Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Benedykt Szneider. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Benedykt Szneider. Pokaż wszystkie posty

piątek, 6 stycznia 2012

#940 - Diefenbach. Zanim wzejdzie świt

Prawie dekadę Benedykt Szneider kazał nam czekać na swoją kolejną komiksową publikację. Czy warto było czekać? Mając przed sobą pierwszy zeszyt "Diefenbacha" z 2002 roku [pisałem o tym zeszycie jakiś czas temu] oraz album "Diefenbach: Zanim wzejdzie świt", wydany w zeszłym roku, mogę bez cienia wątpliwości odpowiedzieć na to pytanie twierdząco. Tak, warto było!

Powrót Szneidera mogę nazwać: Powrotem W Wielkim Stylu. Widmowa zapowiedź albumu "Zanim wzejdzie świt" pojawiła się już dawno temu, bo na ostatniej stronie "Diefenbacha" z 2002 roku, na której umieszczony został duży kadr, na którym przedstawiono, widzianą zza krat, twarz zakonnicy oraz piąć wersów wiersza, ostatni z nich brzmi: „Zboczone wycie zanim wzejdzie świt”.

Akcja komiksu "Zanim…" dzieje się w przeciągu jednej nocy, chociaż jest to raczej noc polarna, jasna i złowroga, a kończy wraz z nastaniem świtu w promieniach wschodzącego słońca. Głównymi bohaterami, których imion nie poznajemy, są łowca wampirów i cmentarna hiena. Łowczy pojmał chłopca, gdy ten uciekał z pobojowiska, gdzie wespół ze swoim kolegą obrabowywał (bezcześcił) zwłoki poległych rycerzy. Historia zakonnicy, która miała na imię Magdalena, zostaje opowiedziana przez demonicznego łowcę, gdy obaj idą przez lasy i gór do pewnej wymarłej wsi. W pobliżu której, w zimnych wodach rozlewiska rzeki, ukrywa się wampir, właściwie wampirzyca. Aby wywabić ją z ukrycia, jako żywej przynęty, łowca używa chłopca. Całość się jednak dobrze (dobrze?) kończy. Z odsieczą chłopcu przychodzi zgraja zbrojnych rycerzy.

Fabuła jest prosta. Gdy pierwszy raz przeczytałem ten komiks, czułem niedosyt i rozczarowanie. Pewnie liczyłem na jakąś bardziej złożoną historię, ale po powtórnych czytaniach, zrozumiałem, że nie o atrakcyjną i rozbudowaną fabułę chodzi w tej książce. Więc właściwie o co? Mam wrażenie, że autor starał się pokazać ambiwalencję stereotypowego pojmowania Zła. Bo właściwie, kto jest potworem? Czy łowca, który nie waha się poświęcić życia chłopca, aby wybawić i zamordować „zło wcielone”? Czy może Dais Yton, wysłannik biskupa, skazujący Magdalenę na zamurowanie żywcem? A może zbrojni, którzy polują na łowcę? Autor nie podsuwa podpowiedzi, że dobre, to jest to, a złe, to jest tamto. Nie próbuje odpowiadać za czytelnika. Nie ma w tym albumie ani krzty banalnego i ewangelicznego moralizowania.

Główną siłą tego albumu jest, oczywiście, sposób prowadzenia narracji za pomocą obrazu, jak i same rysunki. Wiele, i to dobrego, napisano już na ten temat. Dlatego nie będę tego powtarzał. Jeśli mam wtrącić swoje trzy grosze, to chciałbym podkreślić wspaniałość i perfekcję plansz, na których przedstawiona została przyroda. Szneiderowi udało się w tych kadrach ująć coś, na co obiegowo zwykliśmy mówić: „złowróżbna siła natury”.

Muszę się jeszcze podzielić pewną niecną myślą, która od tygodni chodzi mi po głowie: najchętniej wyciąłbym z albumu dwustronicową planszę – przedstawiającą łowcę i chłopca, idących przez gołoborze – powiesiłbym nad biurkiem.

Wypada, abym na koniec, odniósł się jeszcze do wypowiedzi Kuby Oleksaka, którego, wespół z Krzychem Cuberem, wywołaliśmy do tablicy, po jego recenzji na łamach Kolorowych Zeszytów. Poprosiliśmy, aby wytłumaczył się z mielizn w scenariuszu, które zarzuca Benedyktowi Szneiderowi. I tak:

1) Nie zgadzam się z Kubą, jakby autor nie miał zaufania do czytelnika. Co prawda, uważam, że bez szkody dla klarowności narracji, autor mógł zrezygnować z kilku dymków opisujących sytuację pokazane w kadrze oraz z kilku pomniejszych dialogów.

2) Jednakże zgadzam się z oceną finału tomu, która została zaproponowana przez Kubę, ale może to się jakoś wyjaśni w Łowcy, następnym tomie przygotowywanym przez Szneidera. Mam tylko cichą nadzieję, że nie będziemy musieli czekać na niego kolejne dziesięć lat.

niedziela, 11 grudnia 2011

#920 - Diefenbach. Zanim wzejdzie świt

Nad drugim „Diefenbachem” unosi się duch powieści gotyckiej. Tej klasycznej, znanej jeszcze z XVIII wieku, z czasów zanim jeszcze ten gatunek pod piórami jeszcze pośledniejszych literatów stał się parodią samego siebie, epatując tanimi i szokującymi efektami.

Autor komiksu Benedykt Szneider nie chce nas wystraszyć, zrobić takie komiksowe „bu!” na kolejnej stronie – on nas chce przerazić. Ale nie niewyobrażalnym, przyprawiającym o szaleństwo złem czającym się w klasztorze (bo wie, że nie jest ani Lovecraftem, ani nawet Ito), lecz potworną ciszą panującą w całym albumie. Nieznośnie ciężką atmosferą braku nadziei. Kreując świat, w którym aby przeżyć, trzeba wyzbyć się ludzkich odruchów, zdusić obrzydzenie i rabować trupy na pobojowisku, zapomniawszy o fanaberii moralności. Szneider sugestywną grafika podkreśla nie tylko grozę, ale również średniowieczny brud, upodlenie, rozpacz i makabrę. A wszystko wzięte jest w jakiś oniryczny nawias „to nie może dziać się naprawdę!”. Nie znam wielu komiksiarzy, którzy za pomocą dość oszczędnych, ale wyrafinowanych środków, potrafią tak znakomicie budować atmosferę w swoich pracach.

Szneider wspaniale opowiada obrazem. Gdy psychopatyczny łowca zabiera głównego bohatera w podróż do jądra bluźnierczego szaleństwa, w roli przewodnika czytelnika sprawdza się wizualna narracja. Niekiedy nabiera cech mangowej dynamiki, a czasem zwalnia, dając czas rysownikowi na dopracowanie przerażającego barokowego splasza. Autora zatem z jednej strony porównuje się do Albrechta Durera, a z drugiej Hiroakiego Samury czy (nawet!) Katsuhiro Otomo, a z trzeciej do Jerzego Ozgi i wszystkie te umizgi są mnej lub bardziej słusznie. Pomimo rozpięcia pomiędzy tak (z pozoru) odległymi stylistykami „Zanim wzejdzie świt” kompozycyjnie i graficznie jest konstrukcją bardzo spójną, przemyślaną, a pod względem formalnym – stojącą na prawdziwie europejskim poziomie. Nieco inaczej ma się rzecz w przypadku treści. Choć jest zakorzeniony w dość schematycznych motywach, to „Diefenbach” pod względem fabularnym unika pretekstowości. Do ostatniej strony trzyma w napięciu, choć Szneiderowi nie udało się uniknąć kilku mielizn. Jest dobrze, ale mogło być chyba jeszcze lepiej.

Przede wszystkim „Zanim wstanie świt” jest świadectwem dojrzałości Benedykta Szneidera, jako twórcy komiksowego, ale pokazuje również drogę pokonaną przez Kulturę Gniewu, jako wydawnictwo. Pierwszy „Diefenbach” nie był pozbawiony walorów, był zaledwie debiutem ze wszystkiego tego znamionami. Drugi to już pokaz znakomitego warsztatu i błyskotliwego talentu, choć niepozbawiony pewnych usterek. Jeśli ktoś miał jeszcze wątpliwości, że Szneider to komiksowa czołówka, jeden z sześciu, może siedmiu najlepszych, aktywnych rysowników w Polsce, to powinien się ich pozbyć.

Kultura zaczynała, jako wydawca rzeczy ze sceny hc/punk i dopiero wraz z szneiderowym „Diefenbachem” i pierwszym, rebelkowym „Doktorem Bryanem” Jarosław Składanek zdecydował się na wejście w środowisko komiksowe. Te albumy wtedy, dziewięć lat temu, wydane w niepozornym formacie, ginęły w zalewie innych pozycji. Przez ten czas KG wyrobiła sobie markę wydawnictwa publikującego komiksy zawsze godne uwagi, które należą do najbardziej oczekiwanych konwentowych premier, prezentowane są zawsze w najwyższej jakości edytorskiej. „Diefenbach” prezentuje się naprawdę piękne – od przykuwającej wzrok okładki, przez powiększony format, pozwalający w pełni delektować się rysunkami Szneidera, aż po drobne szczególiki, cieszące największych komiksowych purystów. Od punkowych undergroundów i fan-zinów, po ekskluzywne edycje i najciekawszych współczesnych twórców – „Zanim wzejdzie świt” spina klamrą losy Kultury Gniewu.

czwartek, 20 października 2011

#883 - Diefenbach

Pierwszy zeszyt „Diefenbacha”, który ukazał się w 2002 roku w koprodukcji wydawnictw Zin Zin Press oraz Kultury Gniewu, był skromną broszurką w formacie B5, licząca sobie 36 stron i wydaną w znamiennym nakładzie 666 egzemplarzy. Kolorowa okładka odwołuje się do estetyki Marilyna Mansona, twarz postaci na okładce łudząco przypomina sceniczny wizerunek Briana Hugh Warnera. Można wskazać jeszcze kilka innych, bardziej odległych, odwołań do tego artysty w komiksie Benedykta Szneidera.

W warstwie fabularnej komiks opowiada o wyprawie nieznanych z imienia dwóch joannitów, chociaż tylko jeden z nich nosi strój z krzyżem maltańskim na piersiach. Zostali oni wysłani w poszukiwaniu Czarnej Kroniki, która to księga zawiera „zapis nawracania tych ziem na chrześcijaństwo według miary sprzed około 200 lat”. Wysłał ich mistrz Vikernes (jestem przekonany, że autor nadał mistrzowi to imię bardzo świadomie, odwołując się norweskiego muzyka black-metalowego Varga Vikernesa) do wsi o nazwie Skytten (nazwa również „znacząca” – ze szwedzkiego zodiakalny Strzelec). Stroje, język stylizowany na staropolski (niestety niekonsekwentnie), architektura budynków, to wszystko sugeruje, że akcja dzieje się gdzieś okolicach średniowiecza.

Zakonnicy chcieli odebrać księgę od miejscowego proboszcza. Jednakże ten informuje ich, że spłonęła 6 lat temu w pożarze starej kaplicy. W tym miejscu na plan pierwszy wysuwa się sensacyjno-kryminalny wątek opowieści, związany ze śmiercią dziewczyny o imieniu Agata, której pogrzeb zakonnicy widzieli, gdy wkraczali do wioski. Nie chcę zdradzać całej fabuły, ale fakt faktem dwaj Kawalerowie Maltańscy z powodu swej niezdrowej ciekawości, wpakowali się w niezłą kabałę z udziałem sług Szatana, inkwizytora oraz żądnego krwi wampira. Powraca także sprawa Czarnej Kroniki – budowa tego wątku przywodzi mi na myśl powieść „Klub Dumas” Arturo Péreza-Reverte, która jest bardziej znana z filmowej adaptacji Romana Polańskiego pt.: „Dziewiąte wrota”.

To nie scenariusz, który, jak starałem się wykazać, oparty jest na kilku popkulturowych kalkach, stanowi o wartości tej książki. Warstwa narracyjna jest jedynie pretekstem dla rysunkowych popisów Benedykta Szneidera, tym co najważniejsze i najciekawsze w pierwszym zeszycie „Diefenbacha” są ilustracje. Wykonane z dużą precyzją rysunki w czerni i bieli, nadają komiksowi mroczny i klimatyczny charakter. Bardzo dobrze autor przedstawił, odwzorował postaci, które są w ruchu. Szneiderowi udało się oddać ekspresję, „nagłość” tych sytuacji, które rozgrywają się z zaskoczenia, np. atak na strażnika w lochu i ucieczkę joannitów. Do moich ulubionych scen należą także te, które rozgrywają się podczas ulewy. Ciemne i wypełnione szczegółami kadry, aż „po same brzegi”, potęgują nastrój grozy. Układ kadrów na stronie w całym zeszycie jest dobrze przemyślany, oko nie ma wątpliwości, który jest następny, sprawnie się po nich „ślizga”. Wąskie prześwity między nimi porządkują planszę, skromny pasek bieli wprowadza ład.

Ciekawym zabiegiem ze strony autora, jest okazjonalne wprowadzanie czcionki gotyckiej, podoba mi się użycie jej szczególnie w pisowni wykrzykników i pytajników. Niestety w większości dymków liternictwo pozostawia wiele do życzenia. Odręczny krój pisma, tzw. pisanka, jest miejscami mały i niewyraźny, słowa zlewają się ze sobą.

Z pewnością warto zapoznać się z tą pozycja przed przeczytaniem „Diefenbach. Zanim wzejdzie świt”, aby przekonać się, jak w ciągu dekady rozwinął się rysunek Benedykta Szneidera, a także jak zmieniło się jego podejście do fabuły.