niedziela, 11 stycznia 2009

#107 - Trans-Atlantyk 21

#1 Marvel po 25 latach przywraca Assistant Editor's Month, który przez długi czas był świecką tradycją Domu Pomysłów. Kiedy wszyscy najważniejsi redaktorzy poszczególnych serii spotykali się z fanami podczas konwentu w San Diego, ich obowiązki przejmowali asystenci i najczęściej burzyli z trudem układany plan wydawniczy swoich pryncypałów. Niestety, w takiej formie Miesiąc Asystentów Redaktora dzisiaj nie przejedzie, ale Marvel przygotuje dwa wydania specjalnie pretensjonalnie zatytułowane „Marvel Assistant-Sized Spectacular”. Wśród zaangażowanych w całe przedsięwzięcie możemy znaleźć Jasona Aarona, Chrisa Yosta czy Richarda Isanove, a na jednej z prezentowanych okładek, w towarzystwie Luke`a Cage i Elsy Bloodstone`a, widzimy damską wersję Galactusa. (J.)

#2 MySpace Comic Books
postanowiło rozpocząć rok 2009 miesiącem Savage Dragona. W każdy styczniowy czwartek prezentowany będzie cały jeden numer wybrany przez twórcę postaci - Erika Larsena. Na pierwszy ogień poszedł #8 w którym zmasakrowany swoją pierwszą walką z Overlordem Dragon musi stawić czoła jego psom gończym - Hellrazer'owi i Cutthroat'owi. Oprócz tego numeru Erik wybrał jeszcze #1, #7 i #21 jako te najlepiej pokazujące swojego bohatera przywdziewającego mundur oficera policji (do której wróci w numerze 145 o którym to już pisaliśmy). Ósmy numer serii do przeczytania tutaj. (a.)

#3 Od nowego roku w ramach „Dark Reign” startują nowe tytuły. Oprócz najważniejszych nowych serii, o których pisał już arcz („Dark Avengers”, „Secret Warriors”), ruszają inne. Już w styczniu, Frank „Pogromca” Castle na łamach „The Punisher vol.2” będzie chciał dorwać swoją „karzącą dłonią” Normana Osoborna w pierwszej części historii „Living In Darkness”. Rick Remender („End League”, „Fear Agent”) napisze, a Jerome Opeña („Wolverine”, „Fear Agent”) narysuje. W lutym natomiast pojawi się pierwszy numer nowej serii „Black Panther”. Chłopaki z Marvela wciąż szukają odpowiedniej recepty na przygody T`Challi, bo to już, jeśli dobrze liczę, piąta seria bohatera stworzonego przez Stana Lee i Jacka Kirby`ego. Scenariuszem zajmie się cieszący się złą opinią Reginald Hudlin („Marvel Knights Spider-Man”), a oprawą graficzną Ken Lashley („X-Men: Legacy”, „52”). Zgodnie z panującym w branży transseksualnym trendem, maskę herosa Wakandy ubierze kobieta. Do Lady Bullseye, pani Loki, miss Ultron dołączyła Czarna hm… Panterka? (J.)

#4 Sześćdziesiąty numer "Invincible" nie będzie jedynym crossoverem w uniwersum Image w nadchodzącym roku. Znacznie bardziej klasycznym wydarzeniem będzie "Image United" przedstawiony na łamach oddzielnej 6cio numerowej mini-serii zaplanowanej również na rok 2009. Nie będę tu pisał o tym jak twórcy zachwalają historię, przekonują że będzie to coś niesamowitego, głębszego i tak dalej - takie gadanie pojawia się przy każdej podobnej okazji i często okazuje się, że były to puste słowa. To co najbardziej elektryzuje w tym projekcie to fakt, że biorą w nim prawie wszyscy założyciele Image Comics (z pominięciem Jima Lee, który ma kontrakt z DC) czyli Erik Larsen, Jim Valentino, Rob Liefeld, Marc Silvestri, Whilce Portacio oraz sam Todd McFarlane. Ta szóstka zajmie się grafiką, scenariusz zaś należy do Robert Kirkmana. Najłatwiej w takim wypadku byłoby gdyby każdy numer rysował inny artysta, ale będzie zupełnie inaczej i znacznie ciekawiej. Każdy twórca będzie rysował tylko i wyłącznie stworzone przez siebie postaci - tak więc Liefeld przybędzie z Youngblood, Valentino z Shadowhawk'iem, Silvestri z Witchblade / Cyberforce a Portacio z nowo stworzonym bohaterem o imieniu Fortress. Pozostałych dwóch panów zakopało topór wojenny i tym samym McFarlane po raz pierwszy od lat wróci do rysowania Spawna, a Larsen odpowiedzialny za panele z Dragonem, będzie również dbał o to, żeby jakoś to wszystko się łączyło i wyglądało. Fantastyczna szóstka nazywa to graficznym jam session. Nie znany jest data wydania chociażby pierwszego numeru między innymi z tego względu, że wydawnictwo obawia się odwetu ze strony Marvela czy DC, którzy go znając mogliby zaplanować coś specjalnego również od siebie.. Wszelkie nowe informacje i grafiki z "Image United" pojawiają się na fanowskiej stronie tego wydarzenia imageunited.info do której częstego odwiedzania zachęcam. (a.)

#5 Dobiega końca „Final Crisis”, czyli kryzys wszystkich kryzysów, po którym już żadnych kryzysów nie będzie. Ostatni, siódmy epizod głównej mini-serii ukaże się 28 stycznia, będzie miał 48 stron, jego scenarzystą pozostanie Grant Morrison, ale po rezygnacji z roli rysownika J.G. Jonesa, za oprawę graficzną będą odpowiedzialni Doug Mahnke i Christian Alamy. W przeciwieństwie do Marvelowej „Sekretnej Inwazji”, która zaczęła się świetnie, a skończyła żałośnie, wielki crossover od DC miał niemrawe początki i wszystko wskazuje na to, że zakończy się mocnym akcentem. Znaczy potężną bitwą z setkami super-herosów w roli głównej. (J.)

#6 Barrack Obama komiksową gwiazdą - po gościnnych występach u Erika Larsena przyszedł czas, aby pojawić się u jednego z najpopularniejszych superbohaterów Marvela. W przyszłym tygodniu w 583 numerze serii "Amazing Spider-Man" Obama wystąpi w pięciostronicowej historii (scenariusz: Zeb Wells, grafika: Todd Nauck i Frank D'Armata, alternatywna okładka: Phil Jimenez), gdzie Peter Parker przywdziewający pajęczy kostium, podczas uroczystości zaprzysiężenia czarnoskórego prezydenta udaremnia niecne zamiary Chameleona. Głównym powodem powstania takiej historii był - jak mówi Steve Wacker - fakt czytania w młodości przez Obamę przygód Pająka i Conana Barbarzyńcy. Wokół numeru zrobiło się oczywiście mnóstwo szumu (wystąpienie Quesady w CNN), więc można spodziewać się, że oprócz zapowiedzianego już drugiego dodruku (a sam komiks jeszcze nie wyszedł!), pojawią się następne. Patrzcie jak dziwnie - za wielką wodą czytanie komiksów to nie obciach. (a.)

#7 Nie tylko polskim wydawcom zdarzają się wpadki drukarskie. Marvel zaliczył nie tyle wpadkę, co wielką wtopę przy okazji ostatniego zeszytu „X-Men: Manifest Destiny” #5”, bo za okładkę autorstwa Humberto Ramosa krył się zupełnie inny komiks. Jakież musiało być zaskoczenie czytelników, którzy zamiast spodziewanego komiksu, mogli poczytać trzeci zeszyt mini-serii „X-Men/Spider-Man”, który miał ukazać się na rynku dopiero w przyszłym tygodniu. Rzecz jasna wydawca wszystkie wadliwe egzemplarze wycofa ze sprzedaży, a te, które zostały kupione zostaną wymienione. (J.)

#8 Garść nowości ze stołecznych sklepów z ciuchami: ubiegłoroczna ekranizacja "Mrocznego Rycerza" przyniosła wysyp rzeczy z Batmanowymi motywami - Nietoperza odzież obecna jest w Zarze, H&M oraz w Cubusie, w których to można dostać odpowiednio t-shirt (jak na zdjęciu powyżej - dzięki Kaboom), bokserki (dwa motywy), oraz damską koszulkę z Batgirl (oldschool jak siemasz). W H&M'ie dodatkowo do kupienia kolejne gacie z Hulkiem, t-shirt z Silver Surferem (co jakiś czas nowe wzory z bohaterami Marvela, więc warto wpaść od czasu do czasu) oraz Marvelova damska koszulka. A jako ciekawostkę, Kaboom wygrzebał coś takiego na mroźne spacery:

piątek, 9 stycznia 2009

#106 - Dwa Zero Zero Osiem (część 1)

To był dziwny rok jeśli chodzi o komiksy. Niby kupiłem ich więcej niż w jakimkolwiek innym okresie, poświęciłem na to znacznie więcej kasy (niech żyje Excel i jego tabelki), a mimo to wydaje mi się, że było w pewnym sensie słabiej i mniej ciekawie, niż chociażby rok wcześniej. Nie wiem, może to kwestia mojego dziadzienia i ogólnego narzekania na niezwykle ciężkie czasy obecne, a może rzeczywiście wyszło to wszystko „na zero”.

Poniżej tradycyjna przy takich okazjach wyliczanka w czterech odsłonach – zaznaczę od razu, że nie ma tam na przykład „From Hell”, „Szalonej z Sacre Coeur” czy „Berlina”. Stoją dzielnie na półce jeszcze nie przeczytane. Co prawda za ten ostatni brałem się ze dwa razy, ale zwyczajnie mnie to nie wciągnęło. Może za trzecim podejściem? Oprócz pierwszego miejsca (na końcu podsumowania), które zawładnęło mą duszą i ciałem i na innej pozycji znaleźć się nie mogło, pozostałe komiksy w porządku alfabetycznym. Jadymy więc z pierwszymi trzema tytułami:
„Authority: Narodziny” (Mark Millar / Frank Quitely; Manzoku)

Czwarty tom serii przyniósł zmiany zarówno scenarzysty jak i rysownika – Ellisa zastąpił Millar, a Hitcha Quitely. Dzięki temu poziom „Authority” skoczył o jakieś dwie klasy wyżej i w minionym roku był najlepszym superbohaterskim komiksem wydanym w Polsce. Świetne rysunki, świetny scenariusz, parodie Avengersów i X-Men, mrugnięcia okiem do czytelnika – to wszystko składa się na kawał doskonałego rozrywkowego komiksu. Nic tylko czekać na kolejną część „Authority” tego duetu.


„Dziadek Leon” (Sylvain Chomet / Nicolas de Crecy; Egmont)

Francuscy autorzy przedstawiają czytelnikowi losy zamożnej rodziny, która za wszelką cenę chce pozostać na szczycie, a tym co temu najbardziej zagraża, jest tytułowy dziadek Leon, co zabawne - twórca potęgi finansowej rodziny. Odbiegający od standardów stulatek budzący popłoch swej familii bierze pod opiekę trzydziestoletniego wnuczka Gege, stanowiącego jego kompletne przeciwieństwo, któremu trzeba pokazać tak zwane "życie". "Dziadek Leon" to krytyczne spojrzenie na konsumpcyjny, zmakdonaldyzowany styl życia, któremu przyklaskuje ciemna strona rodziny Houx-Wardiougue. Świetnemu scenariuszowi towarzyszy równie dobra oprawa graficzna - brudne, wręcz wstrętne rysunki, potęgują wrażenie moralnej zgnilizny. Album wyszedł w ramach kolekcji "Plansze Europy" i w formacie A4, z twardą oprawą, prezentuje się wyśmienicie.
„Hard Boiled” (Frank Miller / Geof Darrow; Egmont)
Można się spierać czy ten komiks to coś więcej niż prosta historia spisana na kilku kartkach przez Millera. Można się zastanawiać czy ten sam Pan podsuwał pomysły Darrow'owi odnośnie tła i tego co tam się dzieje, czy też wszystko to jest inwencją rysownika. Tylko po co? "Hard Boiled" to graficzna bombeczka, obfita w ogrom szczegółów i szczególików dzięki którym nad każdą planszą można przesiedzieć dobrych parę minut, po czym wracać do nich co jakiś czas i odkrywać coś nowego. Scenariuszowo też jest nieźle - androida problemy z osobowością, degeneracja i zgnilizna wylewająca się z każdej strony. Ponadto sex, przemoc, krew, śruby i śrubki. Warto - choćby dla samej grafiki.
Tak jak w latach poprzednich śmiało mogłem powiedzieć, że Kultura Gniewu była najlepszym wydawcą (2007 – „Black Hole” i „NSS 1980-90”; 2006 – Ott, Mawil, Delisle, Clowes), tak w tym roku nie jest to takie proste. KG wypuściło sporo niezłych komiksów (jak chociażby kolejne tytuły od autorów wymienionych powyżej), ale brakowało mi jakiegoś jednego jedynego, który by mnie rzucił na glebę i przekonał, że żółta koszulka zostaje przy tym wydawnictwie. Gigant Egmont wypuścił od groma komiksów, które warto mieć i znać, ale zaliczył też kilka wpadek, jak „Hellboy Animated” czy „Fantastyczna Podróż”. Taurusa chwalić trzeba za wprowadzenie na nasz rynek niezwykle ciekawych komiksów z Portugalii („Najgorsza Kapela świata” i ”Kobieta mego życia, kobieta moich snów”), Jasona oraz kontynuacji „Żywych Trupów”. Szkoda tylko, że Bycze komiksy ukazują się tak mocno nieregularnie, a i kontakt wydawcy z czytelnikami pozostawia wiele do życzenia. W minionym roku przekonałem się w końcu do komiksów Timofa – „Paproszki”, „Zostawiając Powidok..” i cała masa innych komiksów rodzimych twórców, na których wydawca odważnie stawia – za to trzeba chwalić. No i oczywiście wspomniane już długo wyczekiwane „Prosto z Piekła”, które poraża jakością wydania, dodatkami, przypisami i wszystkim innym też. Na koniec wiecznie gnojone za wieczne obsuwy Manzoku. Gdyby nie to, byłoby naprawdę dobrze: wprowadzili w końcu na rynek parę niezłych serii jak „Y – ostatni z mężczyzn”, „Authority” czy „Koziorożec”, a plany które zaprezentowali na nowej, niezłej stronie pozwalają z nadzieją patrzeć na najbliższe 12 miesięcy. Jednak przez te zabawy w zapowiadanie i odwoływanie czuję się mocno olewany, żeby nie powiedzieć oszukiwany. W 2009 liczę na poprawę! Jeśli miałbym wybrać tego jednego jedynego wydawcę, to chyba bym podziękował i zrezygnował. Było w miarę wyrównanie, szczególnie w przypadku Kultury, Egmontu i Timofa, więc stawiałbym na remis. Hmmmm... remis ze wskazaniem na KG.

I tak się jakoś złożyło (karma!), że kolejne trzy komiksy właśnie od Kultury. Wszystkie też w mniejszym lub większym stopniu autobiograficzne. Na początek..

„Kroniki Birmańskie” (Guy Delisle, Kultura Gniewu)

Drugi komiks Delisle'a w Polsce, drugi z KG i drugi traktujący o wyprawach do dziwnych krajów. Tym razem padło na Birmę, w której Guy znalazł się przy okazji służbowego wyjazdu swojej żony. Kiedy ona pracowała, on miał czas na niańczenie syna i zwiedzanie okolić. Album ten składa się z kilkustronicowych anegdot odnośnie zwyczajów, ludzi i praw rządzących Birmą podanych w lekki i przystępny sposób. Czyta się to równie dobrze jak "Phenian", chociaż i tu i tu czuję lekki niesmak przy poznawaniu w miarę beztroskich przygód autora w kraju rządzonym przez okrutną dyktaturę. W każdym razie Birmę zwiedzało mi się lepiej niż Phenian.

Możemy Zostać Przyjaciółmi” (Markus „Mawil” Witzel, Kultura Gniewu)

Najsampierw trzeba postawić tezę: Mawil jest megasympatycznym człowiekiem i kropka. Nie będę jej udowadniał, bo każdy może się o tym przekonać np. na konwentach (2007 WSK, 2008 MFK). Tym razem autor bierze na warsztat magiczne słowa, których wolałoby się raczej uniknąć ze strony płci przeciwnej. Album tworzą cztery bardzo sympatyczne historie z różnych okresów życia i różnych okoliczności. Czyta się to lekko i przyjemnie, taki powrót do dawnych lat okraszonych nieśmiałym zarostem pod nosem. W końcu każdy przechodził okres miłosnych porażek, załamań, wielkich wakacyjnych uczuć i wynikających z tego głupich sytuacji. Podobnie jak w przypadku Delisle'a, drugi album Mawila podoba mi się bardziej niż poprzedni.

„Na Szybko Spisane 1990-2000” (Michał „Śledziu” Śledziński, Kultura Gniewu)

NSS było w moim przypadku najbardziej oczekiwanym polskim albumem ubiegłego roku. Pierwsza część tryptyku rozbudziła ogromne nadzieje i patrząc z perspektywy czasu, ciężko było oczekiwać, że lata 1990-2000, będą równie mocnym kopniakiem dla czytelnika. I żeby nie było - kopniakiem były, bo Śledziu bez wstydu potrafi wiarygodnie przedstawić losy młodzieńca, jego pierwszą spuchę, gumę, kaca i tym podobne przypadłości. Mocy mogło zabraknąć po pierwsze ze względu na brak elementu zaskoczenia jak przy poprzedniczce, a po drugie okres młodzieńczy, każdy z tych 20kilku - 30 letnich czytelników mógł mieć już inny niż w miarę wspólne PRLowskie początki przedstawione w pierwszej części. Mimo to album się broni, Śledziu trzyma formę i nic tylko czekać na finałowe i tajemnicze "Na Szybko Spisane xx.xx.xxxx". Podobno w 2009. I believe in Michał Śledziński.
Jeśli chodzi o mainstream z USA, to u mnie tradycyjnie Marvel, Marvel, Marvel a dalej co ciekawsze serie. I przyznać muszę, że miniony rok mocno mnie zmęczył, głównie za sprawą Marvela właśnie i jego „Secret Invasion”, które zapowiadało się jako jeden z lepszych eventów, a okazało się dużym rozczarowaniem. Co prawda reperkusje całego wydarzenia wyglądają smakowicie, ale tylko patrzeć jak miną 2-3 lata, zakończy się kolejne wielka historia i rządy w Marvel świecie przejdą w inne ręce. Olać to. Mam dużą nadzieję, że Quesada dopuści niedługo do głosu Eda Brubakera i ten w końcu zrobi jeden dobry crossover, bez chowania na koniec głowy w piasek jak to zrobił ostatnio Bendis. Serią roku był dla mnie „Goon” (Dark Horse), który u nas nie sądzę, żeby się jeszcze pojawił. A szkoda. Rok 2008 był zapowiadany przez Powella jako rok Zbira i nie były to puste słowa. Miesiąc w miesiąc ukazywały się kolejne numery serii, której klimat stał się znacznie mroczniejszy i poważniejszy niż znamy to z Taursowych wydań (ale nie do przesady, jest w końcu Franky!). I tym razem słowa „nic już nie będzie takie samo” mają jak najbardziej zastosowanie (a jak tylko finał historii, numer 31, trafi w moje łapy to opiszę dokładniej co i jak). Świetny finisz miał mój ulubieniec „Savage Dragon” (Image Comics) i wszystko wskazuje na to, że 2009 będzie należał do tej postaci – a przynajmniej mam taką dużą nadzieję. A ja sobie obiecałem, że w tym 2009 czas wziąć się za Vertigo i nieco poważniejsze serie niż faceci w kalesonach. Ile można.
„Najgorsza Kapela Świata” (José Carlos Fernandes; Taurus Media)

Taurus zaserwował nam jedną z większych niespodzianek tego roku w postaci komiksów z Portugalii, do tej pory w zasadzie nieznanej polskiemu czytelnikowi pod względem obrazków z dymkami. "Najgorsza .." to niesamowita podróż do świata absurdu, dziwnych zdarzeń, zawodów, ludzi i przypadków z okolic skrzyżowania ulic Goritz i Kropotnik. Sześćdziesiąt dwustronicowych historii zapewnia mnóstwo zabawy z gatunku tej poważniejszej, bez prania po mordzie i strzelaniu śluzem z ucha. Jeśli miałbym polecić jeden komiks z 2008 roku komuś nie obeznanemu w świecie komiksu i twierdzącemu, że są one dla dzieci to byłaby to właśnie "Najgorsza Kapela Świata" - komiks niesamowity pod każdym względem. Przy okazji WSKi zamieniłem parę słów z Maciejem Pietrasikiem, który kazał dziękować za Kapelę tylko i wyłącznie Kubie Jankowskiemu - tak więc Kubo - dzięki! (a oprócz "NKŚ" warto zwrócić uwagę na inny portugalski komiks z Byczej stajni "Kobieta mego życia, kobieta moich snów")

„Pssst!” (Jason; Taurus Media)

W ubiegłym roku Taurus nieco zmienił politykę wydawniczą i zaczął wypuszczać rzeczy ambitniejsze, niż to było do tej pory. Efektem tej zmiany była chociażby wyżej opisywana "Najgorsza Kapela.." czy też właśnie "Pssst!" norweskiego autora skrywającego się pod pseudonimem Jason. W swoim niemym komiksie, dwukrotny laureat Eisnera, prezentuje losy ptakopodobnego bohatera, który, co by nie mówić, nie ma w życiu lekko. Jeśli tylko zdarzy mu się coś pozytywnego, nie trzeba długo czekać aż los mu to odbierze. "Pssst!" to między innymi opowieść o poszukiwaniu prawdziwej miłości, o ojcostwie i śmierci, ginięciu w tłumie i ulotnych chwilach szczęścia. Komiks ten, mimo momentów przy których nie sposób się nie uśmiechnąć, jest dziełem smutnym, skłaniającym po lekturze do refleksji i zastanowienia. Zdecydowanie polecam. W nadchodzących miesiącach Taurus ma zamiar zaprezentować dwa kolejne dzieła Jasona, tak więc czekam z niecierpliwością.

„Zostawiając Powidok Wibrującej Czerni” (Daniel Chmielewski; Timof i cisi wspólnicy)

Pełnometrażowy debiut Daniela Chmielewskiego chodził za mną od momentu wydania do ostatniego dnia ubiegłego roku, kiedy go koniec końców nabyłem i jako ostatni komiks 2008 roku przeczytałem. Album podzielony jest na dwie części - pierwszą z nich stanowią 44 jednoplanszówki, drugą podobnej objętości dłuższy metraż. Jest to o tyle ciekawy zabieg, że wątki z jednoplanszówek zgrabnie i często zaskakująco wplatają się w główną historię, co pozwala odkryć ich drugie (trzecie?) dno. "ZPWC" to bardzo ambitna i intrygująca artystyczno-filozoficzna mieszanka z przeżyciami autora w roli głównej. I jedno z największych objawień minionego roku na naszej scenie. Mam nadzieję, że i w tym roku Daniel wypuści coś od siebie (choćby od czasu do czasu w zinach / zinopodobnych wydawnictwach).
Obecnie nam panujący rok dwa tysiące dziewiąty zapowiada się na niezłe obciążenie dla portfela, ale i kupę radochy dla fanów kadrów i dymków. Wystarczy spojrzeć na mocarne plany rodzimych wydawców i można być niemal pewnym, że co miesiąc dostawać będziemy 1-2 tytuły, które zapowiadają się jako „musiszmieć”: „Skasowałem Adolfa Hitlera”, „Gang Hemingwaya”, kolejny tom „Najgorszej Kapeli Świata” (Taurus Media), „Przybysz”, „Rany Wylotowe”, „Bośniacki Płaski Pies”, „Pan Naturalny” (Kultura Gniewu), „Arq”, „Give me liberty”, „Sharaz-De”, „The Best of Spirit” (Egmont), „The Compleat Moonshadow” (Manzoku) czy kończąc tę wyliczankę komiksy od Timofa, o których informował ostatnio WRAK – „Oskar Ed”, „Fun Home”, dwie pozycje od Craiga Thompsona, „Essex County” i dużo, dużo więcej. Przy czym to są tytuły, które znamy teraz, na początku roku. Dodatkowo Ziniol #3 donosi, że można się również spodziewać od Egmontu (dzięki Timof!) „Gus and his gang” Blaina oraz „Bourbon Island 1730” Trondheima (choć niekoniecznie w 2009).

Tyle planów co do zagranicznych komiksów, a mamy przecież jeszcze grono naszych własnych biało-czerwonych komiksiarzy. Śledziu mam nadzieję domknie trylogię „Na Szybko Spisane” i wypuści kolejne części dobrze się zapowiadających „Wartości Rodzinnych”, współpracy mam nadzieję nie zakończą Bartosz Sztybor i Piotr Nowacki jak również Mazol i Głowonuk. Myśląc o polskich rzeczach najbardziej jednak czekam na drugą część „Odmieńca” Gonza i współpracującego obecnie z Ellisem Marka Oleksickiego, bo to co dotychczas można było zobaczyć kopie dupska. No i trzymam kciuki za Ziniola, aby nam panował miłosiernie przez cały rok, sprzedawał się jak najlepiej i zaczął w końcu przynosić zyski. Amen!

Czas w końcu na tak zwany komiks roku. (werble...)

„Przygody Powstania Warszawskiego” (Michał Rzecznik, Jacek Świdziński; Mazoleum)

"Mam walczyć za kraj, który nie ja wymyśliłem, nie ja go nazwałem?"

Album stworzony przez Mazola i Głowonuka zwalił mnie z nóg przy pierwszym czytaniu, przy drugim czytaniu, przy trzecim czytaniu, przy ... czytaniu - no nie nudzi się ni cholery! Zbiór szorciaków traktujących w prześmiewczy sposób o Powstaniu Warszawskim to doskonała odtrutka na wszędobylskie oddawanie czci i chwały wszystkiemu co popadnie i gloryfikowaniu minimalnych przejawów jako takiego bohaterstwa. Nie chodzi mi tu o Powstanie Warszawskie samo w sobie, tylko ogólny obraz tych wszystkich medali, orderów z dupy i tak dalej. No i antologii komiksowych wydawanych przy okazji rocznicy Puszczenia Pawia. "Przygody Powstania Warszawskiego" można by uznać za skandal obyczajowy i szarganie świętości, ale chyba tylko przez ludzi z szyszką w dupie. Kupa świetnej zabawy, uśmiechu i radochy. Żarty czasem na granicy, ale z klasą. Jacek Świdziński uderza z grubej rury "Warszawskiego Epizodu Powstaniem", Kapitanem Ameryką, serwuje swoje tradycyjne danie w postaci Głowonogów, oraz przedstawia przygody Władysława Bartoszewskiego, Maćka-Zbyszka, Gustlika i resztki ferajny. Mazol natomiast
atakuje między innymi bardzo udanymi trajbutami dla Tytusa czy Orient Mena oraz "Powstaniem Warszawskim w stanie Teksas". Prawdziwa mieszanka wybuchowa. Może to dziwny wybór na komiks roku, ale słowo daję, że nic innego nie zapewniło mi takiej rozrywki jak te kilkadziesiąt stron absurdu. Czapki z głów!
Tyle ode mnie. W najbliższym czasie można się również spodziewać podobnego podsumowania od Julka i tym samym totalnego rozliczenia z przeszłością. Dalej już na spokojnie będziemy zajmować się sesją i komiksowymi sprawami bieżącymi. Dwa tysiące dziewiąty zapowiada się nad wyraz smakowicie, więc życzę wszystkim grubych portfeli i dużo czasu wolnego.
Excelsior!

niedziela, 4 stycznia 2009

#105 - Trans-Atlantyk 20

#1 Prawie rok temu, w marcu 2008 roku, wystartowała nowa seria Jeffa Smitha, jednego z najciekawszych artystów komiksowych za Oceanem. „RASL” wygląda na komiks zupełnie inny od „Bone`a”, najbardziej rozpoznawalnego komiksu Smitha. To utrzymana w konwencji science-fiction opowieść o międzywymiarowym złodzieju dzieł sztuki, niestroniącego do butelki, z całą galerią problemów emocjonalnych. Sam autor bardzo chętnie porównuje swojego bohatera do serialowego dr. House`a. Brzmi to tyle ciekawie, co dziwnie. „RASL” to kwartalnik, a kolejny, czwarty numer ukaże się w marcu 2009 roku. (J.)

#2 No cóż, może nie jest to news pierwszej świeżości, ale w swoim czasie przegapiłem jakoś moment, w którym America`s Best Comics reanimowało „Top 10”. Sezon drugi tej świetnej kryminalno-superbohaterskiej serii nie wyszedł jednak spod ręki Alana Moore`a – scenariuszem zajął się jeden z jej rysowników, Zander Cannon (w drugim numerze wspomagany przez Kevina Cannona), a ekipę uzupełniają Gene Ha i Alex Sinclair. Przeważają opinię, że Cannon doskonale uchwycił koncept Moore`a na komiks o gliniarzach z Neopolis i kontynuacja trzyma poziom pierwowzoru. Ostatni, czwarty zeszyt mini-serii ma ukazać się w lutym 2009 roku. (J.)

#3 We wrześniu tego roku Top Shelf wyda w wersji papierowej webkomiks „Moving Pictures” autorstwa kanadyjskiego małżeństwa Kathryn i Stuarta Immonenów. Komiks zadebiutował w sieci w lutym ubiegłego roku i dotychczas powstały 94 strony (z planowanych 144). Historia umiejscowiona podczas II Wojny Światowej opowiada o losach Ily Gardner i Rolfa Hauptmanna, naziolach, sztuce i uczuciach. O ile Stuart jest dosyć znanym artystą (tworzył do chociażby „Incredible Hulk”, „Nextwave”, „Ultimate Fantastic Four” a obecnie „Ultimate Spider-Man”), o tyle jego żona – Kathryn – jest stosunkowo nową osobą w komiksowym światku. Jednak z pomocą swojego partnera wkroczyła na salony i ma na swoim koncie historię z Hellcat w „Marvel Comics Presents” czy kończącą się niedługo i chwaloną przez znawców i zwykłych fanów mini-serię o tej samej bohaterce „Patsy Walker: Hellcat”. Jak to dobrze mieć czasem za partnera komiksiarza, prawda? (a.)

#4 Wraz z nadejściem nowego roku każdy w Polsce będzie mógł narysować komiks z Popeye`m bez konieczności uzyskiwaniu licencji u King Features, właścicielowi praw do bohatera Elzie Segar. Zgodnie z regulacjami obowiązując w Unie Europejskiej prawa autorskie do własności intelektualnej wygasają po 70 latach od śmierci ich posiadacza. Sprawa jest jednak o tyle skomplikowana, że wygasa "copyright", a nie "trademark". I, o ile dobrze zrozumiałem, każdy będzie mógł umieścić klasycznego Popeye w komiksie, na kubku czy koszulce, ale nie będzie mógł sprzedawać zabawek czy szpinaku Popeye`a. Jeśli coś pokićkałem, to proszę o poprawkę. W Stanach jest trochę inaczej i tam przygody dziarskiego marynarza będą jeszcze „pod ochroną” przez 95 lat, aż do 2024 roku. (J.)

#5 Jakiś czas temu Aleja Komiksu informowała o winylowym Qee Bear’ze autorstwa Fila, którego można nabyć za jedyne 390ziko. To ja w podobnym klimacie, ale z artystą zagranicznym. Dave Johnson zaprezentował na swoim deviancie kilka zdjęć swojej wersji winylowego Munny’ego i trzeba przyznać, że wygląda on smakowicie. Nie wiem czy ten wyjątkowy egzemplarz jest gdziekolwiek do kupienia, ale dla chcących spróbować swych sił w projektowaniu takich sympatycznych figurek zapraszam o tu. Wygląda mi to na niezłą zabawę i całkiem fajny prezent po własnoręcznym przyozdobieniu. (a.)

#6 Obowiązkowy news filmowy, albo prawnej batalii o „Strażników” epilog. Nie zapowiada się na szybką ugodę między Foxem, a Warnerem, bo prawnicy Ruperta Murdocha obiecują, że zrobią wszystko żeby opóźnić premierę filmowego hitu. Ciekaw jestem czy to tylko gra wyliczona, aby podbić stawkę porozumienia czy rzeczywiście Fox traktuje sprawę prestiżowo. Kolejna rozprawa została zapowiedziana na 20 stycznia, a do marcowej premiery coraz mniej czasu. Fani zgrzytają zębami, a Moore pewnie zaciera rączki z zadowolenia myśląc sobie „chcieliście zbezcześcić mój komiks, to teraz macie”. (J.)

Na koniec taka pierdółka z komiksami w tle (dosłownie!) - Andrew Ho sfotografował, Jeri Lee (z tych Lee'ch?) przypozowała. Atrakcyjnego 2009 Panowie Komiksiarze!

sobota, 3 stycznia 2009

#104 - Retro 2007

10) „ Sandman #17: Przebudzenie” (Neil Gaiman, Michael Zulli, Jon J. Muth i Charles Vess, Egmont, USA)

Dzięki, między innymi, „Sandmanowi” w komiksie dostrzeżono coś więcej, niż tylko tandetną rozrywkę. Taki sąd o wiele łatwiej zrozumieć po lekturze „Przebudzenia”, ostatniego, oryginalnie dziesiątego tomu, autorskiej serii Neila Gaimana. Ciągnące się przez niemal dekadę dzieło, które miało swoje lepsze i gorsze okresy, zostało okraszone naprawdę znakomitym zakończeniem. Na kartach „Przebudzenia” poznajemy ostateczny los Morfeusza, jego rodziny, bliskich i przyjaciół. Patrząc z perspektywy ostatniego tomu „Sandmana” nie sposób nie docenić maestrii Gaimana w rozwikłaniu wszystkich wątków w finale. A ci, którym zawadzało oprawą wizualną w poprzednich tomach serii, tym razem powinni być zadowolenia, bo za grafikę odpowiadają tacy rysownicy jak Muth czy Vess.

9) „Blacksad #3: Czerwona dusza” (Juan Diaz Canales i Juanjo Guarnido, Egmont, EU)

Im dalej „Blacksad” odchodzi od typowych noirowych schematów, tym lepszym komiksem się staje. Trzeci tom serii autorstwa hiszpańskiego duetu Juan Diaz Canales - Juanjo Guarnido na dobrą sprawę ma niewiele wspólnego z całym tym kryminalnym szafarzem, na którym był oparty pierwszy tom serii, „Pośród Cieni”. Wraz z „Czerwoną Duszą” przeniosiemy się do zimnowojennej Ameryki lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku, ogarniętej polowaniem na czarownice, w której rodzi się ruch kontrkulturowy skierowany w polityczny i obyczajowy establishment. Trzeba przyznać, że Blacksadowi przyszło żyć w bardzo ciekawych czasach, a autorzy wzorowo odrobili swoją pracę z historii, w którą zgrabnie uwikłali fabułę. W towarzystwie pierwszych beatników, republikańskich inkwizytorów i hitlerowskich naukowców nasz koci detektyw ma oczywiście sprawę do rozwikłania, kobietę do oczarowania i tajemnicę z przeszłości do poznania. I o ile „Blacksad” z tomu na to coraz bardziej się zmienia, to oprawa graficzna pozostaje niezmienna – Guarnido wciąż jest znakomity.

8) „Umowa z Bogiem: Trylogia” (Will Eisner, Egmont, USA)

Jak mało który komiks, dzieło Willa Eisnera możemy spokojnie określić mianem klasyka. „Umowa z Bogiem” dla narracji obrazowej stała się kamieniem milowym, a dla nowoczesnej „graphic novel” – kamieniem węgielnym. Jasne, że przez te trzydzieści lat komiks trochę się zestarzał, brakuje tu pogłębienia postaci pod względem psychologicznym, również wizualnie odstaje od najnowszych trendów. Pomimo tego opowieść o pewnej czynszowej kamienicy na Bronxie czyta się wciąż świetnie i komiks nadal robi wielkie wrażenie. Eisner potrafi znakomicie uchwycić ducha swojej epoki i miejsca, w który mieszkał, umie doskonale nakreślić tło społeczno-obyczajowe, a dla wielu współczesnych autorów „Umowę z Bogiem” można stawiać za wzór opowiadania obrazem.

7) „Corto Maltese: Etiopki” (Hugo Pratt, Post, USA)

Do czasu lektury „Etiopek” pozostawałem komiksowym profanem, zupełnie niewrażliwym na magię „Corto Maltese”. „Ballada o Słonym Morzu” i „Na Syberii” zupełnie do mnie nie trafiły, długometrażowe opowieści o dzielnym marynarzu strasznie mnie zmęczyły. Przytłoczony fabułą i faktografią jakoś nie mogłem przez nie przebrnąć. W „Etiopkach” Hugo Pratt rozbił wizytę Corto na Czarnym Lądzie na kilka mniejszych opowieści i wybór takiej właśnie fabularnej formy okazał się, przynajmniej dla mnie, strzałem w dziesiątkę. Komiks pochłonąłem jednym tchem, urzeczony realizmem, niebanalnym humorem i cichym pogłosem Szekpsira. Bohaterowie z kart „Etiopek”, mimo, że brak wśród nich uwielbianego Rasputina, to esencja szekspiryzmu, które przejawia się w zamiłowaniu do przemocy, rozchwianiu emocjonalnym i przywiązaniu do zemsty. Pratt pokazuje tę stronę człowieczeństwa, o której często nie pamiętamy, albo pamiętać nie chcemy.

6) „Biały Lama” (Alejandro Jodorowsky i Georges Bess, Egmont, EU)

Otwierający „Plansze Europy”, twardookładkową kolekcję klasycznych pozycji Starego Kontynentu, „Biały Lama” to chyba jedyny komiks Jodorowskiego, który jest naprawdę wart grubych pieniędzy, które każe sobie płacić za swoje ekskluzywne wydania Egmont. Zapomnijcie o paloebzdurach, dajcie sobie spokój z „Bouncerem”, odpuście nawet „Incala” – „Biały Lama” to Jodo w najlepszym wydaniu. Bo kto nadawałby się lepiej do opowiedzenia poruszającej i pełna magii historii o duchowej potędze człowieka, religii i mistycyzmie, niż szalony Chilijczyk, który tym razem ogranicza swoje dziwactwa do minimum. A wszystko to utrzymane w przepięknej oprawie graficznej – do pracy Georgesa Bessa najcelniej pasuje chyba termin „realizm magiczny”.


5) „Wszystko źle” (Janek Koza, Kultura Gniewu, PL)

Janek Koza dysponuje rzadką wśród komiksiarzy umiejętnością wchodzenia w dialog ze swoim czytelnikiem, grania z nim, podpuszczania go i nabierania. Drugi album jego komiksowych miniaturek nie odbiega poziomem od swojego poprzednika. Koza na kartach „Wszystko źle” z wyrafinowanym okrucieństwem obnaża ludzkie małostkowości i przywary, bardzo celnie portretując człowieka współczesnego. Skrajnie prymitywnego, głupiego i całkowicie pozbawionego jakichkolwiek wyższych aspiracji. I będziemy się z nich śmiać do momentu, kiedy w tej galerii tragikomicznych postaci nie zaczniemy odnajdywać samych siebie, dopóki nie zaczniemy się odbijać na tych pokrzywionych i zdeformowanych rysunkach, jak w krzywym, zwierciadle.


4) „Persepolis: Historia powrotu” (Marjane Satrapi, Post, EU)

W „Historii powrotu” Marji opuszcza Iran i rusza do szkoły w Austrii. Tam zderza się z „zachodnią” kulturą w jej europejskim wydaniu, co będzie dla niej doświadczeniem nie mniej trudnym i bolesnym, jak dzieciństwo w kraju ogarniętym permanentnym konfliktem. Drugi tom „Persepolis” jest opowieścią o dojrzewaniu, ale różną od tych, do których przywykłem. Wchodzenie w dorosłość Marji to nie ckliwa historia pierwszych miłostek, odkrywania siebie – to gorzkie doświadczenie, pełne rozczarowań i porażek, łez i cierpienia. Mnie osobiście „Historia powrotu” chyba bardziej wzięła niż „Historia dzieciństwa”.


3) „Pan Blaki - filozoficzna powieść graficzna” (Karol Konwerski i Mateusz Skutnik, Znak, PL)

Kontynuacja znakomitego „Blakiego”. Tym razem Konwerski i Skutnik biorą na warsztat „Mini wykłady o maxi-sprawach” Leszka Kołakowskiego i adaptują przemyślenia najbardziej znanego z polskich filozofów. Autorzy świetnie poradzili sobie z „syndromem drugiej części” przenosząc środek ciężkości z osobistych przemyśleń, w świat uniwersalnych wartości. Jest tu jakby mniej tego Blakiego znanego z pierwszej części, a więcej Blakiego myśliciela, którego bardziej zajmuje świat zewnętrzny, niż ona sam. „Pan Blaki” to jeden z rzadkich przykładów udanej adaptacji, w której myśl pierwowzoru została świetnie uchwycona i rozwinięta.

2) „Black Hole” (Charles Burns, Kultura Gniewu, USA)

Gdyby Craig Thompson nie wychował się na jakimś głębokim zadupiu USA, tylko w jakimś bardziej cywilizowanym miejscu, i narysowałby komiks o dojrzewaniu, pierwszych miłościach i seksualnych inicjacjach, to zamiast sentymentalnych „Blankets” pewnie dostalibyśmy coś na kształt kompletnie pochrzanionej „Czarnej Dziury”. Gorzkiej, dołującej i utrzymanej w konwencji horroru opowieści. Opus magnum Charlesa Burnsa, komiks będący metaforycznym obrazem pokolenia młodzieży lat siedemdziesiątych. To już nie kolorowa psychodelia wolnej miłości i dzieci kwiatów, to czarno-biała wizja świata pełnego grozy AIDS, w którym przyszło żyć młodym, żądnym życia i miłości, ludziom.

1) „Na szybko spisane 1980 – 1990 (Michał Śledziński czyli Śledziu, Kultura Gniewu, PL)

Gdyby odrzeć „Na Szybko Spisane” z całej sentymentalnej otoczki, gdyby komiks nie był powrotem do krainy dzieciństwa, zostałby komiks perfekcyjny formalnie. Ze znakomitym wyczuciem komiksowego języka i dogłębnym zrozumieniem ikoniczności i sekwencyjności sztuki obrazkowej. Pierwszym tomem planowanej trylogii Śledziu osiągnął komiksowy international level i bez zająknięcia wymieniam go obok najważniejszych twórców współczesnego, polskiego komiksu, Krzysztofa Gawronkiewicza czy Janka Kozy. To już nie ten Śledziu, znany z nieudanej reaktywacji „Żbika” czy kiepskich zeszytówek z „Osiedla Swoboda”. To twórca komiksowy pełną gębą, świadomy swoich możliwości, o określonym i dojrzałym stylu, którego prace możemy bez wstydu zawieść do Angouleme albo San Diego. A samo „NSS” to dzieła naprawdę znakomite.

Tuż poza dychą – Karuzela Głupców (Jason Lutes, Timof i cisi wspólnicy, USA). Na mojej liście nie zmieścił się znakomity kameralny dramat o ludziach, w którym smutek miesza się z radością, łzy ze śmiechem. Jason Lutes z wielkim komiksowym kunsztem opowiada historię nieudaczników, którym w życiu nie powodzi się najlepiej. Trudno uwierzyć, że „Karuzela Głupców” była komiksowym debiutem i powstawała w formie pasków. Lutes na kartach „Jar of Fools” pokazuje, że ma zadatki na komiksiarza naprawdę wielkiego formatu i w „Berlinie” całkowicie to potwierdza.



Rozczarowanie roku – ostatni akt „Kaznodziei”. Im bardziej seria Gartha Ennisa i Steve`a Dillona zbliżała się ku końcowi, tym bardziej obniżał się jej poziom, by w „Alamo” sięgnąć dna. Być może trochę przesadzam, ale nie ulega wątpliwości, że ostatni tom „Kaznodziei” zdecydowanie odstaje do reszty, całkiem skądinąd niezłej, serii. Zupełnie odwrotnie niż w przypadku „Sandmana”, który pod koniec zaliczył tendencję zwyżkową, a Neil Gaiman umiał bardzo sprawnie spleść w wielkim finale wszystkie wątki, co kompletnie nie wyszło Ennisowi. Jasne, można było spodziewać się happy endu w westernowym stylu, ale scenarzysta przesadził z lukrem. Radosne, wesołe i pełne przebaczenia „Alamo” zupełnie nie pasuje klimatem do ponurych i szarych poprzednich części.

Jest dalej dobrze – „Przebiegle dochodzenie Ottona i Watsona#2: Romantyzm”. Wobec tak znakomitej części pierwszej, jaką była „Esencja”, istnieje duże prawdopodobieństwo, że drugi tom może wypaść blado. I tak właśnie było w przypadku „Romantyzmu”, który nie jest absolutnie komiksem złym, jest „tylko” pracą dobrą, która w zestawieniu z pracą znakomitą, wygląda na słabszą niż jest w rzeczywistości. Nie można mieć absolutnie żadnych zastrzeżeń do oprawy wizualnej, bo Gawronkiewicz zaprezentował się na swoim, znakomitym, poziompe – „Romantyzm” wygląda po prostu przepięknie. Trochę gorzej jest ze scenariuszem, który miał chyba nawet większy potencjał niż „Esencja”. Dyskurs Grzegorza Janusza z romantyczną tradycją ogranicza się jedynie do zgrabnego dowcipu i trochę naiwnego uwielbienia dla literatury. Tylko tyle, albo aż tyle.

Znakomity debiut – „Śmiercionośni” (Łukasz Ryłko, Kultura Gniewu, PL). Czytając „Śmiercionośnych” trudno uwierzyć, że album napisał i narysował debiutant. Łukasz Ryłko to artysta komiksowy pełną gębą, który posiada własny, unikalny styl i któremu nie można zarzucić żadnych warsztatowych braków. Opowiada po trosze zabawną, a miejscami melancholijną historią pozbawioną słów, która można skojarzyć z dokonaniami Thomasa Otta. Nie pozostaje nic innego, jak tylko cmokać nad wyrafinowaną kompozycją czy świetną kreską „Śmiercionośnych” i oczekiwać na kolejny tom.



Międzynarodowy Festiwal Komiksu w Łodzi staje się pełnoletni. Tak się złożyło, że na osiemnastą z rzędu emefkę przypadły liczne jubileusze. Oprócz uzyskania wspomnianej pełnoletności przez najstarszy konwent w Polsce, w Łodzi przypadły inne okazje do wypicia szampana. Grzegorz Rosiński i Jean Van Hamme celebrowali 30. rocznicę pracy nad „Thorgalem”, który uczczono retrospektywną wystawą Mistrza. 50 urodziny obchodził natomiast „Tytus, Romek i A`Tomek” wraz ze swoim autorem, Henrykiem Chmielewskim, znanym lepiej jako Papcio Chmiel.





Komiks na wystawie. Rok 2007 obfitował w komiksowe wystawy. Oprócz tradycyjnych galerii przygotowywanych przy okazji MFKi, dostaliśmy retrospektywę Rosińskiego i hołd polskich rysowników dla Tytusa. W Fabryce Sztuki w Łodzi z okazji premiery drugiej „Plasteliny” swój wernisaż zaliczył Krzysztof Ostrowski, w poznańskiej klubokawiarni Meskal komiksową sztukę Europy Środkowej prezentowała Centrala w cyklu kilku prezentacji. W Starym Browarze zobaczyliśmy „Fashion Fiction”, wystawę twórczości mistrzów europejskiego komiksu (Bilala, Moebiusa, Morvana, Boucheta), w Galerii Szarej w ramach „Komiksowego Schizzzu” mogliśmy oglądać pracę między innymi Turka, Zdanowicza czy Pastuszki, w Białej Podlaskiej wystawiono Kiełbusa. Do tego dochodzi jeszcze Komiksowa Łódz, transGranica, komiks powstańczy w Muzeum Powstania Warszawskiego, Szwacarzy w Wejherowie i wszystkie te wystawy, o których zapomniałem wspomnieć.

czwartek, 1 stycznia 2009

#103 - Retro 2006

10) „Stan” (Jacek Frąś, Przekrój, PL)

Jacek Frąś pokazał, że da się zrobić komiks traktujący o najnowszej polskiej historii pozbawiony zaściankowej odmiany patriotyzmu, martyrologii zastępującej treść i dydaktyzmu zahaczającego o łopatologię. W zalewie tandetnych „komiksów historycznych”, „Stan” wyróżnia się problematycznym ujęciem kwestii Stanu Wojennego, znakomitym wykorzystaniem możliwości, jakie niesie ze sobą komiks i zachowaniem doskonałej równowagi między historycznymi faktami, a fikcją samej opowieści. Frąś udowodnił tym komiksem, że jest jednym z najinteligentniejszych i najciekawszych twórców w naszym kraju. Co więcej, „Stan” miał szansę dotrzeć do szerszego grona odbiorców, bowiem był dodawany do pewnego popularnego tygodnika.

9) „Opowieści rybaka #1: Czekając na Hemingway’a” (Ireneusz Konior, Taurus Media, EU)

Najlepszy polski komiks wydany w roku 2006. Znakomite „Opowieści Rybaka” Irka Koniora doskonale obrazuje los twórcy parającego się sztuką komiksową w kraju nad Wisłą. Żaden z rodzimych wydawców nie chciał zainwestować w niebanalny projekt debiutanta, więc ten, nie oglądając się na nikogo, spróbował sił za granicą i udało mu się. „Czekając na Hemingway‘a” pierwotnie ukazało się we Francji i dopiero, gdy tam odniosło sukces, zostało wydane w Polsce. Wraz z nieporadnymi bohaterami komiksu ruszamy w przygodą po niezwykłym świecie wykreowanym z malarskim zacięciem przez Koniora, pełnym subtelnych literackich niedopowiedzeń, niesamowitych stworzeń i nieprzewidzianych wydarzeń. Pierwszy tom „Opowieści rybaka” to urocza i wciągająca opowieść i warto sobie ją przypomnieć, szczególnie, że Timof przejął od Taurusa prawa do serii i zapowiedział wydanie drugiego tomu.

8) „Bend” (Markus Witzel czyli Mawil, Kultura Gniewu, EU)

Mawil ze swoim garażowym „bendem” zabiera nas w sentymentalną, ale i pełną ironii i dystansu podróż w „wiek chmurny i durny”. To znaczy do liceum, do tej dziwnej epoki dziewiczych miłości i pierwszych prywatek. Wraz z basistą „Zsiadłego Mleka”, głównym bohaterem komiksu, doświadczymy trudności z wyborem odpowiedniego instrumentu, będziemy wylewać siódme poty na próbach i srać w gacie przed pierwszymi koncertami. Opowieść Mawila zaskakuje swoją uniwersalnością, mimo że, skierowana jest głównie do czytelników, którzy dzielą podobne doświadczenia z lat młodości. Ja tam w muzykowanie nigdy się nie brałem, ale przy komiksie bawiłem się setnie. Osobny akapit powinienem poświęcić oprawie wizualnej, bo graficzne „Bend” to prawdziwa perełka. Kadry w komiksie wręcz kipią energią, są pełne życia i dynamiki, szczelnie zapchane dymkami i obrazkami, a sam Mawil dysponuje bombową, swobodną i miękką kreską.

7) „Calvin i Hobbes #4: Dziwadła z obcej planety” (Bill Watterson, Egmont, USA)

Obiecany powrót „Calvina i Hobbesa” i właściwie nie wiem, co mam w tym miejscu napisać – wciąż jest świetnie. Wraz ze kosmonautą Spiffem przeżyjemy kolejną porcję galaktycznych przygód, Calvin będzie musiał się uporać z kolejnymi naukowymi wyzwaniami w szkole, nie braknie także filozoficznych refleksji przy okazji ryzykownych górskich zjazdów wózkiem. Akurat w tym tomie moich ulubionych bałwanów jest trochę mniej, ale i tak Watterson trzyma fason.

6) „Kot Rabina #2: Malka Lwi Król” (Joann Sfar, Post, EU)

Joann Sfar zafundował swoim czytelnikom nie lada niespodziankę z drugim tomem „Kota Rabina”. Ci, którzy spodziewali się dalszego ciągu utarczek złośliwego czworonoga z jowialnym rabinem mogą poczuć się zaskoczeni. Autor przenosi środek ciężkości swojego komiksu z talmudycznej polemiki na inne wątki – humorystyczny, w którym uczony w Piśmie Abraham będzie musiał udowodnić swoją znajomością języka francuskiego; romantyczny, w którym kot będzie zmuszony zaakceptować ukochanego swojej pani, Zlabii; i obyczajowy, w którym z bliższej perspektywy przyjrzymy się zwyczajom młodych starozakonnych mieszkających w Algierii. Sfar doskonale poradził sobie z „kryzysem drugiej części” i stworzył komiks równie genialny, co za pierwszym razem.

5) „Phenian” (Guy Delisle, Kultura Gniewu, USA)

„Phenian” to travelog z wizyty kanadyjskiego animatora w Phenianie, stolicy Korei Północnej, opowiada o zderzeniu człowieka epoki postindustrialnej z topornym, przednowoczesnym reżimem. Travelog Guy‘a Delisle‘a jest komiksem, który budzi we mnie ambiwalentne odczucia i liczne kontrowersje. Z jednej strony dokumentuje zbrodnie komunistycznego reżimu Kim Ir Sena i pewnie otwiera oczy czytelnikowi na pewne sprawy, lecz z drugiej może być odczytywany jako pochwała cynizmu człowieka zachodu. Nie sposób nie doceniać komiksowego kunsztu autora komiksu, jego narracyjnego talentu, znakomitej kompozycji czy poczucia humoru, ale coś podczas lektury budziło we mnie kategoryczny, ludzki sprzeciw. O tym komiksie jeszcze napiszę na tym blogu.

4) „Persepolis: Historia dzieciństwa” (Marjane Satrapi, Post, EU)

„Persepolis” musiało znaleźć się na mojej liście choćby dlatego, że jest to dzieło ważne, które odbiło się szerokim echem w świecie kultury i przysłużyło się rozwojowi komiksowego medium. To kolejny po „Mausie” krok naprzód w sztuce narracji obrazkowej, a wraz z formalnym mistrzostwem idzie znakomita opowieść. Satrapi opowiada o swoim dzieciństwie w rozdzieranym kolejnymi konfliktami Iranie i skupia się głównie na sobie, a nie na martyrologii swojego narodu. Wizualnie komiks prezentuje się znakomicie – rysunki autorki są lekkie, nieco humorystyczne i mają klasę. Satrapi potrafi doskonale uchwycić ruch, zachowuje niezwykłą płynność narracji przy budowaniu komiksowego znaczenia pomiędzy słowem a obrazem. „Persepolis” nie jest może meta-komiksem, jak chciałby Karol Konwerski, jest doskonałym przykładem wykorzystania w pełni możliwości tego medium.

3) „Ghost World” (Daniel Clowes, Kultura Gniewu, USA)

No i kolejna na liście historia o trudnym okresie dojrzewania. Nie jest żadną tajemnica, że Daniel Clowes należy do moich ulubionych komiksowych twórców, więc jednego z jego najlepszych komiksów nie mogło zabraknąć w moim zestawieniu. „Ghost World” z jednej strony jest opowieścią o wchodzeniu w dorosłe życie dwóch przyjaciółek, Enid i Rebeki, ich trudnych wyborów i pierwszych gorzkich doświadczeń, a z drugiej jest wiwisekcją amerykańskiej mentalności, zwyczajów i kultury na typowym, prowincjonalnym miasteczku. Clowes robi komiksy trudne w odbiorze, z pozoru nieciekawe i hermetyczne, jednak moim zdaniem warte każdego wysiłku czytelniczego.

2) „Blankets” (Craig Thompson, Timof i cisi wspólnicy, USA)

Napisać coś “Kołderkach” jest bardzo trudno. Po części dlatego, że napisano już bardzo wiele, ale głównie dlatego, że dzieło Craiga Thompsona wymyka się jednoznacznym opiniom i banalnym komentarzom. Jasne, można napisać, że to komiks o pierwszej miłości i pierwszym rozstaniu, że zabiera swojego czytelnika w podróż do jego młodości, że autor dokonuje w nim rozliczenia z własną przeszłością, można się rozpływać nad jego formalną doskonałością i subtelnym prowadzeniem fabuły, ale to i tak będzie ciągle za mało. Esencja „Blankets” wciąż będzie umykała, a jedyne, co można w takim wypadku zrobić to przeczytać komiks raz jeszcze i liczyć, że właśnie tym razem uda się dotrzeć do sedna.

1) „Kurczak ze śliwkami” (Marjane Satrapi, Post, EU)

W swoim kolejnym komiksie Marjane Strapi nie koncentruje się na autobiograficznej narracji ze sobą w roli głównej. Tym razem opowiada fikcyjną (?) historię swojego wujka. Nasser Ali, bohater „Kurczaka ze Śliwkami”, to muzyk, który uosabia najgorsze cechy, jakie może mieć artysta. To egocentryk, zapatrzony wyłącznie w siebie i swoją twórczość, niedojrzały emocjonalnie pełen pychy i pogardy wobec swojej „drobnomieszczańskiej” rodziny i rzeczywistości. Satrapi opowiada tragiczną historię toksycznych więzi Alego z jego najbliższymi – z żoną, dziećmi, bratem. Mimo egzotycznej odległości i kulturalnego dystansu to historia piękna, mądra, uniwersalna i smutna, godna desek antycznego teatru. I każdy jej opis z mojej strony będzie banalny.

2006 był rokiem komiksu obyczajowego i w ogóle tak się złożyło, że ukazało się mnóstwo tytułów, które przypadły mi do gustu i zapadły w pamięć. Wystarczy spojrzeć, ile dodatkowych kategorii musiałem wymyślić, żeby zmieścić kilka znakomitych pozycji poza dziesiątką, a i tak brakło miejsca dla dwóch części „Whiteout” Grega Rucki, znakomitego finału „Rewolucji” Mateusza Skutnika, „Żywych Trupów” Roberta Kirkmana, „Sambre‘a” Bernard Ysalaire czy „Zagubionej Duszy” Bryana Lee O‘Malley‘a. Wśród tych, które na liście się znalazły, pierwsze cztery, gdyby tylko ukazały się w innych latach, mogłyby spokojnie zająć czołowe miejsca.



Tuż poza dychą: „Człowiek Paroovka vs. Grand Banda” (Marek Lachowicz i Tomasz Kuczma, Kultura Gniewu, PL). Mam problem z pisaniem o „Człowieku Paroovce”, bo komiksem Marka Lachowicza jest jak z dobrym dowcipem rysunkowym – absolutnie nie da się go opowiedzieć. Dodatkowo, w pojedynku naszego garmażeryjnego herosa z Kazią i Mirką, statecznymi damami w moherowych beretach, autor serwuje dwa typy humoru. „Paroovka” to rubaszna parodia super-bohatera, skrząca się absurdem i mocno osadzona w polskiej rzeczywistości, natomiast dowcip z „Grand Bandy” jest bardziej finezyjny, pomysłowy i oparty na pewnym schemacie. Dla mnie „Człowiek Paroovka” to druga pyta komiksowego humoru, tuż po „Wilku”, a Lachowicz to pierwszy ołówek polskiego cartoonu.

Najlepszy debiut: „Kotlet i Zombi: Chomik zagłady” (Paweł Zych, Taurus Media, PL). Właściwie nie jest to debiut w ścisłym tego słowa znaczeniu – zarówno Paweł Zych, jak i jego bohaterowi byli znani już wcześniej (choćby z piłkarskiej antologii od Kultury Gniewu). Bardziej adekwatnym określeniem byłby zatem debiut albumowy. Tak czy siak, debiut czy nie debiut, „Chomik Zagłady” to świetny komiks. Chciałoby się powiedzieć, że doczekałem się godnego następcy „48 Stron”, ale byłoby to niesprawiedliwym uproszczeniem, bowiem Zych prezentuje trochę inny, cięższy typ humoru. Więcej wulgarności i dosadności, a mniej popkulturowej żonglerki, więcej gierek słownych, a mniej ukrytych na planszy graficznych wiców. No i na dokładkę świetna, cartoonowa kreska. Panie Zych, kiedy kolejna część?

Najlepsza manga: „Samotny wilk i szczenię” (Koike Kazuo i Kojima Goseki, Mandragora, JAP). Przyznam, że na początku lektura „Kozure Okami” szła mi bardzo opór, długo nie mogłem się przekonać do tego komiksu, ale z czasem mój podziw dla pracy Koike i Gosekiego rósł w tempie geometrycznym. Aż trudno uwierzyć, że taki komiks powstał prawie czterdzieści lat temu! „Samotny wilk i szczenię” wyciska dosłownie wszystko z wytartego schematu opowieści o wędrującym roninie podejmującym się różnych „zleceń”. Z „Bezbramnej bramy” tchnie surowa mądrość Wschodu, „Dzwonnik Tsuji” to znakomita społeczna obserwacja siedemnastowiecznej Japonii, a „Szlak śmierci” to mistrz lapidarnej opowieści. Jeśli chodzi o oprawę graficzną, to Goseki Kojima dysponuje dynamiczną kreskę i świetnym wyczuciem komiksowej narracja. Przez komiks się wręcz płynie i nie ma czasu na zastanawianie się typu „a co jest na tym obrazku?”, które nieraz przytrafiało się przy lekturze „Miecza Nieśmiertelnego”. Wielka szkoda, że Mandragorze nie udało się dociągnąć chociaż do połowy polskiej edycji, bo z tego co wiem, komiks rozwija się bardzo powoli i długo nabiera rozpędu. Po cichu liczę, że jakiś inny polski wydawca podejmie się wydawania „Samotnego wilka…”.

Specjalne wyróżnienie dla twórcy: Thomas Ott („Cinema Panopticum” i „Exit”). Kultura Gniewu przy okazji łódzkiego i warszawskiego konwentu przedstawiła frapująca twórczość pewnego Szwajcara. „Cinema Panopticum” oraz „Exit” to niebanalne komiksy grozy, które przytłaczają czytelnika gęstą, ponurą atmosferą, makabrycznymi pomysłami i znakomitą narracją, pozbawioną jakichkolwiek słów. Scratchboardowe cudeńka Thomasa Otta przerażają i budzą niekłamany podziw.


Największe rozczarowanie: „Komisarz Żbik #1: Kim jest Biała Mewa?” (Władysław Krupka i Michał Śledziński, Mandragora, PL). Śledziu coś nie ma szczęścia do moich rozczarowań, chociaż akurat w przypadku „Komisarza Żbika” do niego można mieć najmniejsze pretensje. Madragora zrobiła zasadniczy błąd w reaktywacji przygód pierwszego milicjanta Polski Ludowej i bohatera naszych ulubionych kolorowych zeszytów zatrudniając w roli scenarzysty Władysława Krupkę, twórcę „oryginalnych” przygód Żbika. Zamiast zajmującej intrygi, moralnie dwuznacznych bohaterów albo efektownych pościgów i strzelanin dostaliśmy fabularną ramotkę, która archaicznym scenariuszem nawiązuje do jakże znakomitych wzorców taniego kryminału peerelowskiego. Może gdyby Przemysław Wróbel zatrudnił do reaktywacji Tobiasza Piątkowskiego, to może ukazałby się więcej niż jeden numer. I może nie byłoby tego kwasu ze Śledziem.

W 2006 roku wydarzyło się sporo na sieciowej publicystyce komiksowej. Swoją pierwszą notkę na łamach Motywu Drogi napisał Konrad Hildebrand i chyba nikt wtedy nie przypuszczał, że MD będzie zajmował w środowisku komiksowa taką pozycję, jak dzisiaj. Z kronikarskiego obowiązku napisze, że pierwsza notka z kwietnia traktowała o Big Starze. Tak, tej firmie odzieżowej. Tymczasem w wyniku rozłamu w KaZecie, pod dowództwem Karola Konwerskiego, zespół, co ciekawiej piszących o komiksie autorów (przynajmniej według mnie) usamodzielnił się na "Poniżej Radarów". Od tamtego czasu (według mnie) KZ zaczął podupadać, a BR znikło z sieci. Internetowy Komikz zrobił niewiele krótszą karierę, a szkoda – redagowany przez Tomka Pstrągowskiego magazyn pod koniec zdołał osiągnąć naprawdę wysoki poziom.

Przełomowy rok dla Kultury Gniewu. Zaczęło się od wydawania klasyków polskiego drugiego obiegu często związanych z ruchem punkowym. Po Pale, Prosiaku i Dąbrowskim zabrano się za komiksiarzy, którzy wkrótce mieli stać się wizytówką polskiej sztuki obrazkowej – Jacka Frąsia, Jakuba Rebelkę, Janka Kozę, Krzysztofa Gawronkiewicza czy Krzysztofa Ostrowskiego, po „undergroundzie” zabrano się za „mainstream”. Wreszcie, pod koniec roku 2005 opublikowano kilka, niezależnych komiksów z zagranicy. Tak, w trzech zdaniach można streścić ewolucję polityki wydawniczej Kultury Gniewu, która w 2006 roku wybiła się na pozycję czołowego polskiego wydawcy, publikującego „ambitne” komiksy amerykańskie i europejskie. Ale do dzisiaj nie straciła nic ze swojej „gniewności”, prezentując komiksy głównie z nurtu niezależnego.

Nie będę się rozwodził nad polskim komiksem historycznym, bowiem na szczęście ten, dosyć wstydliwy epizod, mamy już chyba za sobą.