Chwilami odnoszę wrażenie, że komiks jest jedną z ostatnich sfer sacrum jakie ostały się we współczesnej kulturze. Niby pozbyliśmy się wszystkich świętości, a jednak wciąż można usłyszeć głosy przekonujące, że jesteśmy świadkami profanacji i tak się składa, że najczęściej dzieje się to w przypadku dzieła komiksowego, a ściślej przy okazji jego adaptacji filmowej. Weźmy za przykład "Przygody Tintina" - w jednej z pierwszych recenzji autor z ulgą stwierdza, że tym razem nie doszło do dewastacji komiksowego oryginału.

W przypadku adaptacji, nieważne, czy chodzi o dzieło literackie, czy komiks, o sukcesie decyduje wierność wobec oryginału. Najprościej "zmierzyć" to na poziomie fabularnym – jeśli w oryginale bohater siada w kawiarni oczekujemy, że zobaczymy to na ekranie. Jeśli tak, mamy podstawy sądzić, że adaptacja jest udana. Jeśli nie.. cóż to niczego nie przekreśla. Tak naprawdę tym, co w rzeczywistości decyduje o sukcesie jest wierność duchowi oryginału. "Śmierć w Wenecji" Luchino Viscontiego choć pod wieloma względami różni się od oryginału uważana jest za wybitną adaptację prozy Tomasz Manna. Reżysera i pisarza łączyła bowiem podobna wrażliwość i filozofia życia. W przypadku Spielberga i Herga mamy do czynienia z podobnym pokrewieństwem.
Weźmy za przykład fragment "Świątyni zagłady", która w pełni reprezentuje styl Spielberga: Indiana Jones razem ze swoim młodym pomocnikiem i piosenkarką Willie Scott uciekli właśnie przed chińską mafią i bezpiecznie podróżują samolotem. Tak im się przynajmniej wydaje, bo piloci zostali wcześniej przekupieni i w odpowiednim momencie dyskretnie ewakuują się z samolotu pozostawiając pasażerów na pewną śmierć. Bohaterowie ratują się wyskakując na pontonie z samolotu i udaje im się wylądować na śnieżnym zboczu. To samo w sobie jest już widowiskowe, ale dla Spielberga to za mało. Ponton ześlizguje się ze zbocza wprost do lasu, następnie wpada do rwącej rzeki i dopiero po pokonaniu groźnych wodospadów bohaterowie mogą odetchnąć z ulgą. Oto esencja kina Nowej Przygody – scena w rękach innego reżysera skończyłaby się najpewniej po bezpiecznym lądowaniu na śniegu, Spielberg za to przedłuża ją ku zaskoczeniu widza i serwuje coraz to nowe emocje. Akcja nie zwalnia, ani na moment.
Przypatrzmy się teraz sekwencji pościgu z tomu "Afera Lakmusa": Tintin i Kapitan Baryłka nocą skradają się w stronę ambasady Skrainy, w której przetrzymywany jest Lakmus. Zanim jednak zdążą zakraść się do środka na ich oczach profesor znowu zostaje porwany tym razem przez Syldwan. Bohaterowie ruszają w pościg najpierw za sterami helikoptera, następnie przesiadają się do samochodu, a wszystko kończy się pogonią, tym razem na własnych nogach, za samolotem. Geniusz Herga nie tkwi jednak wyłącznie w umiejętności konstruowania zawiłych sekwencji pościgów, ale na umiejętnym wplataniu w nie szczegółów – na pokładzie helikoptera Baryłka walczy z komarami, przy okazji wdając się w rozmowę z Serafinem Lampionem; helikopter przy próbie lądowania najpierw cudem unika linii wysokiego napięcia i porywa ze sobą namiot Bogu winnych turystów; kierowca, którego zatrzymują okazuje być Włochem, który łączy w sobie wszystkie cechy jakich można spodziewać się po Włochu – nie dość, że jest zapalonym rajdowcem, to w dodatku usta nie zamykają mu się nawet na moment.
Jeśli jest więc coś, co łączy Herga i Spielberga to jest to ogromna pomysłowość i geniusz opowiadania, dzięki której widz i czytelnik nie jest w stanie się nudzić. Ich styl opowiadania przywodzi na myśl klasyczne slapstickowe komedie Macka Senneta z zamierzchłych czasów kina niemego. Dziś slapstick kojarzy się z jego zwulgaryzowaną formą, w której komizm sprowadza się do walki na torty, lub bolesnych spotkań ze skórą od banana. U Senneta nawet jeśli bohater dostał w twarz tortem to był to jedynie początek serii gagów, w których aktorzy dokonywali cudów zręczności. Z czasem pomysłowość przestała się liczyć, a dominującą rolą w kinie zaczęła odgrywać technologia. "Przygody Tintina", co widać już w zwiastunie imponują pod względem technologicznym. Gdyby jednak pod warstwą animacji nie krył się geniusz dwóch mistrzów opowiadania – Spielberga i Herga - na nic zdałyby się ogromne nakłady finansowe i setki godzin renderowania obrazu. "Przygody Tintina" mogą okazać się nie tylko udaną adaptacją komiksu, w co nie wątpię, ale również obrazem, który łączyłby tradycję kina z najnowszą technologią.
Na koniec wróćmy jeszcze do wspomnianej "Afery Lakmusa". Na samym początku historii Kapitan Baryłka i Tintin przechadzają się po urokliwej okolicy – nigdzie ani żywej duszy, tylko cisza i spokój. Kapitan w uniesieniu deklaruje, że niczego więcej od życia nie potrzebuje. Titnin z lekkim niedowierzaniem traktuje te rewelacje i słusznie, bo zaraz obaj zostaną wplątani w kolejną aferę i ruszą na ratunek swojemu przyjacielowi. Biedny Kapitan, nigdy ani chwili spokoju. W rękach Spielberga też nie będzie mógł liczyć na wytchnienie.
2 komentarze:
A tutaj swoimi impresjami dzieli się Giera:
http://dybuk.wordpress.com/2011/11/03/789/
już dziś na "KZ-cie" recenzja z filmu, napisana przez Macieja Kura:
http://kzet.pl/2011/11/przygody-tintina.html
Prześlij komentarz