wtorek, 24 lutego 2026

#2532 - 4000 znaków... O Robercie Kirkmanie i jego nowym komiksie.

Jest rok 2003. Robert Kirkman ma 25 lat. Można o nim powiedzieć, że jest "młodym, zdolnym scenarzystą", z jakimś dorobkiem i doświadczeniem. Jego "Battle Pope" z 2000 roku bez echa nie przeszedł.

Na początku roku, dokładnie 22 stycznia wychodzi pierwszy numer serii "Invincible" rysowanej najpierw przez Cory`ego Walkera, a potem Ryana Ottley`a (polskie wydanie - Egmont). Bliżej końca roku, bo 8 października, ukazuje się premierowy zeszyt serii "The Walking Dead", rysowanej najpierw przez Tony`ego Moore`a, a potem przez Charliego Adlarda (polskie wydanie - Taurus Media).

Jestem przekonany, że urodzony w Lexington, ale wychowujący się w mieście Cynthiana w amerykańskim stanie Kentucky komiksiarz jeszcze nie wie, że spod jego ręki wyszedł nie jeden, ale dwa tytuły, które niedługo staną się popkulturowymi fenomenami XXI wieku. Najpierw komiksowymi, ale potem... Z perspektywy czasu napisałbym też, że oba te tytuły przyczyniły się do przełomu, który dokonał się na rynku komiksowym w USA. Czy będzie przesadą napisanie, że Kirkman dokończył rewolucję rozpoczętą dekadę wcześniej przez ojców-założycieli Image Comics?




Obie serie - wydawane zresztą właśnie przez Image! - zostały pokochane przez czytelników, docenione przez krytyków, obsypane nagrodami. Obie serie doczekają się adaptacji. Jedna będącą animacją w streamingu, druga - aktorskim serialem w "tradycyjnej" TV. Obie będą odnosić sukcesy, ale na nieco innych warunkach i w nieco innej skali. "Invincible" i "The Walking Dead" wyszły z komiksowej bańki i przebiły się do masowej świadomości. O serialu produkowanym dla AMC traktującym o tym, co wydarzyło się po zombie-apokalipsie można wręcz napisać, że wszedł z buta do szerokiego mainstreamu. Czy w swoim czasie był fenomenem? Na pewno nie taki, jak "Gra o Tron" czy "Stranger Things", ale chyba tak, był.

W lutym 2010 na łamach Kolorowych o Kirkmanie pisałem tak:

Gdyby ktoś spytał mnie, kogo uważam za najważniejszego scenarzystę robiącego w mainstreamie w ostatniej dekadzie, obok mojego ulubionego Brubakera i wszechobecnego Bendisa, wymieniłbym zapewne Roberta Kirkmana. Obiektywnie patrząc dokonał on rzeczy niebywałej – pracując w oficynie, nie należącej do wielkiej dwójki (czytaj - nie będącej Marvelem, ani DC Comics), właściwie z niczego, od zera potrafił stworzyć serie, które stały się prawdziwymi przebojami i jak równy z równym walczyły na listach sprzedaży z czołowymi tytułami konkurencji.

Jest rok 2026. Robert Kirkman ma 47 lat. Od półtorej dekady szefuje Skybound Entertainment, wciąż pozostając ważną figurą z Image. Komiksy firmowanego jego nazwiskiem i szyldem jego imprintu Energon Universe sprzedały się w nakładzie przekraczającym 6 mln egzemplarzy. To potężny sukces. Takiego wyniku szczerze mogą mu pozazdrościć redaktorzy Domu Pomysłów. Kirkman nic już w sumie nie musi. Żadnych potrzeb, ale dalej pisze komiksy. Jednak co by dobrego nie pisać o "Oblivion Song" z 2018, "Outcast" z 2014 czy "Thief of Thieves" z 2012, trudno je porównywać z tym, czym był "Niezwyciężony" czy "Żywe trupy".

Na tegorocznym ComicsPRO Robert Kirkman zapowiedział, że po raz pierwszy od czasów “Niezwyciężonego” wraca do super-hero. 22 lipca 2026 ukaże się pierwszy numer serii on-going zatytułowanej "Terminal". Jego akcja będzie rozgrywać się w świecie, w którym dwie frakcję toczą brutalną, ale ukrytą przed światem wojnę. Główną bohaterką jest kobieta o imieniu Marilyn Howe, która poszukuje swojej siostry Alessandry, jak czytamy w oficjalnych materiałach. Rich Johnston z BleedingCool uważa, że "Terminal” może okazać się dla "X-Men" tym, czym “Invincible“ był dla "Supermana" i "Spider-Mana". Może. Ale może się też okazać, a może dostaniemy powtórkę z wczesnego Image. Zaprezentowana na konferencji prasowej okładka, wyglądająca jak nowa inkarnacja jakiegoś "Cyberforce" czy innego "Youngblood", zrobiła na mnie takie, a nie inne wrażenie.

Co jeszcze? Ma być epicko, ma być brutalnie. Nie zabraknie też charakterystycznych dla pisarskiego stylu Kirkmana elementów. I będą blind bagi, wiadomo. W amerykańskich serwisach czytamy o "powerhouse creative lineup", o "legendary artists” i "some of the biggest names in comics" zatrudnionych do pracy przy "Terminalu” przez prezesa Skybound. Nie przeczą, że Joe Casey, który pomaga Kirkmanowi przy scenariuszu, Andy Kubert, David Finch i Arthur Adams, którzy zajmą się oprawą graficzną, to duże nazwiska. Gwiazdy przemysłu komiksowego w USA? Może i tak, ale w latach 80-tych, 90-tych i 00-owych. W 2026 to cieszący się szacunkiem ze strony młodszych kolegów, uznanie weterani. Będący raczej bliżej, niż dalej.

Zresztą, to samo można zacząć pisać o Kirkmanie. Nie zdziwię się, jeśli okaże się, że "Terminal” będzie jego ostatnim dużym, autorskim projektem. A na pewno pokaże - używając sportowej metafory - ile jeszcze zostały mu w baku, jako scenarzyście. Czy się już skończył, czy jeszcze nie. Czy dostaniemy coś, co choćby zbliży się do tego, czym były "Żywe trupy" i "Niezwyciężony" i jaki wpływ na kulturę popularną miały? Nie sądzę. Przez następne dwie dekady Kirkman nic tak dobrego i znaczącego nie napisał. "Marvel Zombies" było dobre, było blisko, ale to nie to. 

Nie sądzę, żeby napisał teraz.

Brak komentarzy: