
Dzisiejszy wstęp będzie na dwa głosy - Janusza i Kuby:
Wszystko zaczęło się od małej "prośby" Repka na Polterze, byśmy porozmawiali o komiksie. Wiele tematów w naszym środowisku jest regularnie wskrzeszanych na forach i serwisach, a jednym z nich jest właśnie kwestia braku merytorycznej rozmowy w sieci. I choć jedni "prośby" takie uważają za małe prowokacje, a drudzy (używając forumowej nomenklatury) za necroposting, to prawdą jest, że zazwyczaj skutkuje to pewnym ożywieniem dyskusji o kondycji komiksu i innych pochodnych tematów. I tym razem nie było inaczej, gdyż w mijającym tygodniu przez komiksową sieć przewinęły się rozmowy z Lisowym zapytaniem "co z tym komiksem?" Dominik Szcześniak w ziniolowej "Pigule" (polecam!) nie zgodził się z Repkiem, twierdząc, że rozmów o komiksach jest sporo, często nawet bardzo konstruktywnych, ale trzeba ich szukać poza internetem. Jednak i na te słowa znalazł się - jakby rykoszetem - kontrargument, tym razem ze strony forum Gildii, na którym od kilku dni trwa dyskusja o enigmatycznym tytule "polskiego czy zagranicznego?". I choć Śledziu prowokacyjną tezę, że Polacy wolą kupować komiksy zagraniczne aniżeli rodzime, skomentował krótko, to wątek rozwinął się w dywagacje o motywacjach naszych komiksowych zakupów, która bardzo odbiega od standardowych przepychanek miłośników twardych i miękkich okładek. (JT)
Wszystko zaczęło się od małej "prośby" Repka na Polterze, byśmy porozmawiali o komiksie. Wiele tematów w naszym środowisku jest regularnie wskrzeszanych na forach i serwisach, a jednym z nich jest właśnie kwestia braku merytorycznej rozmowy w sieci. I choć jedni "prośby" takie uważają za małe prowokacje, a drudzy (używając forumowej nomenklatury) za necroposting, to prawdą jest, że zazwyczaj skutkuje to pewnym ożywieniem dyskusji o kondycji komiksu i innych pochodnych tematów. I tym razem nie było inaczej, gdyż w mijającym tygodniu przez komiksową sieć przewinęły się rozmowy z Lisowym zapytaniem "co z tym komiksem?" Dominik Szcześniak w ziniolowej "Pigule" (polecam!) nie zgodził się z Repkiem, twierdząc, że rozmów o komiksach jest sporo, często nawet bardzo konstruktywnych, ale trzeba ich szukać poza internetem. Jednak i na te słowa znalazł się - jakby rykoszetem - kontrargument, tym razem ze strony forum Gildii, na którym od kilku dni trwa dyskusja o enigmatycznym tytule "polskiego czy zagranicznego?". I choć Śledziu prowokacyjną tezę, że Polacy wolą kupować komiksy zagraniczne aniżeli rodzime, skomentował krótko, to wątek rozwinął się w dywagacje o motywacjach naszych komiksowych zakupów, która bardzo odbiega od standardowych przepychanek miłośników twardych i miękkich okładek. (JT)
Uderz w stół, a nożyce się odezwą, chciałoby się powiedzieć. Tuż po tym felietonie Repka i wypowiedzi Lucka w sieci rozgorzała dyskusja na jeden z naszych dyżurnych tematów, czyli Kondycji Polskiego Komiksu i ogólnie pojętej Sytuacji Polskiego Komiksiarza. Podobnie, jak kilka innych wątków, także ten powraca z regularnością najtwardszych super-łotrów, traktujących grobową deskę, jak drzwi obrotowe. Niestety, często kolejna inkarnacja bywa o wiele mniej złowieszcza i groźna od poprzedniej. Trudno więc się dziwić, że taki "come back" spotyka się z drwiącym lekceważeniem części potencjalnych dyskutantów i milczącą obojętnością innych. Bo ile razy można truć o tym samym?
W sporze pomiędzy "Ziniolem", a komiksową dywizją Poltera na dobrą sprawę i Repek, i Lucek mają rację.
Tak, w sieci o komiksie się nie dyskutuje, tylko gada. Wrzuca jednolinijkowce, twittuje, trolluje, off-topuje. Nabija posty albo, często w dobrej wierze, wskrzesza tematy po wielokroć przerobione. I w sumie jest fajnie, nieco przaśnie, ale fajnie. Od zawsze merytoryczne, otwarte, zmierzające do jakiejś konkluzji, nie podszyte osobistymi urazami (będących solą każdego środowiska artystycznego!) dysputy są tylko pobożnym życzeniem tych, którzy chcieliby w taki właśnie sposób rozmawiać. Wiem, bo sam chciałbym. Często takie dyskusje odbywają się w kawiarnianych zaciszach, w pociągach zdążających na konwent, wśród, niekoniecznie komiksowych, kumpli przy pizzy. Od przypadku, do przypadku. W internecie też się trafiają, o ile dokładnie przeczesze się jego bebechy.
Inną kwestią stanowią współdyskutanci, bo prawda to znana od dawna, że zainteresowani komiksem, po zapoznaniu się z zawartością ostatniej paczki i nasyceniu się blogowo-serwisową publicystyką, mają zwyczajnie dość. To już nie te czasy, kiedy na rynku pojawiały się trzy komiksy na krzyż i każdemu z nich przyglądano się pod forumową lupą. Teraz kolorowe zeszyty i albumy w twardych oprawach przerabia się masowo, na akord, byle więcej. Nawet, jak już trafi się taki potencjalny interlokutor, spełniający wszelakie wymogi intelektualno-kulturalne, to dość szybko okazuje się, że nie ma gdzie podzielić się swoją opinią. Nie wiem czy epoka Web 2.0 nie przyniosła więcej szkody, niż pożytku, wprowadzając więcej chaosu niż demokracji. Dawniej, było jedno, lepsze lub gorsze, forko Gildii, a wcześniej Wraka, które zbierało w jednym miejscu sporą część środowiska. A teraz wszystko się porozbijało, zdecentralizowało, zburdelizowało, każdy dorobił się swojego obrządku i tylko czeka przy płocie na jakiegoś zbłąkanego dyskutanta. A rzeczone dyskusje nieregularnie rozlewające się po sieci, w często zaskakujących kierunkach, trudno opanować bez dobrze zorganizowanego czytnika RSS. (KO)





1 komentarz:
Szkoda, że Bershki nie ma w Szczecinie, najbliższy chyba w Koszalinie :). Za to w Housie dorwałem kiedyś dwie koszulki z Batmanem. Swoją drogą te sklepy z Hiszpanii mają pełno wzorów z różnymi postaciami, chociażby z Simpsonów. Cropp lub stoprocent mógłby jakieś licencje nabyć;)
Prześlij komentarz