wtorek, 1 czerwca 2010

#468 - Osiedle Swoboda

Doskonale pamiętam, jakim pierdolnięciem, był dla mnie pierwszy "Produkt". Jak przez mgłę wspominam dwa poprzednie ciosy. Pierwsze numery "Spider-Mana", w których na kwestiach Hobgoblina (czy też raczej Złowieszczego Trolla) uczyłem się czytać, wprowadziły mnie w świat dymków i kadrów. Drugie uderzenie, zostało nieco słabiej wyprowadzone, bo wierną miłością do "Thorgala", znalezionego w pokoju starszego kuzyna, nigdy nie zapałałem. Choć i tak mocno zapisał się w mojej pamięci. Ale dopiero "Produkt" pokazał mi, że komiksy to nie tylko kolorowi superbohaterowie zza Oceanu.
Pisząc o "Osiedlu Swoboda" nie sposób nie wspomnieć właśnie o "Produkcie". Z kolei o magazynie komiksowym redagowanym przez Michała Śledzińskiego trudno mi pisać inaczej, niż przez pryzmat sentymentu. Jego pojawienie się w kioskach wypadło w czasie, gdy wchodziłem w młodzieńczy okres burzy i naporu. Utrzymane w undergroundowej estetyce, pełne przekleństw i mocno zakorzenione w polskiej-swojskiej rzeczywistości korespondowały z moim zbuntowanym nastrojem i robiły wielkie wrażenie. Czy dziś, komiks sprzed ponad dziesięciu lat, broni się równie skutecznie, co wtedy?

Komiks Śledzia towarzyszył "Produktowi" od samego początku. Obecna w pierwszym "Matka Boska Extra Mocna" to jeden z najlepszych epizodów serii. Obscenicznie zabawny, napisany żywym, choć wulgarnym językiem, pełen charakterystycznych dla całego cyklu elementów (playlista na murach) i tego leniwego, letniego mikroklimatu, kiedy cały świat zaprasza do korzystania ze swoich uroków. Dla mnie "Osiedle Swoboda" stanowił komiksowy pean na cześć afirmacji życia takiego, jakim jest. To opowieść o piątce kumpli, którzy po swojemu dają się ponieść "elan vital" własnej egzystencji. Mieszkańcy osiedla stylizowanego na między innymi bydgoskie Szwederowo, Smutny, Dżwiedziu, Kundzio, Szopa i Wiraż, korzystają ze swojej młodości, jak tylko mogą, ścierając się przy tym z lokalnym elementem.

Fajnie, że Śledziu nie cierpi na "syndrom Latkowskiego" i nie próbował dać uczonej, społecznej analizy zachowań młodzieży mieszkającej na rozsianych po całej Polsce osiedlach z wielkiej płyty. To nie żadne dyrdymały o polskiej generacji lat dziewięćdziesiątych, dresiarzach i ich zwyczajach, nagrane za pomocą kamery czy spisane piórem przez kogoś "z zewnątrz". To raport napisany przez autochtona, rozumiejącego zwyczaje i język miejskiej dżungli, ale potrafiącego się zdystansować od obiektu swojej pracy. Śledziu odbił blokowiska, a także modną obecnie tematykę miejską, z rąk różnej maści hochsztaplerów i sprawił, że stały się "nasze". Autentyczne, szczere, utrzymane w stylistyce specyficznego magicznego realizmu, naszpikowane odwołaniami do pop-kultury.
Jak przyznaje autor, praca nad "Osiedlem" była czystą improwizacją. Poszczególne odcinki często łączyły się w większe całości ("Ballada o Bystrym"), ale pozostawały w luźnej strukturze. Każdy z nich stanowił autonomiczną całość. Wiadomo, zdarzały się epizody lepsze i gorsze, jak to zwykle bywa w przypadku serii, co szczególnie dobrze widać w lekturze wydania zbiorczego. Dla Śledzia "OS" było znakomitym poligonem doświadczalnym. Na zakazanych rejonach Swobody eksperymentował z różnymi gatunkami (opowieść grozy), motywami (numer świąteczny), kombinował z narracją (pojawienie się Bystrego) i wykuwał swój własny, unikalny styl graficzny. Przeglądając kolejne strony widzimy, jak kształtowała się kreska jednego z najciekawszych polskich twórców komiksowych. Od pierwszych wprawek, po wyraźne inspiracje innymi (Frank Miller), aż po pełnokrwisty i dojrzały śledziowy styl.

"Osiedle Swoboda" to jeden z najważniejszych współczesnych polskich komiksów, a "Produkt" okazał się prawdziwym fenomenem naszego rynku. Przed premierą "P" komiks polski tułał się po niskonakładowych magazynach, kserowanych pół-zinach wydawanych własnym sumptem. Kiedy w 1999 roku pojawił się na kioskach, pozbawiony właściwie jakiejkolwiek reklamy, udało mu się trafić do ludzi, którzy z komiksem często mieli nie po drodze. Sprzedając się na poziomie nieosiągalnym obecnie dla wielu rodzimych tytułów (średnio 7-8 tysięcy sztuk każdego numeru) trafił w gusta szerokiej publiczności, nie tylko tej z wielkich blokowisk, dla których przygody Smutnego i ekipy były bardzo bliskie. Na łamach "Produktu" z czasem drukowano komiksy traktujące o innej tematyce (sensacyjne, fantastyczne, humorystyczne i inne), utrzymane w najróżniejszych stylistykach.

Po swoim upadku "Produkt" zostawił wspaniałe dziedzictwo. Na jego łamach wybił się "Wilq" braci Minkiewiczów, jeden z najpopularniejszych i najciekawszych polskich komiksów ubiegłej dekady. W "P" debiutowali Marek Lachowicz ("Gang Wąsaczy – Ruchome Paski", "Człowiek-Paroovka vs. Grand Banda"), Karol Kalinowski ("Łauma", "Liga Obrońców Planety Ziemia"), Clarence Weatherspoon ("Josephine: Tchnienie Czarnego Lądu"), Filip Myszkowski ("Eryk – Ostatni Szrama", "Solidarność 25 lat: Nadzieja zwykłych ludzi") żeby wymienić tylko kilku, którzy najmocniej zapadli w moją pamięć. W magazynie przewijały się nazwiska Andrzeja Janickiego, Rafała Skarżyckiego, Tomasza Lwa Leśniaka, Ryszarda Dąbrowskiego i wielu, wielu innych. Bez mała można powiedzieć, że "Produkt" był prawdziwą szkołą komiksu dla nowego pokolenia rodzimych twórców. I to właśnie oni przywrócili do łask polskie opowiastki obrazkowe po wielkiej smucie lat dziewięćdziesiątych.

12 komentarzy:

keerk pisze...

dziwnym nie jest
;)

pstraghi pisze...

ta wielka smuta laty 90 to z Orlińskiego chyba cio?

Kuba Oleksak pisze...

Z Pałki chyba.

piter pisze...

Miałem pisać recenzję tego komiksu, ale tyle tego jest w necie, ze pewnie nic nowego bym o tym komiksie nie napisał... Fakt, że to chyba najlepszy polski komiks, jaki czytałem (ale biorę poprawkę na to, że mam w tym względzie spore zaległości) i polecam wszystkim. Bo naprawdę warto.

Misiael pisze...

To u góry jam pisał, ale komentarz przeskoczył mi na jakieś inne konto. Dziwnym jest...

Robert Wyrzykowski pisze...

Pstraghi ma chyba rację - z Orlińskiego przez Pałkę.

pstraghi pisze...

@Piter: Miałem pisać recenzję tego komiksu
@Misiael: To u góry jam pisał

A zaczynało się jak pjp:)

Anonimowy pisze...

Pan Sledzinski po owocujacym debiucie mial szanse wbic sie na sam szczyt i do serc Polskich Fanow Komiksu poprzez rysowanie Kapitana Zbika pod okiem samego Wladyslawa Krupki a to czlowiek bez ktorego niebyloby takich Mistrzo Polskiego Komiksu jak Grzegorz Rosinski, Boguslaw Polch i Andrzej Wroblewski. Niestety tej szansy nie wykorzystal ale moze jeszcze nie jest za pozno.

Janusz Topolnicki pisze...

Litości! Scenariusze Krupki nie są nawet "przyzwoitą lekturą", a co tu dopiero argumentować, że "bez niego nie byłoby Rosińskiego, Polcha czy Wróblewskiego". Panowie i tak by "wypłynęli", z Krupką czy bez....
"Polscy Fani Komisku" - to jakaś sekta :) ?

diox pisze...

Młody człowieku

Polecam wizytę na Allegro i sprawdzenie, jakie zawrotne ceny obecnie uzyskują te scenariusze Krupki, które "nie są nawet przyzwoitą lekturą".

Krytycy kręcą nosem ale to miłośnicy komiksu głosują portfelem :D

Maciej pisze...

Komiksowa smuta to oczywiście z Orlińskiego ale ja chyba zacząłem wdrażanie w komiksowie bo lubieję ten mem.

Janusz Topolnicki pisze...

"Miłośnicy komiksu głosują portfelem" - zawrotne ceny to osiągają pamiątki z czasów Trzeciej Rzeszy, a chyba nikt nie powie, że "to dobre było"....