sobota, 30 marca 2013

#1268 - Goliat

Zdumiewająca reinterpretacja jednej z najpopularniejszych przypowieści biblijnych. Komiks, który śmiało podrzucać możemy znajomym zainteresowanym opowieściami obrazkowymi tak bardzo, jak losem much w Argentynie. Nawet ich powinien przekonać, tak wartościowe i przystępne jest to cholerstwo.

Tom Gauld postawił na minimalizm, ale nie od dziś wiadomo, że skrajna prostota nie wyklucza niejednoznaczności i drzemać w niej może prawdziwie imponujące bogactwo treści. W Polsce śmiało dowodziły tego choćby komiksy Jasona - przede wszystkim poruszające "Stój..." - acz stawianie tych artystów zbyt blisko siebie byłoby dla nich krzywdzące. Pomimo pewnych istotnych podobieństw, do których zaliczyć należałoby także slalom smutku i humoru oraz zamiłowanie do absurdu i zabawy utartymi wzorcami, posiadają oni odmienne style. Bynajmniej nie tylko za sprawą zgoła różnej, w obu wypadkach tak samo specyficznej, oprawy wizualnej.

W "Goliacie" nie uświadczymy typowej dla słynnego Norwega żonglerki gatunkowej, ponieważ jego szkockiego kolegę po fachu interesuje rewizjonizm. Centralną postacią swojej historii Gauld czyni olbrzyma, który nie jest, jak wynika z pełnej fałszu i sprzeczności Biblii, potężnym wojownikiem, a fajtłapowatym pacyfistą, który nigdy muchy by nie skrzywdził. Jego postura jest jednak dla jego przywódcy wystarczająca, ażeby to właśnie go odziać w zbroję i wysłać na rzekomo skazaną na powodzenie "wojnę psychologiczną" z Izraelitami. Mało tego, samo wybranie go na reprezentanta wojska filistyńskiego uczyni go w oczach jego ziomków mocarnym żołnierzem, a ubranie go w efektowną zbroję i zmuszenie do wzięcia udziału w (mającym nie mieć nigdy miejsca) pojedynku - istotą wręcz nadludzką. Taką, która żywi się kamieniami i krzesi ogień spojrzeniem.

Autor inteligentnie posługuję się prawidłami socjologii, aby niejako od podszewki przedstawić nam proces budowania mitu, okazujący się być równoznacznym zwykłemu powstawaniu plotki. Równie chętnie przedstawia też zrzucanie spopularyzowanej jednostki z piedestału, co kojarzyć się może z ciemną stroną peerelowskiego przodownictwa pracy. Ale cóż, wszystkie mity i legendy przynależne są sferze wyobraźni i w tym akurat kontekście ważniejsze jest to, co Goliat może symbolizować, niż to, kim mógłby być w rzeczywistości. Niemniej jednak kontekst całości jest znacznie szerszy i to drugie interesuje szkockiego artystę dużo bardziej. Realistyczne ujęcie przypowieści skonfrontowane z jej sztucznym podkolorowaniem pozwala mu zaś uwypuklić absurdalność egzystencji i bezsens wojny, a także bardzo przekonująco skrytykować nazbyt żądną wszelkich wrażeń naturę ludzką. "Tylko parę rundek z niedźwiedziem. Nie pożałujesz" - zaproponuje powszechnie znanemu już bohaterowi pewien żołnierz. - "(...) Mógłbyś się nieźle obłowić. Podzielimy kaskę na pół. A 'Olbrzym kontra niedźwiedź' brzmi nieziemsko."

Kolejne dni upływają tu zwykle pod znakiem monotonii oraz kontemplacji, co - wespół z do bólu ascetycznymi rysunkami, na których oprócz dwóch wiadomych barw pojawia się ledwie jeden kolor (brąz) - szybko przywodzi na myśl kino Jima Jarmuscha. I tak jak słynny reżyser, tak i Gauld okazuje się prawdziwym mistrzem "fabularnej nudy". Miejsce ciasnych pomieszczeń, charakterystycznych dla wczesnych, kręconych na czarno-białej taśmie filmów Amerykanina, zajmuje w "Goliacie" otwarta, a jednak jakby niewoląca bohatera przestrzeń. Nie bez wpływu na odbiór całości pozostaje też wszystko to, co możemy na niej odnaleźć. 

Funkcję bębna wybijającego rytm opowieści pełnią obserwacje skąpej i surowej przyrody. Za nią kryje się być może nieubłagany, starotestamentowy Bóg, który wybrał bohatera na konieczną do poświęcenia ofiarę. Wszak kolejne wschody i zachody słońca nieuchronnie zbliżają go do spotkania ze słynnym pasterzem, a i zresztą sposób, w jaki słońce jest przedstawiane, sprawia wrażenie jakby było stałym obserwatorem kolejnych wydarzeń; wreszcie pojawiająca się przed finałem wichura prezentuje się niczym zapowiedź apokalipsy. Ogromna ilość miejsca, które owa przyroda otrzymuje, czyni ją kolejnym, po naszym prawie-wojowniku i jego dziewięcioletnim giermku, bohaterem. Jej rola, tak jak i części innych elementów tej odświeżającej historii, nie jest jednak jasna, gdyż Gauld bawi się językiem medium, czasem celując w przejrzystość i klarowność, a czasem w sugestywność i niedopowiedzenia poszerzające pole interpretacji.

Co może zasługuje na największą pochwałę, brak możliwości większego zaskakiwania czytelnika Szkot uczynił swoim walorem. Bezsensowność ozdabiania takiego akurat scenariusza ostrymi punktami zwrotnymi nie wyklucza przecież porządnej dramaturgii. Jej podstawą okazuje się specyficzny suspens oraz, co z nim nierozerwalnie związane, coraz większa sympatia, jaką darzymy poczciwego Filistyna. To nasza nad-wiedza, wynikająca ze znajomości przypowieści, oraz fakt, iż autor każe bohaterowi z pokorą pełnić swoją nonsensowną rolę (zarazem dając mu nadzieję, iż do żadnego starcia nie dojdzie), czynią historię dramatyczną. A że tempo opowiadania to przyspiesza, to zwalnia, i przy tym nie otrzymujemy informacji odnośnie tego, ile czasu już minęło, to nie mamy zielonego pojęcia, kiedy wreszcie do słynnego pojedynku dojdzie.

Na pozór Gaulda nie interesuje budowanie jakiegokolwiek napięcia, woli uciekać się w - na zmianę - poezję i satyrę, a fragmenty refleksyjne i melancholijne przeplatać prostymi, lecz nierzadko rozbrajającymi gagami. Ale przecież, biorąc też pod uwagę nasze nieustanne oczekiwanie i konsekwentne wzmacnianie więzi z bohaterem, właśnie w ten sposób napięcie buduje. Im dłużej czekamy - smucąc się i śmiejąc po drodze - tym bliżej go jesteśmy, a im bliżej go jesteśmy, tym bardziej cenimy sobie jego towarzystwo. Efektem tego nie chcemy, żeby ginął, kibicujemy mu i mamy nadzieję, że w tej wersji przypowieści Dawid wcale nie istnieje. Tyle że wtedy, niestety, nie miałaby ona sensu.

piątek, 29 marca 2013

#1267 - Dawny Komiks Polski tom 1

Od lat powtarza się, że komiks to nie tylko miałka rozrywka dla dzieci i literatura o charakterze eskapistycznym, podkreślając artystyczne walory opowieści obrazkowych. Ale pamiętać trzeba, że u podstaw współczesnych, wyrafinowanych „graphic novels” przeznaczonych dla wyrobionego czytelnika legła właśnie obrazkowa pulpa. Publikowana na łamach gazet, przeznaczona dla masowego czytelnika, schlebiająca niskim gustom, kiczowata i zabawna.

Co ciekawe, o ile amerykańskie „sunday stripes” czytały głównie dzieciaki, o tyle polskie „filmy obrazkowe” z podobnego okresu adresowane były często (częściej?) dla dorosłych. Nie tylko dlatego, że obecne w nich był sceny dość śmiałe obyczajowo, ale przede wszystkim poruszały tematy obyczajowo-społeczne, a nierzadko były mocno zaangażowane politycznie. Prasa dwudziestolecia międzywojennego roiła się od komiksów i protokomiksów. Do dziś właściwie żadne z tych pozycji nie doczekały się wznowień przybliżających czytelnikom korzenie polskiego komiksu, ale przecież także rysunku satyrycznego i szeroko pojętej grafiki, pokazując pewne źródła i ciągłość rodzimych tradycji prasowej karykatury. Nowopowstałe Wydawnictwo Komiksowe postawiło sobie ambitne zadanie przybliżenia najwybitniejszych pozycji tamtego okresu i wraz z najwybitniejszym znawcą tej materii, Adamem Ruskiem, wystartowało z cyklem Dawny Komiks Polski. Na jego łamach mają być prezentowane najciekawsze osiągnięcia międzywojennych „filmów obrazkowych”. Na pierwszy ogień poszła Warszawa roku 2025 i Pan Hilary i jego przygody.

Pierwszy odcinek tej pierwszej serii ukazał się 27 listopada 1924 roku na łamach „Szczutka”, lwowskiego tygodnika satyryczno-politycznego. Paradoksalnie, przedstawia satyryczny obraz nie Lwowa, lecz właśnie tytułowego miasta, w którym to autorzy komiksu – Aleksander Świdwiński i Benedykt Hertz – mieszkali. Osadzona w ówczesnych realiach, pełna aluzji i postaci znanych powszechnie większości warszawiaków opowieść obrazkowa dziś bez odpowiednich komentarzy i wyjaśnień jest wręcz nieczytelna (Rusek na szczęście służy przypisem). Środowiskowa satyra pozbawiona niemal w całości mocniejszych akcentów politycznych broni się jednak uniwersalnym humorem, opartym na prostych, ale nie prostackich, konceptach. Aby przetrwać reformę monetarną rządu Władysława Grabskiego główny bohater imieniem Piotr i jego bezimienna małżonka zapadają w stuletni sen. W roku 2025 budzą się w Warszawie, której zupełnie nie poznają, a nieporozumień i śmiechu z nich wynikających jest tyle, co komentarzy do ówczesnego życia stolicy.

Natomiast Pan Hilary i jego przygody to opowieść o z wolna wymierającym, ale w okresie dwudziestolecia wciąż jeszcze liczącym się społecznie bogatym ziemiaństwie. Komiks autorstwa Kamila Mackiewicza i Antoniego Bogusławskiego to rzecz utrzymana w gawędziarskim nieco stylu, a sam pan Hilary z fizjonomii przypomina Zagłobę z Trylogii. To typowy szlachciura o sarmackim rodowodzie, przepuszczający resztki swojego majątku na hulanki, niepotrafiący gospodarzyć, naiwny, głupi i arogancki. Jego wyprawa do Warszawy w celu uzyskania „dolarowej pożyczki” zamienia się w serię zabawnych wypadków, podlaną absurdalnym sosem. Pan Hilary i jego przygody ukazywał się na łamach „Tygodnika Ilustrowanego” od połowy lipca 1929 do połowy kwietnia roku następnego. Podobnie jak Warszawa, także ten „film obrazkowy” jest znakomitym obrazem zarówno epoki, jak i literatury groszowej tamtego okresu.

Pod względem wizualnym Pan Hilary prezentuje się znacznie okazalej. Dopracowana, szczegółowa, ale karykaturalna kreska Mackiewicza w niczym nie odbiegała od światowego poziomu tego typu produkcji. Myślę, że do dziś wielu polskich twórców może wiele nauczyć się od wiekowego rysownika. Co innego Świdwiński – jego rysunki są bardzo proste, niedokładne, niekiedy trudno się zorientować, co przedstawiają. Warsztatowo może nie jest tak mocny, jak Mackiewicz, ale w jego kadrach widać więcej improwizacji, luzu i jakieś dezynwoltury.

Przypuszczam, że prezentowane w cyklu Dawny Komiks Polski pozycje nie staną się rynkowymi przebojami. Nieatrakcyjne pod względem graficznym, posługujące się archaiczną narracją raczej nie trafią do masowego odbiorcy (o ile w ogóle o takim można mówić w przypadku środowiska komiksowego) ani do przypadkowych odbiorców, którzy aby sięgnąć po komiks, muszą go zobaczyć w kiosku albo w telewizyjnej reklamie. To rzecz raczej dla koneserów, fanów i kolekcjonerów.

czwartek, 28 marca 2013

#1266 - Comic Book Confidential

Z dzisiejszej perspektywy „Comic Book Confidential” (rok produkcji – 1988) mocno się zestarzał. I nie chodzi mi tylko o to, że w opisie historii amerykańskiego komiksu Ron Mann dochodzi mniej więcej do końcówki lat osiemdziesiątych, tylko o pewną optykę. Film kończy się bowiem w chwili narodzin nowoczesnej sztuki komiksowej. Na momencie przełomu, dzięki któremu, dzisiejszy komiks wygląda tak, a nie inaczej.

Trudno dziś wyobrazić sobie losy historyjek komiksowych z pominięciem Alana Moore`a (którego nieobecność w tym filmie wydaje się wręcz znamienna), bez brytyjskich najeźdźców, z Neilem Gaimanem i Grantem Morrisonem na czele, po przybyciu, których mainstream nigdy nie był już taki sam. Na współczesny kształt rynku komiksowego ogromny, wręcz decydujący wpływ miał sukces i upadek masowego rynku zeszytów superbohaterskich i pojawienie się twórców niezależnych, będących niejako spadkobiercami podejścia Willa Eisnera i myślenia Arta Spiegelmana, a wcześnie Roberta Crumba i rzeszy twórców undergroundowych. O Danielu Clowesie czy Chrisie Ware (o Charlesie Burnsie już wspomniano) dopiero usłyszymy. Można powiedzieć, że z pieczołowitością godną sumiennego dokumentalista Mann dał obraz komiksowego „wczoraj” zatrzymując się tuż przed nastaniem „dziś”.

Historia przemysłu komiksowego zaczyna się od tandetnej rozrywki, od tych zabawnych historyjek obrazkowych drukowanych w gazetach kosztujących kilkanaście centów. Tam właśnie zaczną pojawiać się superbohaterowie, tam zadebiutują wojenne propagandówki i ckliwe romanse, pulpowe sci-fi i pełne makabrycznych scen horrory. Wzlot komiksów do popularność nie został zahamowany słynnym Comics Code Authority, lecz z pewnością opóźnione zostało jego wejście w dorosłość, a jego łatka medium infantylnego, skonwencjonalizowanego, przeznaczonego dla dzieci mocno się umocniła. To przecież czas, gdy do głosu dochodzi Stan Lee ze swoimi klasycznymi superbohaterskimi kreacjami, popularnymi, niewątpliwie kultowymi (także i dla mnie), ale bardzo "komiksowymi". Z takim stereotypem komiksu już wkrótce zaczną walczyć twórcy antysystemowi. Undergroundowe pokolenie roku 68 wypowiedziało wojnę nie tylko cenzurze, ale również przemysłowi komiksowemu. W drugim obiegu zaczęły ukazywać się komiksy polityczne niepoprawne, wulgarne, ostro komentujące ówczesną rzeczywistość. I choć komiks mainstreamowy dominuje to do głosu zaczyna dochodzić twórcy o zupełnie innej mentalności, innych oczekiwaniach, z artystycznymi ambicjami albo po prostu z chęcią wywrócenia tego wszystkiego do góry nogami…

W roli jaskółki, zapowiadającą zupełnie nowe erę wystąpił Frank Millera ze swoim "Powrotem Mrocznego Rycerza". Album, mocno kontestował ówczesną amerykańską rzeczywistość, choć był już częścią „systemu”. To z punktu widzenie Manna, obok kombinowania z narracją i konwencją, uciekania form typowych dla narracji superbohaterskich i nie ograniczanie się tylko do gatunkowych klisz, było najważniejsze. Z dzisiejszej perspektywy ważniejsze wydaje się to, że w przypadku "DKR" możemy mówić o realizacji autorskiego konceptu w ramach bardzo silnie skonwencjonalizowanego gatunku. Zresztą, chyba nie przez przypadek Eisner prezentowany jest jako twórca nieszablonowego „Spirita”, a nie jako pionier „graphic novel”, Spiegelman (wraz z żoną) występuje jako wydawca magazynu „Raw”, a nie autor „Mausa”. To pokazuje jak inna była optyka lat osiemdziesiątych i jak rożni się od dzisiejszej perspektywy.

W „Comic Book Confidential” uderzyło mnie to, w jaki niezwykły sposób komiks sprężony jest z amerykańskimi dziejami. Mann w serii bezpośrednich rozmów z jednymi z najwybitniejszych artystów komiksowych patrzy na jego historię przez pryzmat przemian społeczno-obyczajowych, często w kontekście mocno politycznym. „Wielka historia” miała niebagatelny wpływ na rozwój medium obrazkowego, a i komiks pewnie też nie pozostał dłużny w tej materii. Od konserwatywnej cenzury ogarniętej gorączką polowania na „czerwonych” do eksplozji wolnej miłości i liberalnych swobód, od prostego narzędzia propagandowego przez pulpową, związaną z biznesowo-kulturowym establishmentem rozrywkę, aż do artystycznych poszukiwań, łamiących rynkowe schematy – jednego (historii) od drugiego (komiksu) oddzielić się nie da. Dziś, gdy słowo kryzys odmieniane jest na wszystkie możliwe sposoby warto przyjrzeć się temu aspektowi.

Od kilkudziesięciu lat mainstreamowy komiks amerykański zamknął się we własnej niszy. Adorowany przez grupkę gorliwych akolitów nie wychyla nosa poza swoje getta. Niemal całkowicie niewrażliwy na zmiany zachodzące we współczesnym świecie, ogranicza się ewentualnie do zaaranżowania spotkania Baracka Obamy ze Spider-Manem. Postoją, przybiją piątkę w blasku fleszy, pokażą się na okładce i rozejdą. Tyle. Komiks w masowym wydaniu jest bardzo konserwatywny w swojej formie i treści, z rzadko pozwala sobie na jakieś eksperymenty. Często brakuje mu języka, aby powiedzieć coś świeżego, coś ciekawego, coś nie byłoby jedynie mieleniem ogranych klisz. I wcale nie ma ochoty, aby się zmieniać… 

środa, 27 marca 2013

#1265 - Komix-Express 178

Mucha Comics po rozstaniu z Marvelem szuka pocieszenia w ramionach wielkiego konkurenta Domu Pomysłów, DC Comics. Duńsko-polskie wydawnictwo raz za razem prezentuje tajemniczo brzmiące zapowiedzi na swoim facebookowym profilu – tyle wiadomo, że chodzi o Batmana. Ale nie tego z Nowej 52, tylko wcześniejszego. I ma pojawić się we wszystkich planowanych przez Muchę komiksach, choć niekonieczne w ich tytułach będzie widniała miano Mrocznego Rycerza. No i w sumie mają te nowe komiksy pojawiać się z zabójczą regularnością, bo raz na pół roku. Premiera pierwszego została zapowiedziana Międzynarodowy Festiwal w Łodzi. Już możecie spekulaować. „Long Halloween” Jepoha Loeba i Tima Sale`a? „Year 100” Paula Pope`a? „Gotham Central” Rucki i Brubakera? A może „Justice”, które swego czasu znajdowało się w zapowiedziach Manzoku?

Centrala zapowiedziała swoje premiery i ofertę filmową festiwalu Ligatura (przypominamy – Poznań, 18-21 kwietnia). Na imprezie będzie można zobaczyć trzy filmy poświęcone sztuce komiksu. Będą to „Comic-Con Epizod V: Fani kontratakują”, premierowy „Wonder Woman: Nieopowiedziana historia amerykańskich superbohaterek” oraz znany i lubiany „Comic Book Confidential”. Projekcja kolejnych obrazów zaplanowana jest na kolejne dni konwentu. „Comic-Con” pokazany zostanie 18 kwietnia 2013, o godzinie 21.30, w kinie Muza, przy ul. św. Marcin 30 (bilet kosztował będzie 5 złotych). Projekcję „Wonder Woman” przewidziano na 19 kwietnia 2013, na godzinę 22.00 (cena – 10 złotych), natomiast „CBC” uświetni ostatni dzień festiwalu o godzinie 14:00 (bilet – 10 złotych). „Wonder Woman! The Untold Story of Amercian Superheroines” to całkiem świeża produkcja, bo z 2012 roku. Wyreżyserowana została przez Kristy Guevara-Flanagan i tak przedstawia się jej opis:

Film „Wonder Woman: Nieopowiedziana historia amerykańskich superbohaterek” przedstawia fascynującą ewolucję oraz spuściznę komiksów o Wonder Woman. Począwszy od narodzin tej komiksowej superbohaterki w latach 40. XX w. po powstanie współczesnych dzieł, które stały się prawdziwymi hitami, "Wnder Woman!" przygląda się, w jaki sposób popularne silne postaci kobiece często odzwierciedlają społeczny niepokój związany z wyzwoleniem kobiet. Twórcy „Wonder Womana” rozmawiają z Lyndą Carter, Lindsay Wagner, twórcami komiksowymi oraz prawdziwymi superbohaterkami, m.in. Glorią Steinem i Kathleen Hanna, które w pouczający i zajmujący sposób prezentują swoją pozycję w zdominowanym przez mężczyzn gatunku.

Inauguracja Galerii Komiksu i Ilustracji "Tymczasem we Wrocławiu" będzie miała miejsce 5 kwietnia o godzinie 19:00 w Centrum Kultury "Zamek". Premierową wystawą będzie "Nierealny świat" Przemysława Truścińskiego. Galeria powstaje aby przedstawiać twórczość najciekawszych artystów krajowych i zagranicznych. Na ścianach galerii zaprezentujemy smakowite grafiki, ilustracje i plansze komiksowe. Charakterystyczna twórczość Truścińskiego jest pełna dynamiki i mrocznego klimatu. Artysta używa różnych konwencji, aby kreować światy podlegające onirycznej deformacji. Perfekcyjnie skonstruowane, doskonałe narracyjnie grafiki artysty budują nastrój, w który łatwo można się zanurzyć. Na ekspozycję składają się prace z różnych okresów twórczości Truścińskiego. Zarówno wczesne, z lat dziewięćdziesiątych, jak i najnowsze rysunki.

Trwa podróż (czy raczej dobiega końca) Tony`ego Sandovala po Polsce. Promujący swój nowy komiks „Doomboy” rozpoczął zwiedzanie naszego pięknego kraju od stolicy. W Warszawie zawitał 22 marca. Potem zdążył już odwiedzić Bydgoszcz przy okazji Bydgoskiej Soboty z Komiksem (co miało miejsce 23 marca), potem wpadł do Łodzi (dzień później, 24 marca), aby trafić do Krakowa na Krakowski Festiwal Komiksu (25.03). 26 pojawił się w Gdańsku w Pracowni Komiksowej WiMBP, a dzień później zaliczy ostatni przystanek na swojej trasie, czyli ponownie Warszawę (Dom Kultury TuPraga). Oby jego wątroba wytrzymała!

Szymon Holcman nominowany przez TVP Kultura. Głowa wydawnictwa Kultura Gniewu ma szanse zdobyć nagrodę Gwarancje Kultury w kategorii Menadżer Kultury. Doceniony został za za osiągnięcia wydawnictwa KG, które skutecznie wprowadza literaturę komiksową do głównego nurtu naszej kultury, popularyzuje klasykę światowego komiksu oraz odważnie publikuje twórczość polskich autorów. Wśród innych nominacji można znaleźć Romana Gutka i Violettę Łabanow. Wyniki zostaną przedstawione 13 kwietnia bieżącego roku. Gratulujemy Szymonowi (właściwie całej ekipie Kultury, której należy się ta nominacja) i trzymamy za niego kciuki.

Szybki Lester - znany z produktowej serii „Pokolenia” - powraca! Michał Jałoszyński (scenariusz) oraz Michał Lasota (rysunek) na łamach autorskiej serii przedstawiają przygody lubującego się w białym proszku bohatera, u boku którego znajdziecie równie znanego ze wspomnianej serii Lewara. Pierwszy z planowanych pięciu zeszytów to materiał znany już niektórym z cyfrowej odsłony. Na papierze, w zremasterowanej wersji oraz z fantastyczną okładką Anny Heleny Szymborskiej, daje przedsmak tego, co znajdzie się w kolejnych częściach. Natomiast połączenie narkotyków, seksu i filozofii oznacza, że produkt ten powinien trafić wyłącznie w ręce dojrzałych czytelników. Pierwszy numer miał swoją premierę miał 23 marca podczas Bydgoskiej Soboty z Komiksem 2013. Został on wydany przez Wydawnictwo ATY. Liczący sobie 24 strony zeszyt kosztuje 7 złotych.

Andy Diggle nie będzie scenarzystą „Action Comics”. Znany z między innymi „Daredevila”, „Loosers”, „Swamp Thinga” czy „Thunderbolts” twórca nie zdecydował się na przejęcie schedy po Grancie Morrisonie i wzięcie udziału w fetowania 75. urodzin Człowieka ze Stali. Czemu? „Powody zawodowe”, jak odpowiada. Cóż miałaby znaczyć taka deklaracja – nie wiadomo. Oczywiście w oficjalnych oświadczeniach czytamy, że wraz z Mattem Idelsonem, redaktorem linii serii z Supermanem, rozstaje się w pełnej zgodzie i ma nadzieję, że w przyszłości, jeszcze podejmie z nim współpracę, ale jak piszesz niczego nie żałuje. Zapewnia że była to dobra decyzja. „AC” zostaje na lodzie, z Tony`m Danielem, jako rysownikiem i scenarzystą w jednym.

piątek, 22 marca 2013

#1264 - Criminal vol.1 Coward

Leo Patterson to prawdziwy mistrz kieszonkostwa, aczkolwiek doświadczenie ma i w przestępstwach większego kalibru. Jedni bardzo cenią sobie jego rzemiosło i profesjonalizm, drudzy natomiast postrzegają go jako zwykłego tchórza. Bo tak samo dobry jest w kradzieżach i planowaniu skoków, co w unikaniu przemocy i błyskawicznych ucieczkach w razie zagrożenia. O czym jednak wielu nie wie, wszystko to wynika z zasad, którymi postanowił się w życiu kierować. I, niespodziewanie, niektóre z nich przyjdzie mu na naszych oczach złamać. "Tym, czego potrzebowałem, była maszyna do podróży w czasie, żebym mógł wrócić i nie popełnić tych wszystkich błędów" - wspominać będzie w pewnym momencie. - "Ale z drugiej strony wtedy prawdopodobnie popełniłbym inne i byłoby tak samo źle."


"Coward", pierwsza opowieść składająca się na (rozgrywany w fikcyjnym Center City) cykl "Criminal", to już od pierwszej strony wyraźny ukłon w stronę tradycji noir. Rzecz do samego końca bardzo klasyczna, ale wyraźnie zakotwiczona we współczesności i unikająca popadania w sztampę, swoją siłę czerpie przede wszystkim z miłości, jaką scenarzysta darzy gatunek, oraz empatii, z jaką wespół z rysownikiem portretuje swoje postaci. Fabuła okazuje się być zresztą bardziej podyktowana charakterami bohaterów, niż związaną z pewnym napadem intrygą. Ci najważniejsi z nich okazują się zaś tak przekonujący, jakby komiks stanowił dokumentalny zapis żywotów prawdziwych ludzi.

Motorem napędowym opowieści jest narracja subiektywna. Napisana niezwykle lekko, bardzo prostym, ale też pięknym, czasem wręcz - za sprawą okazjonalnej aluzyjności i metafor - poetyckim językiem, lekturę dzieła czyni błyskawiczną. Na szybkość czytania niewątpliwie wpływa też prostota samej historii, choć ta jest bardziej przewrotna i niejednoznaczna, niż to się początkowo wydaje. Wszystko to za sprawą wcale przemyślanej konstrukcji scenariusza, opartej na niewidocznych początkowo niedopowiedzeniach oraz skokach czasowych. Te pierwsze służą oczywiście skutecznemu zaskakiwaniu czytelnika, te ostatnie zaś najpierw tylko dynamizują opowieść, a następnie też, poprzez nagłe retrospekcje do czasów dawno minionych, zbliżają nas jeszcze bardziej do bohatera. Czynią całość coraz to bardziej emocjonującą, aż do iście wybuchowego finału.

Narracja słowna kapitalnie uzupełnia tą obrazkową, miejscami zmierzającą w jakby zupełnie inne rejony, jak gdyby rozchodziło się o komiksowy odpowiednik kontrapunktu wizualno-dźwiękowego. Najlepszym tego przykładem jest zresztą sam początek opowieści, kiedy to z jednej strony obserwujemy nieudany, brutalnie kończący się napad na bank, a z drugiej "słuchamy" wspomnień bohatera o czasach jego dzieciństwa, jego nieżyjącym już, będącym legendą lokalnego półświatka, ojcu, a wreszcie przemyśleń na temat reguł służących bezpiecznemu życiu przestępcy. Być może największym plusem "Coward" jest jednak jego filmowość, niewątpliwie wynikająca także z faktu, iż rzecz początkowo pomyślana była właśnie jako scenariusz filmowy.


W trakcie lektury do głowy przychodziło mi niemało tytułów reprezentujących mniej czy bardziej "czarno-kryminalne" oblicze X Muzy. Cokolwiek absurdalne rysy wybranych wydarzeń w połączeniu z tematyką napadu przywodziły na myśl "Zabójstwo" Stanleya Kubricka; przygotowania do tegoż skoku w połączeniu z oddzielającymi kolejne rozdziały, wzmacniającymi dramaturgię informacjami o tym, w którym miejscu historii obecnie się znajdujemy, przypomniało mi z kolei o "Drugim oddechu" Jean-Pierre'a Melville'a. Leo okazujący się być postacią trochę inną niż wszyscy - w tym czytelnicy! - myślą, to koncept a la "Zabójstwo chińskiego bukmachera" Johna Cassavetesa, oparty o makabryczną zbrodnię punkt zwrotny, który pod koniec zmienia tory historii skojarzył mi się z "Dajcie mi głowę Alfredo Garcii" Sama Peckinpaha, a wreszcie za sprawą samego finiszu narracyjny punkt wyjścia okazał się przypominać nieco ten z "Bulwaru Zachodzącego Słońca" Billy'ego Wildera.

Sam Brubaker ujawnia zresztą swoją kinofilię wprost, kiedy ukazuje nam bohaterów bawiących się w odgadywanie cytatów filmowych. Unika przy tym jednak łopatologii i rzuca tytułami reprezentującymi zupełnie inne, niż szeroko pojmowane crime flick, gatunki (a dokładniej sexploitation i spaghetti western). Zabieg ten zdaje się też wskazywać na coś więcej - brak jakiegoś konkretnego wzorca. Nie, żeby brakowało jakichkolwiek inspiracji, acz wśród nich nie znalazł się ani jeden tytuł, o którym bym pomyślał. Przypomina to sytuację z głośnym "Drive" Nicolasa Windinga Refna, który posiłkował się głównie baśniami braci Grimm, kinem samurajskim i młodzieżowymi komediodramatami romantycznymi, podczas gdy recenzenci doszukiwali się wpływów westernu czy kina sensacyjnego lat 80. I wcale się nie mylili, skoro pewne wzorce dalekie są sobie tylko na pozór. Wystarczy nie ograniczać się odwiecznymi regułami. "Myślę, że historie tworzące 'Criminal' to ostateczne efekt wszystkich moich inspiracji" - wyjaśniał w jednym z wywiadów słynny komiksiarz. - "Połączone są z tym, co, jak mam nadzieję, jest moim własnym głosem, oraz z motywami, które zwykłem ciągle eksplorować."

Sean Phillips starał się z kolei unikać jakichkolwiek inspiracji, jeśli tylko nie liczyć tego, iż chciał, aby "Criminal" było bardziej europejskie niż amerykańskie. Śmiało rozbudowywał obmyśloną wcześniej przez scenarzystę stronę wizualną. Dodawał kolejne panele, ażby, niczym reżyser czy montażysta, rozciągać w czasie pewne sytuacje, tym samym pozwalając mocniej wybrzmieć tkwiącym w nich emocjom. Przy tym forma, choć imponująca, ani na moment nie rzuca cienia na treść. Wprost przeciwnie, jest jej na każdym kroku podporządkowana. Tyczy się to zarówno przepełnionych niemałą ilością tuszu rysunków Phillipsa (rysunków, jak trafnie opisywał je Brubaker, tyleż subtelnych, co sugestywnych), jak i kolorów nałożonych na nie przez Vala Staplesa. Te z jednej strony uwypuklają rodowód historii, ale z drugiej, jakkolwiek dziwacznie by to nie brzmiało, nie pozwalają jej uciec od realizmu, będącego jedną z największych zalet całości.

"Coward" jest nie tylko pozycją, którą świetnie się czyta. To jedna z tych rzeczy, które nawet dłuższy czas po lekturze siedzą w głowie odbiorcy, a ochota na pozbycie się jej wcale nie przychodzi. Oby tak samo było ze zbliżającą się powoli jej filmową adaptacją. Ale hej, za jej scenariusz także odpowiedzialny jest Brubaker, a więc szykuje się kawał porządnego kina. Znowu, ale tym razem na ekranie.

czwartek, 21 marca 2013

#1263 - Komix-Express 178

Komiksowo solidarne ubolewa nad decyzją wierchuszki MFKiG (o czym wkrótce szerzej postaram się napisać), a tymczasem gdzieś w Polsce pojawił się kioskowy „Thorgal” w wersji Hachette. Podobnie, jak w przypadku „Wielkiej kolekcji komiksów Marvela” jest to nakład testowy, dzięki któremu wydawnictwo zbada głębokość potencjalnego rynku. Pierwszym tomem w cyklu jest „Zdradzona czarodziejka”, do której dołożono plakat (przedstawiający rysunek zdobiący okładkę tomu „Barbarzyńca”) i osiem stron bonusów. Zapowiedziano również kolejne dwa albumy - „Wyspę lodowych mórz” i „Trzech starców z krainy Aran”. Za wydany w twardej okładce i pomniejszonym formacie tomik trzeba zapłacić 9.90 złotych. To cena promocyjna – regularna będzie wynosiła 29.99, a jako prezent dla prenumeratorów przewidziano „wspaniały portret Thorgala”. Tłumaczeniem komiksu zajął się oczywiście Wojciech Birek. Już można zamawiać prenumeratę, hehehe.

W zapowiedziach poznańskiej Centrali znalazł się nowy komiks tandemu Bartosz Sztybor-Piotr Nowacki. „It's Not About That” swoją premierę będzie miało dosłownie na dniach, 25 marca 2013 roku, a prapremierowo komiks będzie można kupić podczas Bydgoskiej Soboty z Komiksem. Cena okładkowa – 30 złotych bez 10 groszy, 74 strony, na miękko. Tak wygląda opis tej pozycji:

Śniadanie, obiad, kolacja, podlanie ogródka, wysprzątanie domu, przycięcie żywopłotu. To codzienność dla robota 150186 i jemu podobnych. Nudna, ale przyjemna codzienność, bo do emerytury zostało już tylko kilka dni. Ale gdyby nagle coś się zmieniło, coś poszłoby nie tak, a wszystko inne okazałoby się kłamstwem? Co wtedy zrobi 150186, by ocalić swoją nudną codzienność?

A tymczasem dwie kolejne pozycje z katalogu Centrali ujrzały światło dzienne. „PustelnikMartina Ernstsena inauguruje Centralkę, linię komiksową przeznaczoną dla młodszych czytelników. Komiks ten zdobył pierwszą nagrodę w międzynarodowym konkursie na najlepszy komiks dla dzieci ABECEDEX - Poznań 2012 podczas Ligatury. Jest sugerowany dla dzieci, które skończyły piąty rok życia. Jego cena okładkowa wynosi 34.90 zł. Całość liczy sobie 56 stron, a tak przedstawia się opis:

„Pustelnik” Martina Ernstsena to opowieść o chłopcu, który spędza wakacje u babci na północy Norwegii. Historia przedstawia rozwój przyjaźni między dwojgiem bohaterów. Autor podejmuje też problem odróżniania przez małe dziecko fantazji od rzeczywistości. Dzięki nastrojowym kolorom komiks prezentuje wiarygodny i fascynujący obraz środowiska i czasu, w którym toczy się akcja.

Drugą premierą jest wydanie dość długo odkładanych (i jakby niespecjalnie promowanych) „PowrotówKatarzyny Kaczor. Rzecz to niewielka, bo licząca sobie tylko 28 stron (cena też nie największa – 14.90 zł). I jakby niewiele da się powiedzieć o tym zeszycie.

Młoda autorka z wielkopolskiego Złotowa w swym debiucie opowiada uniwersalną historię o rozstaniach i powrotach. „Powrotach” ze spotkań z chłopakiem w innym mieście, do szarej codzienności, w której żyć można jedynie wspomnieniami i oczekiwaniem na kolejne spotkanie z Nim, na powrót do Niego. W swojej noweli graficznej Katarzyna Kaczor czekanie wpisuje w nadzieję, ponieważ w każde rozstanie wpisana jest możliwość „powrotu”.

Najważniejszą jednak informacją związaną z Centralą jest to, że podczas 4. edycji międzynarodowego festiwalu kultury komiksowej Ligatura otwarta zostanie pierwsza galeria komiksu. „Cheap East”, bo takie miano będzie nosiło to przedsięwzięcie, promować się będzie periodykiem pod takim samym tytułem. Dostaniemy więc magazyn komiksowy którego pierwszy numer ukaże się już w kwietniu. Gazeta licząca kilkanaście stron i zawierająca wyłącznie plansze komiksowe autorstwa znanych rysowników z Polski i zagranicy będzie dostępna bezpłatnie w kinach, galeriach, kawiarniach, na uczelniach, butikach itp. największych miast Polski. Nakład 1 numeru to 10 000 egzemplarzy. Ponadto, na stronie internetowej udostępniona zostanie elektroniczna wersja czasopisma. Jego celem będzie poszerzanie horyzontów światopoglądowych oraz kulturalnych mieszkańców miast, promowanie czytelnictwa w Polsce oraz promocja i prezentacja ambitnych projektów komiksowych z Polski i zagranicy. „Cheap East” ma trafiać do osób o szerokich zainteresowaniach artystycznych, literackich, muzycznych itp., aktywnych uczestników życia kulturalnego miasta oraz osób kreatywnych i otwartych na nowe zjawiska.

W dniu 15 marca 2013 ruszył preorder na pierwszy zeszyt serii komiksowej zatytułowanej „Statek namiętności”. Przedpremierowo zamawiać go można na stronie sklep.timof.pl. Jego premiera przewidziana jest na Festiwal Komiksowa Warszawa 2013. Warunkiem publikacji jest osiągnięcie 200 zamówień w preorderze. Wydawcą komiksu jest Dolna Półka, imprint wydawnictwa timof i cisi wspólnicy. Pierwszy zeszyt będzie miał 48 stron kolorowych, a w środku znajdzie się kompletna historia komiksowa oraz między innymi oryginalne opowiadanie, które stało się kanwą dla komiksu, galeria gościnna, szkice robocze. Cena? W przedsprzedaży 25 złotych, na okładce – 29.90. Komiks (oczywiście) przeznaczony jest dla czytelników dorosłych.

Po wydaniu w sumie 23 albumów pod szyldem „Strefy Komiksu” zawierających wyłącznie komiksy, Wydawnictwo Roberta Zaręby zdecydowało się na eksperyment. Kolejny numer pisma, oprócz komiksów, będzie zawierał publicystykę komiksową. Obok przedruków z „Magazynu Fantastycznego” (poprawionych i uzupełnionych) znajdą się w nim materiały premierowe. Dokładny spis treści zostanie podany za jakiś czas, a na razie dostępna jest okładka autorstwa Tomasza Bińka. Jeśli pomysł spodoba się czytelnikom (inaczej rzecz ujmując, nie odnotowany zostanie jakiś dramatyczny spadku sprzedaży), od czasu do czasu ten manewr będzie powtarzany z naciskiem na materiały premierowe. Dla mnie koncept wydaje się dość ciekawy – chętnie sięgnę po publicystykę komiksowa, która w inny sposób (bo przecież nie będę kompletował biblioteczki „MF”) jest dla mnie niedostępna.

Znany jest temat nowego numeru „Zeszytów Komiksowych” - Michał Błażejczyk i Michał Traczyk ogłosili, że wątkiem przewodnim „szesnastki” będą lata dziewięćdziesiąte w polskim komiksie. Jest to również zapowiedz zmiany formuły pisma, która odchodząc od formy monograficznej będzie skłaniać się bardziej ku sprawom bieżącym, aktualnym. Ekipa „ZK” zapowiada przybliżenie lat dziewięćdziesiątych poprzez przypomnienie twórców, czasopism, publikowanych wówczas komiksów, dotarcie do ludzi próbujących wówczas budować rynek komiksowy. Zapowiada się smakowicie. Teksty związane z tematem numeru należy przesyłać na adres redakcji do końca czerwca 2013, pozostałe teksty można przesyłać na bieżąco, przez cały rok.

Już w tym tygodniu odbędzie się druga edycja Krakowskiego Festiwalu Komiksowego. Impreza organizowana jest przez Wojewódzką Bibliotekę Publiczną w Krakowie, Instytut Francuski w Krakowie oraz Krakowskie Stowarzyszenie Komiksowe. W Mieście Polskich Królów pojawią się między innymi Tomasz Bereźnicki, Tony Sandoval i Anouk Ricard, której komiks „Kukułki Bouzona” został nagrodzony „polskim Angouleme”. Konwent odbędzie się w Artetece Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej w Krakowie (ul. Rajska 1 Kraków), w dniach 24-25 marca br. Program dostępny jest na stronie MSK. Zapraszamy!

środa, 20 marca 2013

#1262 - Mój dom

Mój dom” to niepozorna książka dla dzieci wydana w ubiegłym roku przez małe, warszawskie Wydawnictwo Entliczek, które swojej ofercie ma w łącznie cztery książki. Minimalistyczna okładka, na niej tytuł, nazwisko autorki oraz nazwa wydawnictwa. Poniżej pośrodku pustynnego (albo letniego) krajobrazu stoi dom, właściwie domek, mały, maciupeńki, bez okien, ale z drzwiami i gdyby nie strzałka, która na niego wskazuje, to istnieje niebezpieczeństwo przeoczenia go.

Przewracam kartkę – znów ten sam domek, tym razem w scenerii zimowej, u dołu strony dopisek: „Mój dom wygląda niepozornie”. Ciężko się z nim nie zgodzić. Przewracam kolejną kartkę. Tło się zmienia, nastała jesień, na dwóch stronach nadal nic się nie dzieje, sam domek jakby trochę większy, ale niewiele, są kolejne dopiski, informacje: „Mój dom nie rzuca na kolana, naprawdę nic specjalnego. Zapraszam”. Przewracam kolejną stronę i się zaczyna!

Właściwie, co się zaczyna? Początkowo trudno powiedzieć. W książce Delphine Durand wszystko dzieję się razem, od razu, wbrew logice i zdrowemu rozsądkowi. Na stronach panuje wizualny chaos, można dostać oczopląsu od kolorów, od ilości postaci, od szczegółów, dużych i małych napisów. Dużo, dużo bohaterów. Którzy z nich są głowni, a którzy poboczni? Jak się nie zgubić w plątaninie imion i pseudonimów? I w końcu do kogo należy tytułowy „dom”? Dodatkowo sekwencje zdarzeń powstawiane zostały w komiksowe klatki/kadry, ale nie da się ich czytać jeden po drugim, nie ma między nimi wynikania przyczynowo-skutkowego. Trzeba ugryźć sprawę inaczej. Postarać się odpowiedzieć na proste i znaczące pytania: jest jakaś akcja, czy jej nie ma? Co jest, a czego nie ma?

„Tylko spokojnie, oddychaj głęboko”, mówię do siebie. I otwieram książkę jeszcze raz, a potem kolejny i kolejny. I już nie mogę się oderwać. Początkowe wrażenie, że wszystkiego jest w nadmiarze, znika. Uświadomiłem sobie, że oto autorka, która zilustrowała już nie jedną książkę dla dzieci, oprowadza wycieczkę po swoim domu. Jednakże owego „domu” nie należy rozumieć dosłownie, jako fizycznego miejsca w czasie i przestrzeni zamieszkanego przez autorkę, a raczej jako wniknięcie w jej wyobraźnię. To takie oprowadzanie po umyśle, po wyobraźni, jak mówi Indianin Dugo na ostatniej stronie książki: „Przecież to nie jest wcale prawdziwy dom!” To oczywiście jedynie maleńkie ziarno prawdy o książce „Mój dom”.

Książka Delphine Durand to swoisty rejestr sensów, spis inwentarza. Wspomniany powyżej chaos jest, poprzez różnego typu zestawienia, porządkowany, nazywany i układany w odpowiednich pokojach i szufladach. Np. w domu „jest takie specjalne miejsce, gdzie się chowa wszystko, co to nie wiadomo, gdzie na razie wsadzić”, w tym pomieszczeniu jest szuflada na rzeczy, które nie istnieją, na pomysły, na które nikt jeszcze nie wpadł czy na antymaterię. Dom zamieszkują różne zwierzęta, takie dziwne (jak glucie czy potwory), ale także bardziej realne (jak króliczki, psy, koty, żyrafy czy słonie). Galeria postaci, która przewija się na kartkach książki jest ogromna, wymienię tylko moich ulubionych bohaterów: Johnny Zgroza, Mustafa, Berenika Kiełbasa, Szymon Salceson, Antoni Kiszka, Potarganiec, pan Cowieto, Kundzia.

Trudno tę książkę zaszufladkować. Dla mnie książka „Mój dom” jest komiksem. Przypuszczam jednak, że wiele osób może mieć problem z jednoznacznym określeniem, czy i w jakim stopniu jest to komiks. Choć bohaterzy często wypowiadają się „w dymkach”, są klatki kadrów, ale „brakuje” logicznej, następującej po sobie sekwencyjności zdarzeń, konsekwentnego i swobodnego przechodzenia od jednego do kolejnego kadru, który następuje po poprzednim. Chociaż sekwencyjność istnieje, wymaga tylko spostrzegawczości i aktywności: panu Bławatkowi zginął kot, szuka go, możemy szukać razem z nim - ignorując inne „historie”, przewracać kartki i wyłapywać tylko pana Bławatka, aby się przekonać czy kota znajdzie, czy nie. Tego typu „historii” jest kilka. Podobny zabieg zastosowali Aleksandra i Daniel Mizielińscy w serii „Mamoko”.

Warstwa wizualna pełni w książce Delphine Durand nadrzędną rolę, a czytelnik sam może nadawać dodatkowe sensy w warstwie narracyjnej. Zachęca do tego także autorka, która pod koniec umieściła rozdział, gdzie „można robić to, co się komu żywnie podoba”, czyli rysować po książce. Otwarte zaproszenie, do dorysowania ciągów dalszych dla niektórych „historii” opowiedzianych na poprzednich stronach, jest pewnie bardzo atrakcyjne dla dzieci lub dla osób, które potrafią rysować. Ja nie potrafię, więc jedynie dopowiedziałem sobie, co pan Bławatek mówi do swego cudem odnalezionego kota, czy i jak pies pozbędzie się ze swego grzbietu Plucia, etc. Bez wątpienia „Mój dom” jest książką, którą czyta się (i ogląda) kilka razy. Trudno się z nią nudzić. Polecam.

czwartek, 14 marca 2013

#1261 - „Nie chcesz zrobić komiksu dla dorosłych?” - wywiad z Tomaszem Samojlikiem

Tomasz Samojlik może uchodzić za symbol współczesnego komiksu dla dzieci. Zaczynał od wydawanych niemal własnym sumptem albumów, a teraz jego komiksy wydawane są w imprintach Kultury Gniewu i Centrali. O jego najnowszym projekcie, o żubrze Pompiku i o Hajnówce przeczytacie w wywiadzie przeprowadzonym przez Dominikę Węcławek i Macieja Gierszewskiego.

Komiksy takie jak "Ryjówka przeznaczenia" z miejsca urzekają młodych czytelników i nie odstraszają dorosłych. Jak pracujesz nad zawartością: masz taki dar, robisz ostrą selekcję materiału, testujesz wszystko na własnych dzieciach?
Wszystko naraz (tylko z tym darem nie jestem pewien). Wymyślam historię, która sama w sobie ma być ciekawa. I to dla mnie przede wszystkim. Jeśli mnie historia nie wciąga, to dlaczego miałbym ją rysować? Już na tym etapie robię selekcję pomysłów. Te, które są zbyt skomplikowane, czy z innego powodu nie nadają się dla małego czytelnika, wypadają lub podlegają modyfikacji. Cały czas staram się pamiętać, że ma być w komiksie jakaś wartość dodana, a więc tu i ówdzie poutykane rodzyneczki w postaci informacji przyrodniczych lub innych. Pierwszą wersję, taką do czytania, ale jeszcze bez kolorów i czasem nawet bez gotowego zakończenia testuję na moich dzieciach i daję do przeczytania znajomym specjalistom przyrodnikom. Ich uwagi pomagają mi uniknąć wpadek merytorycznych, pozwalają też poprawić jakieś gorsze, mniej zrozumiałe, czy nudniejsze momenty, wreszcie dopasować do całości jedną z wymyślonych przeze mnie wersji zakończenia.

W tym roku jeszcze jedna Twoja książka, tym razem w Centrali, będzie to "Bartnik Ignat i skarb puszczy”, czy mógłbyś przybliżyć tę publikację?
„Bartnik Ignat...” będzie moim powrotem do historii białowieskich. Tym razem fabuła komiksu obracać się będzie wokół autentycznych wydarzeń z 1795 i 1796 roku, kiedy to ważyły się losy Puszczy Białowieskiej. Po trwającym kilkaset lat okresie jej ochrony jako własności wielkich książąt litewskich i polskich królów, puszcza, po przejściu pod rosyjskie władanie, z dnia na dzień straciła swój status. Osocznicy, ludzie od pokoleń zajmujący się chronieniem puszczy, utracili wszelkie przywileje i stali się chłopami pańszczyźnianymi. Puszcza została praktycznie bez ochrony i jej losy wisiały na włosku. To, co mogło się z nią stać, najlepiej obrazuje przykład jednej z trzynastu części, na którą Puszcza Białowieska była wówczas podzielona. Straż Kraśniczańska, bo tak się ta część nazywała, trafiła w ręce rosyjskiego feldmarszałka Piotra Rumiancewa i w ciągu kilku lat została kompletnie pozbawiona drzew (do dziś na mapie puszczy widać w tym miejscu charakterystyczne trójkątne wcięcie).
Na tym tle rozgrywać się będzie opowieść o Ignacie, starym bartniku (a więc człowieku, który zakłada w lesie barcie i zajmuje się mieszkającymi w nich pszczołami, korzystając z produkowanego przez nie miodu i wosku), który za wszelką cenę chce ocalić puszczę i dawne puszczańskie tradycje przed zniszczeniem.

Mam wrażenie, że książka będzie adresowana dla tych trochę starszych młodych ludzi?
Myślę, że z „Bartnikiem” będzie podobnie jak z „Ostatnim żubrem” – fabuła na swoim podstawowym poziomie będzie czytelna dla 7-latka, starszy czytelnik będzie mógł wyciągnąć z niej więcej. Tradycyjnie, komiks opatrzony będzie przypisami. Moją ambicją jest stworzenie ciekawej, przygodowej fabuły, a jednocześnie przekazanie czytelnikom wiedzy o tradycyjnym użytkowaniu lasów sprzed kilkuset lat, o kompletnie dziś już zapomnianym związku człowieka z puszczą, w którym człowiek nie był elementem destrukcyjnym. Nie obędzie się oczywiście bez pościgów, zwrotów akcji i dramatycznych momentów!

Nie myślisz nad komiksem dla dorosłych? Masz może jakiś pomysł, który chciałbyś kiedyś narysować?
Hmm, to o tyle trudne pytanie, że pojęcie „komiks dla dorosłych” można różnie rozumieć. Jeśli ktoś za taki komiks uznaje dzieło „dorosłe” tylko dlatego, że błyska w nim golizna, rzuca się mięchem w dialogach i wyprutym flakiem w warstwie graficznej, to ja raczej czegoś takiego nie zrobię. Jednym z powodów jest oczywiście fakt, że nie umiem rysować dobrej golizny i flaków (co każdy może sprawdzić w „Wiedźmunie”), ale przede wszystkim takie „dorosłe” komiksy mnie nie bawią. Jeśli natomiast za wyznacznik dorosłości komiksów uznamy skomplikowaną, „trudną” fabułę czy eksperymenty narracyjne, to ja się jak najbardziej piszę. Jeden z pomysłów, jaki mam, dotyczy historii warszawskiego ZOO podczas okupacji hitlerowskiej. To materiał na mocną, wielowątkową, opowieść, dodatkowo związaną poniekąd z moimi zainteresowaniami badawczymi. Na pewno jednak nie zabiorę się za to w najbliższym czasie.

Mieszkasz w Białowieży? Jak to jest mieszkać daleko od dużego miasta? Jakieś pozytywy mógłbyś podać?
Uściślając – w Białowieży pracuję, mieszkam zaś w „bramie do Puszczy Białowieskiej”, czyli w Hajnówce. A jak to jest mieszkać daleko od dużego miasta? Dobrze jest. A nawet bardzo dobrze, przez większość czasu. Mniejszość to sytuacje, gdy trzeba się dostać do lekarza specjalisty albo pójść do kina (było tu kino „Leśnik”, dziś jest market spożywczy i salon meblowy). A ta większość jest związana ze zjawiskiem, które obserwują moi znajomi i którego ja sam doświadczam, gdy wracam do domu z jakichś wojaży. Gdy pociąg wjeżdża w podlaskie lasy i mija rzadko porozrzucane osady, człowiek ma wrażenie, że znalazł się w jakiejś bańce czasowej, w której czas płynie wolniej, nie ma fejsbuka (i niekiedy zasięgu komórek), za to są rzeczy jakby żywcem wyjęte z przeszłości. Nie chcę, żeby to zabrzmiało, jakbym mieszkał w skansenie. To raczej miejsce z niezwykłym, wyczuwalnym na każdym kroku klimatem, z prastarą puszczą na wyciągnięcie ręki, z ciekawą, skomplikowaną historią pogranicza Korony i Wielkiego Księstwa Litewskiego... Ciężko mi wyobrazić sobie przeprowadzkę do dużego miasta, tutaj na każdym kroku coś mnie inspiruje.

Jako pracownik Instytutu Biologii Ssaków masz inne pozakomiksowe i pozadomowe praktyki związane z uczeniem dzieci?
Od początku mojej pracy w Instytucie (a to już 10 lat!) bardzo zależało mi na popularyzowaniu tego, co robię. Najpierw były to wykłady i artykuły popularne, ale dla dorosłego odbiorcy, dopiero kiedy pojawiły się moje smyki, wpadłem na pomysł robienia rzeczy dla dzieci. Pierwsza była książka o żubrze Pompiku - wynik mojej złości po przeczytaniu nie wiem już jak wielkiej liczby pięknie wydanych, ale pełnych koszmarnych błędów i wręcz bzdur przyrodniczych książeczek dla dzieci. Po pierwszym Pompiku powstały trzy następne, a odbiór tych książeczek zaskoczył mnie samego. Dostałem mnóstwo zaproszeń na spotkania z maluchami i miałem szansę zobaczyć na własne oczy, jak chłoną te leśne historie. Potem, pewnego razu, zaproszono mnie na spotkanie z gimnazjalistami. I tu się zaczęły schody. O Pompiku nawet nie ma co im opowiadać, bo się obrażą, spróbowałem więc o poważnych badaniach, historii Puszczy Białowieskiej, wykopaliskach, starych dokumentach w archiwach - też pudło. Wtedy uznałem, że potrzebuję czegoś także dla tej grupy wiekowej. Tak zrobiłem komiks "Ostatni żubr" o wyginięciu żubrów w Puszczy Białowieskiej, ale nie tylko o tym. Czyli moje działania popularyzatorskie skierowane do dzieci i młodzieży to nie tylko komiksy, choć dzięki nim jestem szerzej kojarzony.

A jest jakiś komiksowy ideał, do którego dążysz?
Oczywiście: ucząc bawić, wedle maksymy Tytusa de Zoo. Wychowałem się na Tytusie, Kajku i Kokoszu oraz przygodach Kleksa. Do dziś przechowuję list, który dostałem od Pani Szarloty Pawel po tym, jak przesłałem jej modelinową figurkę Kleksa. Bardzo bym chciał, by moje dzieci tak samo chłonęły komiksy jak ja kiedyś. Oczywiście sam widzę, że to raczej niemożliwe, inaczej teraz wszystko funkcjonuje, maluchy są wobec komiksu często nieufne. Niedoścignionym wzorem w budowaniu historii, gagów, klimatu jest Janusz Christa. Może nawet dziś już nie wszystko mnie tak śmieszy jak kiedyś, ale doskonale pamiętam zrywanie boków przy jego komiksach. Bardzo bym chciał, by ktoś zrywał boki przy moich, a jednocześnie, by dowiedział się czegoś, o czym wcześniej nie miał pojęcia. Bo czy Ty, Dominiko, wiedziałaś wcześniej, że rzęsorek rzeczek ma w ślinie jad? Że w ogóle mamy w Polsce takie kapitalne stworzenia jak ryjówkowate? (śmiech). A graficznie to ja nie tyle dążę do ideału, co staram się nie załamywać moim pokracznym rysowaniem. Pocieszam się, że przynajmniej historie mam w miarę ciekawe... I jest ich coraz więcej.

Twój ulubiony komiks dla dzieci, to...? (I dlaczego?)
Tylko jeden? Rany... A może być pierwsza dwójka? „Dzień Śmiechały” Christy, pierwszy świadomie kupiony w księgarni komiks, czytany setki razy. Wydaje mi się, że pamiętam zapach farby drukarskiej zaraz po jego zakupie. „Tytus, Romek i A’Tomek. Księga IX”. Podobne motywy – wielki sentyment, kapitalne gagi, odkrycie Papciowego stylu rysowania.
Współczesne – „Łauma” KRLa i „Robot dreams” Sary Varon. Pierwszy to mała, piękna perełka, drugi to smutna i śmieszna opowieść o przyjaźni narysowana tak fajnie, że każdą stronę chciałoby się przytulić.

Twój ulubiony komiks dla dorosłych, to...? (I dlaczego?)
Wszystko, co narysował Guy Davis, bo go uwielbiam (choć rysuje dużo flaków). Wszystko, co rysuje Lewis Trondheim, bo też go uwielbiam (choć i on nie stroni od flaków). „Scott Pilgrim” Bryana Lee O’Malleya, bo czekanie na kolejne tomy było jak kiedyś czekanie na kolejne Kajki i Kokosze. Dzienniki z kolejnych podróży Guya Delisle, bo to lepsze od większości powieści podróżniczych... Mogę tak jeszcze długo...

Dziękujemy za rozmowę.

[Rozmawiali Dominika Węcławek i Maciej Gierszewski]

poniedziałek, 11 marca 2013

#1260 - Thorgal: Młodzieńcze lata t.1 - Trzy siostry Minkelsonn

Dla wikingów nastały ciężkie czasy. Sroga zima utrudnia zdobywanie pożywienia. Wódz, Gandalf Szalony, wciąż nie wraca z wyprawy na saksońskie wybrzeże. Ludowi północy zaczyna doskwierać głód. Piastujący obowiązki władcy pod nieobecność swojego ojca Bjorn, żywiący urazę do Thorgala, podburza wioskę przeciw niemu. Wpada na pomysł złożenia w ofierze skalda, dzięki której bogowie znów staną się przychylni. Na szczęście dla głównego bohatera w płytkiej zatoczce przy wiosce pojawiają się trzy wieloryby. Tak zaczyna się jego nowa przygoda...

Seria „Młodzieńcze lata” ma wypełnić lukę w biografii Thorgala Aegirssona, która powstała pomiędzy albumami „Aaricia” i „Zdradzona czarodziejka”, nim bohater został przykuty do morskich skał przez Gandalfa. Opowieść wydaje się być skierowana do nieco młodszego czytelnika, uderzająca w bardziej baśniowe struny (choćby poprzez mocniejsze wyeksponowanie motywów nadprzyrodzonych) co samo w sobie nie wydaje się niczym złym. Przecież wspomniana „Aaricia”, czy „Gwiezdne dziecko” należą do jednych z najlepszych w historii serii. Autorzy „Trzech sióstr Minkelsonn”, scenarzysta Yann i rysownik Roman Surżenko, podążają podobnym tropem, co w innym spin-offie, „Louve”. Szkoda tylko, że w przeciwieństwie do Van Hamme i Rosińskiego nie potrafią uniknąć przy tym nieznośnej infantylności.

Scenarzysta opowiadając o młodzieńczej wyprawie dzielnego skalda powiela najbardziej oczywiste rozwiązania i do bólu ograne schematy obecne na łamach serii od wielu lat. Magiczna wyprawa, przykucie do skał, aby przebłagać bogów, knowania Bjorna – wszystko to już było. Ale Yann sięga także do chwytów, które zastosował w „Louve”. Thorgal, podobnie, jak jego córka w „Raissie”, wyrusza w podróż, która pewnikiem stanie się dla niego elementem inicjacji w dorosłość. Jej początek wydaje się być obiecujący, ale im dalej w las (czy też – w fiordy) tym gorzej. Im bliżej finału, tym więcej niespodziewanych zwrotów akcji, postaci pojawiających się znikąd i innych akcentów godnych miałkiego fantasy, a nie serii, która miała nieco większe ambicje. A wszystkiemu temu brakuje treści, wszystko wydaje się wysilone, przegadane. Nie ma fabularnego mięsa, lektura zostawia niedosyt.

Boli, w jak banalny sposób przedstawiono całą trójkę bohaterów. W przypadku Thorgala, który zawsze był uosobieniem cnót wszelakich (choć w rękach Van Hamme`a i Rosińskiego ta kreacja choć momentami irytująca, przekonywała), akurat najmniej, ale pokazanie Bjorna, jako despotycznego villaina, przynosi na myśl wyczyny Doktora Dooma czy Kanga w komiksowych latach sześćdziesiątych. Także Aaricia grająca rolę „damy w opałach” wypada nieprzekonująco. Na Yannicka le Pennetiera mógłbym narzekać jeszcze długo, ale warto pochwalić go za dwie rzeczy. Po pierwsze za umiejętne puszczenia oczka do fanów. Po drugie – za radosne dworowanie sobie nordyckiej mitologii. Zawołania Hierulfa „na tuzin krzywych bozonów boga Higgsa!” i „na zatrute jabłko boga Thuringa!” ubawiły mnie do łez.

Roman Surżenko dzielnie zmaga się z dziedzictwem jednego ze współczesnych klasyków komiksu europejskiego. Rosyjski artysta czuje zarówno mainstreamową estetykę, jak i graficzną konwencję komiksu, dzięki czemu jego prace przypominają prace wczesnego Rosińskiego i kojarzą się z tym, co w „Thorgalu” było najlepsze. Pośród wszystkich współtworzonych przez Surżenkę albumów ze „Światów Thorgala” ten jest najlepiej narysowany – być może dlatego, że on sam, a nie Graza, nakładał kolory? Niemniej, zachwyty nad jego kreską uważam za przesadzone. Nie mam wątpliwości, że to grafik sprawny, z solidnym warsztatem (choć wciąż przytrafiają mu się błędy – ma problem z różnicowaniem twarzy poszczególnych bohaterów i oddawaniem ich emocji), ale to nie ta klasa, co Ros za swoich najlepszych czasów. Brakuje błysku, brakuje czegoś co oddziela najlepszych, od tych, którzy mogą tylko aspirować do tego miana. Co nie zmienia faktu, że jest on jednym z najmocniejszych punktów thorgalverse. W przeciwieństwie do Yanna...

Oczywiście da się się czytać „Trzy siostry...” bez zgrzytania zębami. Twardogłowi thorgl-fani nie powinni być zawiedzeni, bo losy młodszej wersji ich ulubionego bohatera są lepsze od tego, co wpycha nam Yves Sente w głównej serii. Ale uczciwie przyznać trzeba, że nie jest to dobry komiks. Ale czy to tak naprawdę ważne? Cel został zrealizowany – kolejny album, będący odcinaniem kuponów od kultowej marki został zrobiony, słupki sprzedaży się zgadzają, jedziemy dalej. Kogo obchodzą narzekający na niespójny obraz mitologii wikińskiej, chronologię kulejącą tu i ówdzie albo czytelnicy, którzy dostają marny produkt thorgalopaodobny?

niedziela, 10 marca 2013

#1259 - Komix-Express 177

Jakiś czas temu Kolorowym Zeszytom stuknęło pół miliona unikalnych odsłon (według google-licznika). Obecnie wskazówka zwiększyła się (przynajmniej, gdy pisze te słowa) o kolejne 20 kilka tysięcy. Zwykle, w miesiącu ta liczba waha się od 14 do 18 tysięcy, natomiast dziennie trafia nam się od 500 do nawet 1000 „czytelników” (choć są wpisy, które przyciągają znacznie większą publikę). Bardzo się cieszę, że udało nam się wypracować w miarę stałą liczbę czytających. Niby głupia rzecz, a cieszy, bo przecież dla kogo prowadzimy cały ten interes? Tymczasem wraz z topniejącym śniegiem z zimowego snu budzą się nasi komiksiarze. Śledziu ostro zabrał się za „Czerwonego Pingwina”. Prezentowane na blogu, gotowe plansze prezentują się po prostu wyśmienicie. Zbyt wcześnie na takie sądy, ale wydaje się, że to (graficznie rzecz biorąc!) najlepsza rzecz, jak wyszła spod płetwy Michała Śledzińskiego. Nie mogę doczekać się efektu końcowego! A tymczasem Rafał Szłapa zastanawia się nad ciągiem dalszym „Blera”. „Stan Strachu” - tak (być może) zostanie zatytułowany czwarty album z przygodami krakowskiego herosa. Pomysł jest. Oby nie zabrakło sił na realizację i wydanie. Nie można zapomnieć o niesamowicie pracowitym Marcinie Podolcu, który na swoim blogu zaprezentował pierwsze szkice swojego najnowszego albumu. Kolec szykuje ponad 200-stronnicowy album poświęcony warszawskiemu klubowi Fugazi. Premiera – jeszcze w tym roku (wrzesień-październik – Łódź?).

W zapowiedziach wydawnictwa Taurus Media pojawiła się seria „Asgard”. Wspólny projekt scenarzysty Xaviera Dorrisona i Ralpha Meyera był pierwotnie planowany jako kolejny spin-off do "Thorgala", lecz z różnych przyczyn został wydany jako osobny tytuł w 2012 roku. Historia opowiada o losach kalekiego od urodzenia zbrojmistrza (skąd my to znamy...) i do tej pory ukazały się dwa tomy - „Pied-de-fer” oraz „Le Serpent-Monde”. Więcej o tej pozycji możecie przeczytać na blogu Jakuba Sytego. Polska premiera „Asgardu” będzie miała miejsce jeszcze w marcu, wraz z trzecim tomem serii „Jednorożec”.

Egmont zaprezentował swoje premiery na maj. I choć będzie to miesiąc konwentowy (odbędzie się wtedy Komiksowa Warszawa) to zapowiedzi warszawskiego edytora nie powalają na kolana. No, przynajmniej mnie, bo nie jestem specjalnie zainteresowany reedycjami komiksów znakomitych, które jednak już posiadam w swojej kolekcji. Mowa przede wszystkim o pierwszej „Lidze Niezwykłych Dżentelmenów” Alana Moore`a i Kevina O`Neilla, genialnym „Szninklu” Jeana Van Hamme`a i Grzegorza Rosińskiego, kolejnym „Calvinie i Hobbesie” Billa Waterrsona oraz albumie „Jeż Jerzy: Człowiek z blizną” Rafała Skarżyckiego i Tomasza Leśniaka. Pakiet uzupełniają nowe pozycje – jedenasty tom „Baśni” Billa Willinghana zatytułowany „Wojna o pokój”, „Grand Prix” Marvano, które zostanie wydane w kolekcji „XX wiek/wiek XXI” oraz kolejnej antologii „Powstanie'44 w komiksie” zatytułowana tym razem „Po/Powstaniu”.

Zaczynał od małych, niezależnych wydawnictw – błysnął albumem „Zombie Cop”. Wkrótce dał się odkryć Toddowi McFarlane`owi i dostał etat rysownika w serii „Spawn”. Potem zwrócił na siebie uwagę w DC Comics – zilustrował mini-serię „Pinguin: Pain and Prejudice”, rysował dodatkowe historie w „Detective Comic”, dołożył swoją cegiełkę do „The Return of Bruce Wayne”. Teraz Szymon Kudrański, bo o nim mowa, będzie jednym z artystów pracujących przy „Green Lanternie” Geoffa Johnsa! 6 marca do sklepów komiksowych za Oceanem trafił 18. numer serii, w którym pokazany zostanie finał sagi „The Wrath of First Lantern”, a jego oprawą wizualną zajął się właśnie Kudrański wraz z Ardianem Syafem i Markiem Irwinem. Jeśli ktokolwiek ma wątpliwości, że nasz rodak w Ameryce odwala kawał dobrej roboty i robi naprawdę karierę, to fakt, że w jego portfolio znajdują się Johns i McFarlane, Mroczny Rycerz i Hal Jordan udowadnia, że grubo się myli.

100 Naboi” powraca! Na konwencie Emerald City Comicon zapowiedziano, że scenarzysta Brian Azzarello i artysta Eduardo Risso wraz z Dave`m Johnsonem rozpoczynają prace nad „Brother Lono”. Jak sam tytuł wskazuje kontynuacja („w pewnym sensie” - jak poprawia Azzarello) popularnych „Kulek” poświęcona będzie jednej z postaci z uniwersum minutemanów, która przeżyła wielki finał w setnym numerze serii. Co wiadomo już o tej pozycji? Tylko tego, że wystartuje w wakacje, będzie rozgrywać się w kilka lat po wydarzeniach przedstawionych w oryginalnej serii i należy spodziewać się niespodziewanego. Jak opowiada Azz pomysł na ten projekt narodził się w Hiszpanii, dobre dwa lata temu, kiedy wraz z Risso jechali taksówka. Była to noc, gdy Hiszpanie sięgnęli po piłkarskie mistrzostwo świata. Oprócz Lono na kartach mini-serii pojawią się niemal wyłącznie nowe postacie.

Nie Superman: Man of Steel”, ale „Superman: Unchained” - taki tytuł będzie nosiła nowa seria z Człowiekiem ze Stali w roli głównej pisana przez Scotta Snydera z rysunkami Jima Lee. Jak zapowiadają twórcy, komiks zaprezentować będzie takie ujęcie tej postaci, a jakim nie śniło się jego fanom. Snyder chce wyjść poza dotychczasowe interpretacje Supermana, pozostając przy tym wierny tradycji i zachowując ikoniczny obraz tej postaci. Duży nacisk ma zostać położy na bohaterach drugoplanowych, ale do tej pory nie zdradzono, o jakie postacie chodzi. Ujawniono również, że Dustin Nguyen przygotuje wraz ze Snyderem kilkustronnicowe back-up stories. Premiera komiksu zapowiedziana jest na czerwiec, ale jego obszerne fragmenty zostaną pokazane przy okazji majowego Free Comic Book Day. 75. urodziny przybysza z planety Krypton zapowiadają się nad wyraz okazale – film Zacka Snydera (pierwszy z serii?), nowy solowy tytuł, przygotowywany przez najlepszych w branży i duet z Mrocznym Rycerzem – będzie się działo!

I kolejna zapowiedz spektakularnego powrotu - będzie nowa seria „Astro City”! Latem, nakładem DC Comics publikowany będzie nowy on-going, na łamach którego poznamy dalsze dzieje bohaterów, wymyślonych przez Kurta Busieka. Fani musieli czekać, aż trzy lata na kontynuacje jednego z najlepszych tytułów rozprawiających się z superobohaterskim mitem z powodu problemów zdrowotnych Busieka. Nowe „Astro City” nie będzie w żaden sposób powiązane z uniwersum DC. Pierwsza historia ma być poświęcona tajemniczemu bohaterowi nazywanemu The Broken Man, a powrócą w niej między innymi Winged Victory i Samaritan. Pojawią się również całkiem nowe postacie, takie jak American Chibi, Silver Adept, a rolę villaina ma odgrywać The Ore-Master. Oprawą graficzną zajmie się Brent Anderson, który był regularnym rysownikiem serii.

sobota, 9 marca 2013

#1258 - Jonka, Jonek i Kleks: W pogoni za Czarnym Kleksem/Smocze Jajo

Przygody Jonka, Jonki i Kleksa ukazywały się na łamach „Świata Młodych” niemal przez dwadzieścia lat – od 1974 do 1992 roku. Najważniejszy komiks w dorobku Szarloty Pawel stał się ikoną komiksu epoki PRL`u. Choć dziś wydaje mi się, że zarówno autorka, jak i jej prace, znajdują się nieco w cieniu innych klasyków z dzieciństwa. 

Dziś, w pierwszym rzędzie wymienia się raczej Papcia Chmiela z Tytusem de Zoo albo Christę z jego dzielnymi wojami, marynarzami czy kosmonautami, a dopiero potem Kleksa i Pawel. A przecież przygody dwójki nastolatków i gustującego w atramencie stworka nie odstają niczym od „bardziej kultowych” pozycji z tamtego okresu, choć są od nich zupełnie inne. Eugenia Szarlota Pawel-Kroll wypracowała bowiem swoją własną formułę komiksu dla najmłodszych. Bardzo radosną, sympatyczną, pełną niesamowitych przygód, zahaczająca momentami o groteskę i zwieńczoną (obowiązkowym) szczęśliwym zakończeniem. Wciąż w tych nieco naiwnych historiach jest całe mnóstwo specyficznego, dziecięco-młodzieżowego uroku, podlanego nieco sentymentalnym sosem peerelowskiej nostalgii.

To nie pierwsze podejście Egmontu do Kleksa. W ramach cyklu „Klasyka polskiego komiksu” ukazały się dwa kleksowe albumy. W 2003 roku swoją premierę miały „Przygody Kleksa: Złoto Alaski”, w którym zebrane zostały tytułowa historia, która pierwotnie ukazała się w 1986 oraz „Wspomnienie z wakacji” publikowane w latach 1975-76. „Kleks w krainie zbuntowanych luster” ukazał się rok później. Od tamtego czasu warszawski edytor zmienił szatę graficzną i formę wydania – zamiast twardookładkowych albumów dostajemy nieco mniejszej objętości zeszyty. Zawartość jednak pozostała taka sama...

Album „W pogoni za Czarnym Kleksem” zabiera swojego czytelnika do Afryki. Jonka, Jonek i Kleks po przygodach w Metropolis zamiast lecieć prosto do Polski trafiają na trop tytułowego Czarnego Kleksa. Nie wiedzą jednak, że Jolsky i Quint, którzy w „Piórze contra Flamaster” odegrali rolę złowrogich antagonistów głównych bohaterów, nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa. Szef „Uniflamastru” posunie się od wszystkiego, aby skompromitować Kleksa, a jego nowa intryga narazi trójkę przyjaciół i ich niespodziewanego towarzysza w tej przygodzie – czarnoskórego Ahmeda – na wiele niebezpieczeństw. W komiksie co i rusz pojawiają się porozumiewawcze mrugnięcia okiem, że historia powinna kojarzyć się czytelnikowi z pewnym szkolnym klasykiem dla młodszego czytelnika pióra (nomen omen) Henryka Sienkiewicza

Natomiast „Smocze jajo” skręca delikatnie stronę fantasy. Trójka głównych bohaterów zamiast nudzić się w mieście podczas wakacji wyrusza na kolejną wyprawę. Podczas jej trwania otrzymują wiadomość od księżniczki Plum. W dalekiej Pelikanii nastały ciężkie czasy – w całym królestwie zapasy tuszu są na wyczerpaniu, a sprawcą tych niedoborów jest zły smok. Jonka, Jonek i Kleks bez wahania decydują się pomóc pięknej Plum, choć z pewnością powstrzymanie trójgłowego monstrum do łatwych należeć nie będzie.

To właśnie na łamach tej historii miał miejsce słynny epizod z szynką, na który uwagę zwróciła cenzura. Otóż podczas podniebnej podróży Jonka gubi kanapkę z tą wędliną. Autorce zasugerowano, że w czasach, gdy szynka stała się towarem niemal luksusowym, nie może pojawić się w komiksie jako produkt codziennego użytku. Zresztą, nie był to pierwszy raz, gdy władza brała pod lupę komiksy Szarloty Pawel. Podobnie było w przypadku „Kubusia Piekielnego”, gdy bohaterowie mieli przeprowadzić się do jednorodzinnego domu z basen. Kto to widział, żeby w ludowej Polsce można pozwolić sobie na taki luksus!

Takich peerelowskich smaczków, czytelnych dla dzisiejszego pokolenia okołotrzydziestolatków jest więcej. Może czytając "Kleksa" ze swoimi pociechami spróbują zwrócić im na nie uwagę?

piątek, 8 marca 2013

#1257 - Calvin i Hobbes t.4: Dziwadła z obcej planety

Paski autorstwa Billa Wattersona pod szyldem „Calvin i Hobbes” ukazywały się na łamach codziennej prasy przez nieco ponad dekadę, od 18 listopada 1985 do 31 grudnia 1995 roku. W sumie ukazało się dokładnie 3150 odcinków. U szczytu swojej popularności sześcioletni rozrabiaka i jego pluszowy tygrys (który do końca nie jest wcale taki pluszowy, jakby mogło się wydawać na pierwszy rzut oka) pojawiali się na szpaltach ponad 2400 tytułów prasowych, rozsianych po 50 krajach całego świata.

A jeśli już jesteśmy przy liczbach – zbiorcze wydania przygód chłopca i jego pasiastego przyjaciela sprzedały się w łącznym nakładzie prawie 50 milionów sztuk. Wraz z kultowymi "Fistaszkami", cieszącymi się do dziś wielką popularnością "Garfieldem" i "Dilbertem" oraz klasykami docenianymi nie tylko za ich humorystyczne walory, czyli "Krazy Katem" i "Little Nemo in Slumberland”, dzieło Wattersona należy do najważniejszych humorystycznych stripów Ameryki.

Nie tylko dlatego, że to ten komiks, który dosłownie bawi do łez – i to na wszystkie możliwe sposoby. Subtelnym konceptem, fantastyczną puentą, slapsticowym gagiem, znakomitym dialogiem, nieco rzadziej grą słowną. Perypetie mającego tysiące pomysłów na minutę Calvina i jego pluszowej zabawki, która gdy tylko nikt nie patrzy ożywa i staje się prawdziwym tygrysem, czytaj – idealnym kompanem psot i zabaw (nawet jeśli niekiedy budzą się w nim jego zwierzęca instynkty, a do osobników płci przeciwnej nie czuje oczywistej niechęci) to rozrywka dla zarówno, małych jak i nieco większych czytelników.

Imiona dwóch głównych bohaterów nie są przypadkowe. Warto czytać „Dziwadła z obcej planety” pamiętając o tym, że rezolutny sześciolatek został nazwany po Janie Kalwinie, jednym z najważniejszych reformackich teologów, który zagłębiając się w myśl augustiańską rozmyślał nad doktryną predestynacji. Natomiast jego zwierzak nosi imię po Thomasie Hobbesie, specjalizującym się w filozofii politycznej autorze klasycznego „Lewiatana”. To ten sam, który uważa, że aby uniknąć życia w stanie natury społeczeństwie musi na mocy społecznej umowy oddać władze w ręce jakiegoś suwerena. Watterson przemyca w kwestiach swoich bohaterów wiele uwag na temat sztuki, kultury popularnej, komentarze o charakterze społecznym z lekką nutką filozofowania. Wszystkie te wtręty są na miejscu, wypadają niezwykle naturalnie i pozbawione są jakiejkolwiek postmodernistycznej sztuczności czy wyraźnych szwów double coding.

Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze doprawdy znakomity przekład autorstwa Piotra W. Cholewy. Tłumacz, znany choćby z serii „Świat Dysku” czy prozy takich klasyków, jak Orson Scott Card, William Gibson, Roger Zelazny czy Ursula Le Guin ze swojej roboty wywiązał się w sposób absolutnie znakomity. Mimo, że zdarzają mu się jakiejś (naprawdę nieliczne!) błędy, potrafił doskonale uchwycić ducha oryginału i wyrazić go w zgrabnych, polskich frazach.

Prawdą jest, że uciekam, jak tylko mogę od recenzowania tego komiksu, bo „C&H” jestem po prostu bezgranicznie zachwycony. Nie ma żadnych szans, aby spod mojego pióra wyszło coś choćby zbliżonego do obiektywnej opinii, bowiem jestem w tym komiksie zakochany. I w żadne sposób nie potrafię ująć swojego zachwyty w jakieś słowne karby. Na szczęście planuje reedycje kolejnych tomów tej serii, więc będę miał jeszcze możliwość, aby spróbować jeszcze raz o niej napisać. A póki co – kupujcie, bo naprawdę warto!

czwartek, 7 marca 2013

#1256 - ... a potem przyszedł Tolkien i wszystko popsuł. Notatki na marginesie "Bone" Jeffa Smitha

Wielu z nas ma w głowach swoje listy komiksów które chcielibyśmy nadrobić. Klarują nam się po lekturze wszelkich branżowych rankingów, spisu tytułów nagrodzonych w Angouleme, czy wyróżnionych Nagrodą Eisnera, pozycji polecanych przez znajomych, krytyków, forumowiczów etc. Zapewne wielu z was ma na tych listach "Bone" Jeffa Smitha. Do niedawna gościł on również na mojej - teraz już stoi na półce.

"Kości", zostały rzucone po raz pierwszy ponad dwadzieścia lat temu, w 1991 roku. Do dziś komiks doczekał się wielu wznowień i uznawany jest wręcz za legendarny. Seria Jeffa Smitha to też prawdziwy tytan - czy jak kto woli "Titanic" - jeśli o branżowe nagrody chodzi. Gdy przeglądam ich listę, to nie przychodzi mi na myśl tytuł, który otrzymałby ich więcej.

Seria startowała we wczesnych latach dziewięćdziesiątych. Smith, jak wielu twórców z ówczesnego pokolenia komiksiarzy, próbował swoich sił na niezależnej scenie, która rozkwitła po serii autorskich komiksów publikowanych w poprzedniej dekadzie. Sam przyznaje, że największym impulsem by na poważnie zająć się komiksem był dla niego "Dark Knight Returns" Franka Millera, "Maus" Arta Spiegelmana i "Watchmen" Alana Moore'a. Jednak prócz tego, że owe tytuły otworzyły mu oczy na możliwości, jakie daje medium, nie sposób w "Bone" szukać stycznych z tymi nowatorskimi (nieraz prowokującymi w formie i treści) pozycjami dla dorosłych. I mimo iż Smith zapewnia, że swoją serie kierował do dojrzałego czytelnika, to stworzył komiks noszący wszelkie cechy tego, czym zaczytywał się w dzieciństwie. W pierwszych zeszytach składa hołd klasycznemu komiksowi "Pogo" autorstwa Wallta Kelly'ego - narysowane mocno cartoonową kreską animorficzne postacie do złudzenia naśladują jego styl. Innym twórcą który wywarł wyraźny wpływ na "Bone" jest Carl Barks. W owych nawiązaniach nie chodzi tylko o zgrabne łączenie komedii z komiksem przygodowym - charakter jednego z bohaterów, najbogatszego mieszkańca Boneville, jest bowiem wyraźnie inspirowany Sknerusem McKwaczem. Sam autor opisując swój komiks stwierdził: "Byłem... wielkim fanem Carla Barksa i Pogo, więc było to dla mnie naturalne by rysować stylem będącym połączeniem prac Walta Kelly'ego i Moebiusa".

Początkowo "Bone" wywołało we mnie zachwyt. Dawno nie czytałem tak oryginalnego, świeżego komiksu, będącego wręcz uosobieniem rozrywkowego potencjału tkwiącego w historiach obrazkowych. Humor sytuacyjny sąsiaduje tu z nostalgiczną, fantastyczną wiejską gawędą i powieścią drogi trochę w stylu "Wodnikowego Wzgórza"...

... a potem przyszedł Tolkien i wszystko popsuł.

Świat wykreowany przez Smitha w pierwszych tomach jest uroczy, przaśny i bajkowy. Jednak z każdym następnym zeszytem czuć, że autor chce przenosić ciężar historii - najpierw wprowadza narysowane semirealistcznyą kreską ludzkie postacie, potem stopniowo zmienia scenerię, a uniwersum przeistacza się z postdisnejowskiej bajki (tu wyjątkowo disnejowskość jest zaletą) w mroczne, średniowieczne fantasy inspirowane ponoć "Władcą Pierścieni". Smith nadaje opowieści epickiego rozmachu, lecz tym samym czyni ją coraz bardziej konwencjonalną i przewidywalną. W pewnym momencie komiks staje się wręcz nudny. Paradoksalnie, ratowanie świata przed zagładą okazuje się znacznie mniej intrygujące niż doroczne wyścigi krów, czy wyprawa bohaterów na wiejski jarmark.

Jak wspomniałem we wstępie, "Bone" uważany jest za klasyka i pojawia się w wielu rankingach najlepszych powieści graficznych. Komiksowy kanon jest mniej zdradliwy niż listy "1001 filmów, które musisz zobaczyć nim odwalisz kitę", ale jak widać i on zawiera pozycje popularne, trafiające w masowe gusta, a niekoniecznie faktyczne arcydzieła. "Bone" to komiks dobry, może nawet bardzo dobry, ale nie wybitny. Jest najzwyczajniej nierówny, szkodzi mu serialowość i to, że gdzieś w połowie serię dotknęło zmęczenie materiału, które odbija się również na jakości grafik Smitha. Z czasem dewaluuje się tu nawet znakomita narracja, a autor, ewidentnie zmęczony pracą, popada w marazm.

Zanim Smith zajął się na poważnie komiksem, pracował przez kilka lat w małej firmie produkującej reklamowe filmy rysunkowe i to, co najbardziej interesujące w warstwie formalnej "Bone", to elementy, które udało mu się przeszczepić właśnie z tego medium. Mimika bohaterów- zarówno tych cartoonowych, jak i tych bardziej ludzkich - posiadała cechy starej szkoły amerykańskiej animacji. Z czasem jednak autor poległ, przygnieciony comiesięcznym cyklem wydawniczym i zapewne nie był już w stanie poświęcić na to tyle czasu i wkładać w to tak dużo energii jak na początku. Tła robią się coraz mniej ciekawe, a z pozoru spektakularne sceny opowiedziane są w dość oszczędnej formie - i nie mam tu na myśli minimalizmu, tylko bidę wywołaną ewidentnym pospiechem.


The Changing Face of Comics?

Wielu krytyków zachwycając się "Bone" podkreśla, że Smith na pracę nad tym tytułem poświęcił aż 13 lat swojego życia, że zajmował się sam wszystkimi aspektami tworzenia opowieści (nie tylko pisał scenariusz, ale też rysował i robił liternictwo ), że była to iście tytaniczna robota... Gdy trzymamy w rękach jednotomowe wydanie, jesteśmy faktycznie pod wrażeniem. Warto jednak pamiętać, że w anglosaskim komiksie jest kilku większych madafakerów. Stan Sakai tworzy "Usagi Yojimbo" nieustannie od prawie trzech dekad i odkąd rozpędził serię trzyma wyrównany poziom (wyjątkiem jest chyba tylko "Yokai"). Warto również zwrócić uwagę na Dave'a Sima, autora w jakimś sensie bratniego dla Smitha, bo tworzącego cartoonowy komiks fantasy. Gdy startował ze swoją serią "Cerebus the Aardvark" (który dziś liczy 6000 stron stron i jest najdłuższym komiksem amerykańskim tworzonym przez jednego artystę) był twórcą jeszcze nieporadnym, ale z czasem coraz bardziej rozwijał warsztat. U autora "Bone" jest wręcz odwrotnie. Oglądając dokument-laurkę "The Cartoonist: Jeff Smith, Bone and the Changing Face of Comics" i mając w pamięci tych twórców - do których Smith naprawdę nie dorasta, było mi przykro słyszeć, jaki to jest wielki, jedyny i niepowtarzalny. Co ciekawe, Sakai pojawiał się ze Smithem na archiwalnych zdjęciach - jednak jego nazwisko nie padło w filmie ani razu.

Nie jestem wielkim miłośnikiem komiksu fantasy, ale bez problemu odnajduję w pamięci pozycje z tego gatunku które wygrywają z Bone - od razu przychodzi na myśl wydawana u nas we wczesnych latach dziewięćdziesiątych seria "Hugo", "Szninkiel", czy te bardziej skłaniające się w stronę fantasy tomy "Sandmana" (odnajdziemy tu sporo zbieżności z "Zabawą w Ciebie" - i tu, i tu kraina snów odgrywa ważną rolę). Najskuteczniej problem, jaki tkwi w "Bone", obrazuje zestawienie go z wydanym kilka lat temu przez Kulturę Gniewu komiksem "Trzy cienie". Jego autorem jest twórca z podobnymi doświadczeniami zawodowymi - współpracujący onegdaj z Disneyem Ciril Pedrosa, który za pomocą cartoonowej kreski stworzył dzieło zbliżone tematycznie, ale bardziej konsekwentne, skondensowane, spójne i soczyste od strony artystycznej.
Wiem, że wielu ludzi uważa "Bone" za arcydzieło, ale ja zaryzykuję tezę, że swoją sławę tak naprawdę zawdzięcza on niezwykle dobrej dystrybucji (którą z początku zajmowała się żona autora, a później firma księgarska odpowiedzialna za promocję "Harry'ego Pottera"), i przyjaznej dla czytelnika formie wydania - komiks doczekał się wielu wersji, ale czarno-białą, jednotomową edycję (1300 stronicowe monstrum) można kupić za stosunkowo nieduże pieniądze. Na pewno nie będzie to jednak kiepska inwestycja. To świetna rozrywka, skierowana do wszystkich grup wiekowych, komiks momentami rewelacyjny, ze świetnie napisanymi dialogami i zapadającymi w pamięć postaciami, sprawiający czytelnikowi dużo przyjemności przez kilka długich wieczorów. Niemniej nie mogę oprzeć się wrażeniu, że Smith nie wykorzystał całego potencjału, jaki tkwił w tej historii.