z których ostatni ma ukazać się 29 maja 2019 roku, po prawie siedmiu latach od startu. Trzeba przyznać, że te liczby mogą robić wrażenie, podobnie jak lista marvelowskich perełek, które ukazały się w ramach Kolekcji. „Dark Phoenix Saga”, „Ostatnie łowy Kravena”, „Born Again”, „Weapon X”, „Captain Britain: A Crooked World”, „Planet Hulk”, „Ultimates”, „Astonishing X-Men”, „New X-Men”, „Marvel Zombies”, „Old Man Logan”, „Life and Death of Captain Marvel”… Naprawdę, można by tak jeszcze długo wymieniać! 

Nie mam wątpliwości, że wraz z końcem Kolekcji na polskim rynku końca dobiegnie również pewna epoka. W związku z tym zwróciłem się komiksowych publicystów i zapytałem ich o rolę WKKM w rozwoju polskiego rynku komiksowego. Co i ile zawdzięczamy kioskowej kolekcji Hachete? Czy to właśnie dzięki niej mamy do czynienia z obecnym rozkwitem rynku? Czy coś stało za jej fenomenem czy Hachette znalazło się po prostu „w odpowiednim miejscu i odpowiednim czasie”? Co stanie się gdy kolekcji zabraknie, coś się w ogóle coś stanie? Czy WKKM w jakiś sposób przyczyniło się do jakichś negatywnych zjawisk obecnych na rynku? 

Nie przedłużając więcej oddaje głos moim gościom. 

Krzysztof Tymczyński (Image Comics Journal, DC Maniak)

Jakiś czas temu na grupie facebookowej „Komiksy bez granic” pojawił się wątek dotyczący wpływu startu Wielkiej Kolekcji Komiksów Marvela na kondycję naszego rynku. Jak zwykle stanąłem nieco w opozycji do większości pojawiających się tam głosów, które szumnie krzyczały „taaaak!!!”, odpowiadającym tym samym na pytania o zbawienny wpływ kolekcji Hachette. Nie uważam bowiem, by dobrym krokiem było przecenianie wpływu serii twardookładkowych komiksów, który ewidentnie dostrzegam. Po prostu uważam, że to, co dzieje się obecnie, jest efektem skumulowania się w jednym miejscu kilku czynników. 

Po pierwsze, nie ma co się oszukiwać, nowi czytelnicy. Start WKKM na pewno sprawił, że pojawiło się sporo nowych odbiorców tej serii, jak i komiksu ogólnie. Charakterystyką wszelakich kioskowych kolekcji jest jednak to, że nierzadko zajawka danym tematem zaczyna się wraz ze startem danej pozycji i kończy się gdy ta dobiega końca. Oczywiście nie istnieją żadne obiektywne dane na ten temat i mogę posługiwać się tylko domysłami, lecz jestem więcej niż pewien, że istnieje tylko pewien procent czytelników, którzy od WKKM rozpoczęli przygodę z komiksami i nie ograniczyli się tylko do niej. Nie będę jednak udawał iż oczywiste nie istnieje – dzięki Hachette fandom komiksowy zyskał sporo świeżej krwi. Wciąż jednak uważam, że nie na tyle, by obecny „boom komiksowy” opierał się tylko na nich. 

Kompletnie bezsensowne wydaje mi się bowiem twierdzenie, że to właśnie dzięki Hachette i ich kolekcji (przypomnę, lipiec 2012 – rzut testowy, grudzień 2012 – start oficjalny), rynek rozrósł się na tyle, by pojawiły się na nim takie firmy jak Wydawnictwo Komiksowe (2013), Bum Projekt oraz Studio Lain (2014), Scream Comics (2015), OMG! Wytwórnia Słowobrazu (2016), Non Stop Comics czy Mandioca (2017), które to wydawnictwa celują przede wszystkim w czytelników, nazwijmy to umownie, zupełnie innego typu niż odbiorcy wszelkich kolekcji od Hachette. 

To, czego nie odmówię kolekcji WKKM, to z pewnością duży wpływ na mocne rozbujanie oferty komiksów superbohaterskich na naszym rynku. Ale znowu – nie jedyny. W mojej ocenie ważne są tu także czynniki demograficzne, a także postawa Egmontu oraz Muchy. Ale po kolei. Masa fanów komiksów co rusz wraca pamięcią do tych pięknych czasów, gdy w latach dziewięćdziesiątych w kioskach królował TM-Semic, którego kolejne komiksy kupowało się za kieszonkowe od rodziców. Trudno nie odnieść wrażenia, że naprawdę duża ilość ówczesnych dzieciaków w okolicach 2012- 2013 roku była bądź też wkrótce miała się stać dorosłymi, samodzielnymi, ułożonymi i przede wszystkim – samodzielnie zarabiającymi ludźmi, którzy będą mogli sobie pozwolić na wydatki rzędu kilkuset złotych miesięcznie. Nie ukrywam, sam taki byłem. Dla mnie przełomowy był rok właśnie 2010, gdy na drugim roku studiów dziennych okazało się, że czasowo jednak jakoś to ogarnę i znalazłem pierwszą prawdziwą pracę (wcześniej dorabiałem tylko weekendowo i w wakacje), dzięki czemu moje zamówienia na Gildii pojawiały się co miesiąc, a nie raz na pół roku i to pod warunkiem, że mocno oszczędzałem. 


Tutaj może ktoś zapytać na czym się opieram? Na własnych przemyśleniach? No nie tylko – prowadzę sobie kilka fan-page’ów na Facebooku, siedzę również w dwóch grupach i wiem mniej więcej jak wyglądają tam statystyki. Nie jest to miarodajne narzędzie, ale daje pewne wyobrażenie. 72% osób śledzących DCManiaka należy do przedziału wiekowego 25-44, w przypadku Image Comics Journal jest to nawet 74%. Jest to masa osób, z których na pewno spora część w latach dziewięćdziesiątych sięgała po Semiki, a teraz samodzielnie zarobkuje. Z racji tego, że nie dysponujemy żadnymi oficjalnymi danymi czy kompleksowymi badaniami, muszę opierać się właśnie na takich domysłach. 

Myślę jednak, że Hachette i WKKM miało też tego farta, bo nie przypuszczam by było to działanie celowe, idealnie wstrzelić się w ramy czasowe. Zobaczcie. W roku 2012 nie było już od dawna Mandragory, Manzoku czy Dobrego Komiksu. Egmont dopiero mocno nieśmiało zaczął zauważać, że zasada „jednego Batmana rocznie” jest delikatnie mówiąc bez sensu, co dobitnie pokazała rewelacyjna sprzedaż trzech komiksów z tym herosem z lipca 2012, zaś Mucha nie ukrywała, że 5- 6 tytułów z herosami Marvela czy DC rocznie to maksimum tego, na co można było od nich wówczas liczyć. Oprócz tego nie było niczego, jak to mawiał klasyk. Fani trykociarzy byli, jak sądzę, tak mocno wygłodniali czegokolwiek od amerykańskiej wielkiej dwójki, że wciągnęliby nosem nawet „Wielką Kolekcję Niedokończonych Serii Roba Liefelda”, na panoramie której byłaby wielka, zniekształcona stopa. WKKM wydane w tym czasie i w tym miejscu po prostu MUSIAŁO się udać. 

Czy jednak w kategorii super-hero zawdzięczamy Hachette wszystko? I tu znowu sądzę, że nie. Start egmontowej linii „Nowe DC Comics” z marca 2013 odbyłby się i tak, a jestem więcej niż pewien, że i bez kioskowego WKKM byłaby ona sukcesem. Kolekcja z pewnością miała jakiś wpływ na dalsze plany Egmontu i wydaje mi się, że decyzja dotycząca ruszenia z serią Marvel NOW w 2015 roku to już wypadkowa sukcesu Hachette jak i wspomnianych tytułów z DC. Reszta, to już jak to mówią, jest historią. I w tym właśnie upatrywałbym zasług WKKM i wydawnictwa Hachette – gdyby nie oni, triumfalny powrót trykociarzy do oferty Egmontu mógłby być znacznie skromniejszy i trwać odczuwalnie dłużej. Wpływu kolekcji na rynek komiksowy w Polsce jako całość jest już według mnie stosunkowo niewielki. 


Jakub Wołosowski (KZET

Mówienie, że WKKM stało za obecnym boomem komiksowym to dość mocne stwierdzenie i tylko po części uzasadnione. Kiedy Hachette startowało w Polsce 2012 roku byliśmy już po pierwszej fazie MCU (dla formalności wyszły już „Incredible Hulk”, „Iron Man”, „Iron Man 2”, „Thor”, „Kapitan Ameryka: Pierwsze starcie” i „Avengers”). Pierwszy tom w tzw. fazie testowej ukazał się w sierpniu tego roku, w kilka miesięcy po premierze „Avengers”. Owszem, były wcześniej wydawane komiksy z bohaterami Marvela (Mucha Comics), jednak nie w takim tempie, cenie ani tak szerokiej dystrybucji. Te wszystkie trzy czynniki miały znaczenie dla popularności Kolekcji. Nagle, w niemal każdym kiosku można było kupić komiks z bohaterami, których znamy z dzieciństwa i/lub filmów za 40 zł. Dla niektórych był to zakup związany z nostalgią za czasami TM-Semic czy nawet Dobrego Komiksu, a dla innych możliwość lepszego poznania przygód postaci z MCU. Do tego należy wspomnieć o jakości wydania – twarda oprawa, pełno materiałów dodatkowych. Czegoś takiego wcześniej nie było, a na rynku był głód na superhero w atrakcyjnej cenie. 

Rozpisałem się nieco słowem wprowadzenia, ale to wszystko jest istotne. Wielu bowiem zapomina, że komiksy jeszcze do niedawna były droższe. Drugi tom „New Avengers” wydany przez Muchę w 2011 r. - 96 stron, 4 zeszyty, miał cenę okładkową 59 zł, tom czwarty tej samej serii - 6 zeszytów - 79 zł. Tymczasem tom WKKM, które notabene Mucha pomagała opracować, 40 zł czy to zeszytów 4 czy 7 zawsze 40 zł. Hachette udowodniło, że da się wydawać tanio i dobrze. Bo co by nie mówić o błędach, które każdemu się zdarzają, to są to wydania dobrej jakości. 

Jednak samo WKKM było pewnym objawem. Po pierwszej fazie MCU był wspomniany przeze mnie głód, który Hachette wykorzystało. Przede wszystkim wydawnictwo wyszło do tych, którzy te kilka lat temu byli poza tzw. środowiskiem komiksowym. Którzy nie bywali na forach i grupach komiksowych. Którzy te postaci znali, ale nie byli na bieżąco z tym, co się na rynku dzieje. Jedną z takich osób byłem ja. Pamiętam jak przekazałem koledze, że znalazłem w kiosku 1 tom kolekcji WKKM za 15 zł podczas spaceru po Lublinie. Pamiętam nawet dokładnie, w którym kiosku. Pamiętam też swoje zaskoczenie, gdy powiedział mi, że wrzucił tę informację na grupy komiksowe. „Jakie grupy komiksowe? To jest coś takiego?”. 


Takich jak ja, fanów komiksów, kupujących, znających różne wydawnictwa, ba współprowadzących czasem nawet i strony, ale jednak pozostających poza środowiskiem było sporo. Powstanie WKKM, obecność kolekcji na rynku, spowodowała, że wielu z nas bardziej wsiąkło w rynek, było bardziej na bieżąco. Podobny efekt miał fakt obecności Kapitana Ameryki czy Iron Mana na wielkim ekranie. To nie było coś, gdzieś z tyłu głowy, to było tu i teraz. To w końcu był mainstream. Sam miałem w domu komiksy od Hanami, Egmontu, Kultury Gniewu, JPF i kilku innych wydawnictw, ale kupowałem je okazjonalnie... w księgarniach, nawet w Empiku (tak na marginesie wówczas nie byłem jeszcze nawet członkiem redakcji KZ). Na moim przykładzie mogę powiedzieć, iż WKKM spowodowało, że wszedłem bardziej w rynek komiksowy, zacząłem go skrupulatnie obserwować. 

Gdy Kolekcji zabraknie to spodziewam się, że część kupujących, kolekcjonerów, ale nie tych którzy kupują wszystko co wychodzi na rynku w wariantach okładkowych, etc., tylko tacy, którzy chcą mieć „komplet kolekcji” odejdzie z rynku. Dla nich liczy się bowiem często bardziej aspekt samej kolekcji. Syndrom zbieractwa przeważa nad kwestią jakości treści. 

Nie można jednak przeceniać jej roli WKKM w kreowaniu rynku. Na pewno jakiś procent bardziej świadomych czytelników sięgnie po inne komiksy, ale zdecydowana większość jej czytelników/zbieraczy interesuje tylko jeden gatunek komiksu i nie kupią nagle np. obyczajowego komiksu, który jest utrzymany w estetyce do której nie są przyzwyczajeni. I kosztuje trzy razy tyle ile wydawali na komiksy dotychczas. Tak, czasami nie liczyła się jakość komiksu wydawanego w ramach serii, tylko sam fakt kolekcji. Jednocześnie, to o czym wspomniałem wcześniej, niska cena, może stać się przekleństwem. Pojawią się, jeśli już się nie pojawiły głosy, typu „ej, jeśli oni wydali 7 zeszytów za 40 zł w twardej, to czemu teraz 5 w miękkiej też kosztuje 40 zł”? 

Najbardziej na powstaniu WKKM wygrał Egmont, który wystrzelił się że swoimi super-hero utrzymanymi w podobnej cenie i standardzie. To, że Hachette i Egmont mogą utrzymać tempo wydawania, ceny itp. oczywiście wynika z tego, że to polskie oddziały gigantycznych korporacji i maja kapitał. Hachette jednak w przeciwieństwie do Egmontu nie inwestuje pieniędzy z WKKM w dalszy rozwój rynku komiksowego (kolejne kolekcje super-hero czy najnowsza Transformers tego nie robią). Egmont dzięki kasie z Batmanów i innych pozycji wznowił wiele starszych wydań i wydaje też sporo nowych rzeczy, zarówno z pogranicza super-hero, jak i komiksy dla dzieci, a od czasu do czasu wyda też coś poważniejszego i niekoniecznie łatwego w odbiorze. Istnieje większa szansa na wyjście z czytelniczego getta DC/Marvel dzięki temu, że czytelnik może sobie potem kupić Vertigo, które jest krok dalej od Batmanów, ale jest dalej przystępne, a nie od razu łapać za jakiś rumuński underground. 



Jan Sławiński (Anonimowy Grzybiarz

Jest popyt, jest podaż – na obecny stan rzeczy z pewnością miały wpływ pojawiające się jak w zegarku kinowe adaptacje komiksów i start kioskowych kolekcji. WKKM po prostu trafiło w odpowiedni czas. 

Właśnie dzięki tej kolekcji wiele osób przypomniało sobie, jak za dzieciaka biegało do kiosków po kolejne komiksy DC i Marvela wydawane przez TM-Semic, a później przez Dobry Komiks. Dziś biegają po WKKM, WKKDC, Superbohaterów Marvela, Conana, Transformers, Żbiki (wznawiane przez Ongrys) i całą resztę. Kupują też więcej super-hero (Marvel Now, DC Odrodzenie, klasyki). Część z tych osób przerzuciła się na poważniejsze tytuły – stąd liczne wznowienia („Kaznodzieja”, „Hellboy”, nadciągający „Hellblazer”) i powrót wielu serii, które niegdyś zostały rozgrzebane przez Mandragorę, Manzoku czy Taurusa („100 Kulek”, „Y – Ostatni z mężczyzn”, „The Goon”). Pojawili się nowi gracze na rynku (Non Stop Comics, KBOOM itd.) z prężną ofertą. Jest co czytać i w czym wybierać. Gdy miesięcznie ukazuje się kilkadziesiąt komiksów to wybierać niestety trzeba – minęły czasy, gdy brało się wszystko i jeszcze narzekało, że chciałoby się coś innego. To z pewnością dobre efekty pojawienia się na rynku WKKM. 

Poza prawdziwymi hardkorowcami chyba niewiele osób, które kupowały WKKM na początku, wciąż kupuje ją regularnie. Sam brałem wybrane numery („Daredevil” Millera, „Fantastyczną Czwórkę” Lee i Kirby’ego, „Captain Britan” Moore’a – klasyki, które zawsze chciałem mieć), by w końcu zupełnie przestać się interesować tym, co w Kolekcji się ukazuje (bo mam Vertigo od Egmontu i Image od innych wydawców). 

Czy coś się stanie po zniknięciu z rynku WKKM? Wydaje mi się, że po prostu zastąpi ją inna kolekcja, ewentualnie wierni czytelnicy przerzucą się na wydania Muchy i Egmontu. Jeśli chodzi o negatywne skutki pojawienia się WKKM na polskim rynku to na pewno takich też nie brakuje, jednak wszystkie je przyćmiewają w moim mniemaniu pozytywne efekty, o których pisałem wyżej. Jasne, pojawiło się wielu znawców, którzy świata poza kioskowymi kolekcjami nie widzą i często zbyt głośno krzyczą na fejsie i forach internetowych – ale co z tego, jeśli dzięki nim (dzięki regularnemu kupowaniu przez nich WKKM i innych kolekcji) mogę czytać po polsku serie, o których wcześniej mogłem tylko pomarzyć. Można narzekać, że przez wszechobecność kioskowych kolekcji o superbohaterach komiks w zbiorowej świadomości jest postrzegany jako coś mało ambitnego i przeznaczonego dla nastolatków. Ale z tym już chyba do końca sobie nie poradzimy, chyba że w formie kioskowych kolekcji swoje tytuły zaczną wydawać Kultura Gniewu i Timof. To byłoby nawet ciekawe. 


Kajetan Kusina (Kusi na kulturę

Trudno mi tu coś stwierdzić bez dostępu do twardych danych, ale mądrzejsi ode mnie twierdzą, że Wielka Kolekcja Komiksów Marvela trafiła na moment wznoszącej fali filmów super-hero. Już prędzej byłbym w stanie uwierzyć, że popularność Kolekcji była jedną z wskazówek dla Egmontu, że warto zaryzykować i uderzyć mocniej w ten segment. Bo w kwestii rozkwitu rynku trykotów, to nadal mowa o rozkwicie oferty Egmontu. 

Wydaje mi się, że dużo osób złapało się na sentyment w imię zasady „wow, komiksy super-hero znowu w kiosku”. Potem przez chwilę fajne było to, że rzeczywiście znalazło się w niej miejsce na sporo historii, które nigdy się w Polsce nie pojawiły (choćby „Zimowy Żołnierz”). Z drugiej strony było też sporo sentymentalnych tomów („Ostatnie łowy Kravena”, „Czarna Phoenix”). 

Trudno mi powiedzieć co się stanie gdy WKKM się skończy, bo ja sam ostatni raz kupiłem tom z kolekcji jakieś 4 lata temu, więc dla mnie ona już od dawna nie istnieje...

Szatkowanie historii na kolejne części oddalone czasami od siebie o 20 tomów szybko było męczące. Siłą rzeczy po jakimś czasie zaczął pojawiać się tam naprawdę srogi paździerz, ale i tak się sprzedawał bo “trzeba mieć panoramkę”.


2 komentarze:

Anonimowy pisze...

Czy info o końcu jest już oficjalnie potwierdzone,wydawnictwo oficjalnie tak podało?

Clipping Path pisze...


This post is absolutely brilliant! Thank you so much for sharing!