niedziela, 30 czerwca 2013

#1319 - Komix-Express 191

Tomasz Kołodziejczak na forum Alei Komiksu udzielił kolejnych odpowiedzi na pytania czytelników. Chyba najciekawszą informacją, jaką da się wyłowić z w morzu „nie”, „nie planujemy”, „niestety nie”, „na razie nie” jest fakt, że Egmont rozważa przygotowanie dodruku „Azylu Arkham” i „Feralnego Majora”. Szef Klubu Świata Komiksu pytany o możliwość reedycji wyprzedanych komiksów z Batmanem i klasyka Moebiusa potwierdził, że istnieje taka opcję. Do tej pory na podobnie brzmiące pytania padały jednoznacznie odmowne odpowiedzi, kategorycznie wykluczające możliwość dodruku pierwszej serii ekskluzywnych „Mistrzów Komiksu”, które dziś cieszą się statusem komiksowych białych kruków i potrafią osiągnąć niebotyczne ceny na Allegro. Teraz Kołodziejczak rozważa taką możliwość mówiąc, że decyzje w tej sprawie mają zapaść jesienią, a komiksy (ewentualnie) miałyby się ukazać w 2014 roku.

Natomiast w kategorii „rozważamy wydanie” pojawiły się komiksy Regisa Loisela. Szanse na zbiorcze wydanie ma „Piotruś Pan” i „W poszukiwaniu Ptaka Czasu”. Wznowienia „Skargi Utraconych Ziem” oraz „Yans” ukażą się na pewno, nie wiadomo jednak kiedy. Nie można jeszcze skreślać „Pasażerów Wiatru”, którzy wciąż mają szansę ukazać się na polskim rynku nakładem Egmontu – w przeciwieństwie do „Wież Bois-Maury”, które wyda (jeśli wyda!) inne wydawnictwo. Jeśli idzie o serie publikowane obecnie, to przyszłość „Blueberry`ego” jest niepewna. Niewykluczone, że podzieli los „Rozbitków czasu” i innych przerwanych serii. Po premierze wznowienia „Ligi Niezwykłych Dżentelmenów” już w październiku dostaniemy brakujący epizod, pomiędzy pierwszym cyklem, a „Stuleciem”, czyli „Czarne Archiwum”. Oryginalni „Strażnicy” również powrócą, a swoją premierę będzie miał również cykl prequeli, czyli „Strażnicy – Początek”, które ukażą się tak, jak w Ameryce, czyli w czterech twardookładkowych tomach (dwa w tym, dwa w przyszłym roku). Szkoda, że to będą jedyne komiksy Alana Moore`a z Egmontu, które ukażą się w niedalekiej przyszłości – szans na „Prometheę” albo „Whatever Happend to the Man of Tomorrow?” raczej nie ma. Smutkiem napawają również wypowiedzi Kołodziejczaka na temat wznowień popularnych serii, których początkowe tomy są już niedostępne. Wydawałoby się, że jest to krok, dzięki któremu rynek się poszerzy, ale wyniki sprzedaży reedycji "Hellboy`a", twardookładkowego "Sandmana", "Armady", "Sin City" czy "Usagiego" (a więc komiksów naprawdę dobrych, rozpoznawalnych i o ugruntowanej pozycji) są marne. Na tyle marne, że wydawanie kolejnych wznowień nie ma żadnego ekonomicznego sensu... 

Poznaliśmy kolejną zagraniczną gwiazdę komiksową, która w tym roku zawita do Łodzi - gościem 24. Międzynarodowego Festiwalu Komiksu i Gier będzie Pierre-François Beauchard, znany lepiej jako David B. Francuski artysta komiksowy, jeden z współzałożycieli niezależnego wydawnictwa L'Association na polskim rynku znany jest z dwóch, znakomitych, pozycji - "Rycerzy św. Wita" oraz "Uzbrojonego ogrodu" (oba ukazały się nakładem Kultury Gniewu). Zdobywca nagród Ignatza i laurów Angouleme dołączy do pozostałych, niemniej interesujących zagranicznych gości, których przyjazd już awizowano - Guy`a Delisle`a, Dona Rosy, Stephena Desberga i Hughesa Labiano.

Znane są szczegóły wydania albumu „Znamy się tylko z widzeniaMarty Zabłockiej. Komiks, który ukaże się na początku lipca będzie liczył sobie 86 stron i wydany zostanie w nakładzie 400 egzemplarzy. Za debiutancki album znanej z ilustracji do „Cwaniar” Sylwii Chutnik artystki trzeba będzie zapłacić niecałe 35 złotych. Tak przedstawia się opis tej pozycji:

„Znamy się tylko z widzenia” to spełnienie moich marzeń o tym, aby mieć swój własny album w formie papierowej. To kilka lat wkładania pracy i serca w tworzenie. Zamiast chowania w szufladzie – dzielenia się z innymi sprawdzania co się wydarzy. To wielka przygoda. To dowód na to, że warto marzyć i starać się te marzenia spełniać.

Z jednej strony inspirują mnie „brzydkie” i „niedbałe” prace innych – myślę sobie wtedy, że ważne, aby chcieć, mieć pomysł. Z drugiej – ciągle mam apetyt na więcej, zarówno jeśli chodzi o warsztat, jak i obszary, które chcę zdobywać.

Marta Zabłocka: fotografka, rysowniczka mniej lub bardziej wymyślonych historii. Zaangażowana w sprawy społeczne. Kiedy tylko może, jeździ rowerem oraz czyta książki. Bardzo lubi chodzić sama do kina. Kocha swoje koty miłością tajemniczą i ponadgatunkową. Współpracuje z organizacjami pozarządowymi oraz wydawnictwami. Ilustratorka „Cwaniar” Sylwii Chutnik. Prowadzi stronę: zycie-na-kreske.blogspot.com.


Jedną z najbardziej nietypowych premier Bałtyckiego Festiwalu Komiksu był/jest „Pan Samochodzik i Templariusze”. Komiksowa adaptacja powieści Zbigniewa Nienackiego przygotowana została przez uczniów klas czwartych Sopockiej Autonomicznej Szkoły Podstawowej, którzy w roku szkolnym 2012/13 poznawali twórczość polskiego klasyka literatury młodzieżowej. Nie obyło się jednak bez pomocy Januarego Misiaka, który zajął się napisaniem scenariusza i nadzorem nad adaptacją poszczególnych fragmentów. Komiksiarz czuwał również nad przebiegiem prac, udzielał porad, opowiadał o sposobach prowadzenia komiksowej narracji, oraz robił korekty rysunków prowadząc dzieci do osiągnięcia najprostszych i najlepszych efektów. Przygotował również znakomitą okładkę. „Pan Samochodzik” był nie tylko fajną przygodą dla dzieciaków, które zaangażowały się w jego tworzenie, ale będzie również wspaniałym prezentem dla podopiecznych hospicjum dziecięcego, na rzecz którego przeznaczone zostaną pieniądze ze sprzedaży.

"Dr. Slump" powraca! Kultowa seria Akiry Toriyamy wydawana w Polsce nakładem JPF`u została przerwana na numerze 25., który ukazał się prawie dekadę temu, bo w czerwcu 2004 roku. Od listopada Aralka i reszta ekipy znowu zawita na naszym rynku. Nowe tomiki mają kosztować nieco mniej niż 10 złotych (stare wciąż są dostępne w sprzedaży i kosztują zaledwie 6.90). Oby tym razem udało się opublikować do końca serię, która debiutowała w styczniu 1980 roku na łamach "Shonen Jumpa". 

Śledziu pracuje nad animowaną adaptacją "Osiedla Swoboda"! Pełnometrażowa wersja jednego z najważniejszych polskich współczesnych komiksów ma być kompilacją 13, zupełnie nowych odcinków napisanych przez Michała Śledzińskiego, któremu w przekładaniu komiksu na język filmu pomaga Bartosz Sztybor. Historia filmowego "OS" ma rozgrywać się we współczesnych czasach, ale Smutny i ekipa są wciąż tymi samymi osiedlowymi młodzieniaszkami (no, może ciut starszymi), którymi byli w oryginalnej serii. Film ma zostać zrobiony w animacji poklatkowej, a nad całością pieczę sprawować będzie autor, który zajmie się reżyserią, projektami plastycznymi, a także tłami i animacją.

Greg Rucka pracuje nad nowym komiksem. Pewnie myślicie, że będzie to kolejny kryminał z kobiecą protagonistką w roli głównej – macie rację. Przynajmniej częściowa, bo „Lazarus” nie wygląda na typowy projekt Rucki. Choćby dlatego, że zostanie wydany w Image Comics, dla którego autor „Stumptown” nie pisuje prawie w ogóle (zapomniany, młodzieńczy „Felon” to wyjątek potwierdzający tę regułę). Stworzony we współpracy z Michealem Larkiem „Lazarus” rozgrywa się w przyszłości. Świat przeżył wielki finansowy kryzys, który właściwie zniszczył dotychczasowy porządek. Ziemia nie jest rządzona przez kraje i rządy, ale rodziny. Familia Carlyle`ow rządzi zachodnim wybrzeżem USA i właśnie z jej szeregów wywodzi się główna bohaterka komiks o imieniu Forever. „Lazarus” opisywane jest przez samego Rucke, jako spotkanie „Ojca chrzestnego” z „Ludzkimi dziećmi”. Dystopijne science-fiction z wątkami charakterystycznymi dla kryminału, w swojej konstrukcji ma przypominać przebojową „Sagę” Vaughana. Będzie kolejny przebój od Image?

Już wkrótce wystartuje nowy on-going „Batman/Superman”, ale nie będzie to jedyna seria z Człowiekiem ze Stali, która pojawi się na rynku w najbliższym czasie. W październiku zadebiutuje "Superman/Wonder Woman”, nowa seria pisana przez Charlesa Soule`a z rysunkami Tony`ego Daniela. Jak można łatwo się domyślić będzie rozwijała wątek romansu pomiędzy Dianą, a Kal Elem. Jak na superbohaterską produkcję przystało w komiksie nie braknie akcji, ale Soule obiecuje się skupić na tym, co para najpotężniejszych herosów uniwersum DC robi po godzinach. O czym rozmawiają, jak się zachowują, kiedy są bez kostiumów. A ma być ku temu wiele okazji, ponieważ ich związek znajduje się jeszcze we wczesnej fazie – to ten moment, w którym chce się przebywać z drugą osobą jak najwięcej.

środa, 26 czerwca 2013

#1318 - Choker Vol. 1


Boom na historie z krwiopijcami wciąż nie ma końca, także w komiksowym mainstreamie. Przeważnie historie tego typu nie wybijają się powyżej przeciętności, czasem trafiają się bardziej udane pomysły jak chociażby "Amerykański Wampir", czy też "Criminal Macabre". "Choker" wydany w ubiegłym roku przez Image Comics, również wpisuje się w ten krwawy trend – z dyskusyjnym skutkiem.

Głównym bohaterem komiksu jest detektyw John Jackson. Ten dość pospolity prywatny śledczy nie może się pochwalić w swoim fachu niczym specjalnym: zamiast rozwiązywać zagadki stulecia, bawi się m.in. w paparazziego, zbierając haki na lokalnych włodarzy. Zastajemy go właśnie w trakcie takiego zlecenia. Jednocześnie na drugim końcu miasta, w jednym z nocnych klubów dochodzi do krwawej masakry – świadkowie zeznają, że sprawcami była grupa wampirów. Niedługo potem jeden z autobusów wypchanych emerytami staje się na chwilę jedynym w swoim rodzaju bufetem, gdzie daniem głównym okazują się być... pasażerowie. Obydwie sprawy zdają się ze sobą wiązać, a odpowiedzialny za nie może być tylko jeden człowiek Hunt Cassidy: zbiegły więzień i narkotykowy diler. Kiedy policja nie może już poradzić sobie z jego wytropieniem, wynajmuje do tego Jacksona.  

W "Choker" z pewnością nie znajdziecie wciągającej intrygi. Fabularne rozwiązania stoją tutaj na przeciętnym poziomie – Ben McCool napisał scenariusz kryminału, który gdyby rozegrał się w innych okolicznościach, byłby raczej zwyczajnym, powielającym gatunkowe schematy komiksem. Z tej perspektywy "Choker" to tylko kolejna historia detektywa tropiącego dilera narkotyków i przy okazji odkrywającego w policji korupcję na szeroką skalę. Przestępca zostaje schwytany, a co za tym idzie – korupcja odkryta. Nie wiem, czy to kwestia nie najlepiej zaplanowanych scen, czy tego, że McCool zbyt wcześnie podrzuca czytelnikowi pewne odpowiedzi – w efekcie album nie potrafi zaskakiwać tak jak powinien.

O ile w kwestii intrygi McCool nie popisał się niczym szczególnym, to atmosfera jaką nasycony jest "Choker" w pełni rekompensuje fabularne niedoskonałości. Omawiany komiks jest przedziwną mieszanką science fiction, kryminału oraz – z racji obecności wampirów – także horroru. Dodatkowo wszystko ubrane jest w mroczne, nie stroniące od wulgarności noir, osadzone w Shotgun City – mieście  dusznym i bezwzględnym. Tutaj stróże prawa formują się w regularne siły zbrojne, gotowe wyłącznie na siłową konfrontację z całą patologią miasta, bez brania jakichkolwiek jeńców. Skutkiem tego element przestępczy jest dosłownie wgniatany w ziemię (a potem zbierany specjalnymi przemysłowymi odkurzaczami) przez takie właśnie prewencyjne grupy. Nawet jeśli to wyłącznie przestępcy są celem, trudno nie odnieść wrażenia, że trafiliśmy właśnie do czegoś w rodzaju państwa policyjnego. Są więc momenty, kiedy w "Choker" fabuła zmienia się w krwawą miazgę. Na szczęście nie na tym opiera się komiks. McCool poza zbudowaniem bliskiego antyutopii klimatu, serwuje też sporo dobrych, dosadnych dialogów i garść zabawnych scen, które także są wartością dodatnią komiksu.

Absolutnym mistrzem i gwarantem estetycznych przeżyć niezmiennie pozostaje Ben Templesmith. Rozpisywał się o jego rysunku nie będę – większości czytelników ten warsztat jest znany. Jedni go kochają, inni nienawidzą (czego, przyznam, nie rozumiem). W komiksie McCoola nie znajdziemy generalnie nic nowego. To jest ten Templesmith do którego wszyscy są przyzwyczajeni, czyli dużo tu twórczego bazgrania, mrocznego cartoonu i chwilami prymitywnej wręcz kreski. W dodatku paleta barw sprawia, że śmiało możemy powiedzieć o tym komiksie: noir. Osobiście nie mam pytań i chcę więcej.

Zakończenie "Chokera" sugeruje ciąg dalszy, jednak po wydaniu pierwszego trade'a prace nad kontynuacją zawisły w próżni. Powodów nie znam, ale nie sądzę żeby twórcy stracili zaufanie swojego wydawcy. Pomimo, że komiksowi brakuje fabularnego polotu ostatecznie czyta się to całkiem nieźle. Przy lekturze trzyma przede wszystkim klimat tej opowieści i świetne rysunki – jak dla mnie to wystarczająca zaliczka na nowy rozdział tej historii.

wtorek, 25 czerwca 2013

#1317 - Daogopak t.1: Anatolijskie tournee

Komiksy rozrywkowe, które sprawiają autentyczną przyjemność podczas lektury swoją lekkością i bezpretensjonalnością pisze się trudno. A z tych dobrze napisanych tylko nieliczne mają szansę osiągnąć jakikolwiek sukces na zatłoczonym rynku. Niestety, do żadnej z tych grup nie można zaliczyć „Daogopaku”.

O tym jak trudno robi się „dobry mainstream” polscy twórcy coś wiedzą – komiks ukraińskiego tercetu Maksym Prasołow, Oleksij Czebytkin i Oleg Kołow pokazuje, że temat nieobcy jest również naszym wschodnim sąsiadom. „Daogopak” to próba przekucia mitu dzikich pól zamieszkanych przez bohaterskich, ale i nieco niesfornych Kozaków na wysokiej próby komiksową rozrywkę. Ukraińskie dziedzictwo narodowe paliwem, które ma ożywić pop-kulturalne klisze? Brzmi nieźle! Już przecież przynajmniej raz się udało – przypominam o „Maksymie Osie” tym, którzy zdążyli zapomnieć. Jak poszło tym razem?

Jest wiek XVI po narodzinach Chrystusa. Cała Sicz Zaporoska została podbita przez Turków… Cała? Nie! Jest taka osada, gdzie nieugięci Kozacy wciąż jeszcze stawiają opór najeźdźcy – cóż, nie jest to może dokładny opis tego, co dzieje się na kartach „Anatolijskiego tournee”, ale jako żywo oddaje ducha „Daogopaku” i pokazuje jak trudno jest wymyślić coś świeżego w kategorii komiksu środka. Koncepcja na serię mocno kojarzy się z arcydziełem Goscinnego i Uderzo, choć utrzymana jest w nieco bardziej młodzieżowym stylu. Dowcip jest mniej wyrafinowany i pomysłowy, a wątki ojczyźniano-patriotyczne wyeksponowane są jakby mocniej (choć nie są tak nachalne, jak katolicka agitacja w polskim „Romowe”).

Fabuła komiksu osnuta jest wokół podróży trzech Kozaków do Konstantynopola z tajną misją. Oleś Skorowoda ma rysy typowego głównego bohatera – odważny, przystojny, zuchwały i… nieciekawy. Towarzyszą mu Taras Pieresiczewola, który swoją fizjonomią, apetytem i fantazyjnym wąsem (którym ciska noże!) przypomina nieco naszego Zagłobę, oraz bandurzysta Mozgowy - najbardziej tajemniczy z całej grupy, melancholijny poeta i wybitny konstruktor urządzeń bojowych – ciekawa kombinacja. Podczas podróży do pałacu Sułtana do tej doborowej ekipy dołączają również Hussar II i Okist – gadający gąsior i niemniej rozmowny dzik. Za ich pomocą do komiksu Prasołow przemyca mnóstwo humoru, a potyczki słowne (i nie tylko) arystokratycznego ptaka z aroganckim i pokrytym marynarskimi tatuażami świniakiem są prawdziwą ozdobą tego albumu. Zresztą, to właśnie w ciekawych postaciach tkwi potencjał tej serii – filozofujący asasyni Jusuf i Ahmed, diabolicznie przerysowany Wezyr i komiczny Sułtan powinni częściej przebywać na scenie, niż charakterni Kozacy.

Niestety, do samej historii można mieć spore zastrzeżenia. Akcja toczy się schematyczne, finał jest nie przekonujący, a „dialogi niedobre”. I to bardzo – nie wiem czy mam mieć pretensje do scenarzysty, czy tłumacza. „Daogopak” przybywa na polski rynek otoczony famą „Książki roku 2012” na Ukrainie, ale po prawdzie prezentuje poziom albumów, jakie setkami zalegają na półkach francuskich księgarni.

Kreska Oleksija Czebytkina lawiruje między mainstreamowym realizmem, a delikatnym cartoonowym przerysowaniem. Jego gęsto zakrapiany tuszem styl trochę przypomina mi prace wczesnego Kamila Kochańskiego z domieszką Ernesto Gonzalesa (ach te włosy na klacie tureckiego oprawcy ze strony 10!) Po oprawie graficznej widać, że Ukrainiec zna się na swojej robocie, choć nieco bardziej mógłby się przykładać do tła – zbyt często z jego kadrów bije nieprzyjemna pustka. No i jak zwykle – kolory z komputera nigdy nie wyglądają dobrze. Nigdy.

O takich albumach, jak „Anatolijskie tournee” pisze się najczęściej, że mają potencjał i daje im się szansę kupując kolejny tom, może dwa. Pierwszy „Daogopak” komiksem dobrym jeszcze nie jest, ale może jeszcze takim się stać. Choć cena okładkowa – 49 złotych za 64 strony w twardej okładce – może skutecznie odstraszyć potencjalnego czytelnika.

niedziela, 23 czerwca 2013

#1316 - Komix-Express 190

Zgodnie z zeszłotygodniową obietnicą Komix-Express ukazuje się w niedzielę i jest to termin docelowy. Choć samo południe to akurat dość niewygodna godzina... Ale mam nadzieję, że uda mi się utrzymać tę tendencję tak długo, jak się tylko da. Jak za chwilę przeczytacie połowa zawartości dzisiejszego wydania  dotyczy tego, co działo się w minionym tygodniu na polskim rynku, a druga część - wydarzeń za Oceanu, które zwykle był treścią Trans-Atlantyku. Na dłuższą metę nie dałbym rady prowadzić pełnowymiarowego T-A, a krótki eksperyment z przywróceniem tej kolumny nie okazał się do końca udany. Postanowiłem więc, że w K-E pogodzi rodzime i zagraniczne newsy (zresztą w praktyce tak to wyglądało od jakiegoś czasu). Kończąc ten organizacyjny wstęp zapraszam do lektury!

W internetowym Sklepie Gildii pojawiła się możliwość przedpremierowego zamówienia dołożenia do schowka pierwszego tomu „Wież Bois-MauryHermanna Huppena (data premiery - wrzesień 2013?). Jeden z największych klasyków komiksu europejskiego, którego pierwsza część opublikowana została na łamach magazynu „Vecu” w 1982 na swoją polską premierę czeka już od kilku, ładnych lat. Pierwsze przymiarki do przedstawienia jej polskiemu czytelnikowi robił Egmont i choć było to w czasach znacznie lepszej koniunktury, nic z tego nie wyszło. Kto mógłby podjąć się publikacji jednej z najznakomitszych sagi historycznej, która stanowi poniekąd hołd dla średniowiecznych „chanson de geste”? Skoro na Gildii pojawiła się ta wiadomość to pierwszym strzałem powinno być Wydawnictwo Komiksowe. Nota bene kierowana przez Wojciecha Szota oficyna zapowiedziała ostatnio wydanie integrala „Kota Rabina”, a w dalszej perspektywie może i dokończenie tego, czego Post do końca doprowadzić nie potrafił. Wypada trzymać kciuki z WK i wypatrywać kolejnych wieści. A jeśli chcecie dowiedzieć się czegoś więcej o komiksie Huppena, zapraszam na Kazet.

Jeszcze w czerwcu swoją premierę ma mieć nowy album Pawła Płóciennika. Tym razem Szaweł znowu spróbował czegoś innego, a mianowicie – komiksu dla dzieci. „Naleśniki z jagodami” będzie można kupić na tegorocznym Bałtyckim Festiwalu Komiksu, ale ich prapremiera odbędzie się 26 czerwca w warszawskiej kawiarnio-lodziarni "Om Nom Nom" (ul. Lipowa 7 a) o godzinie 19:00. Komiks ukaże się w ramach akcji „Komiks - Amuletem Dziecięcej Fantazji”, a jego wydawcą będą Publikacje Kreatywne. „Naleśniki z jagodami” mają być rozprowadzane bezpłatnie w domach dziecka, szpitalach dziecięcych i innych placówkach dla najmłodszych. Ich nakłada wyniesie 1200 egzemplarzy i ukażą się w dwóch wersjach – z miękką i twardą okładką.

Z okazji roku tuwimowskiego Dom Literatury w Łodzi organizuje konkurs na krótką formę komiksową, której tematem będzie jeden z najwybitniejszych polskich poetów. Pula nagród w konkursie zatytułowanym po prostu "Julian Tuwim" jest doprawdy zacna – do zgarnięcia jest aż 10 000 złotych. Pełna informacja prasowa wygląda tak:

Dom Literatury w Łodzi ogłasza konkurs na krótką formę komiksową „Julian Tuwim”. Temat należy rozumieć wielorako, w tym dotyczy on: postaci i biografii Juliana Tuwima; bezpośredniego lub pośredniego nawiązania do jego twórczości; jego związku z Łodzią, Warszawą, Inowłodzem, Tomaszowem Mazowieckim czy Spałą.

Uczestnik konkursu może przysłać tylko jedną pracę komiksową stanowiącą zamkniętą całość, o maksymalnej objętości ośmiu plansz. Prace należy przesłać na adres: Dom Literatury, ul. Roosevelta 17, 90-056 Łódź, z dopiskiem „Komiks Tuwim”. Termin nadsyłania prac upływa z dniem 31 sierpnia 2013 roku (decyduje data stempla pocztowego).

Nagrody zostaną wręczone w dniu 5 października 2013 roku podczas Międzynarodowego Festiwalu Komiksu i Gier w Łodzi.

Swoją premierę miał kolejny album, który ukazał się w cyklu „Mega Manga” (tym, samym w którym ukazały się tak zacne pozycje, jak „Gyo” i „Uzumaki”, a także dwutomowy „Klan Poe”). Jest nim pierwsza część dyptyku „7 miliardów igieł”. Za liczącą sobie 400 stron opowieść zapłacić trzeba niecałe 45 złotych. Druga część zapowiadana jest na wrzesień 2013, więc jeśli ukaże się planowo, długo nie będzie musieli czekać na finał mangi Nobuaki Tadano. Oprócz tego, wydawnictwo JPF zapowiedziało, że pozostałe tytuły, które ukazały się pod szyldem „MM” doczekają się swoich wznowień. W jakiej formie, cenie i standardzie - nie wiadomo. A tak przedstawia się opis „7 miliardów igieł”:

Hikaru Takabe to cicha i zamknięta w sobie dziewczyna. Nieodłączne słuchawki na uszach skutecznie odgradzają ją od rówieśników, a ostatnią rzeczą, jakiej pragnie, jest rozmowa z kimkolwiek. Pewnego dnia, podczas wycieczki szkolnej Hikaru, spacerująca samotnie brzegiem morza, jest świadkiem pewnego niezwykłego zjawiska astronomicznego...

Dziewczyna nagle budzi się w klasie podczas lekcji. Nie wie, w jaki sposób się tam znalazła ani co się z nią działo od tamtego feralnego wieczoru podczas wycieczki. W jej uszach, zamiast płynącej ze słuchawek muzyki, znienacka rozlega się dziwny, obcy głos, obwieszczający zdezorientowanej Hikaru: NIE JESTEŚ SAMA.

Na profilu Muzeum Komiksu pojawiła się informacja o pracach nad kontynuacją "Kapitana Klossa". W projekt zaangażowani są Włodzimierz Włodarczyk i Grzegorz Bernatek, którzy pracując nad komiksem szukają równocześnie mecenasa, który chciałby sfinansować ich pomysł. Będzie im o tyle trudno, że ich "praca" polega na montowaniu scen (rysunków, kadrów, stron) z poprzednich epizodów w nowe historie. Zaprezentowany fragment historii "Genialny plan pułkownika Krafta" zmontowany został również z fragmentów "Podziemnego Frontu". Niestety, nie wygląda to dobrze, a sama koncepcja wydaje mi się kompletnie chybiona. Czy w Polsce nie da się robić tak, jak w komiksowo cywilizowanych krajach i do reaktywacji kultowego przecież serialu "normalnie" zatrudnić rysowników i scenarzystów, którzy zrealizują kolejne epizody?

Pierwszym tytułem w nowym cyklu marvelowskich powieści graficznych będzie „Avengers: Endless Wartime”. Album zostanie przygotowany przez Warrena Ellisa (scenariusz) i Mike`a McKone`a (rysunki). To właśnie autor „Transmetropolitan” maglował włodarzy Marvela oby odważniej sięgnęli po format OGN i dopiął swego – Tom Brevoort nie musiał długo zastanawiać się komu powierzyć napisania scenariusza do tego projektu. W „Endless Wartime” przeniesiemy się do Slorenii, niewielkiego, wschodnioeuropejskiego państewka, które zasłynęło z tego, że zostało najechane przez Ultrona jakiś czas temu. Historia ma być umieszczona w obecnym continuity, ale będzie dało się ją czytać bez znajomości tego, czym obecnie żyje Ziemia-616. Ellis zapewnia, że jego praca będzie bardzo filmowa – całość ma bardziej przypominać letni blockbuster, niż komiksowe serial zebrany w trejda. Co ciekawe, scenarzysta podczas pracy nad komiksem zdecydował się nawiązać współpracę z Rianem Hughes, artystą znanym z występów w magazynie „2000AD”, który ma zająć się designem (cokolwiek miałoby to znaczyć). Na koniec warto dodać, że komiks będzie dostępny w globalnej sieci sprzedaży – jego dystrybucją za Oceanem ma zająć się Pannini. jak to ma wyglądać w praktyce - tego Marvel jeszcze nie ogłosił.

Marvel zapowiedział dwa tie-iny do „Infinity”. W „Infinity: The Hunt” do scenariusza Matt Kindta z rysunkami Stevena Sandersa zobaczymy Hnka Pyma, Wolverine`a i She-Hulk, jako selekcjonerów młodych herosów. Każdy z nich wybierze swój zespół, który wystawi do zawodów, utrzymanych w stylu klasycznego crossovera „Contest of the Champions” z 1982 roku. Kindt podkreśla, że jego mini-seria będzie się stanowczo różniła od tego, co można przeczytać w „Avengers Arena”. Na łamach „The Hunt” pojawią się młodzi bohaterowie reprezentujące rożne „szkoły” - Uniwersytet Braddocka, Avengers Academy, Future Foundation, Szkołę im. Jean Grey, przybyszów z Wakandy, Latverii i Atlantydy. Natomiast „Infinity: The Heist” Frank Tieri (skrypt) i Al Barrionuevo (oprawa graficzna) ekipa doborowych łotrów wprost z galerii villainów Iron-Mana będzie chciała wykorzystać chaos związany z kosmiczną inwazją i okraść Stark Enterprises. W zespole dowodzonym przez Spymastera zobaczymy między innymi Blizzarda i Unicorn, a całość ma przypominać „heist movies” w stylu „Oceans Eleven”. Zarówno „The Hunt”, jak i „Heist” zamkną się w czterech zeszytach i zadebiutują we wrześniu.

Brian M. Bendis skończył z hukiem – trzeba mu to przyznać. Finał „Age of Ultron” był mocny, ale jeśli nie chcecie popsuć sobie ewentualnej przyjemności z jego lektury odpuście sobie dalszą lekturę tej wiadomości. Delikatna konstrukcja kontinuum czasoprzestrzennego świata Marvela (całego!) w wyniku ostatnich podróży w czasie mocno ucierpiała. Rzeczywistość cofnęła się do stanu sprzed „Avengers vs. X-Men”, w Ultimate Universe pojawił się znany z Ziemi-616 Galactus (to właśnie będzie treścią mini-serii „Hunger” Joshuy Hale Fialkova i Leonarda Kirka), a na horyzoncie majaczą już kolejne konsekwencje. Jak widzieliśmy w dziesiątym numerze mini-serii reperkusje „AoU” dotknęły między innymi Milesa Moralesa i pirackiego Thinga, więc nie zdziwiłbym się, gdybyśmy wkrótce mieli przeczytać marvelowską wersję „Kryzysu na Nieskończonych Ziemiach”. Axel Alonso mówi, że starcie z Ultron otwarło kilka międzywymiarowych portali, które doprowadzą do wielu nieoczekiwanych spotkań. "Pojawienie się Petera Pakrera w U-verse było jedynie kostką lodu – przybycie Galactusa będzie prawdziwą góra lodową!". Oczywiście, więcej jest pytań i odpowiedzi – co z Sue Storm i Wolverinem, którzy jako jedyni zachowali pamięć o tym, co się wydarzyło? Jaki będzie ostateczny los oryginalnych X-Men z przyszłości? Jaką rolę będzie miała Angela i wreszcie – jaki to wszystko będzie miało wpływ na „Infinity”? Stan Lee by tego nie wymyślił...

czwartek, 20 czerwca 2013

#1315 - Fatale

W swojej najnowszej serii Ed Brubaker do spółki ze swoim etatowym rysownikiem Seanem Phillipsem zaserwował czytelnikom melanż kilku gatunków. Dotychczasowy kryminał, będący specjalnością Bru, nadal jest tu obecny, osnuwa go jednak klimat noir i duszna atmosfera prozy H.P. Lovecrafta. W „Fatale” nie braknie również romansu, a wszystkie te elementy znalazły swoje miejsce w pierwszym zbiorczym tomie zatytułowanym „Death Chases Me”.


Akcja w „Fatale” rozgrywa się na dwóch płaszczyznach czasowych: pierwsza z nich, ujmijmy ją jako sytuację współczesną, obrazuje losy Nicholasa Lasha, dziedziczącego spadek po swoim zmarłym wuju. Na pogrzebie spotyka on Josephine, podającą się za wnuczkę kochanki zmarłego. Okazuje się, że Dominic Raines (rzeczony wuj) pozostawił po sobie kilka tajemnic, które oczywiście czekają na rozwiązanie. Pierwszą z nich jest maszynopis powieści której Dominic nigdy nie opublikował, choć napisał ją na początku swojej pisarskiej kariery. Nicholas, trafiając na ów maszynopis, pakuje się jednak w kłopoty, które kończą się próbą zamachu na jego życie. Druga perspektywa komiksu cofa czytelnika do roku 1956, kiedy Dominic Raines, jeszcze jako dziennikarz śledczy, spotyka na swojej zawodowej ścieżce piękną... Josephine – kobietę, która ma podsunąć mu dowody na skorumpowane działania oficerów policji, w tym jej kochanka, Bookera. Tymczasem "na trop" Josephine trafia Mr. Bishop - za dnia sprawia on wrażenie niepozornego urzędnika, po zmroku natomiast oddaje się makabrycznym obrzędom...

Choć fabuła w „Death Chases Me” jest pogmatwana, Brubaker zręcznie połączył ze sobą wszystkie płaszczyzny opowieści. Pomimo, że autor kilkukrotnie wędruje w czasie, wszystko jest na swoim miejscu, a z każdą kolejną stroną historia nabiera coraz większej klarowności. Centralną postacią dla serii jest Josephine, dookoła niej toczy się fabuła, a scenariusz zdradza nam jej tajemnice jedynie w małych, skutecznie dozowanych dawkach. Jak już wspomniałem, „Death Chases Me” to w sporej mierze kryminał – postacią o której warto wspomnieć w tym miejscu jest Walter Booker, oficer śledczy i życiowy partner Jo. Moralnie wątły, okazuje się być przy tym bardzo niejednoznaczny i niezmiernie interesujący literacko.

Moim zdaniem to najciekawsza sylwetka z całego grona bohaterów, których możemy spotkać w tym albumie. To zauważalny mankament komiksu – brakuje mu błyskotliwie napisanych postaci. Powinna to być Jo, ale niestety nie jest – Brubaker chciał ją pokazać jako istotę zagubioną, która swój „dar” traktuje raczej jako klątwę i źródło jej własnych problemów. I rzeczywiście tak jest, ale coś w przypadku tej postaci do końca nie zagrało. Faktem jest, że mężczyźni ulegają jej zbyt łatwo, co niejednokrotnie przypomina sceny rodem z kiepskich oper mydlanych i, jak na razie, skutkuje brakiem dobrej postaci męskiej. Z pewnością nie jest nią ani Nicholas, ani Dominic. To oczywiście dopiero pierwszy trade i liczę na to, że w kolejnych częściach Brubaker rzuci na swoich bohaterów trochę więcej lepszego światła.

Trzeba wspomnieć także o elementach grozy w komiksie. „Fatale” nikogo nie przerazi. Tajemnicza sekta, demoniczny Mr. Bishop stojący na jej czele i rozmaite krwawe rytuały to za mało na żeby poczuć gęsią skórkę podczas lektury. Spokojnie możesz, drogi czytelniku, czytać sobie ten komiks do poduszki. Groza jest tutaj obecna w ilościach śladowych, ale nie jest to w żadnym wypadku wada. Scenarzysta postawił raczej na odpowiedni, stonowany klimat, swobodną wędrówkę w kierunku prozy Lovecrafta i twórczości Mike'a Mignoli. „Fatale” zbudowany jest z wielu składowych i jako takie połączenie sprawdza się niemal idealnie, (czyt. tworzy odpowiedni ferment, potrzebny do uzyskania wystarczającej satysfakcji z lektury).

Nad oprawą graficzną czuwa Sean Phillips i robi to we właściwy dla siebie sposób. Przyzwyczajony do jego umiejętności czytelnik z pewnością zauważy, że tym razem artysta nieco przytępił swoją kreskę – chwilami jest ona mocno niedbała, na granicy poprawności. Jest trochę niechlujnie i miejscami topornie, ale przyznam że pomaga to temu komiksowi. Trudno mi sobie teraz wyobrazić, żeby „Fatale” wyglądał inaczej.

„Death Chases Me” jest doskonałym przykładem, jak można połączyć ze sobą kilka gatunków bez szkody dla opowiadanej historii. Konstrukcja, proporcje, wyczucie odpowiedniego smaku tego komiksu to coś, czego mogą się nauczyć inni twórcy. Jednocześnie nie ma tu na razie postaci, które szczególnie zapadają w pamięć. A może po prostu nie ma już dla nich miejsca? Zobaczymy co przyniesie kontynuacja serii. Póki co niezapomniany jest klimat, dlatego polecam „Fatale” każdemu kto lubi właśnie takie opowieści: przesycone atmosferą lat 50-tych, pisane w duchu gatunku noir i kina rodem ze studia Hammera.

Tekst pierwotnie ukazał się na blogu Pawła Szczygielskiego "Bullets Are The Beauty"

środa, 19 czerwca 2013

#1314 - Córka Mendla. Pamiętnik

„Córka Mendla. Pamiętnik” to kolejna komiksowa opowieść o ocaleniu z zagłady. Jej autor, Martin Lemelman, opisuje wojenne losy swojej matki, Gusty. To kolejne wstrząsające, żydowskie świadectwo okrucieństw II Wojny Światowej. Nietypowe, pod wieloma względami.


W 1989 roku matka Lemelmana zdecydowała się opowiedzieć o tym, czego doświadczyła podczas wojny. Jej wspomnienia zostały nagrane, a po jej śmierci w 1996 roku Martin postanowił przekazać tę historię w formie powieści graficznej. Guście udało się przeżyć piekło Holocaustu, a jej syn unieśmiertelnił jej historię.

Losy Gusty rozpadają się na dwa rozdziały – przed i po. Życie w położonej na terenach obecnej Ukrainy Germakówki to żydowska idylla. Nad dzieciństwem spędzonym na polskiej prowincji, w cieniu wielkiego ogrodu („w którym rosły orzechy włoskie, dojrzewały wiśnie”) unosi się zapach flampletzle i smak fluden („ach, to było przepyszne, przepyszne! Dostawało się tylko mały kawałek!”). Nie ma mowy o antysemityzmie, nietolerancji, albo są one zepchnięte na margines szczęśliwego (choć nie zawsze łatwego) dzieciństwa. To świat, na który Gusta spogląda z nostalgią. Z sentymentem do żydowskiego świata, którego nie ma, do świata bezpowrotnie utraconego, którego jej syn (bo to przecież do niego kierowana była ta opowieść) nigdy już nie pozna.

Znamienne jest to, że wojenne losy Gusty rozpoczynają się nie w 1939, gdy radziecka armia rozpoczyna okupację wschodniej części ziem polskich, ale w dwa lata później. Rządy komunistycznego naczelnika, choć narzucone siłą, Gusta wspomina całkiem dobrze. Prawdziwa tragedia rozpoczyna się, gdy Hitler wypowiada wojnę Stalinowi. Los oszczędził mieszańcom Germakówki koszmaru frontu, ale rozpoczęły się żydowskie prześladowania. Na horyzoncie wydarzeń zaczyna majaczyć widmo gett i obozów koncentracyjnych. Dla Gusty to czas ukrywania się w lesie, ciągły strach i przede wszystkim uczucie dojmującego głódu, tak mocno skontrastowane z pierwszymi sytymi scenami.

Zresztą, bohaterka o armii czerwonej wypowiada się w sposób ciepły także później – w 1944 radzieccy żołnierze przynieśli jej przecież wolność. Z polskiej perspektywy to cokolwiek kontrowersyjny punkt widzenia, bo dla Rzeczpospolitej było to początek PRL`u. Niemniej drażliwym aspektem komiksu może być sposób, w jaki Gusta opowiada o Polakach. Dużo w jej narracji „pazernych chrześcijan”, którzy dybią na żydowski majątek, szmalcowników, przed którymi lepiej kryć się w lesie. Subiektywna narracja córki Mendla ma potencjał stać się kolejnym tekstem, przy którym polsko-żydowskie wojenki znowu ożyją.

Porównanie „Córki Mendla” z „Mausem” nasuwa się mimowolnie. Lemelman przepracowuje nie tylko rodzinną traumę, ale i mierzy się ze swoim kulturowym dziedzictwem, choć nie robi tego w tak ostentacyjny i bezkompromisowy sposób, jak Art Spiegelman. Punktem wyjścia dla obu historii jest gest spotkania ze swoim rodzicem. Dzieci tych, którzy przeżyli szoah chcą zrozumieć, co przeszli ich matki i ojcowie. Spiegelman i Lemelman tworzą jednak dwa skrajnie różne utwory. „Maus” to niezaprzeczalnie jedno z największych osiągnięć sztuki komiksu, które nie tylko uchwyciło specyfikę los tych, którzy przeżyli, ale doskonale zidentyfikowały problemy, z jakimi musi borykać się „drugie pokolenie”. Nie inaczej jest pod względem formalnym – wyrafinowany i na wskroś komiksowy Spiegelman to rzecz zupełnie inna niż, Lemelman.

Autor „Córki Mendla” nadał swojemu komiksowi bardzo mało komiksową formę. Zrezygnował z typowej dla kolorowych zeszytów dymków z tekstem i tradycyjnego podziału na kadry. Rysunki są bardzo statyczne, nie ma w nich dynamizmu tak charakterystycznego dla narracji obrazkowej. Przez ten brak ruchu utwór zdają się ciążyć bardziej ku tradycyjnej grafice. Całość z braku lepszego określenia można określić ilustrowaną prozą posługującą się jednak typową dla komiksu narracją. Ta rezygnacja z instrumentarium typowego dla tych niepoważnych historyjek obrazkowych sprawia wrażenie, jak gdyby autor odcinał się od kiczowatości i tandetności, która jest trwale wpisana w komiksowe tradycje.

Powieść graficzna Martina Lemelmana arcydziełem nie jest – to solidna, komiksowa robota. Momentami naprawdę chwytająca za gardło, ale pełne jakiegoś optymizmu. Wiary w to, że wszystko skończy się dobrze, że jakiś „boży anioł” pozwoli przetrwać to piekło.

#1313 - Alfabet z dymkiem - C (ciąg dalszy ciągu dalszego)

Nie dość, że zalegam, nie dość, że opóźnienia, to jeszcze ciągle coś nowego się pojawia, wyskakuje, przypomina. Jeśli kiedyś skończę literkę C, a do tego przestaną do mnie wracać A i B, trzeba to będzie jakoś uczcić. Chałwą. Kawą. I papierosem.

Do rzeczy. Dziś końcówka literki C (chyba że w przyszłości coś się przypomni, albo ktoś coś słusznie wytknie).

Howard Cruse - urodzony w 1944 roku w Alabamie, w południowo-wschodniej części USA, twórca związany z pismem Gay Comix. W Polsce ukazał się dotąd tylko jeden tytuł jego autorstwa, ale też jest to bardzo ciekawy, jeśli nie jeden z najciekawszych komiksów wydanych w naszym kraju. Stuck Rubber Baby to opowieść o odkrywaniu i budowaniu tożsamości homoseksualisty w trudnych latach sześćdziesiątych XX w. Cała opowieść została ukazana na tle ogromnych przemian, które w owym czasie miały miejsce w USA - walka z segregacją rasową, epoka dzieci kwiatów, a w to wszystko wpisany los człowieka, który początkowo nie może się pogodzić z własną seksualnością (a pamiętajmy, że być homoseksualistą w latach sześćdziesiątych XX w., a być nim dziś to dwie (jednak) bardzo różne sprawy. Komiks Cruse'a jest niezwykły zarówno w warstwie fabularnej, jak i graficznej. Na tym przykładowym kadrze widać, jak bardzo Cruse przy swoim opus magnum się napracował. Strona Cruse'a :: tutaj ::

stuck-rubber-baby-plansza-3
:: stąd ::

Cubitus - humorystyczny komiks belgijski autorstwa Luca Dupanloupa (pseudonim, pardon, Dupa - serio) o wielkim, charakterystycznym psie Cubitusie i jego panu, Semaforze. Po śmierci twórcy w 2005 roku serię przejęli dwaj inni autorzy (Pierre Aucaigne i Michel Rodrigue) i była publikowana odtąd pod tytułem Nowe przygody Cubitusa (Les nouvelles aventures de Cubitus). Cubitus jest szalenie sympatycznym, antropomorficznym psem, który zamieszkuje na przedmieściach ze swym panem. Jego najgorszym wrogiem jest mieszkający po sąsiedzku czarno-biały kot Sénéchal. Ukazało się 39 albumów autorstwa Dupanloupy i 5 duetu Aucaigne i Rodrigue. Co ciekawe, fanowską stronę zrobili mu Niemcy. W Polsce niestety Cubitus się nie przyjął (może jakieś wznowienie?...). w 1990 roku ukazały się cztery odcinki nakładem nieistniejącego wydawnictwa Orbita, a w latach 2002-2003 Podsiedlik, Raniowski i Spółka wydali tomy 1-3. Szkoda, że się nie przyjął. Bo to bardzo sympatyczny psiak. Do tego pierwowzór amerykańskiej kreskówki Wowser.

Cubitus
:: stąd ::

Czarodziejka z Księżyca - przyznaję się bez bicia - nie czytałem i (trochę) wstyd mi, że nie czytałem. Ale popularność tej serii przypadła na czasy, gdy miałem inne rzeczy na i w głowie, niż nastolatki przemieniające się w superbohaterki i walczące ze złem (a właściwie ze Złem). Seria, w Polsce znana również pod angielskim tytułem Sailor Moon, została stworzona przez japońską mangakę (czyli twórczynię mang) Naoko Takeuchi. Zastanawiało mnie, dlaczego w tytule pojawia się słowo sailor i, jak się okazuje, źródłem są mundurki szkolne głównych bohaterek, na których Takeuchi wzorowała mundury wojowniczek. Seria w Polsce znana chyba przede wszystkim z serialu anime, który z pewnością był pierwszym impulsem dla wielu młodych osób (chyba szczególnie dziewcząt) do zainteresowania się Krajem Kwitnącej Wiśni i udaniu się w efekcie na japonistykę. A jeśli chcecie, możecie dołączyć do społeczności Sailor Moon. Motyw dla bibliotekarzy - trzy koty, Luna, Artemis i Diana - doradcy dzielnych wojowniczek.

sailormoon

Czas Komiksu - wydaje mi się, że zupełnie nieznany poza środowiskiem komiksowym magazyn, który ukazywał się w latach 1995-1998, czyli w czasie tzw. "wielkiej smuty" na polskiej scenie komiksowej. To między innymi dzięki takim miejscom, takim publikacjom, takim inicjatywom, jak założony przez Waldemara Jeziorskiego Czas Komiksu. Antologia mogli publikować młodzi twórcy, którzy niebawem stać się mieli najważniejszymi autorami (wówczas) młodego pokolenia, jak Krzysztof Gawronkiewicz, Przemysław Truściński, Jerzy Ozga, Jakub Rebelka i wielu innych. Wśród autorów pojawiają się także tak znane nazwiska jak Janusz Christa, Jerzy Szyłak, Wojciech Birek czy związany z "Fantastyką" Maciej Parowski.

czaskomiksu4

Aneks
Carl Barks - słusznie mi wytknięto, że to nazwisko się nie pojawiło. Jeden z najważniejszych, jeśli nie najważniejszy twórca, związany z disneyowską serią o Kaczogrodzie, którego zresztą był "stwórcą". Wykreował takich bohaterów, jak Sknerus McKwacz, Bracia Be czy Goguś Kwabotyn (boskie imię). Will Eisner, legenda światowego komiksu, człowiek, który był jednym z twórców zmieniających oblicze opowieści obrazkowych, nadając im bardzo poważny rys (graphic novel), nazywał Barksa "Andersenem komiksu". Jak można wyczytać w bardzo ciekawym artykule w Wikipedii (polecam do kawy), Carl Barks, gdy zmarł w wieku 99 lat (w 2000 roku), pozostawił po sobie 7500 stron komiksów, 190 okładek oraz 396 scenariuszy.  I mnóstwo roześmianych dzieciaków.

Carl_Barks_San_Diego_Comic_Con_1982 
:: stąd ::

Alison Bechdel - gdy dzisiaj zdałem sobie sprawę, że nie napisałem o tej urodzonej w 1960 roku autorce, pacnąłem się w me wysokie czoło. Co ciekawe, nikt mi tego braku (skandalicznego) nie wytknął. A podobnie jak wspomniany wyżej Stuck Rubber Baby Cruse'a, tak i komiks, świetny komiks Alison Bechdel Fun Home. Tragikomiks rodzinny porusza problem homoseksualizmu, budzenia się tożsamości, a przede wszystkim trudnych relacji z ojcem. Fun Home uznany został (słusznie) za jedną z najważniejszych powieści graficznych, jakie ukazały się na polskim rynku. To także jeden z tych komiksów, które doczekały się wielu omówień i recenzji nie tylko na portalach komiksowych, ale także literackich i poruszających problemy szeroko rozumianej kultury. Co więcej, gdy tytuł ten ukazał się w 2006 roku, niemal z miejsca został uznany za najważniejsze lub jedno z najważniejszych wydarzeń literackich. Mam wrażenie, że jest to także jeden z nielicznych komiksów omawianych na zajęciach ze studentami. Nie mogę się doczekać, kiedy w Polsce ukaże się jej kolejne dzieło, tym razem poświęcone relacjom między Bechdel a matką Are you my mother? A Comic Drama. Myślę, że podobnie jak Fun Home, będzie sporym wydarzeniem.

fun-home-plansza

I znów mi się przypomniało coś na "B". Ale to może następnym razem...

niedziela, 16 czerwca 2013

#1312 - Komix-Express 189

Wakacyjne zapowiedzi Egmontu na wakacje wydaje się dość... wakacyjne. O ile jeszcze czerwcowy pakiet z "Action Comics" Granta Morrisoan, nowym tomem "Sambre" i "Armady" mógł się podobać, o tyle to, co nas czeka w lipcu i sierpniu, raczej nikogo nie ukontentuje. W lipcu do sprzedaży trafią dwa kolejne wznowienia "Asteriksa", a będą nim "Podarunek Cezara" i "Asteriks na Korsyce" oraz dziesiąty już tom "Rycerzy Starej Republiki" zatytułowany "Wojna". Sierpień prezentuje się już znacznie lepiej - Egmont wciąż stara się wydawać w myśl zasady "dla każdego coś miłego". Zadowolenie będą asteriksowi kompleciści (z reedycji "Wielkiej przeprawy" oraz "Obeliksa i spółki"), fani super-hero (którzy dostaną "Ligę Sprawiedliwości: Początek" Geoffa Johnsa i Jima Lee), miłośnicy rodzimej (kolejny tom "Jonka, Jonki i Kleksa" zatytułowany "W krainie zbuntowanych luster") oraz zagranicznej klasyki (wreszcie, nowy "Lucky Luke"!). Nie można również zapominać o kolejnym tomie "Fantasy Komiksu" (22!) oraz nowym "Star Wars Komiks".


Robi się coraz cieplej, słońce coraz śmielej przebija się przez chmury - są to niechybne znaki zbliżającego się Bałtyckiego Festiwalu Komiksu. Tegoroczna BeeFKa odbędzie się w ostatnich dniach czerwca 2013. Główna część szóstej już edycji odbędzie się 29. czerwca w gdańskiej Bibliotece Manhattan oraz 30. czerwca w Gdańskiej Szkole Artystycznej – oba miejsca znajdują się na tym samym piętrze Centrum Handlowego Manhattan przy ul. Grunwaldzkiej 82. Atrakcje? Na razie niebyt wiele wiadomo. Do Gdańska na pewno zawita (po raz drugi) David Lloyd. Brytyjski twórca komiksowy, rysownik znany z „V jak Vendetta”, „Opowieści wojennych” czy „Night Raven” będzie opowiadał między innymi o swoim nowym, sieciowym projekcie, „Aces Weekly”. Natomiast plakat, który poniżej reprodukujemy został przygotowany przez Unkę Odyę. 



Komiksowa wystawa w ramach Festiwalu Młodzi i Film. 28 czerwca w koszalińskim kinie Alternatywa odbędzie się wernisaż wystawy „Ekranizacje Polskich Komiksów”. Będzie można na niej podziwiać prace, które prezentuje drogę od jednego środku wyrazu (komiksu) do zupełnie innego (film). Zawisną między innymi Karol Kalinowski, Tomasz Leśniak, Mateusz Skutnik i Michał Śledziński. A kuratorem projektu będzie Bartosz Sztybor, a tak prezentuje się zapowiedz tego wydarzenia:
Wystawa „Ekranizacje Polskich Komiksów” na Festiwalu Młodzi i Film w Koszalinie to pierwsza taka wystawa w Polsce. Pierwsza, która prezentuje drogę od jednego środku wyrazu (komiksu) do zupełnie innego (film). To także przekrój przez najważniejszych współczesnych twórców historii obrazkowych, którzy po latach tworzenia w jednym medium, przenieśli swoje autorskie opowieści do medium całkowicie odrębnego. To w końcu wystawa, która ma na celu pokazanie procesu tworzenia tak samych powieści graficznych, jak i o...partych na nich filmowych ekranizacjach.

Od pomysłu, przez scenariusz komiksu i wstępny szkic, przez pierwsze plansze, nakładanie koloru i okładkę, aż po scenariusz filmowy, projekty postaci i gotowe kadry oraz plakat zrealizowanej produkcji. Wystawa „Ekranizacje Polskich Komiksów” pokazuje podobieństwa, ale także uwypukla różnice między papierowym oryginałem, a jego celuloidową adaptacją. Porównanie poszczególnych plansz z komiksu do kadrów filmowych, a także zestawienie postaci z historii obrazkowych z bohaterami ruchomego dzieła uświadamia, jak bardzo podobne są momentami te dwa różne środki wyrazu. Ale uświadamia także, co często trzeba zmienić, żeby poszczególne rzeczy wpasowały się do nowego medium.

Poza przedstawieniem samego procesu tworzenia i prezentacją projektów tak komiksowych, jak i filmowych, wystawa jest również przeglądem różnorodności zaproszonych na wystawę autorów. Karol Kalinowski („Łauma”, „Yoel”), Tomasz Leśniak („Jeż Jerzy”, „Tymek i Mistrz”), Mateusz Skutnik („Rewolucje”) oraz Michał Śledziński („Osiedle Swoboda”) mimo tworzenia w jednym medium, prezentują zupełnie inne stylistyki. Każdy z nich to inny gatunek opowieści, inny sposób rysowania, a także różne sposoby prowadzenia historii. Wystawa „Ekranizacje Polskich Komiksów” to więc także przekrój przez jednych z najciekawszych obecnie polskich twórców komiksowych. Pokaz najwyższych umiejętności w bardzo różnych stylistykach. Stylistykach, które doskonale sprawdziły się w komiksie i równie dobrze sprawdzą się w kinie.



Komiks na scenicznych deskach. Po „Łaumie” przyszedł czas na „Mglistego Billy`ego”. 14 czerwca, w krakowskim Bunkrze Sztuki odbyła się premiera komiksowego spektaklu przygotowanego przez Teatr Figur Kraków. Adaptacją i reżyserią pracy Guillaume'a Bianco zajął się Mateusz Przyłęcki, scenografię przygotowała Agnieszka Polańska, a muzykę – Andrzej Bonarek. W rolach głównych występują Kinga Wilczyńska i Dagmara Żabska. Kto nie zdążył na premierę, miał jeszcze szansę zobaczyć Billy`ego przy okazji Nocy Teatrów (wczoraj). A tak reklamowano to wydarzenie.

"Dorośli to mordercy. Zabili w sobie dziecko, którym kiedyś byli. Ich świat jest zbyt banalny, zbyt przewidywalny, zbyt sztuczny. Wyobraźnia jest czymś nienamacalnym, dlatego budzi w nich strach"

Mówią na niego Mglisty Billy. Lubi samotność, noc, deszcz i melancholię.

Uwielbia robić draństwa swojej młodszej siostrze Jane i topić mrówki w czekoladowej ślinie. Nie jest niedobry, „po prostu ma charakter”. I ma pewien dar - dar ciemnowidzenia. Kiedyś miał też kota Tarzana, był jego najlepszym przyjacielem. Pewnego dnia znalazł go zesztywniałego w ogrodzie.

Co się dzieje z kocią duszą po śmierci? A przede wszystkim - co to jest śmierć? I czy wszyscy musimy tam iść?

Spektakl teatru cieni dla wszystkich, którzy mają albo mieli kiedyś 12 lat, być może stracili kota, chomika czy papugę, chcieliby przechytrzyć śmierć i zamknąć ją w hermetycznym słoju.



Polski klasyk na wystawie, europejski klasyk do kin. „Incal” na kinowym ekranie? Jeden z klasyków europejskiego komiksu ma zostać zekranizowany przez Nicolasa Winding Refna, reżysera znanego z „Drive” i „Tylko Bóg wybacza”. Duński reżyser mówił już w Cannes mówił o tym, że zaczął prace nad powieścią graficzną Alejandro Jodorowsky`ego i Moebiusa. Informacja ta jest oficjalna, a swoją pomoc w pisaniu scenariusza zaoferował już Jodo. A tymczasem Jerzy Wróblewski wraca do Bydgoszczy. Prace jednego z mistrzów polskiego komiksu będzie można oglądać w ramach wystawy „Komiks Jerzego Wróblewskiego”. Od 13 czerwca w Galerii Wspólnej (ul. Batorego 1/3) prezentowane będą oryginalne prace rysownika.


Pamiętacie jeszcze „Batman: Black and White”? Pomysł, aby oddać Mrocznego Rycerza w ręce wybitnych, awangardyzujących lub stroniących od banału twórców i pozwolić im zrobić z nim to, na co tylko mają ochotę był jednym z najlepszych, na jakie wpadli włodarze DC Comics. Kiedykolwiek. Pierwsza, absolutnie znakomita antologia z krótkimi pracami Gaimana, Bisley`a, McKeevera, Sienkiewicza czy Kenta Williamsa należy do perełek jeszcze  z epoki  Semika. Później koncept został podjęty na łamach „Batman: Gotham Knights” w 2000 w cyklu back-upów. Kontynuacja – opublikowana w Polsce przez Egmont – cierpi na wszystkie niedoskonałości sequela, choć wśród artystów zaangażowanych w projektów były takie tuzy, jak Pope, Ellison, Cooke, Mignola i Ellis. We wrześniu ma się ukazać pierwszy z sześciu zeszytów nowego cyklu. Wśród autorów wymienienie zostali Chip Kidd i Michael Cho, Neal Adams, Joe Quinones z Marisem Wicksem, John Arcudi i Sean Murphy oraz Howard Mackie i Chris Samnee. Nie wiadomo jeszcze kto przygotuje okładkę, ale autorem prezentowanego wariantu będzie Marc Silvestri. Czy uda się tak, jak z pierwszym, czy za drugim razem?

Łukasz Kowalczuk już we wtorek kończy trzydziestkę (sto lat!), a już teraz z tej okazji postanowił zrobić prezent swoim czytelnikom. Szef Smallpress.pl postanowił udostępnić w sieci komiksy, które robił pod szyldem "Hate Core Comics" i "Nienawidzę Ludzi" przez ostatnie kilka lat. Materiału w "Hatessential" jest sporo, bo aż 140 stron, na które składają się złe komiksy, suchary, dobre komiksy, żarty na poziomie, głupie historyjki, mądre opowieści. A  wszystko to opatrzone wzruszającym wstępem, jak każda porządna cyfrowa reedycja w twardej oprawie. Rzecz można ściągnąć w dwóch wersjach - pdf oraz cbz. Klikajcie  prawy przycisk myszy, a potem komenda "Zapisz element docelowy jako…". Bierzcie i czytajcie!


"Tequila" osiągnęła swój cel - komiksowy projekt Łukasza Smigiela (scenariusz) i Katarzyny Babis (rysunek) znalazł fanów, którzy w formule crowdfundingu postanowili zasponosorować powstanie albumu komiksowego. To chyba pierwszy tego typu przypadek na polskim rynku - "Tequila" zakładała zebranie 16 tysięcy złotych, a dzięki 219 darczyńczom udało się zdobyć prawie 20 tysięcy! Przygody heroiny publikowane są na łamach magazynu "Coś na progu" w postaci szortów, natomiast pełnometrażowa i premierowa "Tequila" ukaż się na przełomie września i października 2013 nakładem Dobrych Historii.

Ponad 56 milionów w piątek, a w sumie 113 milionów dolarów przez cały weekend otwarcia - "Człowiek ze Stali" spełnił oczekiwania finansowe wytwórni, choć po cichu liczono, że film dobije do granicy 120 baniek (jeśli doliczyć czwartkowe pokazy specjalne - to się udało). Oczywiście, obraz Zacka Snydera (reżyseria), Davida S. Goyera (scenariusz) i Christophera Nolana (produkcja) okazał się lepszy od ostatniej ekranizacji przygód pierwszego superherosa, czyli "Superman Reuturns" (który zarobił prawie 85 milionów) i usadowił się na szczycie amerykańskiego box-office`u. Choć produkcja DC Entertainment i Warnera nie ma jednak startu do marvelowskiego "Iron-Mana 3", który w analogicznym okresie zarobił ponad 60 milionów więcej, to najnowszy, siódmy obraz z Supermanem będzie z pewnością tym najlepiej zarabiającym. A jego jakość? Cóż, pierwsze reakcje widzów są raczej entuzjastyczne, krytyków - niekoniecznie. Recenzje są mieszane, zachwytów brak. Polska premiera produkcji kosztującej 375 milionów dolarów już za pięć dni.  

piątek, 14 czerwca 2013

#1311 - Happy!

Seria pod radosnym tytułem „Happy!” to krótka, czteroczęściowa podróż po mroźnych zakamarkach Nowego Jorku. Pełno tam błota pośniegowego, pijaczków, ich szczyn, rzygowin i czego tam jeszcze możemy się domyślić. Prawdziwy christmas time. Jest nawet święty Mikołaj, tylko jakiś... podejrzany. Święta to także czas kiedy spełniają się najskrytsze marzenia: liczysz na kulę w łeb, to ją dostaniesz. Podaruje Ci ją Nick Sax, ex-glina, obecnie będący na etapie równi pochyłej swojej kariery (właściwie to już jest w samym środku jej najgorszego padołu). Nick, żeby zabić czas, zabija innych i bierze za to kasę, raczej nędzną, bo nie otacza się luksusami. Wygląda na to, że wystarczy mu stary prochowiec, pełny magazynek i parę głębszych.

Pierwsze strony „Happy!” to właśnie ostanie zlecenie na braci Fratelli. Nie do końca wszystko idzie zgodnie z planem, bo Nick obrywa, świat przewraca mu się do góry nogami, i chcąc nie chcąc nasz bohater trafia do ambulansu. Gdzieś po drodze zabiera ze sobą nowo napotkanego przyjaciela: małego, cartoonowego, niebieskiego konika... Powtórzę: nowy przyjaciel Nicka to mały, cartoonowy, niebieski konik. Pojawia się znikąd. Zapomniałem dodać, że ma małe skrzydełka i mały róg pośrodku głowy. Nasz mały bohater oczywiście mówi... nie, przepraszam, nie mówi – gada jak najęty. Skąd się wziął? Prochy, wóda, kroplówka to tylko prawdopodobne przyczyny. Trzeba się otrząsnąć, stanąć na nogi, napić kawy... Może wtedy wszystko wróci do normy. A nowe kłopoty, nie licząc niebieskiej, natrętnej halucynacji, są tuż za rogiem - po piętach Nickowi depcze niejaki Mr. Blue (nomen omen) i jego siepacze, a wszystko z powodów których nie chcę zdradzać. I tak zaczyna się to całe bożonarodzeniowe story. Przyznacie, że brzmi to dość kuriozalnie.

Pierwsze wrażenie przy lekturze „Happy!” to na pewno lekka konsternacja. Świat w komiksie jest brutalny, wulgarny, zatęchły. Tak malują go początkowe strony pierwszego zeszytu. Kiedy już wydaje się, że jesteśmy w domu, nagle Grant Morisson wali nas po głowie obuchem swojej wyobraźni – pojawia się tytułowy bohater, i właściwe to nie wiemy gdzie jesteśmy, ani tym bardziej, czy nie jest to jakiś wariacki pomysł scenarzysty zrodzony w oparach używek wszelakich.

Pierwszy zeszyt pozostawia po sobie spory niesmak i niepewność, czy to wszystko ogóle będzie się trzymało kupy. Na szczęście po lekturze można stwierdzić: tylko tobie to się mogło udać, Panie Morisson. Happy i Nick to na pierwszy rzut oka duet wręcz idiotyczny, jednak z każdą kolejną stroną coraz bardziej... wiarygodny. Wynika to z oswojenia z postaciami, bo choć Happy stwierdza jakie jest źródło jego natury, pokrętne i niejasne to wyjaśnienie. W tej materii pozostaje czekać na finał cyklu, ale też nie zdziwię się jeśli niebieski konik po prostu zniknie, a scenarzysta zostawi nas na pastwę pustych, bezsensownych spekulacji.

Z drugiej strony można tą konwencję kupić w całości od samego początku i po prostu dobrze się bawić. Ot, sympatyczne, fruwające zwierzątko i notorycznie rugający je dziwny facet, który w gruncie rzeczy gada sam do siebie (jak można dostrzec w niektórych kadrach). Ta relacja popycha fabułę do przodu i w ogóle po części jest motorem całej historii. Po trzecim zeszycie mogę śmiało powiedzieć, że na pewno nic Grantowi nie wymknęło się spod kontroli, jest wręcz odwrotnie – wszystko zaczyna się układać w logiczną całość. Można temu komiksowi zarzucić przesadną wulgarność, ale w kontekście bohaterów i napotkanych sytuacji da się to zrozumieć.

Co do strony wizualnej mogę tyko powiedzieć, że Darick Robertson jest poprawny do bólu. Nic tam nie przeszkadza w lekturze, kolorystycznie paleta barw pasuje do opowiadanej historii. Wyjątkiem jest oczywiście koncepcja postaci Happy'ego – jak już wspominałem, to 100% cartoon, postać żywcem wyjęta z bajki dla małych dzieci i wrzucona w otchłań patologii. Komiks ma w sobie poza tym szczyptę stylistyki noir, może dlatego, że większość akcji dzieje się po zmierzchu, na tle wielkomiejskiej dżungli.

W kwietniu ukazało się wydanie zbiorcze, a ktoś inny (jakiś desperat!) podobno jest zainteresowany ekranizacją. Świadczy to chyba, że komiks został doceniony. Na pewno nie jest to seria dla wszystkich (niektórych z pewnością odrzuci), tym niemniej warto się przekonać samemu, czy ta konwencja nie przekracza waszego progu wytrzymałości. Ja czekam na finał licząc, że zwieńczenie serii będzie tak samo oryginalne jak cała reszta komiksu.

Tekst pierwotnie ukazał się na blogu Pawła Szczygielskiego "Bullets Are The Beauty"

#1310 - Chrupek i Miętus - dzikie zwierzęta

Książka „Chrupek i Miętus - dzikie zwierzęta” zawiera trzy opowiadania, w których mamy okazję poznać tytułowych bohaterów i przekonać się, że Miętus i Chrupek nie są miłymi, małymi zwierzątkami-przytulankami, a wręcz przeciwnie, co sugeruje sam podtytuł. Zresztą ilustracja na okładce zapowiada (ostrzega?), że nie będziemy mieli do czynienia z cukierkowymi postaciami: zielona żaba trzyma w prawej ręce nóż, a żółty zając zaciska pętlę. Dodatkowo oboje złowrogo i cwaniacko „suszą zęby”.

W pierwszym opowiadaniu Miętus próbuje odnaleźć las, w którym mieszka razem z Chrupkiem i przyjaciółmi na mapie świata: „Już trzy dni nas szukam. Przeczytałem wszystkie napisy małymi literkami – i nic”. Skoro nie można znaleźć na mapie ich lasu, to rezolutny Chrupek proponuje, aby go wyniuchać. Nagle zjawia się nieproszony gość, Dzik, który przyłącza się do poszukiwań. Niucha, niucha i niespodziewanie zasypia. Zbudzony coś przeżuwa, okazuje się, że kawałek mapy. Miętus nie wytrzymuje nerwowo, chwyta za nóż, aby wypatroszyć Dzika i odszukać zaginiony kawałek mapy. Chcę wyraźnie podkreślić, że Zielona Żabka ma wyraźne problemy z panowaniem nad emocjami. Na szczęście dla Dzika Chrupek ma w zanadrzu masę logicznych argumentów, które pomagają przyjacielowi odzyskać panowanie nad sobą. Dodatkowo niedoszła ofiara wpada na genialny pomysł ocalenia swojej skóry.

W następnym opowiadaniu przy okazji „spisu powszechnego” w Lesie poznajemy dalsze cechy charakteru Miętusa, który okazuje się być despotą, chcącym mieć wszystko pod kontrolą.

W ostatnim, tytułowym, opowiadaniu autorka także skupia uwagę czytelnika na Miętusie, który ma ochotę przygotować na obiad kurczaka w pysznym sosie. Jednakże biorąc pod uwagę, że w lesie nie ma kurczaków decyduje się wymienić główny składnik na innego ptaka – na srokę. Ta historia jest najbardziej przerażająca i mrożąca krew w żyłach w całym zbiorze. Niby „Chrupek i Miętus” to książka przeznaczona dla dzieci, ale w pierwszym odruchu można mieć duże wątpliwości, w końcu ma dojść do morderstwa, a nawet aktu kanibalizmu. Ostatecznie wszystko się dobrze, a nawet bardzo dobrze, kończy. Jak? Oj, tego nie będę zdradzał.

Miętus to szelma. Chrupek ma dobre serce i tylko czasami bywa naiwny. Obaj się, mimo tak różnych charakterów, świetnie dogadują. Są prawdziwymi przyjaciółmi.

Koncepcja graficzna książki jest w wielu miejscach zbieżna z medium komiksowym. Autorka nie stosuje ani ramek, ani dymków, ale gdyby ktoś chciał, to mógłby je sobie dorysować. Przeważnie na stronie mamy trzy segmenty, które są wyraźnie od siebie oddzielone, niczym kadry. Co prawda nie ma dymków „przypiętych” do postaci, ale każdy z bohaterów ma swój kolor czcionki. Ten prosty chwyt powoduje, że czytając nie mamy wątpliwości kto teraz mówi. A jeśli są kwestie wypowiadane przez więcej niż jednego bohatera, to wówczas każda litera jest napisana innym kolorem. Nie ma narratora, choć jeszcze w pierwszej książce serii (czyli w „Chrupek i Miętus - wrażliwcy”) był. Akcja toczy się wartko, gdyż zbudowana jest z samych dialogów i innych wypowiadanych przez bohaterów kwestii.

Dla mnie książka Dlephine Bournay jest fenomenalną publikacją. Bardzo dobrze się bawiłem, czytając opowiadania pomieszczone w tym zbiorze. Mnie one śmieszą i uważam, że obie postaci kryją w sobie głębokie pokłady prawdy o ludzkim charakterze i jego ciemnej stronie. Chociaż spotkałem się z opinią całkowicie odmienną: „Po pierwszym opowiadaniu zapadła znacząca cisza. Po drugim niektórzy zdecydowali się na niezbyt pochlebne oceny, po trzecim ja byłam już całkiem zażenowana i czym prędzej chciałam zakończyć spotkanie z apodyktyczną żabą i głupiutkim królikiem. (...)Kluczowym błędem tej książki nie jest bowiem dosadny charakter niektórych wątków, ale całkowity brak humoru”. Tak, nie wszystkich śmieszą komiksy Janka Kozy czy Latający Cyrk Monty Pythona.