Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Craig Thompson. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Craig Thompson. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 27 września 2016

#2236 - Kosmiczne rupiecie

Craig Thompson umieścił akcję swojego najnowszego komiksu w przestrzeni kosmicznej i przeniósł ją w daleką przyszłość. Główną bohaterką uczynił kilkuletnią dziewczynkę – Fiolet Marlocke, która mieszka z rodzicami w kosmicznej przyczepie. Matka jest projektantką mody, która pracuje dla wielkiej korporacji. A ojciec drwalem pozyskującym odpady, które następnie przetwarzane są tartakach na paliwo. 


środa, 7 listopada 2012

#1178 - Habibi

Rok 2012 na rynku komiksowym bezapelacyjnie należy do Timof Comics. Wydawnictwo jeszcze dobrze nie pozwoliło nam ochłonąć po rewelacyjnych "Zagubionych Dziewczętach", a już wprowadza na nasz rynek kolejne wielkie dzieło. Wydanie "Habibi" Craiga Thompsona to bez dwóch zdań najlepsze, co mogło spotkać polskich czytelników. Zarówno tych zafascynowanych powieściami graficznymi i tych, którzy od nich stronią. Thompson kolejny raz wyniósł komiks na piedestał sztuki i udowodnił, że nie ma pod tym względem sobie równych.

Prawie siedmiuset stronicowe "Habibi" to przypowieść o parze niewolników połączonej ze sobą miłością i przeznaczeniem. Historia Dodoli i Zama to piękna panorama kultury islamu, może zbyt często przepełniona bólem wyrzeczeń i okrucieństwem, ale nadal zapierająca dech w piersiach. Thompson zabiera nas w podróż po arabskich pustyniach, haremach i pałacach Sułtanów. Obdarowuje nas opowieściami niczym z Księgi tysiąca i jednej nocy. Wszystko precyzyjnie przypieczętowane długą, siedmioletnią pracą nad tym albumem.

Autor "Blankets" w swoim nowym komiksie chciał przybliżyć kulturę islamu zachodnim czytelnikom. Oczywiście, jako mistrz opowiadania swoją "naukę" o religii Mahometa odział w piękną miłosną historię. Thompson rozprawia się również z nieodwracalnie destrukcyjnym wpływem kapitalizmu na kraje Trzeciego Świata. Brutalność dawnych arabskich czasów, w których handel ludźmi był na porządku dziennym, zestawia ze współczesną machinerią wielkich korporacji, dla których ludzkie życie jest nic nie warte. Oczywiście, autor nie ma zamiaru wybielać tamtych okrutnych czynów, raczej chce pokazać, że żadna ze stron nie jest bez skazy. Udowadnia, że tak naprawdę niczego nie można zamknąć w szkatule schematu. Thompsonowi zależy także na pokazaniu pomostu łączącego religię islamu z chrześcijaństwem. W przypowieściach opowiadanych przez Dodolę podkreśla wspólne dziedzictwo tych dwóch religii, przypomina nam o wspólnych cechach Koranu i Biblii. Zaznacza, że księgi te nie mają dzielić, a łączyć i powinny być traktowane jako nauki o poznawaniu samego siebie i życiu z godnością.

Natomiast wątek miłosny komiksu i baza całej opowieści to gorzka historia o dojrzewaniu, poznawaniu swojego ciała, przeznaczeniu i wyrzeczeniach, a także o ludzkiej seksualności i wstydu z nią związanym. Thompson z freudowską precyzją pokazuje przemianę ludzkich relacji z macierzyństwa przez przyjaźń aż do namiętności. Stosunek Dodoli i Zama to bodajże najbardziej niebanalna miłosna historia, z jaką się spotkałem i chyba żadna nie chwyciła mnie tak mocno za serce.

"Habibi" to także nic innego jak hołd dla kaligrafii, liczb, arabesek, symboli i tego wszystkiego, w czym sztuka Bliskiego Wschodu jest najlepsza. Siła rysunków Thompsona jest nie do opisania. Mnogość detali, niczym nie ograniczone kadry, miliony ornamentów, idealnie zgeometryzowane plansze. W "Habibi" dokładnie tak, jak w sztuce islamu, każdy element ma znaczenie i nawet najbardziej abstrakcyjne wzory mają do przekazania jakąś treść. W komiksie także bardzo ważna jest symbolika liczb - szczególnie mistyczna liczba 7, która paradoksalnie jest liczbą lat pracy nad tym komiksem. Co ciekawe, cyfra ta to kolejny mianownik łączący religie świata - przecież dla wielu wyznań 7 jest liczbą doskonałą. Rysunki Thomspona hipnotyzują, widać w jego stylu spuściznę Willa Eisnera. Wyobraźcie sobie 700 stron komiksu, wszystkie, bez wyjątku, wypełnione idealnymi kadrami. Całość zamknięta w twardej oprawie i wsunięta w slip-case - wydawniczy majstersztyk.

W końcu komiks ten to także pochwała sztuki opowiadania baśni. Prawdziwa tęsknota za historiami pokroju Alladyna czy Ali-Baby. Opowieści mnożą się w komiksie niczym w "Rękopisie znalezionym w Saragossie". Mimo natłoku historii i retrospekcji ani przez chwilę nie tracimy wątku - dowód na to, że Thompson jest mistrzem w swojej dziedzinie. Autor udowadnia, że sztuka komiksowa ma w sobie potencjał wielkich epickich powieści i że jeszcze w jej dziedzinie można naprawdę wiele zrobić. Zdobył za ten komiks nagrodę Eisnera w kategorii "Najlepszy Artysta" - to chyba dobry dowód na jakość jego pracy.

Komiks polecam wszystkim szczególnie dlatego, że może doskonale służyć jako podręcznikowy przykład, że komiksy w dzisiejszych czasach to nie tylko kolesie w trykotach. Na mojej półce znalazł zaszczytne miejsce obok "Mausa" Arta Spiegelmana. Timof Comics trafił właśnie na moje podium najlepszego polskiego wydawcy i mimo tego, że wydaje czasem rzeczy, którymi nie jestem zainteresowany to zmieniam podejście i biorę od nich wszystko w ciemno (oczywiście jak mnie będzie stać)!

wtorek, 4 maja 2010

#440 - Dziennik podróżny

Nie ukrywam, że z niecierpliwością oczekiwałem polskiej edycji kolejnych po "Blankets. Pod śnieżną kołderką" dzieł Craiga Thompsona. W końcu wspominany komiks, jedno z największych objawień ostatniej dekady, wywarł na mnie ogromne wrażenie. I wreszcie, dzięki wydawnictwu timof comics, można przeczytać "Żegnaj, Chunky Rice" i "Dziennik podróżny".

"Dziennik podróżny" nie jest albumem komiksowym sensu stricto. To raczej zbiór impresji, rysunków i krótkich komiksów dokumentujący zagraniczne wojaże amerykańskiego rysownika. Co nie zmienia faktu, że nadrzędna opowieść zawarta na łamach tej książki jest dość spójna. Właśnie, nadrzędna opowieść, bo struktura graficzna aż tak spójna nie jest, wszak bardzo precyzyjne, wręcz realistyczne rysunki sąsiadują, z lekkim i pośpiesznym cartoonem. Jednak to absolutnie nie przeszkadza, skoro to dziennik, to przecież jest on odbiciem humorów autora i jego chęci lub niechęci do dokumentowania. A jak już jestem przy ilustracjach, to zasługują one na najwyższe uznanie; zarówno plansze bardzo komiksowe, jak i te "zwykłe" ilustracje. Elastyczność Thompsona jako rysownika jest imponująca.

Przede wszystkim "Dziennik podróżny" jest fascynującą książką. Myślę jednak, że inne akcenty będą zajmujące dla czytelników "przypadkowych" i tych, którzy "mocno siedzą w komiksach". Thompson oprócz opisywania różnych przypadków jakie go spotkały podczas pobytu w Europie czy w Maroku i wyjątków z kultury/codziennego życia tubylców jakie zaobserwował, pokazuje nam Polakom, będącym wciąż na peryferiach komiksowego świata, jak wygląda życie autorów komiksów "z prawdziwego zdarzenia". Dla mnie zapiski z wizyty u Lewisa Trondheima czy z promocyjnego tournee były na pewno jednymi z ciekawszych momentów "Dziennika". Jako fana komiksu mnie to fascynuje, takie podglądanie "wielkich" naszego światka, jako scenarzystę-wannabe... no cóż, też bym tak chciał.

Ten album mówi też sporo o Thompsonie jako człowieku*. Jest on osobą bardzo łatwo popadającą w depresję, lubiącą się nad sobą użalać (co momentalnie wywołało u mnie ogromną sympatię). I cały "Dziennik" jest utrzymany w takiej atmosferze wyznań człowieka, który jest bardzo samotny, nieszczęśliwy i tylko czasami, najczęściej gdy spotka jakąś nową życzliwą osobę lub kogoś kogo znał już wcześniej, w jego zapiski wkrada się więcej optymizmu. I właśnie klimat albumu jest jakby podzielony na dwie części. Depresyjna i smutna opowieść o wyprawie do Maroka i swobodniejsza, dużo cieplejsza, a nawet pełna humoru relacja z wojaży europejskich.

"Dziennik podróżny" to bardzo ważna publikacja na naszym skromnym rodzimym rynku. Powodów jest kilka: po pierwsze to po prostu świetnie opowiedziana zajmująca historia; po drugie być może nie do końca komiksowa forma będzie łatwiej przyswajalna dla czytelników nie czytających na co dzień historii obrazkowych; po trzecie wreszcie, to wgląd dla nas – fanów/twórców w życie i różne aspekty pracy komiksowej gwiazdy. I za to należą się głębokie ukłony Timofowi i ekipie. Także kupcie "Dziennik". Warto.

* Oczywiście tu można wejść w długą dygresję na temat tego, na ile obraz autora jest prawdziwy, a na ile jest czysto artystyczną kreacją; ale może tego typu rozważania zostawię na inną chwilę.