poniedziałek, 13 lutego 2012

#968 - "Złote pszczoły" i słodko-gorzki smak życia w międzywojennej Warszawie

Kolejny raz gościmy na naszych łamach Magdę Rucińską, która tym razem pisze o antologii "Złote Pszczoły". Zapraszamy do lektury i na bloga autorki.

Dla wielu ludzi pszczoła to mały, nieistotny owad. Co prawda, w kulturze zachodniej zdążyła się przyjąć jako synonim posłuszeństwa i pracowitości. Nie każdy jednak, zajadając miód, myśli przy okazji o tym, że życie pszczoły może nie mieć równie słodkiego smaku. Innymi słowy, nie dla wszystkich to drobne stworzenie coś znaczy... 

Tymczasem symbolika związana z tym owadem odgrywa dość istotną rolę w antologii "Złote pszczoły". Skoro opowiada ona o Żydach przedwojennej Warszawy, należałoby zapytać, czy zestawienie owadów z ludźmi jest w tym przypadku uzasadnione? Czy takie porównanie nie jest aby groteskowe? Otóż nie. Wprawdzie pomysłodawczyni antologii, Monika Powalisz, pisze w słowie wstępnym o międzywojennej Warszawie, jako krainie obfitości. Mimo to stworzony przez nią zbiór komiksów nie pozostawia złudzeń - nie był to raj mlekiem i miodem płynący. Przywołane przez autorkę bogactwo stolicy objawiało się głównie w różnorodności kulturowej.

Powalisz stawia w swoim albumie tezę, która łudząco przypomina znaną wypowiedź Einsteina o zależności człowieka od pszczół. Z tym, że w jej przypadku po obydwu stronach równania jest ludzkie życie. Ponieważ jednak zamieszczone w "Złotych pszczołach" historie opowiadają o przeszłości - tym, co nie istnieje i czego nieobecności nikt zdaje się nie zauważać - ich bohaterowie zdają się być tym bardziej podobni owadom. Nie ma w tym porównaniu nic kafkowskiego, istotna jest w nim natomiast kwestia znaczenia, a raczej jego pozornego braku.

Czasem bardzo drobny i nieistotny szczegół decydować może o losach naprawdę wielkich spraw. Zdarza się, że banalny upadek z krzesła bywa równoznaczny ze schyłkiem rządu (patrz komiks: "Salazar: agora na hora da sua morte"), skręcona kostka ze złamaną karierą, reakcja między małymi atomami z potężną katastrofą. To trochę jak z myśleniem indukcyjnym, funkcjonującym według zasady "po nitce do kłębka". Zamiast owijać w bawełnę, czy otulać pojęcie indukcji miękkimi, kłębiastymi metaforami, warto jednak spojrzeć na ów zjawisko również jak na działanie literackie, podstawiające część za całość - pars pro toto, metonimię i synekdochę. Nie zapominajmy także o innych retorycznych zabiegach, medialnych i politycznych półprawdach (względnie: prawdach częściowych) oraz kulturowych stereotypach, czy mitach.

Powyższe przykłady łączy pewna wspólna, charakterystyczna cecha. Jest nią wypełnianie luk, cerowanie dziur pomiędzy tym, co powiedziane, a tym, co pozostaje w sferze domysłów, lub mimowolnie mówi się samo. To tak, jak ze schematycznym rysunkiem, czy pobieżnym szkicem. Naprawdę niewiele trzeba plam i linii by było widać postaci oraz kontekst sytuacyjny, w jakim się znajdują. Coś bowiem te rysunki „dopowiada"; domyka ich pootwierane na oścież kadry i kompozycje. Każdy miłośnik komiksu zna to zjawisko doskonale.

W "Złotych pszczołach" zyskuje ono jeszcze inny, dodatkowy wymiar. Zgromadzone w tej antologii komiksy poruszają dosyć rozległy temat. Wszystkie opowiadają o Żydach, którzy żyli w stolicy w trakcie międzywojnia. Nie robią tego jednak w sposób wyczerpujący. Zbiór składa się z zaledwie kilku krótkich form, które jedynie nakreślają - właśnie w sposób szkicowy - parę osobistych historii. Ta fragmentaryczność, umowność jest jednak ich zaletą.

Postaci, które zostały w nich opisane nie są nudne, ale nie każda z nich daje się poznać jako niecodzienna, wzniosła, monumentalna. Nie przypominają one pomników ani - oglądanych z żabiej perspektywy - przodowników znanych z malarstwa socjalistycznego. To bohaterowie pisani małą literą. W opowieściach Powalisz oraz wybranych przez nią rysowniczek, są oni jakby cieniem - widmem, powidokiem - jedynie sugerującym istnienie pewnych grup ludzi, którzy kiedyś byli częścią warszawskiego życia, polskiej kultury. Co więcej, bohaterom tym przyszło żyć w epoce, której znaczenie zdecydowanie umniejszyła - zmiażdżyła wręcz - wielka historia drugiej Wojny Światowej i Holokaustu. Można ich więc przyrównać do postaci drugo- lub trzecioplanowych, a nawet statystów, o których w języku komiksu opowiadała już kiedyś Rutu Modan.

A zatem, świadomie czy nie, pomysłodawczyni i scenarzystka antologii sięgnęła również do innej symboliki związanej z pszczołami. Poruszyła kwestię niewielkiego, znikomego wręcz znaczenia, jakie bywa im przypisywane. Tym samym ukazała błędność rozumowania, które lokuje jej bohaterów - owe "złote pszczoły" - po stronie nieistniejącego i nieistotnego. Lektura stworzonej przez nią antologii ma z założenia nie tylko przywracać pamięć o warszawskich Żydach z okresu międzywojnia, ale również świadomość śladów, jakie zostawili na kulturowej mapie tego miasta.

Zaproszone przez Powalisz rysowniczki zbudowały warstwę graficzną o sporej różnorodności. Ma to swoje proste uzasadnienie - w końcu każda historia opowiada o ludziach mających odmienne charaktery, poglądy, statusy społeczne i zawodowe. Zróżnicowanie może więc przypominać literackie stylizacje językowe. Nie jestem jednak pewna, czy potencjał ten został w tym przypadku w pełni wykorzystany.

Warto zauważyć, że Zosia Dzierżawska i Olga Wróbel umiejętnie operują w swoich rysunkach skromnymi środkami, bardziej stonowanymi barwami. Ciepłe, ziemiste u pierwszej z nich, przechodzą w coraz zimniejsze u drugiej, osiągając w końcu swoiste, zdystansowanie i chłód w ilustracjach Joanny Jurczak. W przypadku ostatniej z wymienionych autorek niestety nie idzie to w parze z przejrzystością jej "architektonicznej" opowieści. Z kolei Malwina Konopacka zastosowała w swojej historii ostrzejsze zestawienia kolorystyczne, ale wybrana przez nią ozdobna, mocno estetyzowana forma nie sprzyja zbytnio czytelności.

Inaczej mają się sprawy z rysunkami Agaty Nowickiej. Mimo że - przez wzgląd na swój pikselowy charakter - wprowadziły one do antologii delikatny dysonans, to tworzą ciekawą i przejrzystą całość. Najbardziej intensywne, chaotyczne i wyraziste zdają się jednak ilustracje autorstwa Anny Czarnoty, która - w opowieści o Izabeli Szwarc i kawiarnianych bohemach - zdecydowanie operuje kontrastem, ekspresją oraz kompozycyjnym horror vacui. Tworząc właściwy sobie, wizualny, antyestetyczny terror, artystka ta prowadzi antologię ku finałowi - ostatecznemu wybuchowi wojny.

Mimo pewnych edytorskich niedociągnięć i pojawiającej się gdzieniegdzie nieczytelności, czy nieprzejrzystości, "Złote pszczoły" są w miarę udaną antologią, której lektura pozostawia niedosyt. Naturalnie, można to odebrać jako wadę. Niemniej jednak niedosyt ten pozwala odczuć stratę; uświadomić brak, jakiego się wcześniej nie odczuwało. Przypomina to odrobinę zjawisko bólu fantomowego - osobliwego, bolesnego uczucia w miejscu amputowanej kończyny. A w przypadku takiej tematyki, efekt ten wydaje się być więcej niż pożądany.  

2 komentarze:

Grim pisze...

"Niedosyt" po lekturze wynika wyłącznie z kiepskich, porwanych scenariuszy, pełnych nielogiczności i przeskoków fabularnych. Antologia zdecydowanie nieudana.

godai pisze...

Jestem rozczarowany brakiem flejmłora. Najwyraźniej gili na fejsie wyczerpał środowiskowe pokłady chęci do walki o osobiste poglądy.