środa, 22 lutego 2012

#0972 - Kamień przeznaczenia

Prawdę powiedziawszy komiks Tomasza Kleszcza polubiłem jeszcze przed lekturą. Wystarczyła świadomość o charakterze "Kamienia przeznaczenia" połączona z pospiesznym przekartkowaniem go, w trakcie czego gdzieś po jednej ze scen pościgu ujrzałem przerośniętą postać przeobrażającą się w coś w rodzaju wilkołaka. Na mojej twarzy pojawił się wówczas szeroki uśmiech. Wiedziałem, że niezależnie od tego, ile ewentualnych mankamentów w trakcie lektury wyłapię, owoc pracy tego początkującego artysty darzyć będę sympatią.


Już pierwsza scena wiele mówi o całości. Oto policyjne radiowozy ścigają dwóch zbrodniarzy w maskach clownów. Jeden z nich wychyla się z pędzącego samochodu w rękach dzierżąc karabin maszynowy. Po wystrzeleniu odpowiedniej ilości naboi udaje się im zostawić stróżów prawa daleko w tyle (delikatnie rzecz ujmując). Gdy przestępcy znajdują się już w bezpiecznym miejscu, ten, który otworzył ogień, ten jednoznacznie negatywny, postanawia pozbyć się też wspólnika. „Jeszcze będziesz mi wdzięczny, że oszczędziłem Ci gównianego żywota na tym gównianym śmietnisku” – rzuca w stronę martwego już ex-partnera.

Oto niezobowiązująca, przepełniona akcją rozrywka, z jednej strony przywołująca na myśl kiczowate kino sensacyjne z lat 80., z drugiej zaś co niektóre zeszytówki wydawane u nas w dekadzie kolejnej przez nieśmiertelne TM-Semic. Fabuła do zawiłych więc nie należy, choć warto by podkreślić, iż jej podstawę stanowią elementy szeroko pojmowanej fantastyki. Efektem tego swoista gatunkowa hybryda, gdzie w licznych scenach bójek czy strzelanin biorą udział nie tylko nad wyraz umięśnione jednostki, ale też krwiożercze monstra pamiętające niektóre ze starych opowieści grozy. Powiedzmy.

Błyskawiczne tempo akcji owocuje błyskawicznym tempem lektury. Można to jednak traktować zarówno jako zaletę – wszak czytelnik zwyczajnie nie zdąży się znudzić – jak i wadę. A dlaczego też wadę? Bo w zasadzie nie ma tu rysunków, przy których można by na dłużej zawiesić swoje oko. Nie ma tu miejsca na „komiksową kontemplację”. Przeskakuje się z jednego kadru na drugi i po chwili pozostaje już tylko ostatnia strona. Rach-ciach.

Moim skromnym Kleszcz zwyczajnie nie wykorzystał tkwiącego w jego komiksie potencjału. Oczywiście nie był to materiał na pozycję zapierającą dech w piersiach, na coś, dla czego co radykalniejsi fani Alana Moore’a zapomnieliby nagle o codziennym gładzeniu swoich egzemplarzy „Strażników”. Niemniej jednak gdyby autor w takim samym stopniu, co na samej akcji, skupił się na dyktującej ją opowieści, gdyby ozdobił ją pewnymi niuansami i większą dozą enigmy, efekt jego pracy mógłby być, jak mi się wydaje, naprawdę dobry. Byłaby to pulpa nie tylko efektowna, ale też mocna dramaturgicznie i dowcipna.

Ale ów niewykorzystany potencjał najlepiej chyba oddają same dialogi. Otóż w kilku miejscach autor zdaje się wzorować na one-linerach wprost ze wspomnianych wcześniej filmów sensacyjnych/zeszytówek. Specyficzne hasła za każdym razem powodowały u mnie bardzo sympatyczny uśmiech na twarzy. Tylko dlaczego jest ich tak mało? Wiele fragmentów aż się o nie prosi. Pozbawione ich do zaoferowania mają jedynie, dajmy na to, widok płonących samochodów. Co może być i niezłe, ale tylko na chwilę.

Jeśli chodzi o stronę wizualną, to zdecydowanie najlepiej prezentują się tła oraz budynki. Ładnie dopracowane, często szczegółowe, zawsze realistyczne. O postaciach nie da się już powiedzieć tyle dobrego, acz nie uważam też, by należało je od razu krytykować. Tu ultra-męskość i ultra-kobiecość w wersji nieco karykaturalnej – coś jakby prace Jima Lee przeżarte przez satyryczną kreskę Richarda Corbena. Jakby. Ja nie mam zastrzeżeń. No, za wyjątkiem tych rysunków, kiedy pojawiają się pewne problemy z proporcjami, perspektywą czy dynamiką.

Ogólnie rzecz biorąc przyjemna to rzecz. Opierająca się na gatunkowych kliszach, ale nie udająca czegoś więcej, grająca na sentymentach odbiorcy, ale w sposób bezpretensjonalny. Szkoda, że niedoszlifowana scenariuszowo, jednak wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, że przy pracy nad kolejnymi tomami nie było już takiego pospiechu. Chętnie się przekonam.

5 komentarzy:

Anonimowy pisze...

Z całym szacunkiem dla twórców "Szelek", "Foto Story", "Konstruktów" czy "Laleczek", ale bardzo dobrze, że komiksy takie "Kamień Przeznaczenia" też się u nas pojawiają. Naprawdę udana rozrywka.

Marcin Adamczyk pisze...

Też tak uważam. Jakoś już mnie nie kręci "komiks artystyczny", z przerostem formy nad treścią. "Kamień Przeznaczenia" może nie powala, ale mi się go fajnie czytało i czekam na ciąg dalszy.

Marcin Zembrzuski pisze...

A no właśnie. Autor dobrze rokuje na przyszłość. Nie zdziwię się, jeśli trzeci czy czwarty tom "Kamienia" będzie na naprawdę wysokim poziomie.

Maciej Pałka pisze...

Jako, że miałem już niewątpliwą przyjemność współpracy z Tomkiem Kleszczem, wiem więc poniekąd z autopsji, że jest to prawdziwy miszczu w kategorii dynamiki. Ścisła czołówka. W sumie nie wiem z kim Tomek miałby w tej czołówce konkurować. Chyba tylko ze Śledziem a i tak byłaby to wyrównana konfrontacja :)

Tomek pisze...

Dziekuję, panowie. Zapewniam, że postaram się sprostać wytycznym, zwłaszcza w kwestii graficznej, chociaż Maćku, chyba postawiłeś mi nieco zbyt wysoko poprzeczkę, takie porównania mogą mi zaszkodzić ;]