czwartek, 31 października 2013

#1406 - Bogacz + Stefaniec = Noir

Z początkiem października przeczytałem "Noir" Łukasza Bogacza i Wojciecha Stefańca. Jak tylko przeczytałem, pognałem do kompa i napisałem maila do Wojtka, by mu w kilku słowach pogratulować świetnego komiksu. Wspomniałem, że byłem w Łodzi na spotkaniu promocyjnym…



Kilka spraw nie zostało poruszonych na spotkaniu jak plansze promocyjne, które nie znajdują się w komiksie, a są ważne dla fabuły (...) - relacjonuje Wojtek.

Oczywiście interesują mnie plansze promocyjne, których nie użyto w komiksie. Możesz się rozwinąć w tym temacie?
Na planszach promocyjnych NOIR (jestem przeciwny tradycji pokazywania w necie plansz z komiksu, dlatego powstała ta… prowokacja), kobieta która wchodzi do księgarni w Paryżu, to właśnie matka. Bierze do ręki książkę swojego syna. To jest bardzo ważny element fabuły. Dużo mówi, ale nie znajdziesz tego w albumie.


Wizualnie jest to majstersztyk! Wojtek, kawał świetnej. Zatkało mnie, poważnie. Scenariusz to dla mnie wariacja na temat zdrady, z takim szekspirowskim, szerokim zacięciem.
Tak, jest to wariacja na temat zdrady. Ale nie o tym jest "Noir", to znaczy nie tylko o tym. Zdrada to tylko płaszczyzna. Ona jest oczywista, nie jest żadną tajemnica, dlatego jest zdradą jedną z wielu. Bardziej opowiadamy o źródle zdrady. Nie jest ważna zbrodnia, tylko to, co do niej doprowadza i to, co się dzieje potem. Sam akt zbrodni jest tylko aktem. Może być brutalny, w afekcie i tak dalej. Trauma, to był zapalnik. Zdrada w "Noir" jest płotkiem, po którym pnie się dzika róża.

Nieco przeraża mnie determinizm (powielanie negatywnych wzorców rodzinnych) wpisany przez Was do scenariusza.
Komiks opowiada o rodzinie, o tym, co ją buduje, a co burzy. Założenie mieliśmy takie: musi być jak w dramacie Szekspira. Koncepcja się trochę zmieniła po konsultacjach z psychologiem, wtedy zmieniliśmy delikatnie finał. Wiesz teraz zauważyłem, że finał pierwotnie był całkowicie, a nawet drastycznie, zmieniony. On jest całkowicie inny..

Nie wiem, czy znasz tę piosenkę, ale myślałem o niej czytając i teraz także, gdy piszę do Ciebie chodzi mi po głowie.



Znam to. To jest jeden z niewielu utworów jakie mi się poodbija „The Streets”. Nie trawię jego akcentu. Za ciężko to dla mnie brzmi. Wole w piosenkach klasyczny angielski, bez naleciałości regionalnych, ale pierwszy ich album był fajny.

Co do muzycznego podkładu "Noir". Jest jeden utwór, który od początku był przy tej historii. Miał być podstawą klimatyczną do fabuły i w ogóle do jej napisania. Ta kompozycja była dla nas inspiracją przez prawie cały czas:


W tym miejscu do korespondencji dołącza się Łukasz. Panowie opowiadali o swojej produkcji wspólnie, próbując mi wytłumaczyć, jak to się stało, że nie wszystkie przygotowane plansze weszły do książki.
Jako że prace nad "Noir" trwały prawie cztery lata i po drodze kilkakrotnie zmieniała się koncepcja całości, trudno się dziwić, że ostatecznie kilka stron nie znalazło się w albumie. Trzy strony, bo tyle dokładnie plansz nie zostało pomieszczonych w finalnej wersji, pochodzą z pierwotnej wersji komiksu, czyli krótkiego opowiadania o zabójstwie.

Łukasz podesłał scenariusz na przełomie 2009 i 2010 roku. Spodobał się Wojtkowi, więc go zilustrował. Co ciekawe, spodobał mu się do tego stopnia, że zrobił go podczas intensywnych prac nad „Szelkami”. Wojtek potrzebował oddechu od historii Jerzego Szyłaka, dlatego z nieba spadł Łukasz i jego scenariusz (chociaż może się wydać dziwne, że pojawiają się w tym miejscu słowa: „oddech” i „z nieba”, skoro odpoczynkiem od niełatwych "Szelek" była historyjka o morderstwie). Nieważne… Dość powiedzieć, że scenariusz zakładał zaledwie jakieś osiem, może dziesięć stron komiksu i miał zupełnie odmienny charakter od tego, czym ostatecznie stał się "Noir" (np. w ogóle nie było mowy o braciach, czy roli rodziny – narracja zaś była bardziej ironiczna i bawiła się słowem jako takim, na co spory wpływ miała twórczość Elmore’a Leonarda).

Po tym jak Wojtek narysował całość tej mini historyjki (i jak to bywa z syndromem Stefańca, z ośmiu stron zrobiło się piętnaście) i już wtedy wiadomo było, że opowieść zaczyna domagać się większej uwagi. Przez te cztery lata tworzenia "Noir", komiks tak się rozrósł, tak się zmienił, historia zrobiła się tak ciasna, że każda ingerencja, próba przywrócenia stron które wypadły, była niemożliwa. Nie było już dla nich miejsca. Tak wyglądał początek i koniec tych kilku plansz.

Chciałbym wrócić jeszcze do sprawy plansz promocyjnych i trailerów.
One są trochę innym przypadkiem. Wojtek wpadł na ich pomysł po złożeniu całej historii. Spowodowane to było tym, że nie jest zwolennikiem promowania komiksów po przez udostępnianie jakiegoś procentu zawartości albumu. Dlatego m.in. powstawały animacje. A jeśli chodzi o fabułę komiksu, do samego końca trzymali w tajemnicy to, czym jest "Noir". Nawet wydawca. Paweł Timofiejuk, się spisał i dołączył do ich omerty. Nie chcieli nic zdradzać. Dlatego powstała mini historyjka, która z góry miała być poza albumem i mówić o innej postaci, o której w "Noir" jest tylko mowa, która natomiast ma bardzo duże znaczenie dla całości książki. Ona nie mogła się znaleźć w albumie, dlatego tylko, lub aż promuje komiks.

poniedziałek, 28 października 2013

#1405 - Trans-Atlantyk 225

Zaplanowana na marzec seria "All New Ghost Rider" ma zgodnie ze swoim tytułem całkowicie zrywać z dotychczasowym podejściem do Ducha Zemsty. Za płonącą czaszką nie zobaczymy ani Danny'ego Ketcha, ani Johnny'ego Blaze'a, ale zupełnie nową postać w świecie Marvela, czyli Robbiego Reyesa. Zmieni się również klimat komiksu - zamiast nasyconych mistycyzmem opowieści o zbrodni i karze dostaniemy naładowany akcją serial sensacyjny z ulicznymi wyścigami, wojną gangów i rządowymi machlojkami w tle. Jak obiecuje Felipe Smith główny bohater nowego on-goinga będzie młodym fascynatem motoryzacji. Kocha wszystko, co wyposażone jest w silnik, ale szczególnie umiłował sobie muscle cary. Ghost Rider nie na motorze, tylko w Dodge'u Chargerze? Tego jeszcze nie było! Oprawą graficzną ma zająć się znany z "Luthora Strode'a" Tradd Moore, którego dynamiczna kreska jak ulał pasować będzie do profilu nowej serii. (KO)

Zapowiedziany na luty 2014 roku 36. numer "Daredevila" będzie ostatnim numerem tej serii. O zamknięciu nagradzanego Eisnerami i Harvey'ami tytułu wspomniał najpierw na stronach klubowych Steve Wacker, redaktor "DD", a później Chris Samnee potwierdził tę informacje na swoim twitterze. Skasowanie pisanego przez Marka Waida komiksu nie jest z pewnością spowodowane jego słabymi wynikami finansowymi - jego sprzedaż utrzymuje się na stabilnym poziomie. Marvel w żaden sposób nie uzasadnił swojej decyzji. Stawiam więc dolary przeciwko orzechom, że Śmiałek w przyszłym roku, gdy będzie obchodził swoje pięćdziesiąte urodziny, wystartuje z nowiutkim miesięcznikiem w ramach All New Marvel NOW!. I nie zdziwiłbym się, gdyby był tworzony przez podobny zestaw twórców. Waid nie tak dawno w jednym z ostatnich wywiadów mówił, że ma w stosunku do Matta Murdocka długoterminowe plany. (KO)

Doc Savage znalazł kolejny dom. Tym razem przygarnęło go największe przytulisko dla bardziej lub mniej zapomnianych postaci komiksowych, a więc wydawnictwo Dynamite Entertainment. Trochę ponad dwa lata po zakończeniu swojej nieudanej przygody z DC Comics, Clark Savage Junior otrzyma kolejną szansę w grudniu tego roku. Całkowicie nowe przygody tego pulpowego herosa powstawać będą dzięki kolaboracji Chrisa Robertsona (scenariusz) oraz szerzej nieznanego Bilquisa Evely’ego (rysunki), a od wszystkich poprzednich odsłon Doca Savage będzie je różnić to, że akcja przeniesiona zostanie do teraźniejszości. Scenarzysta w wywiadzie dla jednego z amerykańskich serwisów przyznał, że krok ten jest bardzo ryzykowny, ale być może to właśnie coś zupełnie nowego pozwoli odzyskać temu bohaterowi utracony blask. Wszystko brzmi całkiem nieźle, ale spójrzmy na wszystko z szerszej perspektywy. Dynamite przeniosło już kilkoro swoich bohaterów do teraźniejszości („Green Hornet Legacy”, „Miss Fury” czy najnowsze „The Shadow Now!”) i za każdym razem nie wyszło z tego nic dobrego, a i sam Robertson maczał niedawno palce przy pulpowym crossoverze „Masks”, który okazał się bardzo średnim komiksem. Fani Savage’a mogą już zacząć drżeć. (KT)

Także w grudniu pojawi się pierwszy numer ciekawie zapowiadającej się mini-serii „Dead Body Road” autorstwa coraz bardziej popularnego za wielką wodą Justina Jordana oraz utalentowanego rysownika Matteo Scalery. Sześcioczęściowa historia skupi się na postaci Gage’a, który przemierza tytułową drogę zabijając wszystkie osoby zamieszane w śmierć jego ukochanej żony. Nie brzmi to może zbyt oryginalnie, ale udostępnione już przez Image Comics strony komiksu sugerują, iż będziemy mieć do czynienia z uwspółcześnioną wariacją na temat westernu, kolejną po „East of West” Jonathana Hickmana oraz „Preatty Deadly” Kelly Sue DeConnick. Jeśli „Dead Body Road” utrzyma poziom zbliżony do obu wymienionych komiksów lub chociażby innych, autorskich projektów Justina Jordana, imprint należący do Roberta Kirkmana po raz kolejny dostarczy nam rozrywki na bardzo przyzwoitym poziomie. (KT)

Obowiązkowy news od DC Comics. Superboy zginie! Tak, czas przyszły nie jest tu przypadkowy, ponieważ szefostwo DC zapowiedziało zgon na dwa miesiące przed faktycznym pokazaniem tego wydarzenia w komiksie. No bo po co zaskakiwać czytelników w trakcie lektury, o wiele lepiej jest uprzedzić ich odpowiednio wcześniej... Swoją kolejną wpadkę wizerunkową wydawnictwo tłumaczy tym, że Kon-El umrze nie na łamach swojej serii i DC nie chce, by czytelnicy byli zdziwieni tym, że od numeru 26 serii „Superboy” bohatera zastąpi Jon Lane Kent – syn Clarka Kenta i Lois Lane z alternatywnej przyszłości. Niejako w cieniu tego małego skandalu, zresztą nie pierwszego w tym miesiącu, przewija się fakt, że za przygody „nowego” Superboy’a odpowiedzialny będzie legendarny Marv Wolfman. Po tym, jak młodego Kon-Ela katował najpierw Scott Lodbell, a potem wspomniany już dziś Justin Jordan, paradoksalnie pojawienie się w serii nowego bohatera oraz twórcy z ogromnym dorobkiem może sprawić, że seria „Superboy” wreszcie stanie się całkiem interesująca dla czytelników. Dotychczas nie można było tego o niej powiedzieć. (KT)

Uwaga! Kolejny news dotyczący obecnych (i przyszłych losów) Iron-Mana najeżony jest spoilerami, zdradzający fabułę 17. numeru jego solowej serii. Jeśli nie chcecie sobie psuć zabawy przed lekturą tego, co dla Tony`ego Starka przygotował Kieron Gillen, odradzam dalsze czytanie dzisiejszego Komix-Expressu.


UWAGA! - opuszczasz strefę wolną od spoilerów - opuszczasz strefę wolną od spoilerów - UWAGA!


Wraz z rysownikami Carlosem Pagluyanem, Gregiem Landem i Dale`m Eagleshamem Kieron Gillen w historii "The Secret Origin of Tony Stark" nie bał się mocno zamieszać w genezie odzianego w czerwono-złotą zbroję herosa. Iron-Man wracając z kosmicznej przygody dowiedział, że kiedy był dzieckiem jego rodzicie, aby ratować jego życie byli zmuszeni oddać go w ręce tajemniczej kosmicznej istoty. Mały Tony w wyniku pewnego eksperymentu został ocalony, ale w przyszłości musiał uregulować rachunek za swoje życie. To jednak nie koniec niespodzianek - w rzeczonym zeszycie wychodzi na jaw kolejna prawda z przeszłości. Tony nie jest synem Howarda i Marii Starków. Został przez nich adoptowany, aby przed eksperymentami udało się ochronić ich prawdziwe rodzone dziecko - Arno Starka

Kiedy Tony`emu udaje się ułożyć wszystkie kawałki układanki rusza na spotkanie z bratem, o którego istnieniu nie miał pojęcia. Fani Marvela z pewnością pamiętają, że Arno to Iron-Man 2020 z Ziemi-8410. Villain, który przejął majątek Stark Industries po wujku Anthony`m. Gillen zrobił psikusa nie tylko czytelnikom, ale również Markowi Pannicci. Redaktor serii z Żelaźniakiem na 50. urodziny bohatera spodziewał się historii odwołującej się do jego początków, do jego istoty, a dostał historię, która wywróciła wszystko do góry nogami. Doświadczenie pokazuje, że często takie śmiałe zmiany, momentami retconujące klasyczne historie, zbyt długo się nie utrzymują się w kanonie. Może okazać się, że już za kilka, kilkanaście miesięcy pojawi się nowy scenarzysta, który zamiecie pod dywan wszystkie rewelacje Gillena.

Na razie jednak obecny kierownik "Iron-Mana" snuje plany na przyszłość. Akcje kolejnych zeszytów ma się dziać na Ziemi. W kolejnej historii, zatytułowanej "Iron Metropolitan", zobaczymy Tony`ego i Arno pracującego nad wcieleniem w życie wielkiej idei. Bracia Starkowie chcą razem zbudować miasto przyszłości zlokalizowane na ruinach Mandarin City. Największy przeciwnik Iron-Mana ostatnio był martwy, więc nasuwa się pytanie - czy Mandarin wróci zza grobu? Oczywiście Gillen na tak postawione pytanie odpowiadać nie zamierza, choć nie mówi wprost, że Mandarin powróci. Zapewnia jednak, że kolejne zagrożenie, któremu jego bohater będzie musiał stawić czoło, będzie jeszcze większe od poprzedniego.

sobota, 26 października 2013

#1404 - Z archiwum Jerzego Wróblewskiego t. 1 i 2

Jerzy Wróblewski z „Dziennikiem Wieczornym” współpracował przez 20 lat. Narysował blisko 70 historii, które łącznie miały 4000 odcinków. To szmat czasu i kartony papieru zarysowane komiksami. Dzisiaj to pewnie nie do pomyślenia, ale w 1959 roku, kiedy zakładano pierwszą popołudniówkę w Bydgoszczy, szukano kogoś, kto mógłby zająć się kolumną z komiksami i innymi ilustrowanymi historyjkami, żeby trafić w gusta młodych czytelników. Los chciał, że tym kimś miał stać się Wróblewski.


Jak pisze Maciej Jasiński istnieją dwie sprzeczne wersje opowieści o tym, jak Wróblewski rozpoczął współpracę z założoną przez Wiktora Malskiego gazetą. Mniejsza o to, która z nich jest prawdziwa – niezaprzeczalnym faktem jest, że urodzony w Inowrocławiu artysta swoją przygodę z komiksem zaczął jeszcze jako uczeń bydgoskiego Liceum Plastycznego (którego nota bene nigdy nie udało się ukończyć). Debiutował w wieku 17 lat historią szpiegowską zatytułowaną „Tajemnica czarnej teczki”. To właśnie na łamach „DW” przez następne dwie dekady przyszły rysownik przygód dzielnego kapitana Żbika, cyklu „Tajemnica Złotej Maczety”, autor perypetii niezapomnianego „Binio Billa” czy takich kultowych komiksów, jak „Figurki z Tilos” albo „Skradziony skarb” zdobywał swoje (nomen omen) ostrogi. Teraz, dzięki wysiłkom wydawnictwa Ongrys, Andrzeja Janickiego i Macieja Jasińskiego możemy cofnąć się w czasie i zobaczyć, nie tylko jak to się kiedyś robiło, ale także jak rozwijał się warsztat Wróblewskiego.

Dziś nikt nie powinien mieć wątpliwości, że ojciec szeryfa Rio Klawo stoi dumnie w jednym szeregu z takimi klasykami polskiego komiksu, jak Papcio Chmiel, Tadeusz Baranowski, Grzegorz Rosiński czy Janusz Christa. Moja przygoda z jego twórczością rozpoczęła się od... „Produktu”. Byłem zbyt młody, żeby załapać się na „Żbika” albo „Dziesięciu z Wielkiej Ziemi”, a kiedy swoją premierę miał „Binio Bill i skarb Pajutów” uczyłem się składać literki na pierwszym polskim „Spider-Manie”. Wróblewski dotarł do mnie za pośrednictwem tekstów Jasińskiego, Janickiego, Śledzia, Krzysztofa Mirowskiego i Marcina Jaworskiego. Zafascynowany ich opowieściami o tajemniczym „mistrzu z Bydgoszczy” ruszyłem na poszukiwanie jego prac. Na początku nowego wieku krążąc po krakowskich antykwariatach i targowiskach udało mi się skompletować niemałą kolekcję jego prac. Przyznam szczerze, że na początku nie byłem zachwycony. „Przyjaciele Roda Taylora” czy wspomniane „Figurki z Tilos” to nie było to, czego szukałem w komiksie. Ot, konwencjonalne historyjki przygodowo-sensacyjne na którym czas mocno odcisnął swoje piętno. Z czasem jednak zacząłem doceniać kunszt Wróblewskiego. Paradoksalnie dzisiaj jest chyba moim ulubionym polskim klasykiem. Ze swoją mocno zakorzenioną w amerykańskiej estetyce kreską doskonale gra na moich superbohaterskich resentymentach. Uwielbiam dyskretny urok starej szkoły, która unosi się nad jego pracami. Wciąż poraża mnie dynamika jego kadrów, wciąż zachwycają mnie detale, takie jak krój jego liternictwa (jeśli nie on wpisywał literki w dymki, to proszę o poprawę) i wciąż podkochuje się w Krystynie Korko...

Niestety (albo i stety) w obu albumach opublikowanych pod szyldem „Z archiwum Jerzego Wróblewskiego” próżno szukać prac artysty w pełni ukształtowanego i dojrzałego. „James Hart”, „Nie z tej ziemi”, „Rycerze prerii” i „Tom Texas” to komiksowe juwenalia przyszłego klasyka. Najbliżej najbardziej klasycznemu Wróblewskiemu jest właśnie ta pierwsza pozycja. „James Hart” ukazywał się na łamach „Dziennika” od 1 września do 9 października 1971 roku. To dość typowa i schematyczna opowieść sensacyjna z dwójką pięknych kobiet w tle, intrygą szytą grubymi nićmi i obowiązkowymi pościgami. Jeśli idzie o to, co w tym przypadku interesuje mnie najbardziej, czyli oprawę graficzną to napisze tylko, że Wróblewski potrafi lepiej. „Nie z tej ziemi” (14.07-23.08.1965) to chyba najsłabsza pozycja w całym cyklu, choć graficznie prezentuje się dość solidnie. Nie jest żadną tajemnicą, że Wróblewski radził sobie z rysunkiem satyrycznym nie najgorzej, ale akurat w tym przypadku nieodzowny przy pracy w dzienniku pośpiech mocno odbił się na jakości ilustracji. Z fabułą tej fantastyczno-humorystycznej opowiastki jest jeszcze gorzej...

Drugi tom otwiera „Tom Texas”, który w „DW” ukazywał się przez cały kwiecień 1961 roku. Historia o lubującym się w lemoniadzie kowboju bliska jest duchowi „Lucky Luke`a”. Przygody małego ciałem, ale wielkiego duchem tytułowego bohatera to seria humorystyczno-sensacyjnych perypetii okraszonych (tu chyba nikogo nie zaskoczę) obowiązkowym happy-endem, w których Wróblewski skręca w stronę cartoonu i delikatnego slapsticku. Z całkiem niezłym skutkiem, zresztą. W przeciwieństwie do „Toma Texasa”, który był dość klasycznym komiksem z dymkami i kadrami, „Rycerze prerii” (goszczący w „DW” od 29 kwietnia do 13 lipca 1965) to raczej ilustrowane opowiadanie. Ostatni z komiksów prezentowanych w kolekcji wydaje się mieć najbardziej rozbudowaną fabułę i czytało mi się go najlepiej. Przygody trójki nieustraszonych kowbojów wędrujących po Dzikim Zachodzie najbliższe są westernowej (a więc tak przez Wróblewskiego hołubionej) konwencji. Szlachetnie rewolwerowcy Pete, Tex i Jim nie przepuszczą żadnemu zbirowi, czy to w Arizonie, czy to w Texasie. Wydaje się również, że historia skierowana jest raczej do nieco starszego czytelnika. Zarówno w „Tomie Texasie”, jak i w „Rycerzach prerii” można dostrzec sporo elementów, które zostaną później wykorzystane i rozwinięte w „Binio Billu”. Należy dodać, że całość uzupełniają różne materiały dodatkowe – ilustracje, rysunkowe konkursy i inne drobne grafiki.


Warto również zwrócić uwagę, że w komiksach zebranych w dwóch pierwszych tomach cyklu brakuje jakichkolwiek wyraźnych akcentów propagandowych. Nie jest żadną tajemnica, że w karierze bydgoskiego rysownika trafiały się zlecenia na komiksy jawnie propagandowe, traktujące o bohaterach Związku Radzieckiego i heroizmie Armii Ludowej. Na siłę można by się dopatrywać jakiś podtekstów w „Nie z tej ziemi”, ale po tym co przeczytałem w pierwszych dwóch "essentialach" wygląda na to, że komiksy z „Dziennika Wieczornego” wolne są od komunistycznej dydaktyki. 

Mnie, jako miłośnika twórczości Jerzego Wróblewskiego bardzo ucieszyła wieść o tym, że Kaczanowski, Janicki i Jasiński pogrzebali w starych rocznikach „Dziennika Wieczornego” i przygotują porządnie wydany album (a nawet dwa). Świetnie, że kolejne białe plamy historii polskiego komiksu zostają wypełnione, ale mam świadomość, że nie jest to komiks dla wszystkich. „Z archiwum Jerzego Wróblewskiego” to rzecz przeznaczona zdecydowanie dla koneserów i dla najbardziej hardcore`owych fanów polskiego komiksu.

#1403 - Komix-Express 206

Polscy wydawcy najwyraźniej lubują się w niezobowiązujących zapowiedziach. To na jakimś forku, to za pośrednictwem pewnego portalu społecznościowego, często bez zbędnych fanfar, półgębkiem. Kultura Gniewu, ot tak, na FB, zajawiła „Battling Boya”. Na nową powieść graficzną fenomenalnego Paula Pope`a w Ameryce czekano bardzo długo, ale pierwsi recenzenci i czytelnicy, którzy położyli ręce na albumie są więcej, niż ukontentowani. Z drugiej ręki dowiedziałem się, że Timof planuje wydać na naszym rynku kolejny komiks absolutnie znakomitego Chestera Browna. Jestem przekonany, że „Louis Riel” to nie tylko biograficzna opowieść o tytułowym przywódcy Rebelii Północno-Zachodniej, ale coś więcej, zupełnie jak w przypadku „Na własny koszt”. która przecież ni była tylko historyjką o chodzeniu na dziwki. Przypuszczam, że na razie „Louisa Riela” wypada traktować, jako zapowiedz nieoficjalną, czekającą na swoją datę premiery. Taką, przynajmniej w pewnym przybliżeniu, ma już pierwszy tom „Ralpha Azhama”. Nowa seria Lewisa Trondheima ma zadeboiutować jeszcze w tym roku. Podobnie będzie z „Hildą i Trollem”, którą Centrala przywiozła już do Krakowa. Album Luke`a Pearsona ma ukazać się (ukazał się już?) jeszcze przed końcem października.

Bruce J. Hawker” powraca. Seria autorstwa Williama Vance`a została zapowiedziana przez Ongrysa. Dwa pierwsze tomy „Hawkera” ukazały się nakładem Orbity 21 lat temu i jak ulał wpisują się w motto oficyny Leszka Kaczanowskiego, czyli „komiksy z tamtych lat”. Cytując Aleję Komiksu, na forum której pojawiła się rzeczona informacja - „obecnie pracuję nad przygotowaniem serii "Bruce J. Hawker", której pierwsze albumy ukażą się w przyszłym roku (być może w maju w Warszawie)” - wygląda więc na to, że dostaniemy przynajmniej dwa tomy. Czy będą to reprinty „Kursu na Gibraltar” i „Potępieńców”, czy kolejne albumy, czy może miks obu – jeszcze nie wiadomo. 

Zmiany w zapowiedziach Wydawnictwa Komiksowego. Niestety, zapowiadane na rok 2013 albumy „Oczko w głowie tatusia” Bryana Talbota i Mary M. Talbot oraz „Ethel i Ernest” Raymonda Briggsa ukażą się dopiero w roku przyszłym. Ogrom prac związanych z „Wieżami Bois-Maury” bardzo mocno ograniczył siły przerobowe WK, ale jak to mawiają, nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszła. 10 grudnia swoją premierę ma mieć integral „Kota Rabina” Joanna Sfara. Post przerwał publikację tej znakomitej serii na drugim tomie. Całe szczęście, że znalazł się wydawca, który podjął rękawicę. I to w jakim stylu – pięć albumów w jednym, opasłym tomie, w nieco powiększonym formacie, za cenę 112 złotów (przed zniżkami). Malkontenci będą narzekać na okładkę, ale moim zdaniem jest bardzo gustowna.

W czwartek 24 października w krakowskim Bunkrze Sztuki miał miejsce wernisaż wystawy „Książkę robi się jak sweter”. Będą na niej eksponowane prace klasyka polskiego komiksu i ilustracji, Bohdana Butenki. Jej kuratorami są Anna Bargiel i Kuba Woynarowski, a w jej powstawaniu pomagał Mateusz Okonski (współpraca i aranżacja wystawy). „Książkę robi się jak sweter” będzie można ją oglądać do 10 listopada 2013 roku. Ja z pewnością wpadnę, choć żałuję, że nie zdążyłem na piątkowe spotkanie z Butenką, Woynarowskim, Ewą Grudą, Anitą Wincencjusz-Patyną prowadzone przez Sebastiana Frąckiewicza. Oto oficjalny opis tego wydarzenia:

Zorganizowana w ramach Festiwalu Conrada wystawa w Bunkrze Sztuki, inicjująca działalność Małego Instytutu Polskiej Ilustracji, stanowi próbę nowego spojrzenia na twórczość Bohdana Butenki, jednego z najbardziej znanych i nagradzanych na świecie polskich grafików, reprezentanta tzw. Polskiej Szkoły Ilustracji. Butenko, obok twórców takich jak m.in. Daniel Mróz, Janusz Stanny, Jan Marcin Szancer, Franciszka Themerson czy Józef Wilkoń, zyskał w pełni zasłużony status klasyka gatunku, a jego projekty graficzne edukują estetycznie już trzecie pokolenie czytelników, wpływając również na poszukiwania artystyczne młodej generacji ilustratorów.

Przygotowywana ekspozycja koncentruje się na fenomenie „architektury” książek Bohdana Butenki – niezwykle świadomego twórcy, który podniósł technikę poligraficzną do rangi sztuki. Butenko projektuje każdy tom, poczynając od okładki, a kończąc na detalach takich jak stopka redakcyjna – porównując proces projektowy do tkania swetra, mówi z właściwym sobie poczuciem humoru: „Trzeba dziergać tak, żeby się nie pruło”. Dzięki zmysłowi estetycznemu i dbałości o szczegóły, książki opracowane przez Bohdana Butenkę stają się obiektami artystycznymi, w których wszystkie zastosowane elementy – introligatorskie, typograficzne, rysunkowe, fotograficzne – współtworzą wielopoziomową narrację plastyczną.

O niepowtarzalności stylu Butenki stanowi nie tylko mistrzowski dobór ilustracji czy kroju pisma, ale także rzadka u ilustratorów tego okresu umiejętność znajdowania takich rozwiązań poligraficznych, które wygrywały z siermiężnością możliwości drukarskich epoki PRL-u.

W sieci ukazał się nowy, 73. numer magazynu miłośników komiksu „Kzet”. Jego tematem jest miasto w komiksie. Długo, bo ponad rok musieliśmy czekać, aż redaktorzy najstarszego sieciowego periodyku o historyjkach obrazkowych wezmą się w garść. Na fotel redaktora naczelnego powraca Michał Chudoliński, który zapowiada zmiany w „Kzecie”. Ten numer będzie ostatnim w obecnej formule. Trwają prace nad odświeżeniem designu i formuły magazynu, która ma mieć bardziej blogowy charakter. Wreszcie ma zostać uruchomione archiwum tekstów zbierającą wszystkie dotychczasowe publikacje w sposób alfabetyczny oraz wedle gatunków i autorów. Prace trwają. Czekają na ich efekty zapraszam do lektury.

Kolejny polski komiks trafia na zachodni rynek. Nakładem wydawnictwa Uncivilized Books w USA ukaże się „Tej nocy dzika paprotka”, czy raczej „That Night, a Fern Monster…Marzeny Sowy i Bereniki Kołomyckiej. Za twardookładkowy album polskich autorek będzie trzeba zapłacić 15 dolców (polska wersja kosztuje „tylko” 29 złotych). Cóż mogę jeszcze dodać? Fajnie, że kolejny, autorski album znad Wisły został dostrzeżony w ojczyźnie historyjek obrazkowych.

Obowiązkowy news filmowy - w sieci zadebiutował pierwszy trailer nowego filmu z Kapitanem Ameryką. Zajawka „Captain America: Winter Solider” prezentuje się naprawdę efektownie i w pełni spełnia swoje zadanie - robi smaka na film, który niekoniecznie chciałem zobaczyć w kinie. Pojawia się Triskelion, Cap biega we wdzianku Super-Żołnierza (wielki plus!), Robert Redford chce ukraść show Nickowi Fury`emu, a tytułowy Zimowy Żołnierz zdaje się być badassem, jak trzeba. Tylko to nowa fryzura Black Widow jakoś mi nie odpowiada... No cóż, czekamy na przedwiośnie 2014, żeby się przekonać czy było warto się jarać.


wtorek, 22 października 2013

#1402 - Fabryka

Na okładce komiksu „Fabryka”, francuski autor Nicolas Presl umieścił na czerwonym tle wystające kominy należące do tytułowej budowli. Skojarzenia nasuwają się same, czy skierujemy nasze myśli w stronę holocaustu, czy też ideom socjalizmu to cały czas będziemy szli tropem narzuconym przez autora.


Przedstawiona w jego komiksie wizja totalitarnego świata jest zbudowana na fundamentach już dobrze nam znanych literackich, czy to filmowych antyutopii. Moim pierwszym skojarzeniem, gdy zobaczyłem okładkę „Fabryki” była Elektrownia Battersea, której zdjęcie zdobi album „Animals” Pink Floydów. Nie da się wykluczyć, że moje skojarzenie było trafne, w końcu jak dobrze wiemy od tej płyty do totalitarnej rzeczywistości z "Folwarku Zwierzęcego" Orwella jest rzut beretem.

Wykreowany przez Presla świat to miejsce, w którym każda dziedzina sztuki jest skutecznie eliminowana, a każdy odmieniec ścigany i eksterminowany. To w tej ponurej rzeczywistości mały chłopiec, który u dłoni ma jeden dodatkowy palec musi ukrywać się i uciekać przed bezwzględną policją. Niestety, czytelnik z każdą minutą wgłębiania się w wykreowany przez autora świat ma nieprzerywalne uczucie déjà vu. Wydaje mi się, że nawiązania Presla do literatury, popkultury i historii są zbyt namacalne, przez co komiksowa rzeczywistość nie przeraża nas tak mocno, jak powinna. Nie chce mi się wierzyć, że w temacie antyutopijnych wizji już wszystko zostało powiedziane. Czy faktycznie Orwell, Bradbury, Golding i mroczne widmo II Wojny Światowej to odpowiednie podstawy do kreowania takiej rzeczywistości? Oczywiście, że nie i możliwe, że twórca dobrze zdaje sobie z tego sprawę. On z premedytacją idzie w tym kierunku, aby jego historia i miejsce wydarzeń były spójne z resztą komiksu.

Presl jako rysownik sięga po niesamowite formy wyrazu. Jego czarno-białe rysunki przypominające kubistyczny styl Picassa jak i karykaturalne obrazy George Grosza potęgują nerwową atmosferę komiksu. Lecz największa siła jego stylu ujawnia się w momencie, gdy swoich bohaterów, wyglądających jakby zeskoczyli z „Guerniki”, nacechowuje ekspresją kina niemego. W „Fabryce” nie pada żadne słowo, lecz autor znając zasady operowania mową ciała aktorów kina niemego, przenosi pantomimiczne gesty na swoich bohaterów. Ma się wrażenie jakby oglądało się Fritza Langa, który właśnie przestał wzorować się ekspresjonizmem i przerzucił się na kubizm.

Ta pantomima, którą posługują się postacie w komiksie wzmacnia jeszcze bardziej emocje wiążące się z losem głównego bohatera. Twórca komiksu udowadnia, że do ukazania uczuć wystarczają odpowiednie gesty i charakterystycznie wyeksponowana mimika. Charlie Chaplin w czasie zmierzchu kina niemego bronił swojego dziedzictwa podobnymi argumentami. Chaplin uważał, że w okazywaniu uczuć w filmach najważniejsze są zdolności aktorskie, a nie dźwięk, który najprościej w świecie nijak pasował do przedstawiania emocji. Ten wielki twórca swój ostateczny manifest skierowany przeciwko udźwiękowieniu kina przedstawił w filmie "Dzisiejsze czasy". W filmie, który pasuje jak ulał do kulturowych wzorców Nicolasa Presla. W jednej ze scen dziejących się w fabryce robotnik Charlie jest poganiany do bardziej efektywnej pracy przez krzyczącego szefa fabryki. Chaplin konfrontuje te postacie na zasadzie kontrastu pantomimy i dźwięku (szef fabryki wyjątkowo używa głosu, ale słyszymy go tylko przez głośnik). Uważa on, że głos dominuje nad naszą indywidualnością. W jego filmie jest symbolem dyktatury, władzy. Reżyser "Gorączki złota" zapytany kiedyś co sądzi o filmach udźwiękowionych odpowiedział "Filmy mówione? Możecie napisać, że ich nie cierpię. One zniweczą najstarszą sztukę świata, sztukę pantomimy. One unicestwią wielkie piękno milczenia."

Trzeba przyznać Nicolasowi Preslowi, że jak mało kto wie czym jest to wielkie piękno milczenia. I brak słów w jego komiksie to najmocniejsza tuż obok rysunków strona „Fabryki”. Fabryka Presla jak i ta występująca w filmie Chaplina mają także wspólną wymowę. To symbole zmechanizowanego świata, w których małe jednostki giną w ich wielkich trybach i tłokach. Ta wcześniej wspominana przeze mnie nieoryginalność wymyślonego przez Presla totalitarnego świata może być także tłumaczona tym, że autor chciał stworzyć historię jak najbardziej uniwersalną. W końcu wydarzenia w komiksie mogłyby się wydarzyć dosłownie wszędzie. Ale pomijając ten zarzut trzeba przyznać, że autor kawałki inspiracji układa w przepiękną całość. Może będę już nudny z tym cytatem, ale kolejny raz przypomnę słowa Godarda „Nie chodzi o to, co skądś zabierasz – chodzi o to, gdzie zabierasz.” Popkulturowa świadomość Nicolasa Presla jest ogromna, dzięki czemu jego „Fabryka” stała się przejmującą opowieścią o prześladowaniu i walce jednostki z trybikami niesprawiedliwego świata. W dodatku została nam przedstawiona w niesamowicie oryginalnym i przepięknym stylu.

Komiks „Fabryka” Nicolasa Presla został wydany przez krakowskie wydawnictwo Lokator. Cieszę się z tego bardzo, ponieważ darzę Lokatora wielką sympatią i zawsze, gdy przebywam na krakowskim Kazimierzu staram się do nich zaglądnąć. „Fabryka” jak i kolejny komiks Presla „Boska Kolonia” to pierwsze kroki tego wydawnictwa w świecie powieści graficznych. Mam nadzieje, że niedługo przedstawią nam swoje kolejne plany wydawnicze. Trzymam kciuki za jakieś klasyczne tytuły!  

niedziela, 20 października 2013

#1401 - Trans-Atlantyk 224: NYCC 2013 Special 05

Wydawnictwo Valiant pojawiło się w Nowym Jorku z informacją o mini-serii „Q2: The Return of Quantum and Woody”. Bardziej zorientowani spośród was pewnie wiedzą, że tytułowy powrót jest dość podejrzany, ponieważ Valiant publikuje od niedawna serię z przygodami najgorszej pary herosów na świecie. Mini-seria „Q2” przedstawi dalsze przygody herosów z oryginalnego uniwersum Valiant, które umarło śmiercią naturalną 20 lat temu. Co ciekawe, za historię odpowiadać będą twórcy oryginalnych Quantum i Woody’ego, a więc Christopher Priest oraz M.D. Bright. Zapowiedziano także nienazwany jeszcze, trzeci projekt z tą dwójką bohaterów, w którym maczać palce ma Tom Fowler. Interesująca wydaje się także zapowiedź wydania komiksu „Must Read Valiant” – składający się ze 120 stron przewodnik po obecnie wydawanych seriach głównego uniwersum. (KT)

Avatar Press nieco zaszokowało swoich fanów informacją o starcie linii wydawniczej, skupiającej się na wydawaniu komiksów o tematyce science-fiction. Trudno oczekiwać, by komiksy te różniły się mocno od standardowej oferty wydawnictwa, którą można określić jako „krew, flaki i cycki”, lecz przyznać trzeba, że zestaw twórców robi wrażenie. W 2014 roku ukażą się „Caliban” Gartha Ennisa, “Mercury Heat” Kierona Gillena, “Neuro-trash” Simona Spurriera oraz “Red Shift” debiutującego w Avatar Press Justina Jordana. Oprócz tego pojawiły się zapowiedzi kontynuacji serii „Gravel” Warrena Ellisa, jednak już bez jego udziału, oraz projekty Maxa Brooksa oraz George’a R. R. Martina. Ten pierwszy przedstawi na kartach komiksu prawdziwą historię oddziału afroamerykańskich żołnierzy z czasów pierwszej wojny światowej. Niestety, wciąż niewiele wiadomo o tym, co dla Avatar Press szykuje Martin. (KT)

Na koniec informacja, która ukazała się już po zakończeniu New York Comic Conu. „The Walking Dead” #115, zawierające pierwszą część historii „All out war”, wyprzedało się na poziomie dystrybucyjnym w niesamowitym wyniku 352 tysięcy kopii, stając się tym samym najpopularniejszym komiksem tego roku. Przez ostatnie trzy lata tylko jeden zeszyt osiągnął wyższy wynik i był to... „The Walking Dead #100”. Z kolei premierowy odcinek czwartej serii serialowego wcielenia przygód Ricka Grimesa obejrzało na terenie USA 16.1 miliona widzów, jeszcze mocniej śrubując rekord oglądalności w historii stacji kablowych oraz dwukrotnie przebijając wyniki osiągane przez „Marvel’s Agents of S.H.I.E.L.D.”, emitowane przez ogólnodostępną stację ABC. (KT)

"Night of Owls", "Death of the Family", "Zero Year", a teraz "Gothopia" - losy Batmana w DC układają się od eventu, do eventu. Zanim jeszcze scenarzysta John Layman z rysownikiem Jasonem Fabokiem odejdą z "Detective Comics" i dołączą do zespołu twórców "Batman: Eternal", to spod ich ręki wyjdzie historia w której Gotham jest znacznie szczęśliwszym miejscem. Obrońcą słabych i uciśnionych jest Batwing, partneruje mu Batman, a po niebie przemyka również Catbird, czyli Selina Kyle`a. O co chodzi? Layman zapewnia, że jego historia nie jest żadnym elseworldem, ani "imaginary story". Z początku miała to być niewielka, trzyczęściowa opowieść, która zamknęła by się w ramach "DC", ale koncepcja rozrosła się do lokalnego eventu, który swoim zasięgiem obejmie także miesięczniki  "Batgirl," "Batwing," "Birds of Prey" i "Catwoman". Scenarzysta ani myśli zdradzać w jaki sposób doszło do tego zamieszania...v  (KO)

"Gothopia" zadebiutuje w 27. numerze "Detective Comics" Fanom Mrocznego Rycerza pewnie przypominać nie muszę, ale inni fani komiksu mogą nie pamiętać, że Batman zadebiutował właśnie na łamach "DC" #27, który ukazał się w maju 1939 roku. Dzięki wyzerowaniu numeracji pojawiła się okazja, żeby te "urodziny" Gacka w jakiś sposób. Styczniowe wydanie "Detective Comics" będzie liczącym sobie prawie 100 stron antologią wybitnych twórców, którzy współtworzyli legendę Batmana. Ten numer z jednej strony będzie spojrzeniem w przeszłość jednej z najsłynniejszych komiksowych kreacji, a z drugiej - zapowiedzią tego, co wkrótce czeka Mrocznego Rycerza. Nazwiska? Proszę bardzo - Scott Snyder, Paul Dini, Brad Meltzer, Frank Miller, Dustin Nguyen, Neal Adams, Bryan Hitch, Gregg Hurwitz, Sean Murphy i paru innych. (KO)

sobota, 19 października 2013

#1400 - Trans-Atlantyk 223: NYCC 2013 Special 04

Dziś prezentujemy przedostatnią część relacji z New York Comic Conu. Impreza okazała się wielkim sukcesem - przez cztery dni na konwencie przewinęło się ponad 130 tysięcy uczestników. Tym samym impreza w Wielkim Jabłku swoim rozmachem doścignęła festiwal z San Diego. Już teraz organizatorzy obiecują, że ilość trzydniowych wejściówek zostanie ograniczona (!!!), aby więcej ludzi mogło wziąć udział w NYCC. Co na to ludzie w San Diego? California Coastal Commission zatwierdziła projekt rozbudowy San Diego Convention Center warto 520 milionów zielonych. Amerykańska stolica komiksu będzie jeszcze bardziej okazała. Prace mają zakończyć się w 2018 roku. Przestrzeń SDCC powiększona zostanie o prawie 7 hektarów, hotel na 500 pokoi, niezliczone restauracje i sklepy i ciągnącą się wzdłuż plaży promenadę... Ale, wracając do Nowego Jorku: (KO)

„Legenderry: The Steampunk Adventure” – tak nazywa się najciekawiej zapowiadający się projekt wydawnictwa Dynamite Entertainment ogłoszony podczas tegorocznego NYCC. Startująca w styczniu 2014 roku siedmioczęściowa mini-seria przedstawi nam nowy, steampunkowy świat, w którym dostrzec będziemy mogli kilka znajomych twarzy. Scenarzysta komiksu, znany z pracy dla DC Vertigo Bill Willingham, otrzymał do swojej dyspozycji najbardziej popularne postacie spośród tych, których wydawaniem zajmuje się obecnie Dynamite. Są to więc między innymi: Green Hornet, Kato, Vampirella, Red Sonja, Zorro, The Phantom czy The Bionic Man. Po średnio udanych crossoverach „Prophecy” czy „Masks”, „Legenderry: The Steampunk Adventure” zapowiada się na komiks, który przełamie wreszcie tę niefortunną passę. Przede wszystkim dlatego, że scenarzysta otrzymał kompletną swobodę przy reinterpretacji poszczególnych bohaterów i już samo oglądanie np. Vampirelli w roli szefowej klubu nocnego wydaje się być interesujące. (KT)

Andy Diggle stworzy dla Dynamite kolejny autorski projekt, przy którym pomagać będzie mu jego własna żona, a oprócz tego także i obiecująca pisarka – Angela Cruickshank. Komiks nosić będzie tytuł „Control” i znajdzie swoje miejsce w tym samym imprincie, który publikuje już „Uncanny” autorstwa Diggle’a. Rysowany przez znanego z DC Comics Bena Olivera tytuł zapowiadany jest jako inspirowany kryminalnymi serialami, którego główną bohaterką jest policjantka pracująca w jednym z przeżartych korupcją Waszyngtońskich posterunków. W tle oczywiście przewijać się główny, bardziej skomplikowany wątek, a całość ma zadowolić fanów niezapomnianego „Gotham Central”. Czy słowa te okażą się prawdziwe, dowiemy się na początku przyszłego roku. (KT)

Mark Waid, Greg Pak, Fred Van Lente oraz Frank Barbiere – ten zestaw twórców zatrudniony został do odświeżenia dla wydawnictwa Dynamite bohaterów znanych z Gold Key. Turok, Solar, Magnus czy Doctor Sektor zwiedzili już wiele wydawnictw, lecz trudno przypomnieć sobie miejsce, w którym przyjęto by ich tak ciepło, jak w Dynamite. Wydawnictwo nie ukrywa, że bardzo liczy na powodzenie rebootu. Tak, to kolejna z ciekawych informacji. Każdy z wymienionych bohaterów otrzyma nie tylko nową serię, ale także zupełnie nowe originy, często bardzo odmienne od tych, które znają ich najwięksi fani. Całość przystosowana będzie do realiów XXI wieku, a także zostanie osadzona w jednym uniwersum. To oznacza, że istnieje możliwość przenikania się wydarzeń z poszczególnych tytułów, a także daje perspektywę na duże crossovery, tak bardzo popularne w dzisiejszych czasach. (KT)

To jednak nie koniec kupowania praw do postaci znanych z innych wydawnictw. Kiepskie recenzje i szybkie anulowanie serii „Evil Ernie” nie zrobiły chyba zbyt wielkiego wrażenia na włodarzach Dynamite, ponieważ w Nowym Jorku nie zabrakło zapowiedzi startu serii „Chaos! Comics”, na łamach której spotkają się bohaterowie znani z komiksów tego nieistniejącego już wydawnictwa. Oprócz wspomnianego już Evil Ernie, w cyklu pojawią się także takie postacie jak Purgatori, Chastity czy The Omen. Wszystko nie sprawiłoby na mnie żadnego wrażenia, gdyby nie zaangażowanie do tworzenia „Chaos! Comics” Tima Seeley’a. Scenarzysta ten pokazał, że świetnie czuje się w tak dziwnych klimatach, tworząc „Hack/Slash”. Czy i tym razem uda mu się stworzyć interesującą historię, dowiemy się na początku 2014 roku. (KT)

Z kolei w lutym w sklepach komiksowych pojawi się „The Six Dollar Man Season 6”, a miesiąc wcześniej cykl pięciu one-shotów pod wspólnym tytułem „Li’l Dynamites”. O obu projektach wspominamy tylko po to, by trochę niegrzecznie wspomnieć o wciąż trawiącym wydawnictwo Dynamite braku oryginalnych pomysłów. Pierwszy ze wspomnianych projektów bazuje na udanych, komiksowych „sezonach” takich seriali jak Buffy, X-Files czy Jericho, natomiast drugi to próba uszczknięcia czegoś z tortu, jaki upiekły takie serie jak zdobywca kilku nagród Eisnera „Tiny Titans” czy zaskakująco udany „Itty Bitty Hellboy”. Historia przypomina, że na tego typu praktykach wydawnictwo jeszcze nigdy nic nie ugrało. Warto jednak wspomnieć, że one-shot „Li’l Vampi” narysuje pochodząca z Polski Agnes Garbowska. (KT)

Nieco w cieniu Dark Horse oraz Dynamite pozostała reszta mniejszych wydawnictw z amerykańskiego rynku, lecz każde z nich zaprezentowało przynajmniej po jednym projekcie, który może okazać się bardzo ciekawy. IDW akurat do nich nie należało, ponieważ ogłosiło kilka interesujących projektów, na czele z kolejnymi tomami cyklu Artist`s Edition. Wśród nich znajdą się niesamowite edycje „New Gods” Jacka Kirby’ego, „Peanuts” Charlesa Schulza, "Nick Fury, Agent of S.H.I.E.L.D." Jima Steranko oraz „Watchmen” – tym razem pod kierownictwem Dave’a Gibbonsa. Ta ostatnia pozycja zostanie nieco okrojona, na co pewnie wpływ miał Alan Moore i/lub umowy z DC Comics. Ponadto zapowiedziano kolejny tom cyklu o Parkerze autorstwa Darwyna Cooke’a, a także nową serię on-going o tytule „Transformers and G.I. Joe”, która wystartować powinna w połowie przyszłego roku. Nie wiadomo czy tytuł będzie powiązany z którymś spośród światów, w których osadzone są obecnie wydawane tytuły obu marek. (KT)

#1399 - Batman i Punisher (fragment książki "TM-Semic")

„Batman” to magazyn, który moim zdaniem ma najlepszy stosunek jakości prezentowanych historii do liczby numerów, które zostały wydane. Oto główne czynniki, które o tym zadecydowały.

O sile Batmana zawsze decydowali jego przeciwnicy. To prawda, że w innych przypadkach nie brakowało malowniczych szaleńców, jednak tutaj zawsze byli oni równie ważni, co główny bohater. Niezależnie, czy myślimy o arcywrogach pokroju Jokera czy Pingwina czy o postaciach stosunkowo nowych (Zsasz, Idiota). Niektórzy z nich działali nawet w myśl zrozumiałych pobudek (Anarch, Aborygen), choć ich metody budziły kontrowersje. Drugim komiksem, który ukazał się w ramach „Batmana” był „Zabójczy Żart” – jedna z najważniejszych historii o Człowieku Nietoperzu, jaka kiedykolwiek się ukazała, i jeden z najlepszych komiksów wydanych przez TM-Semic. Jednocześnie był to swoisty falstart. Trudno było później przeskoczyć poprzeczkę podniesioną tak wysoko i nie ulega wątpliwości, że dzieło Moore’a i Bollanda lepiej sprawdziłoby się kilka lat później jako „Wydanie Specjalne” lub numer jubileuszowy.

W kilkudziesięciu pierwszych zeszytach „Batmana” trudno znaleźć komiksy choć w części dorównujące „Zabójczemu Żartowi”, ale prezentowane historie były z reguły na przyzwoitym poziomie i często traktowały o poważnych problemach. Aborygen opowiadał o destrukcyjnej działalności białego człowieka. „Ekstaza” o narkotykach. „Szczurołap” obnażał znieczulicę, z jaką traktuje się bezdomnych. „Prywatny Pokaz” to chyba pierwszy w Polsce przypadek pokazania zjawiska snuff movies. Alan Grant, jeden z przedstawicieli brytyjskiej inwazji na amerykański rynek lat osiemdziesiątych, nie bał się poruszać trudnych kwestii. Rysownik Norm Breyfogle nie jest artystą wybitnym, ale czytelnicy przyzwyczaili się do jego kreski i polubili ją na tyle, że trudno było im zaakceptować Jima Aparro. Takich komiksów – poważnych historii mieszczących się w jednym zeszycie – zabrakło w późniejszym okresie.

Postać Mrocznego Rycerza stała się na tyle popularna, że zdominowała w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych „Wydania Specjalne”. W ramach regularnych zeszytów zaczęto korzystać ze stojących nawysokim poziomie oryginalnych serii „Legends of the Dark Knight” oraz „Shadow of the Bat”. Obie były adresowane do dojrzalszych odbiorców. „Legends” skupiało się na początkach kariery Bruce’a Wayne’a jako obrońcy Gotham. Pochodzą z niej takie historie jak „Sanctum” (debiut Mike’a Mignoli w Polsce), „Amerykański Brzydal” czy „Machiny” Teda McKeevera, które były ambitną porażką TM-Semic (najgorzej sprzedający się „Batman” w historii). „Ostatni Arkham” z „Shadow of the Bat” to najlepszy komiks spółki Grant / Breyfogle ozdobiony klimatycznymi okładkami Kelley’a Jonesa.

Pech chciał, że na scenę wkroczył arcyłotr Bane i nie tylko złamał Batmanowi kręgosłup, ale sprawił, że serię dotknął ten sam problem, co „Spider-Mana”. Wprowadzenie do KnightSaga stanowiły historie wydane w ramach „Wydań Specjalnych”, o których nieco później. Wątek upadku Mrocznego Rycerza, jego zastąpienia przez Azraela, następnie powrotu Batmana ciągnął się na łamach polskiego wydania kilka lat. W tę sagę uwikłane zostały również „Legends of the Dark Knight” oraz „Shadow of the Bat”. Na domiar złego następca Batmana – Jean Paul Valley – nie wzbudzał w czytelnikach sympatii. Szefowie DC zdawali sobie z tego sprawę. Bruce Wayne powrócił wkrótce w glorii i chwale, pokonując zakutego w zbroję młodzieńca. Kiedy wszystko w Gotham wróciło do normy i wymienione oryginalne serie stały się głównym źródłem polskich wydań (tym samym można było przeczytać naprawdę dobre komiksy), polski „Batman” sprzedawał się już na tyle źle, że połączono go z „Supermanem” w jeden tytuł, a po piętnastu numerach przestano wydawać.

Jak to się stało, że tak nieznana postać, jak Punisher, zadebiutowała we własnej serii na samym początku wydawnictwa? Skłaniałbym się ku dwóm przyczynom. Na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych w Polsce stały się powszechne odtwarzacze kaset VHS. Nastąpił wysyp wypożyczalni, na dodatek ochrona praw autorskich była w powijakach i filmy kopiował oraz sprzedawał każdy, kto chciał. Oglądano głównie produkcje amerykańskie i azjatyckie, wśród których królowało kino akcji.

Najważniejsza była liczba walk i strzelanin, poziom produkcji schodził na dalszy plan – dostaję rumieńców, kiedy wracam do tych filmów po latach – bronią się zdecydowanie gorzej od większości komiksów. „Punisher” ze swoją sensacyjną fabułą i brutalnością trafił więc na idealny moment. „Wojownicy Cienia/Shadowmasters”, którzy zajmowali połowę zeszytu przez pierwsze osiem numerów, również mogli przypaść do gustu fanom tak zwanego kina kopanego.

Frank Castle to bohater całkowicie inny od Spider-Mana. Były komandos, którego rodzina zginęła w wyniku wojny gangów. Jest pozbawiony supermocy i morduje przeciwników z zimną krwią (zresztą zadebiutował w Stanach jako przeciwnik Człowieka Pająka). Przemoc ukazana w komiksach z jego udziałem nie jestprzerysowana ani groteskowa. Pozytywne postaci giną równie często, co złoczyńcy. Tylko ignorant mógł stwierdzić, że System Codem weszło na rynek z dwoma takimi samymi lub podobnymi komiksami.

W rzeczywistości „Spider-Mana” i „Punishera” łączyło jedynie uniwersum i format. Trudno dziś powiedzieć, czy było to rozmyślne działanie wydawcy, czy przypadek. Przez pierwsze trzy lata serii za scenariusz był odpowiedzialny głównie Mike Baron. Jego historie były sprawnie napisane, a elementy nadprzyrodzone odpowiednio dawkowane. Castle walczył głównie z „normalnymi” przeciwnikami – kartelami narkotykowymi, ulicznymi gangami czy włoską mafią. Czasem zdarzali się przeciwnicy przypominający pensjonariuszy Arkham, w jednym z zeszytów pojawił się Szatan we własnej osobie. W początkowym okresie Pogromcę (tak nazwano go na początku lat dziewięćdziesiątych) rysowali głównie przyszli założyciele Image. Whilce Portacio zilustrował pierwsze numery, opowiadające o walce z Kingpinem. Polski debiut Jima Lee był jednocześnie pierwszym pojawieniem się Wolverine’a – a wszystko w historii o dinozaurach (dwa lata przed szaleństwem wywołanym przez Park Jurajski Spielberga). Kilka numerów narysował też Erik Larsen.

Podobnie jak w przypadku „Batmana”, „Punisher” poruszał istotne problemy. Szczególnie w pamięć zapada zeszyt „Punisher w St. Paradine” opowiadający o wykorzystywaniu seksualnym kadetów w szkole wojskowej. Do tej poruszającej historii idealnie pasowała surowa kreska Marka Texeiry. Texeira był jednym z najlepszych wśród wielu rysowników „Punishera”. Być może czytelnicy znudzili się typowo sensacyjnymi komiksami. Przygody Castle’a przestały się dobrze sprzedawać i „Punisher” zmienił status na dwumiesięcznik. Niedługo potem ukazał się najlepszy numer w historii, czyli „Warzone” ze scenariuszem weterana branży Chucka Dixona i rewelacyjnymi ilustracjami Johna Romity Juniora. Rysunki Romity pojawiły się zresztą we wszystkich superbohaterskich seriach z Marvela wydawanych przez TM-Semic. Jak mówi Rustecki:

Rzeczywiście, komiks ten spotkał się z bardzo dobrym przyjęciem, choć zdarzały się także głosy krytyki, zwłaszcza w kontekście niedoróbek edytorskich. Nie dziwi mnie to zresztą, bowiem w pewnym momencie postać Franka Castle urosła do rangi ikony TM-Semic. Gdy wyniki sprzedaży malały zastanawialiśmy się, co zrobić, by uratować serię. Właśnie wówczas przypomniałem sobie „War Zone”. Ów tytuł bardzo zachwalał mi Stan Lee, gdy spotkaliśmy się podczas jego wizyty w Warszawie na Starym Mieście (latem 1992 roku). Był to niesamowity eksperyment sam w sobie: Punisher z twarzą mordercy, walnięty sto razy w nos, który już nie ma chrząstek, a miast tego „galaretę” z gęby. To był istny przełom po dotychczasowej wersji Whilice’a Portacio (który swoją drogą też zasłużył się dla tej postaci), według której Castle prezentował się niczym nieco mroczny amant. John Romita Jr zrobił kawał świetnej roboty! Dla mnie rewelacja! Stąd w momencie kryzysowym namówiłem prezesów do publikacji tej serii, tym bardziej, że czarno-biały druk był znacznie tańszy. Zrezygnowaliśmy z kolekcjonerskiej okładki i stąd komiks mógł w ogóle zaistnieć.

Kolejnym „Punisherem” wartym odnotowania jest „Eurohit”. Za tę historię odpowiedzialni byli twórcy równie zasłużeni dla serii, co Baron czy Texeira. Scenariusz napisali Dan Abnett i Andy Lanning, całość narysował Doug Braitwhite – podobnie jak Romita Jr – specjalista od połamanych nosów. Castle w trakcie swojej europejskiej wycieczki walczy z szeregiem łotrów ze Starego Kontynentu. Dobry komiks, który zasłużył na niezłe wyniki sprzedaży. Potem było już niestety gorzej. Zarówno pod względem poziomu prezentowanych historii, jak i zainteresowania czytelników. TM-Semic wydał jeszcze świetny „Year One” (jedyny komiks tego typu w ofercie) i nadszedł czas na to, czego chociaż fanom Castle’a można było oszczędzić – długą opowieść o rzekomym zgonie i powrocie z grobu. Nie były to może komiksy złe, ale tendencja do uśmiercania głównego bohatera była irytująca. O popularności Pogromcy w Polsce niech świadczy fakt, że „Punisher” doczekał się bodaj największej liczby zeszytów wydanych przez inną oficynę, wrocławską Mandragorę.


piątek, 18 października 2013

#1398 - Kryzys na komiksowych ziemiach (fragment książki "TM-Semic")

Wraz z drugą połową lat dziewięćdziesiątych rozpoczął się w Stanach Zjednoczonych jeden z największych kryzysów w historii rynku komiksowego. W 1996 roku Marvel ogłosił bankructwo. Chapter 11 to zbiór przepisów pozwalających każdej firmie na kontrolowany upadek, najczęściej wykorzystywany przez duże koncerny. Z pomocą zasłużonemu wydawnictwu przyszła inna korporacja – Toy Biz. Sytuację udało się ustabilizować, tworząc Marvel Enterprises, ale nie był to łatwy proces. Również DC miało ogromne problemy z ciągłością finansową. Mniejsze firmy upadały – nie miały tak bogatej tradycji i nie były wystarczająco atrakcyjne dla inwestorów.

Ukazywało się za dużo serii. Bardzo długie historie były podzielone na poszczególne tytuły o przygodach tego samego bohatera. Czytelnicy nie byli w stanie śledzić wszystkich wątków, nie pomagały też słabe scenariusze oraz rysunki. Przygody superbohaterów nigdy nie były i nie musiały być prawdopodobne, ale kolejne opowieści o zgonach, powrotach, naśladowcach, sobowtórach i klonach osiągnęły za wysoki stopień niedorzeczności nawet dla amerykańskich fanów. Na dodatek poszczególne zeszyty były wydawane w kilku wariantach i koszty ich wydrukowania przestawały się zwracać. Wydawcy przeinwestowali również, walcząc o względy najpopularniejszych artystów. Marcin Rustecki w wywiadzie na Alei Komiksu mówi tak:

Pamiętajcie, że samego „Spider-Mana” wychodziło mnóstwo: „The Amazing Spider-Man”, „Web of Spider-Man”, „The Spectacular Spider-Man”, „Spider- Man”, nie licząc mini-serii. To samo z „X-Menami”, „Punisherem” itd. Tak komiksu się dzisiaj nie robi. Przypominam, że w pewnym momencie rynek w Stanach się załamał, a Marvel po bankructwie musiał kompletnie się przeorganizować i całkowicie zmienić politykę wydawniczą. Dużą zasługę trzeba przyznać nowemu naczelnemu Marvela, Joe Quesadzie. Wyciął w pień ogromną liczbę tytułów i zaczął od początku, jeśli można nazwać to początkiem oczywiście.

Tymczasem TM-Semic „opuszczone” przez skandynawską centralę czekały ciężkie czasy. Na nic zdawały się próby wydawania serii stworzonych na podstawie popularnego serialu albo filmów kinowych. Niezłe, jak na standardy licencjonowanych historii, „Z Archiwum X” od Topps Comics doczekało się sześciu zeszytów na przełomie 1997 i 1998 roku. Wydane wcześniej adaptacje kinowych filmów o Batmanie nie miały szans na powodzenie. Ich pierwowzory, czyli superprodukcje w reżyserii Joela Schumachera, były bardzo słabe. Doszło wreszcie do sytuacji, w której wydawane przez TM-Semic pozycje nie będące komiksami zaczęły utrzymywać produkcję komiksów. Bez wydawania kolekcjonerskich albumów z nalepkami wydawnictwo nie mogło sobie pozwolić na kontynuację komiksowych seriali. Na domiar złego redaktorzy byli angażowani do pracy nad magazynami sportowymi... Z czasem nakłady komiksów spadły niemal dwukrotnie! Rustecki w rozmowie na KZecie dodaje:

Zresztą w pewnym momencie naszych produkcji było zbyt wiele jak na możliwości nabywcze czytelników. Nastąpiło przesycenie rynku i niestety musiało się to skończyć katastrofą. Warto też wziąć pod uwagę, że właściciele kiosków mieli lepsze przebicie na innego rodzaju magazynach, przez co to właśnie te czasopisma lądowały na przysłowiową „górną półkę”, a nasze komiksy przywalano stertami gazet, co utrudniało dotarcie do nowych czytelników, dotąd niezaznajomionych z postaciami Marvela czy DC. Podjęliśmy co prawda konkurs dla kioskarzy eksponujących nasze tytuły, ale niestety nie bardzo mogę powiedzieć coś więcej na ten temat z tej przyczyny, że nie ja zajmowałem się promocją. […] Jeszcze raz powtarzam: było tego po prostu za dużo. Zjedliśmy własny ogon.

„Batman” został w 1997 roku połączony z „Supermanem”. Historie o Mrocznym Rycerzu były utrzymane na dobrym poziomie. Kończył się bowiem Knightfall oraz KnightQuest i zaczęły pojawiać się rysowane przez Kelly’ego Jonesa epizody z Shadow of the Bat. Jednak przygody Człowieka ze Stali były nie do zniesienia nawet dla niewybrednego czytelnika. Najdobitniej świadczy o tym historia, w której arcyłotr Metallo opanowuje wojenny pancernik i staje się potężnym statkiem-robotem. Superman uległ marginalizacji, jego przygody zajmowały jedną trzecią zeszytu, nie pojawiał się na okładkach. Trudno było w tej sytuacji nadążyć za oryginalnymi wydaniami i trafić na oryginalne historie warte przedruku.

Nie poprawiała się jakość druku. Na początku lat dziewięćdziesiątych można jeszcze było mówić o tym, że jest taka sama lub porównywalna do edycji zachodnich. Kiedy w Stanach zaczęto powszechnie stosować komputerowe kolory i lepszy papier w celu ich uwydatnienia, TM-Semic nie miało już wystarczających środków, żeby postępować podobnie. Inwestycja w „W.I.L.D. Cats” nie zwróciła się i nie było sensu powtarzać błędu. „Punisher” po kilku latach przegrał walkę o byt na wydawniczym rynku. Stosunkowo dobrze sprzedawał się „Spider-Man”. Było to o tyle dziwne, że szczególnie w ostatnich latach istnienia serii prezentował najsłabszy poziom.

Niepokojącym faktem było również zerwanie kontaktu z czytelnikami. Na łamach wydawanych serii ukazywała się strona traktująca o nowościach zza oceanu, ale to było wszystko. Zniknął bezpowrotnie dział z korespondencją. Przestały się ukazywać „Wydania Specjalne” oraz „Mega Marvele”. Co prawda pojawiły się w ich miejsce „Top Komiks” i „Mega Komiks”, z których część została wydana już pod nową nazwą. Liczba naprawdę wartościowych komiksów wydanych w ramach tych magazynów była mniejsza niż w przypadku ich poprzedników. „Mega Komiks” opanowały crossoveryw rodzaju „Witchblade/Aliens/Darkness/Predator: OverKill” czy  „Aliens vs. Predator vs. The Terminator”, natomiast „Top Komiks” prezentował niemal wyłącznie przygody Lobo, które w nadmiarze przestały bawić polskiego czytelnika.

Pojawiła się silna konkurencja w postaci Egmontu, który dzięki dobrej sprzedaży „Kaczora Donalda”, Asteriksa oraz Thorgala, mógł poszerzyć komiksową ofertę. W maju 1998 ukazał się pierwszy numer magazynu „Świat Komiksu”, a wkrótce po nim wystartowała seria Klub Świata Komiksu, w ramach której pojawiło się wiele tytułów znanych ze stron klubowych. Albumy były drogie, ale wydane o niebo lepiej od semicowskich zeszytów. Niedługo potem, w 2002 roku, rozpoczęła prężną działalność wrocławska Mandragora.

Spadek zainteresowania można było jeszcze tłumaczyć popularnością innych form rozrywki, takich jak filmy czy gry wideo. Problem w tym, że te media były niemniej popularne w najlepszych czasach TM-Semic. Kiedy wydawnictwo zniknęło na dobre z rynku, redaktor Wróblewski mógł zdobyć się na rachunek sumienia, tłumacząc przyczynę upadku firmy następująco:

Liczyło się tylko jedno – im więcej, tym lepiej. Czytelników przybywało, sprzedaż rosła, a ja miałem coraz więcej roboty. TM-Semic zawładnął komiksowym rynkiem w Polsce, i przez długi okres nie liczył się z nikim i z niczym. Nie było niespodzianką, że to właśnie eteryczne wręcz samozadowolenie z lekkim powiewem arogancji stały się najważniejszym powodem upadku wydawnictwa, choć oczywiście nie jedynym. Reszta historii jest, cóż, historią. Kiedy pierwsze tytuły zaczęły znikać z półek, stało się jasne, że czytelników znudziły niekończące się historie super-bohaterów i wciąż niezadowalająca jakość zeszytów. Niestety sygnały ostrzegawcze nie zostały odpowiednio zrozumiane, co więcej – ignorowane do samego końca – i nie trzeba było długo czekać, by z potężnej oferty Semica na rynku pozostały niedobitki na skraju wyczerpania. Ostatnie numery Lobo, Alienów i Predatorów ostatecznie pokazały, jak nie powinno robić się komiksów, a wejście do gry Egmontu i innych całkowicie zepchnęło dawniej prężne wydawnictwo w zapomnienie. Nawet zmiana nazwy firmy, próba zerwania z przeszłością za pomocą całkowicie nowych tytułów i w końcu zadbanie o lepszą jakość zeszytów, której wreszcie nie można było się powstydzić, nie były w stanie przywrócić utraconej pozycji.




czwartek, 17 października 2013

#1397 - Wieże Bois-Maury: Heloiza de Montgri

Już czuje, że z recenzowaniem kolejnych tomów cyklu „Wieże Bois-Maury” będę miał problem. Ten sam, który mam z każdą dobrą serię komiksową, która trzyma poziom – przy każdym kolejnym odcinku trzeba wymyślać nowe superlatywy komplementujące autora i jego dzieło.


Już na samym początku chce uspokoić tych, którzy mogli się martwić, że Hermann po rewelacyjnej „Babette” obniży loty. Nic z tych rzeczy – poziom, na jaki belgijski artysta wspiął się w pierwszym tomie, zostaje utrzymany. Jeśli jednak miałbym porównywać „Heloizę de Montgri” z premierowym tomem, to wybrałbym ten pierwszy. Formuła serii pozostała ta sama. Podróż Aymara de Bois-Maury i jego wiernego giermka, Oliwiera, w stronę ziem rodzimych, wciąż trwa, ale to tylko pretekst, do malowania epickiego portretu średniowiecznej Francji. Nierzadko bardzo brutalnego i często dekonstruującego utrwalone w powszechnej świadomości mity o tej epoce.

Tym razem na drodze Aymara stanie tytułowa Heloiza, tajemniczy pasterz owiec i pewien młody szlachcic. O ile „Babette” skupiała się nie tyle na pchaniu fabuły na przód, ile pokazaniu jak bardzo życie człowieka w tamtych Mrocznych Wiekach było determinowane przez urodzenie i często bardzo tragiczne fatum, o tyle „Heloizie” bliżej do klasycznego komiksu akcji. Banda rozbójników dowodzona przez ukrywającego się za rogatą maską pasterza owiec napada na zamek w Caulx. Za pomocą podstępu pokonują strażników, grabią kosztowności i uciekają, nie pozostawiając nikogo przy życiu. Z tej rzezi cudem ocalał jedynie młody Bazyli, ostatni z dziedziców ziemi Caulx. Wraz z grupką chłopów z pobliskich ziem próbują nie tylko przetrwać, ale planują zemstą na tych, którzy pozbawili ich domu. W sukurs przechodzi im dwójka rycerzy. Są nimi właśnie Heloiza i Aymar...

W porównaniu do „Babette”, „Heloizie” znacznie bliżej do standardowej rycerskiej opowieści, choć Hermann rozgrywa ją na swoich własnych zasadach. Fabuła skonstruowana jest nienagannie, ale komiks uwodzi swoją uprawą graficzną. W poprzednim tomie można było narzekać, że Hermann nie przykłada się do wszystkich kadrów w jednakowy sposób, ale w „Heloize” trudno się do czegoś przyczepić. Album wydaje się znacznie bardziej dopracowany, niż jego poprzednik. Rysunki Hermanna urzekają świetnie dopasowaną kolorystką, bogactwem detali na każdej stronie i godną najlepszych produkcji filmowych narracją. Niektóre kadry, takie jak ten ze strony 14 czy scena pewnego zbliżenia na 33 powinny znaleźć się w podręczniku "jak dobrze rysować komiksy". W swojej kategorii – realistycznego komiksu głównego nurtu – trudno mi znaleźć konkurencję dla Hermanna, choć znowu, wiem, że znajdą się malkontenci, którzy będą sarkali na archaiczność „Wież”.


Jestem strasznie ciekaw w jaki sposób Hermann dalej rozegra postać głównego bohatera. Na razie Aymar jest jakby przewodnikiem czytelnika po świecie wykreowanym na kartach „Wież Bois-Maury”. Jego pojawienie się na scenie zwykle puszcza w ruch machinę kolejnych wydarzeń. Jest jakby nieodzownym elementem historii, ale pozostaje na jej uboczu, pozwalając błyszczeć innym. W „Heloizie” tą "inną" jest tytułowa bohaterka, ale ja szczególnie upodobałem się kreację starego i mocno zwariowanego chłopa i jego kury.

Premiera drugiego tomu zaplanowana jest na 25 października. Ja mam to szczęście, że „Heloiza de Montgri” jest już częścią mojej kolekcji. Rzadko namawiam do kupowania jakichkolwiek albumów, ale tym razem złamię to zasadę - idźcie i kupcie „Wież Bois-Maury”, powiadam Wam, bo to piekielnie dobry komiks.

#1396 - Za kulisami "TM - Semic" Łukasza Kowalczuka

Na tegorocznym MFKiG w Łodzi jedną z najciekawszych premier była książka Łukasza Kowalczuka o przydługim tytule "TM - Semic. Największe komiksowe wydawnictwo lat dziewięćdziesiątych w Polsce". Niestety, na stoisku Centrali pojawiła się jedynie w niewielkim nakładzie, który rozszedł się dosłownie w mgnieniu oku. Wielu musiało obejść się ze smakiem i odchodziło ze stanowiska Centrali z pustymi rękami...

Dziś na łamach Kolorowych zaczyna publikację materiałów związanych z ta pozycją. Najpierw oddajemy głos jej autorowi, Łukaszowi Kowalczukowi, który opowie nieco o kulisach pracy nad "Semikiem", a od jutro rozpoczniemy publikowanie najciekawszych fragmentów.

Od czego się zaczęło?

Wszystko zaczęło się chyba od tego, że kilka osób wypowiedziało się pozytywnie na temat mojej pracy magisterskiej. Warto zaznaczyć, że książka wydana przez Centralę nie ma już za wiele wspólnego z nieszczęsną magisterką. Nieszczęsną dlatego, że na pewno bym jej już dzisiaj nikomu nie pokazał.

Pomyślałem, że fajnie by było uzupełnić ten materiał i wydać normalną książkę o TM-Semic. Zacząłem od końca. Poinformowałem na blogu o moim niecnym planie. Na wypadek, żeby nikt czasem nie wpadł na ten sam pomysł. Odezwała się Centrala, ku mojej ogromnej uciesze. To było dobre półtora roku temu!

Dlaczego tak długo to trwało?

Zajmuję się wieloma rzeczami, samych projektów o charakterze komiksowym też jest sporo. Okazało się, że to była najtrudniejsza rzecz związana z komiksem, za jaką się zabrałem. Magisterka do niczego się nie nadawała, trzeba było pisać prawie od nowa. Pojawiło się wiele nowych materiałów itd. Nie jestem typem osoby, która zamknie się na dwa tygodnie w mieszkaniu i po prostu napisze całość. Na szczęście wydawca był tak miły, że nie ścigał mnie z deadline'ami i wykazał się wyrozumiałością.

Jak się pracowało?

Najprzyjemniejszą częścią pracy było zbieranie materiałów. Spotkanie i późniejszy kontakt z Marcinem Rusteckim, wizyta u Mateusza "Teo" Trąbińskiego, ponowna lektura komiksów, surfowanie po sieci. Najgorzej z kolei było na końcu. Uparłem się, że biorę skład na siebie. Finisz był mocny, ale się udało. Jeszcze gdyby nie ta ilość egzemplarzy przesłanych do Łodzi...

Jeśli ktoś chce się podzielić uwagami na temat książki, to niech do mnie po prostu napisze: lk@smallpress.pl Będę wdzięczny!



środa, 16 października 2013

#1395 - Noe. Za niegodziwosć ludzi

W marcu przyszłego roku do kin na całym świecie trafi nowy film Darrena Aronofsky`ego. „Noe. Wybrany przez Boga” zapowiadany jest jako bardzo współczesna (czytaj – pełna wartych 130 milionów dolarów efektów specjalnych) reinterpretacji biblijnej opowieści. W rolach głównych wystąpią Russell Crowe, Anthony Hopkins, Jennifer Connelly i Emma Watson. 

Dlaczego o tym pisze? Ano dlatego, że w 2011 roku nakładem wydawnictwa Le Lombard ukazał się komiks, będący pierwowzorem tego obrazu. Napisał go nie kto inny, jak sam Aronofsky. W pracy nad scenariuszem pomógł mu Ari Handel, z którym pracował nad „Źródłem”, a oprawą graficzną zajął się Nico Henrichon. Teraz, "Noe" ukazał się także na polskim rynku.

Pierwszy album tetralogii „Za niegodziwość ludzi” służy standardowo przedstawieniu głównych postaci, pokazania zasad, jakie rządzą światem przedstawionym i ekspozycji głównego wątku. Akcja zaczyna się dopiero zagęszczać, ale z grubsza wiadomo, o co chodzi. Scenariusz napisany jest solidnie, a oprawa graficzna jest więcej niż poprawna. Kanadyjskiego artystę Nico Henrichona polski czytelnik może pamiętać z całkiem udanego albumu „Lwy z Bagdadu”. W podobnym stylu narysowany jest "Noe". Mieszcząca się w granicach mainstreamowej estetyki kreska Hernichona nie jest jednak pozbawiona autorskiego pazura i sprawia bardzo korzystne wrażenie.

Nie spodziewałem się, że autor tak znakomitych produkcji, jak „Zapaśnik” czy „Requiem dla snu” pisząc historię budowniczego Arki zdecyduje się pójść po linii najmniejszego oporu. Po przepuszczeniu Pisma Świętego przez popkulturowe klisze w najbardziej oczywisty sposób z „Noego” zrobiono typowy, komiksowy produkcyjniak. Z tytułowego biblijnego bohatera uczynionego schematycznego komiksowego badassa. Nieugiętego, nieustraszonego, milczącego. Potrafiącego poradzić sobie w każdej sytuacji. Z kwadratową szczęka, w czerwonej pelerynie, obwieszonego komiksowym fetyszem lat dziewięćdziesiątych, czyli pouchami (niewielkimi kieszonkami, z którym obnosi się Cable) bliżej mu do Batmana, Clinta Eastwooda albo Thorgala, niż do szacownego patriarchy. Jako ostatni sprawiedliwy jest zmuszony, do ruszenia w podróż, która zmieni losy świata (na zawsze!). Prowadzony przez tajemnicze wizję zsyłane mu przez Pana zmierza w kierunku góry Ararat. W drodze przyjdzie mu stawić czoła wielu niebezpieczeństwom, a cel jego wędrówki nie został mu jeszcze wyjawiony...

Już po lekturze premierowego tomu „Noego” widać, że Darren Aronofsky nie traktuje materiału wyjściowego z nabożnym (nomen omen!) szacunkiem. W swojej reinterpretacji wątków biblijnych chce zrobić z Księgi Rodzaju dość zwyczajną opowieść fantasy. W tej utrzymanej w postapokaliptycznej konwencji historii, mocno kojarzącej się z „Mad Maxem” (tak mocno, aż chce się przypuszczać, że obraz George`a Millera 1981 roku jest jednym z ulubionych filmów Aronofskiego) z ducha oryginału nie zostało wiele. Nie spodziewajcie się po komiksie jakiejś nowoczesnej egzegezy starotestamentowych wątków - to epicka, wysokobudżetowa sieczka w stylu hollywoodzkiego„Władcy pierścieni”. Biblia dla Aronofskiego to taki sam materiał na kinowy (czy, jak w tym przypadku, komiksowy) blockbuster, jak grecka mitologia, „Iliada”, średniowieczne chansons de geste czy skandynawskie legendy. „Noe” to w pewnym sensie profanacja (nomen omen!) swojego pierwowzoru. Aronofsky nie widzi albo nie chce widzieć w Piśmie Świętym jakichkolwiek, niekoniecznie religijnych, głębszych znaczeń, tylko efektowną, pełną scen przemocy opowieść. Przypomina mi trochę czytelnika naiwnego z Umberto Eco, który nie chce wiedzieć „jak?” i „dlaczego?”, ale „co było dalej?”. Oczywiście, w takim przekuwaniu religijnego sacrum na komiksowe profanum nie ma nic złego. Ot, banał współczesnego postmodernizmu, chciałoby się powiedzieć...

Nie zrozumcie mnie jednak, źle - „Za niegodziwość ludzi” nie jest złym (pod każdym względem) komiksem. To solidnie zrobiona, rzemieślnicza robota, na poziomie, powiedzmy, recenzowanej przeze mnie ostatnio „Sagi Valty”. Szkoda tylko, że takie dzieło swoim nazwiskiem sygnuje jeden z najbardziej interesujących twórców Hollywood...

wtorek, 15 października 2013

#1394 - Na własny koszt

Robert Crumb we wstępie do "Na własny koszt" Chestera Browna nazywa autora gościem nie z tego świata. Ciężko Crumbowi nie przyznać racji, a po lekturze komiksu wiem jedno - Brown prawdopodobnie pochodzi z tej samej planety, co Woody Allen. Autor komiksu z allenowską szczerością, pełną dozą autokrytyki i oczywiście w cholernie inteligentny sposób zgłębia przed nami swoje kilkuletnie doświadczenie w byciu klientem burdeli.

W jego komiksie nie ma miejsca na nieszczerość, autor traktuje czytelników niczym najlepszych kumpli i zdradza nam swoje najskrytsze obsesje i ułomności, a zarazem wciąga nas w jedną z najinteligentniejszych dysput w jakich tylko przyszło nam uczestniczyć w świecie komiksu. Jeden z recenzentów Time Out New York pisze o komiksie tak: "Śledząc dywagacje na temat miłości, w, które autor wdaje się z przyjaciółmi i znajomymi po fachu, czytelnik jest w końcu zmuszony przyznać, że ten chadzający na dziwki rysownik ma sporo racji". To chyba jest najlepsza strona tego komiksu. Niesamowite jest to jak Chester Brown, koleś o naprawdę dziwnych poglądach, może za pomocą historii obrazkowej poruszać tak kontrowersyjny temat, a zarazem przekonywać do swoich poglądów czytelników. Mimo tego, że osobiście z wieloma kwestiami się nie zgodzę, gdyż wydaje mi się, że autor jest za bardzo oślepiony systematem prostytucji w Kanadzie, zapominając już o innych miejscach na ziemi, to muszę przyznać, że jestem pod wrażeniem że w temacie, w którym nie powinno być kontrargumentów postanawia z takim zaparciem przekonywać do swoich racji.

Będąc w tym roku w Amsterdamie mieszkałem w samym sercu Red Light District, który dzięki swoim atrakcjom w postaci domów publicznych stał się najbardziej turystycznym miejscem w Amsterdamie. Rejon, który mógłby uchodzić za niebezpieczny okazał się czystym i przyjaznym miejscem dla turystów, którzy nie raz zwiedzając Amsterdam zapuszczają się w ten teren nawet i z dzieciakami. Przyglądając się temu z boku utwierdziłem się w przekonaniu, że legalizacja prostytucji to jedyne właściwe posunięcie. Argumentowałem to bezpieczeństwem prostytutek jak i klientów, a także płaceniem podatków. Dopiero mój dobry kolega Holender wyjaśnił mi, że to wygląda pięknie tylko na papierku. Legalizacja prostytucji pociągnęła za sobą inne problemy jak brak anonimowości prostytutek, wydłużony czas pracy, poszerzenie szarej strefy. Legalizacja nie poradziła sobie także z wyplewieniem alfonsów i całej mafijnej szajki trzymającej rękę na tym biznesie. Podobne argumenty przedstawia nam Chester Brown opisując to na przykładzie burdeli w Nevadzie, gdzie także prostytucja jest legalna. Ja swojego zdania nie jestem w stanie sobie wyrobić, gdyż nie chadzam na dziwki, a spacer po dzielnicy czerwonych latarni nie robi ze mnie znawcy. Ale Brown jest w tej dziedzinie specjalistą i możliwe, że w większości kwestii ma rację. Prawdopodobnie niewielką ilość osób przekona do swoich liberalnych poglądów, ale z pewnością większość skłoni do zastanowienia się nad tematem prostytucji i akceptacji tego zawodu.

Domyślam się, że większość osób (szczególnie z mocno feministycznymi poglądami) Brown swoją publikacją doprowadził do pasji. Ciężko autorowi nie zarzucić uprzedmiotowiania prostytutek, które w jego minimalistycznych opisach sprawiają wrażenie bezosobowych maszyn. Autor rysując swoje bohaterki nie pokazuje twarzy, aby zachować ich anonimowość - kreska autora jest na tyle uproszczona, że nawet jeśli by je rysował, nikt by się nie domyślił kim dane bohaterki są w rzeczywistości. Niestety, ten zabieg mimo tego że jest bardzo zabawny to jeszcze bardziej wpływa na ich uprzedmiotowianie. W czasie lektury brakowało mi także opinii kobiet na temat swojej pracy jak i odrobiny ich własnej prywatności. Oczywiście brak tego w komiksie można tłumaczyć tym, że jest to jak mówi podtytuł "komiksowy pamiętnik bywalca burdeli", a nie pamiętnik prostytutki. Autora można oskarżać także o to, że uważa swoje doświadczenie jako mikroświat prostytucji, a siebie jako typowego klienta. Miałem wrażenie, że za nic w świecie autor nie dopuszcza do swoich myśli największego problemu prostytucji, czyli właśnie handlu żywym towarem albo raczej że nie zdaje sobie sprawy z jego skali (mimo, że oddaje temu tematowi spory przypis). Nie wiem jaki procent prostytutek na świecie pracuje dobrowolnie a jaki pod przymusem, ale mam wrażenie, że nie jest tak uroczo jak mogłoby się wydawać.

Abstrahując od zarzutów wobec nietuzinkowych poglądów autora, warto zastanowić się, o co tak naprawdę Brownowi chodzi. On pragnie tylko jednego - akceptacji. Zależy mu na tym aby prostytucja jak i jej klienci byli społecznie akceptowani, a także aby jego długoletni związek z prostytutką, której płaci za seks i jest jej jedynym klientem był normą tak jak to się stało np. z związkami homoseksualnymi. I trzeba przyznać, że jego głos w całym tym temacie jest szczery, zabawny i niesamowicie inteligentny.

Ciężko przejść obok tego komiksu obojętnie, dla mnie osobiście to jedna z najważniejszych publikacji tego roku. Brown w dodatkach do komiksu podkreśla swój szacunek do załogi z wydawnictwa Drawn & Quarterly pisząc "zdaję sobie sprawę, że promocja takiej książki stanowi spore wyzwanie", ja osobiście, natomiast kłaniam się w pół przed Centralą, że wydała komiks z taką tematyką w Polsce, bo wiem, że promowanie takich rzeczy u nas jest milion razy trudniejsze niż na rynku Drawn & Quarterly!