niedziela, 31 października 2010

#666 - Treehouse of Horror II

Już za minutę wybije północ, a dzisiaj oznacza to ponoć, że powinniśmy zacząć się bać. A że w polskim "komiksowie" czasy coraz mroczniejsze/trudniejsze, to i o strach nie trudno. Na każdym kroku słyszymy o "zapaści", coraz rzadszych "cyklach wydawniczych" i okrojonych "pakietach". Gdy dodamy do tego problemy z płynnością finansową spowodowane przez monopolistyczny "salon multimedialny", to aż dziw bierze, że my - komiksiarze - możemy jeszcze spokojnie spać (a możemy?).

Jednak od zapaści i bankructw są zjawiska, powodujące w naszym komiksowym światku o wiele większe przerażenie. Nawiedzają nas już od dawna, i robią to zazwyczaj tak zaciekle, że nie jeden już przed nimi skapitulował. O czym mowa? A o dyskusyjnych zmorach - zwanych koszmarkami, które co rusz wracają w naszych internetowych dysputach i "dysputach", by z uporem maniaka każdy temat sprowadzić do parteru. I choć ciężko byłoby wskazać najstarszy koszmarek polskiego "komiksowa", to przy olbrzymim samozaparciu, można by pokusić się o przeszukanie, dla przykładu, fora Gildii by znaleźć temat, który wałkowany jest najdłużej. Ale ta syzyfowa praca nie miałaby większego sensu, ponieważ nie o wiek w tym przypadku się rozchodzi, a o moc (skojarzenie ze zjawiskiem "jebnięcia" jak najbardziej prawidłowe - przyp. red.) tych dyskusyjnych zmor. Jednak zamiast kolejny raz tylko gołosłownie i absolutnie subiektywnie rozpisywać się o środowiskowych koszmarkach, Kolorowe Zeszyty użyły wszystkich swoich "wpływów" i "znajomości" by zaprosić do rozmowy częstego uczestnika internetowych przepychanek, w nadziei na wypracowanie chociaż częściowego "wspólnego frontu". Przyznam, że nie było łatwo przekonać naszego gościa do wywiadu, ale udało się, za co dziękuję mu w tym miejscu!

Tyle tytułem wstępu, a teraz zapraszam do rozmowy z Młodym Gniewnym, Ostatnim Sprawiedliwym - Zosią.

Zacznijmy od początku. Czy zgadzasz się ze stwierdzeniem, że nasze środowisko nękane jest przez dyskusyjne zmory - zazwyczaj banalne tematy, które potrafią zniweczyć każdą próbę dyskusji o komiksie?

Bądźmy szczerzy. Nie jestem nazbyt lubiany w naszym malutkim "komiksowie", i właśnie dlatego zgodziłem się na ten wywiad. Mam nadzieję, że po raz pierwszy uda mi się spokojnie i bez złośliwych, przerywających kontr-komentarzy, powiedzieć co myślę właśnie o tych, jak to nazywasz, koszmarkach. Moim zdaniem pierwotnie były to tematy takie same jak każde inne, ale przez grupę wzajemnej adoracji zostały sprowadzone do absurdu. I tak, ubiegnę Twoje pytanie i przyznam, że piję do tak zwanych kawangardziarzy i PeeSKowców.

Temat taki sam jak każdy inny powiadasz? Powiedz mi więc jaki ma sens rozmowa o wyższości twardej oprawy nad miękką?

To nie tak. Wszystko zaczęło się od zarzutu, że twarda okładka horrendalnie przedraża komiks. Doszło nawet do absurdalnego stwierdzenia, że taka oprawa potrafi być połową ceny całego wydawnictwa. A przecież wydawcy już niejeden raz mówili, że jest to kwestia tylko kilku złotych. Dlatego uważam, zresztą nie tylko ja, że skoro to tak mała różnica w cenie, to warto dopłacić, bo komiks od razu zyskuje na wartości artystycznej.

Wartości artystycznej? Ale przecież banałem, acz prawdziwe, jest stwierdzenie, żeby nie oceniać zawartości po okładce. Nie uważasz, że Twoje słowa są właśnie wodą na młyn zwolenników miękkich okładek, którzy grzmią kiedy słyszą taką argumentacje?

Grzmią bo nie rozumieją. Ja nie twierdzę, że to okładka wyznacza jakość komiksu, tylko właśnie zupełnie na odwrót. To komiks wyznacza jakość wydania. Kiedy mamy do czynienia z komiksem wybitnym, to chcemy by był wydany porządnie. By wytrwał wielokrotne lektury i oglądania bez szwanku. Prawda jest taka, że komiksy wydawane u nas w twardej oprawie to dzieła gatunku - "From Hell" czy "Kingdom Come".

Ale Twoja argumentacja nadal każe rozumieć, że za oprawą idzie jakość. A przecież mnóstwo jest komiksów, które wydano w miękkiej oprawie, a są rewelacyjne. Z drugiej strony, wiele komiksów wydanych w twardej okładce to co najwyżej przeciętne czytadła nadające się na lekturę w toalecie.

Jak możesz tak mówić? Niewyobrażalnym i niewytłumaczalnym jest dla mnie by komiks zabierać ze sobą do toalety. Prawdziwy fan powinien dbać o swoją kolekcję. Ja dla przykładu, podczas lektury nie piję nawet herbaty. Bo jeszcze się wyleje i komiks wart sto lub nawet więcej złotych zostanie zniszczony. Niewyobrażalna głupota!

Cieszę się, że wspomniałeś o tych najdroższych komiksach, bo w ten sposób możemy przejść do drugiego koszmarka, jakim jest reedycja komiksów.

Ale tu nie ma o czym tu rozmawiać? Egmont wydając Mistrzów Komiksu obiecał, że ich nakład będzie ściśle limitowany, a co ważniejsze nigdy nie wznawiany. To właśnie między innymi dzięki tej obietnicy, ta seria odniosła tak ogromny sukces. Ludzie kupują te komiksy bo mają świadomość, że w ich ręce trafia produkt wyjątkowy - elitarny.

Ale przecież cały problem nie kończy się na egmontowskich Mistrzach Komiksu. Takie dla przykładu wydanie zbiorcze "Wilqa" bądź "Osiedla Swoboda", albo "Blankets". W ich przypadku nigdy nie składano takich obietnic, a co chwilę można usłyszeć głosy oburzenia. Dlaczego?

Co tu dużo mówić. Wszystkie te wznowienia psują interes i zniechęcają do zabawy w komiks. Handel wyprzedanymi komiksami, które cieszą się rewelacyjną opinią potrafi być bardzo dochodowy. A każde takie wznowienie zaniża ceny. Wcześniej człowiek kupował taki komiks w ciemno, bo nawet jeśli się nie spodobał, to wystarczyło chwilę potrzymać w szufladzie i robiła się z tego świetna inwestycja. A teraz trzeba się mocno zastanowić przed każdym zakupem.

Czyli mam rozumieć, że komiksy są dla Ciebie sposobem na dorobienie, a nie pasją? Bo przecież reedycja to możliwość dotarcia do nowych czytelników. To się nie liczy?

Jestem pasjonatem, ale także kolekcjonerem. A dla kolekcjonera liczy się produkt rzadki, wyjątkowy. Zalewanie rynku co rusz wznowieniami odbiera ochotę na zakupy nam stałym czytelnikom. A wybacz, że nie wierzę aby reedycje przyciągały nowych ludzi do komiksu. Wybór więc jest prosty - albo stały czytelnik - kolekcjoner, albo fatamorgana nowych kupców.

No dobrze. Zakończmy tematy ekonomiczne, a przejdźmy do sprawy z pogranicza teorii komiksu. Myślę tutaj o mandze, która dziwnym zrządzeniem losu stała się w naszym środowisku zjawiskiem wyjątkowym. Jest cała rzesza ludzi, która czytuje wyłącznie komiksy japońskie, a na drugim końcu są czytelnicy, którzy wręcz odmawiają jej prawa do bycia komiksem. Jak Ty widzisz ten problem? Skąd ten nieprawdopodobny spór.

Cały problem wynika z tego, że pewna garstka ludzi nie jest w stanie zaakceptować innego, niż swój własny, punktu widzenia. Co to za komiks, w którym styl rysowania, sposób kadrowania, narracji różni się tak diametralnie od wydawnictw z Europy bądź Stanów Zjednoczonych? Nie wspominając już o sposobie czytania tego? No i ta nazwa. Ona w ogóle nie ma nic wspólnego ze słowem komiks.

Ale przecież w wielu językach słowo komiks nie ma żadnych brzmieniowych konotacji z amerykańskim comic. Chociażby we Francji, Włoszech i Japonii właśnie.

No i co z tego? To już zwyczajnie czepianie się słówek. Rozchodzi mi się o to, że czymkolwiek mangi są, to daleko im do pozycji pokroju "Watchmen", "Sin City" bądź "Feralny Major". Chyba nie muszę po raz kolejny udowadniać wyższości tych pozycji nad japońskimi komiksami, czy jakkolwiek je nazwać. Miałem nadzieję, że ten wywiad nie będzie powtórką z forumowych przepychanek.

Cóż. Ja również miałem nadzieję, że nasza rozmowa pozwoli ustalić jakieś punkty wspólne w komiksowym postrzeganiu, by chociaż część tych koszmarków już się nie powtórzyła. Widzę jednak, że nie ma na to zbyt dużych szans. Może chociaż dojdziemy do konsensusu w temacie zeszytówek. Chyba nie uważasz jak cała rzesza fanatyków, że są one receptą na uratowanie polskiego rynku komiksowego?

Nawet nie zaczynaj! Mam już tego dość....

12 komentarzy:

IcekMały pisze...

Cóż...na świecie rozmową nazywana jest intelektualna wymiana zdań, w trakcie której obie strony dochodzą do pewnych wniosków. W Polsce, czy to w polityce, czy w "światku rozmówek o komiksie" rozmowa polega na upartym podtrzymywaniu własnych racji i obrzucaniu inaczej myślących nawozem. Jakoś ostatnio mniej chce mi sie nawet cztać co tam ludzie piszą na forach, komciach blogowych, twitterach...
Wolę w tym czasie porysować.

Karol Konwerski pisze...

kompletnie położyliście ten wywiad...
nie jest ani zabawny ani uwaga ! rzeczowy.
Bo kim jest Zosia?
Zosia w komiksowie ( fajnie że się przyjęło zamiast PSK) ma 20+ lat
ostatnia książkę poza katalogiem IKEA czytała w wieku lat 18.
Komiksy ocenia zgadza się przez pryzmat folijki i twardej okładki, ale nie dlatego że nic innego ją nie interesuję ale dlatego że aparat poznawczy ma ograniczony patrz wyżej.
Zosia nie lubi polskich komiksów?
niekoniecznie Zosia ma wrażenie że nikt jej nie rozumie, bo jeżeli jej się coś nie podoba to jedyne co jest w stanie z siebie wydusić to "GÓWNO".
Gdy już wydusi to z siebie dostaje bęcki...
I tu mamy kolejny problem, Zosia czuje się "poza" i "odrzucona" bo komiksowo jest zamknięte i wsobne komiksowo bawi się dobrze we własnym towarzystwie więc Zosia ma do wyboru albo dołączyć albo stać z boku.
Coś jak Hitler na balu w Reichstagu w 32.
Nikogo chyba nie dziwi pokaz ogni w budynku niemieckiego parlamentu rok później...
A wszystko przez to, że nikt nie podszedł do Adiego i nie spytał" Co jest Adolf? dobrze się bawisz?"
Z Zosią jest podobnie
Znamy przykłady Zoś które dobiły się do bram komiksowa.

Ot i tyle

Maciej pisze...

Karolu, wydaje mi się że nieco zamotałeś myląc "Zosizm" z syndromem "wejścia z buta". Pierwsza różnica: Zosia jest anonimowa. Wchodzący z buta jest anonimowy tylko przez fakt, że nic sobą (jeszcze) nie prezentuje. Zosią może więc być doświadczony parias a wchodzą z buta zazwyczaj początkujący w branży.

Karol Konwerski pisze...

no prawda Macieju w sumie
Co nie zmienia faktu że wywiad jest słaby, gdyby nie boldowanie to nie wiedziałbym gdzie kończy się Zosia a zaczyna pytanie:/

Szkoda fajowego pomysłu

Maciej pisze...

Szkoda :(

Anonimowy pisze...

???

Przychylam się do pozostałych postów.

Grim pisze...

Wchodzącego z buta można też rozpoznać po dwóch wariantach zachowania: 1) agresywny - krytykuje odważnie wszystkich i wszystko, nie ma świętości (zwłaszcza w polskim komiksie), no bo "tera ide ja!",
2) pasywny - unika sądów o twórcach i komiksach, żeby Boże broń kogoś nie obrazić, bo przecież my tu wszystkie jesteśmy kolegi i przyjacioły.

Zosia natomiast najczęściej psioczy dla faktu psioczenia. Bo nie ma folijki.

Anonimowy pisze...

Wy, chuje! Po chuja mnie parodiujecie!. Nie udzielałem nikomu żadnego wywiadu!

godai pisze...

Pogwałciliście prawo Godwina. Po tekście o Reihcstagu już nie powinno się dyskutować.

Nie ma zresztą o czym, bo generalnie tekst przekombinowany niestety.

m010ch pisze...

Słabizna i suchar - żądam zwrotu 5 minut mojego życia.

pjp pisze...

...

Anonimowy pisze...

Najgorszy tekst świata.