Jest rok 2003. Robert Kirkman ma 25 lat. Można o nim powiedzieć, że jest "młodym, zdolnym scenarzystą", z jakimś dorobkiem i doświadczeniem. Jego "Battle Pope" z 2000 roku bez echa nie przeszedł.
Na początku roku, dokładnie 22 stycznia wychodzi pierwszy numer serii "Invincible" rysowanej najpierw przez Cory`ego Walkera, a potem Ryana Ottley`a (polskie wydanie - Egmont). Bliżej końca roku, bo 8 października, ukazuje się premierowy zeszyt serii "The Walking Dead", rysowanej najpierw przez Tony`ego Moore`a, a potem przez Charliego Adlarda (polskie wydanie - Taurus Media).
Jestem przekonany, że urodzony w Lexington, ale wychowujący się w mieście Cynthiana w amerykańskim stanie Kentucky komiksiarz jeszcze nie wie, że spod jego ręki wyszedł nie jeden, ale dwa tytuły, które niedługo staną się popkulturowymi fenomenami XXI wieku. Najpierw komiksowymi, ale potem... Z perspektywy czasu napisałbym też, że oba te tytuły przyczyniły się do przełomu, który dokonał się na rynku komiksowym w USA. Czy będzie przesadą napisanie, że Kirkman dokończył rewolucję rozpoczętą dekadę wcześniej przez ojców-założycieli Image Comics?
Obie serie - wydawane zresztą właśnie przez Image! - zostały pokochane przez czytelników, docenione przez krytyków, obsypane nagrodami. Obie serie doczekają się adaptacji. Jedna będącą animacją w streamingu, druga - aktorskim serialem w "tradycyjnej" TV. Obie będą odnosić sukcesy, ale na nieco innych warunkach i w nieco innej skali. "Invincible" i "The Walking Dead" wyszły z komiksowej bańki i przebiły się do masowej świadomości. O serialu produkowanym dla AMC traktującym o tym, co wydarzyło się po zombie-apokalipsie można wręcz napisać, że wszedł z buta do szerokiego mainstreamu. Czy w swoim czasie był fenomenem? Na pewno nie taki, jak "Gra o Tron" czy "Stranger Things", ale chyba tak, był.
W lutym 2010 na łamach Kolorowych o Kirkmanie pisałem tak:
Gdyby ktoś spytał mnie, kogo uważam za najważniejszego scenarzystę robiącego w mainstreamie w ostatniej dekadzie, obok mojego ulubionego Brubakera i wszechobecnego Bendisa, wymieniłbym zapewne Roberta Kirkmana. Obiektywnie patrząc dokonał on rzeczy niebywałej – pracując w oficynie, nie należącej do wielkiej dwójki (czytaj - nie będącej Marvelem, ani DC Comics), właściwie z niczego, od zera potrafił stworzyć serie, które stały się prawdziwymi przebojami i jak równy z równym walczyły na listach sprzedaży z czołowymi tytułami konkurencji.
Jest rok 2026. Robert Kirkman ma 47 lat. Od półtorej dekady szefuje Skybound Entertainment, wciąż pozostając ważną figurą z Image. Komiksy firmowanego jego nazwiskiem i szyldem jego imprintu Energon Universe sprzedały się w nakładzie przekraczającym 6 mln egzemplarzy. To potężny sukces. Takiego wyniku szczerze mogą mu pozazdrościć redaktorzy Domu Pomysłów. Kirkman nic już w sumie nie musi. Żadnych potrzeb, ale dalej pisze komiksy. Jednak co by dobrego nie pisać o "Oblivion Song" z 2018, "Outcast" z 2014 czy "Thief of Thieves" z 2012, trudno je porównywać z tym, czym był "Niezwyciężony" czy "Żywe trupy".
Na tegorocznym ComicsPRO Robert Kirkman zapowiedział, że po raz pierwszy od czasów “Niezwyciężonego” wraca do super-hero. 22 lipca 2026 ukaże się pierwszy numer serii on-going zatytułowanej "Terminal". Jego akcja będzie rozgrywać się w świecie, w którym dwie frakcję toczą brutalną, ale ukrytą przed światem wojnę. Główną bohaterką jest kobieta o imieniu Marilyn Howe, która poszukuje swojej siostry Alessandry, jak czytamy w oficjalnych materiałach. Rich Johnston z BleedingCool uważa, że "Terminal” może okazać się dla "X-Men" tym, czym “Invincible“ był dla "Supermana" i "Spider-Mana". Może. Ale może się też okazać, a może dostaniemy powtórkę z wczesnego Image. Zaprezentowana na konferencji prasowej okładka, wyglądająca jak nowa inkarnacja jakiegoś "Cyberforce" czy innego "Youngblood", zrobiła na mnie takie, a nie inne wrażenie.
Co jeszcze? Ma być epicko, ma być brutalnie. Nie zabraknie też charakterystycznych dla pisarskiego stylu Kirkmana elementów. I będą blind bagi, wiadomo. W amerykańskich serwisach czytamy o "powerhouse creative lineup", o "legendary artists” i "some of the biggest names in comics" zatrudnionych do pracy przy "Terminalu” przez prezesa Skybound. Nie przeczą, że Joe Casey, który pomaga Kirkmanowi przy scenariuszu, Andy Kubert, David Finch i Arthur Adams, którzy zajmą się oprawą graficzną, to duże nazwiska. Gwiazdy przemysłu komiksowego w USA? Może i tak, ale w latach 80-tych, 90-tych i 00-owych. W 2026 to cieszący się szacunkiem ze strony młodszych kolegów, uznanie weterani. Będący raczej bliżej, niż dalej.
Zresztą, to samo można zacząć pisać o Kirkmanie. Nie zdziwię się, jeśli okaże się, że "Terminal” będzie jego ostatnim dużym, autorskim projektem. A na pewno pokaże - używając sportowej metafory - ile jeszcze zostały mu w baku, jako scenarzyście. Czy się już skończył, czy jeszcze nie. Czy dostaniemy coś, co choćby zbliży się do tego, czym były "Żywe trupy" i "Niezwyciężony" i jaki wpływ na kulturę popularną miały? Nie sądzę. Przez następne dwie dekady Kirkman nic tak dobrego i znaczącego nie napisał. "Marvel Zombies" było dobre, było blisko, ale to nie to.
Nie sądzę, żeby napisał teraz.

Ech, na początku liczyłem na puentę, że "Tak, to przecież musi być dobre i rozjebać", ale trudno mi nie zgodzić się z ostatnim zdaniem Twojego tekstu. No cóż, nadzieja umiera ostatnia.
OdpowiedzUsuńKirkman przy Void Rivals i wgl Energonie pokazał, że dalej potrafi świetnie pisać. Ja czekam z niecierpliwością.
OdpowiedzUsuń