czwartek, 28 lutego 2013

#1254 - New Avengers t.05: Wojna Domowa

Piąty tom „New Avengers” jest tie-inem „Wojny Domowej”. Brian M. Bendis pokazuje, w jaki sposób prominentni członkowie premierowej supergrupy Marvela reagują na rodzący się konflikt pomiędzy zwolennikami rejestracji, a jej przeciwnikami (choć pojawiają się inne wątki, które scenarzysta ciągnie od pierwszych numerów serii). Zobaczymy, jak Kapitan Ameryką zaczyna tworzyć ruch oporu, poznamy wątpliwości Sentry`ego, swagger Luke`a Cage`a i kłopoty, jakie Iron-Man miewa ze swoimi byłymi pracownikami.


"Marvel Civil War" było jednym z największych (jeśli nie największym!) komiksowym wydarzeniem ostatnich kilkunastu lat. O samym konflikcie, który rozdarł na pół internet i społeczność amerykańskich superherosów więcej napiszę w recenzji poświęconej kluczowemu albumowi, a w tym miejscu chciałbym się skupić na czymś innym.

Myślę, że "Wojna Domowa" jest doskonałym przykładem problemu, jaki Marvel ma z eventami, jako takimi. Aby sprzedać główną mini-serię jak największej ilości czytelników, trzeba uczynić ją przystępną i w miarę zamkniętą całością, a tie-iny i wszelkiej maści dodatki zarezerwować dla czytelników poszczególnych serii i najwierniejszych fanów. Takie schizofreniczne podejście do opowiadania odbija się najmocniej na strukturze zaplanowanej historii. Główna linia fabularna jest potraktowana zbyt skrótowo, wiele ważnych (Iron-Man), czy wręcz kluczowych (Spider-Man) dla historii wydarzeń zostaje zepchniętych do solowych tytułów. Polityka „kup kolejny zeszyt, a dowiesz się, czemu Peter postąpił tak i tak!” szkodzi samej opowieści. Wachlując kolejnymi zeszytami czy albumami gubi się gdzieś cała dramaturgię. Narracja traci swój rytm, a całość zamiast prawdziwie epicka, robi się strasznie rozlazła.

W „Civil War” wlokące się po tie-inach wątki poboczne są często kompletnie niepotrzebne i zwyczajnie słabe. Czytelnik chcąc poznać chociaż najważniejsze elementy tej olbrzymiej układanki traci orientacje w tych wszystkich wtrąceniach, doczepionych epizodach, nawale postaci i zdarzeń. Męczy się i ostatecznie znudzony po prostu rezygnuje z prób ogarnięcia tego bajzlu. Nie znaczy to, że taki koncept eventu się w ogóle nie sprawdza – bo przecież Dan Abnett i Andy Lanning w marvelowskim kosmosie potrafią znakomicie go stosują. Jak choćby w „War of Kings”, gdzie pięknie pogodzili tie-iny z główną mini-serią, aby zbudować spójną i wciągającą przygodę. W przypadku „Wojny Domowej” podobna rzecz udać się nie mogła – to był zbyt obszerny i ambitny projekt, aby mógł w pełni wypalić.

Wizualnie album prezentuje zróżnicowany poziom. Pod wieloma względami - ma lepsze i gorsze momenty, a style poszczególnych artystów są bardzo różnorodne. Howard Chaykin bardzo brzydko się starzeje. Autora klasycznego „American Flagg” trzeba policzyć w poczet amerykańskich klasyków komiksu mainstreamowego, ale podobnie, jak choćby Walt Simonson ma trudności z odnalezieniem się we współczesnej estetyce obrazkowej. Niezgrabność jego kreski podkreślają jeszcze komputerowe efekty i całość wygląda paskudnie. W przeciwieństwie do Chaykina jeszcze kilka dobrych lat przed sobą ma Marc Silvestri. Jedna z ikon komiksowych lat dziewięćdziesiątych wciąż pozostaje w formie. Kreska autora swoistego epilogu albumu dalej jest precyzyjna, dokładna i atrakcyjna. Przynajmniej dla tych, którzy kochają się w image`owski stylu, w tych erotycznie przerysowanych kobietach z ustami pełnymi silikonu, prężących swoje krągłe piersi i zgrabne (nierzadko półnagie) pupy. Można nie lubić, ale pewnego „kunsztu” i efektownego użycia komputera odmówić nie można. Coś zupełnie innego można napisać o Olivierze Coipelu. Pochodzących z Francji artysta jest jednym z najciekawszych twórców zatrudnionych na amerykańskim rynku, który w swojej pracy nie schlebia lokalnym gustom, ale swoją część „Wojny Domowej”, czyli epizod ze Spider-Woman w roli głównej, narysował chyba na kolanie.

Tylko trochę lepiej zaprezentował się Leinil Francis Yu, artysta rysujący bardzo nierównie, który miewał znacznie lepsze momenty. Najlepiej z grona grafików wypadają Pasqual Ferry i Jim Cheung. W ocenie Cheunga nie mogę być obiektywny, bo to jeden z moich ulubieńców, w którego klasycznie szlachetnej kresce odnajduje to samo, co w pracach mistrzów - Jacka Kirby`ego i Johna Byrne`a. Palce lizać. Natomiast Ferry jest kolejnym, obok Silvestriego, rysownikiem, który potrafi świetnie spożytkować możliwości, jakie oferuje komputer. W jego bardzo delikatnej i nieco surowej kresce nie ma za grosz efektu sztuczności, który tak mocno raził mnie w rysunkach wspomnianego na początku Chaykina.

To ostatni (przynajmniej na razie) album „New Avengers” wydany przez Mucha Comics. Z największymi ziemskimi bohaterami żegnamy się więc bez szczególnym fanfar, bo „Wojnę Domową” trudno zaliczyć do najlepszych albumów w dorobku Bendisa, ale żal ich kolejnych przygód. Bo następne w kolejce czekają najciekawsze (pod wieloma względami) przygody Mścicieli…

#1253 - Rozmówki polsko-angielskie

Tekst pierwotnie ukazał się na zlecenie krakowskiego Instytutu Książki na tej stronie. Polecam co jakiś czas odwiedzać tamtą witrynę, ponieważ regularnie będą ukazywały się tam teksty traktujące o komiksie.

W 2008 roku Agata Wawryniuk, wraz ze swoim chłopakiem Szymonem i kolegą Marcelem, skuszona wizją łatwego zarobku wyruszała na podbój ojczyzny Jasia Fasoli i Jamesa Bonda. Wylądowali w Newcastle Upon Tyne (pierwotnie komiks miał nosić tytuł "Once Upon a Tyne"). "Rozmówki polsko-angielskie" to autobiograficzna opowieść o przypadkach ich autorki w Anglii.

Czy "Rozmówki polsko-angielskie" są próbą podsumowania polskiego doświadczenia emigracji zarobkowej? Czy to głos jakiegoś pokolenia? Emigrancka spowiedź dziecięcia wieku? Wawryniuk odcina się od podobnych ambicji, deklarując, że chce po prostu opowiedzieć swoją historię. Ale opowiadając o dwóch miesiącach spędzonych w Anglii, mimowolnie szkicuje los polskiego emigranta. I robi to w sposób prawdziwszy od medialnych narracji, nie ograniczający się jedynie do wytartych klisz i stereotypów.

Choć komiks Wawryniuk utrzymany jest w autobiograficznym tonie, udało jej się uniknąć ekshibicjonizmu. Autorka stroni od pisania o sobie, wybiera opowiadanie o tym, co się jej przytrafiło. Wawryniuk w swoim tekście pozwala nam być, a nie tylko patrzeć. Rozczarowujemy się więc naszymi  rodakami na obczyźnie, poznajemy specyfikę angielskiego rynku pracy, stajemy przed „ścianą płaczu”, walczymy o przetrwanie.

W Rozmówkach Wawryniuk udało się w sposób bardzo sugestywny oddać obraz Polaka-emigranta. Czy raczej typowego „Polaczka” - cwaniaka, nie potrafiącego się zaadaptować w nowym środowisku, ale też nie myślącego o powrocie do ojczyzny, w której nic na niego nie czeka. Dyzmy, kombinatora, spryciarza, które zarabia nie tyle pracą, ile wykorzystywanie naiwności nowoprzybyłych rodaków. Obraz to żywy i interesujący, choć nie przynoszący nikomu chwały. Przerysowany „landlord” Agaty ze swoją fizjonomią Polaczka, trafia do galerii pełnej szlachetnych wygnańców Wielkiej Emigracji, Sybiraków czy tragicznych ofiar marca `68, jako osobliwa ciekawostka.

Wawryniuk przyznaje, że kiedy zastanawiała się, w jaką formę oblec swoją opowieść, pomyślała właśnie o komiksie, choć jej doświadczenia z tym medium ograniczały się do lektury „Kaczorów Donaldów”.  Teraz to już komiksiara pełną gębą. W "Rozmówkach polsko-angielskich" nie widać ani śladu debiutanckiej tremy, jest za to oryginalna stylizacja graficzna poparta solidnym warsztatem posługiwania się kadrem i dymkiem. Na fali entuzjazmu niektórzy już tytułują książkę Wawryniuk najlepszym debiutem mijającego roku, a niebawem zaczną ją namaszczać na nową twarz komiksu kobiecego. Ja bym się jeszcze z tym wstrzymał. Jeszcze na to za wcześnie, choć "Rozmówki polsko-angielskie" mogą okazać się tym, czym dla Marcina Podolca był „Kapitan Sheer” – pierwszym krokiem. Komiksem bardzo dobrym, choć nie pozbawionym pewnych wad. Początkiem drogi. I oby tak się stało, bo już po pierwszym albumie widać, że potencjał w Wawryniuk drzemie ogromny.

czwartek, 21 lutego 2013

#1252 - Komiks w szponach miernoty (fragment)

Dzięki uprzejmości wydawnictwa Timof i cisi wspólnicy prezentujemy fragment książki Jerzego Szyłaka zatytułowanej "Komiks w szponach miernoty". Najnowsza praca najważniejsze polskiego badacza komiksu ukaże się już w marcu. W sumie będzie liczyła ponad 360 stron, a jej cena wyniesie 49 złotych. Prezentowany poniżej fragment to część dziewiątego rozdziału. Grafiki pochodzą od redakcji.

[…] Woynarowski poszukując awangardy polskiego komiksu (wśród przedstawicieli „pokolenia «Rastra»”, twórców net artu i we własnej pracowni), szuka tych, którzy powtarzają poczynania awangardzistów działających na początku XX wieku i podejmuje od nowa walkę z kulturą masową. Postępując tak, przeciwstawia artystów – nieartystom i robi dokładnie to, o robienie czego oskarża (niezbyt słusznie) krytyków komiksowych: postrzega komiks jako atrybut określonej subkultury i produkt o charakterze stricte komercyjnym, pomija i marginalizuje zjawiska najbardziej wartościowe.

Nie mam najmniejszych wątpliwości, że „form otwartych”  należałoby szukać wśród kolejnych odcinków Yellow Kida – pojedyncze epizody tej historyjki, przez wielu uważanej za pierwszy komiks prasowy (lub nawet pierwszy komiks w ogóle), niejednokrotnie nie były epizodami w ścisłym znaczeniu tego słowa, ale splecionymi z tekstem drukowanym ilustracjami jakiegoś tematu. Oko mogło krążyć swobodnie, wyławiając poszczególne elementy układające się w wizualny esej. Również w onirycznych opowieściach Winsora McCaya znaleźć możemy epizody, podczas oglądania których czytelnik musi rewidować swoje wyobrażenie o tym, co widzi, i odkrywać „trzeci sens”, wynikający ze zderzenia dwóch porządków znaczeniowych (co jest podstawą montażu intelektualnego). Wydaje mi się, że na tym polu McCay poczynał sobie śmielej w Dreams of the Rarebit Fiend (komiksie przeznaczonym dla dorosłych czytelników) niż w Little Nemo, ale bez ponownego dokładnego prześledzenia obu prac nie dałbym za to głowy.

Nie mam wątpliwości, że konwencja snu i marzenia niejednokrotnie pozwalała rysownikom na odejście od linearnej narracji i fabularnego porządku opowieści i tworzenie komiksów opartych na strukturze poematu (rzadziej eseju). Poświadczają to ilustracje publikowane w najrozmaitszych (także popularnych) opracowaniach na temat historii tego gatunku artystycznego. Czasem twórcy historyjek obrazkowych wpadali też na inne pomysły. Na przykład na stronie Wikipedii, po wpisaniu hasła Gasoline Alley, można znaleźć reprodukcję planszy, na której bohaterowie Franka Kinga zanurzają się w umownym świecie geometrycznych form, jednocześnie prowadząc rozmowę o możliwościach robienia rysunków przy użyciu cyrkla1. Niesłychaną inwencją pod tym względem wykazywał się George Herriman, w którego komiksie Krazy Kat tło rzadko kiedy stanowiło jedynie tło dla zdarzeń, częściej zaś żyło własnym życiem, o czym pięknie pisał Gilbert Seldes w tekście Gópi Kocur, co sam chodzi (1).

Kłopot z odnalezieniem wśród historyjek komiksowych powstających w pierwszej połowie XX wieku przykładów montażu intelektualnego, hipertekstowych struktur i „form otwartych” zbliżonych do eseju lub poematu wiąże się z tym, że owych historyjek było naprawdę dużo i naprawdę niewiele spośród nich jest dziś  dostępnych we wznowieniach. Pojawiały się one jako pojedyncze odcinki seriali publikowanych w prasie (dzień w dzień lub raz w tygodniu) i dość szybko znikały w nawale innych odcinków, dochowujących większej wierności zasadzie linearnego relacjonowania zdarzeń. Tylko niektóre z nich zapadły w pamięć (jak odcinek Gasoline Alley przypominany na stronie Wikipedii). Żeby odnaleźć inne, trzeba benedyktyńskiej cierpliwości i zapału archeologa.

Z innym typem „montażu intelektualnego” możemy zetknąć się w komiksach undergroundowych: w improwizowanych pracach Crumba, w psychodelicznych kompozycjach Ricka Griffina i Victora Moscoso, w pracach tworzonych wspólnie podczas comic sessions, w najbardziej nieoczekiwanych publikacjach wydawanych przez nie wiadomo jakie oficyny. Przeglądając bogato ilustrowaną A History of Underground Comics Marka Jamesa Estrena, z łatwością możemy znaleźć plansze, których twórcy (głównie ci wymienieni wyżej) robili komiksy oparte na „narracji nieliniowej”, bliższe konstrukcją poezji czy esejowi niż tradycyjnemu opowiadaniu (2). Warto jednak pamiętać, że rysowników w tamtym okresie napędzało poczucie wolności i rewolucyjny zapał, nie przejmowali się więc tym, czy to, co rysują, ma sens, a konwencje traktowali z lekceważeniem. Dotarcie do ich prac dzisiaj jest  prawdopodobnie łatwiejsze niż dotarcie do publikacji prasowych sprzed okresu I wojny światowej, ale to nie znaczy wcale, że jest łatwe.

Kolejny etap dekonstruowania fabuły przypada na lata siedemdziesiąte. Pierwszy artysta, jaki w tym kontekście nasuwa się na myśl, to Moebius – jako autor Garażu hermetycznego, rozwijającego się z odcinka na odcinek swobodnie i bez poszanowania dla fabuły, ale za to z wykorzystaniem zmian konwencji, przywoływaniem intertekstualnych tropów i w klimacie nieskrępowanej zabawy. Moebius był mistrzem takich zabaw i pozostawił po sobie wiele prac celowo niedokończonych, niejasnych, zmieniających się w trakcie rozwoju opowieści w coś zupełnie innego. I nie był wcale jedynym, który tego rodzaju grę z odbiorcami prowadził.

Rozwój graphic novel dał twórcom pragnącym dekonstruować fabuły zupełnie nowe możliwości. Wielostronicowa opowieść tworzyła bowiem pojemną ramę, w której było miejsce i na linearny rozwój zdarzeń, i na sny bohatera, i na łączenie odległych wątków na eseistycznej lub poetyckiej zasadzie, i na snucie opowieści opisującej kondycję psychiczną bohatera, a nie przemiany jego losu, i na inne rzeczy też. HP i Giuseppe Bergman Manary to historia o snuciu historii, w której awanturnicze zdarzenia nieustannie ustępują refleksji nad naturą opowieści przygodowej. Komiksy Françoisa Schuitena to w większym stopniu eseje i przypowieści o architekturze niż opowieści z prawdziwego zdarzenia. New York. The Big City Willa Eisnera to tylko na pozór zbiór błahych anegdot. Dodane do siebie, odsłaniają hipertekstowe połączenia i tworzą epopeję, której bohaterem jest wielkie miasto.

Im bliżej współczesności, tym więcej znajdziemy przykładów. Najwięcej możemy znaleźć w książce Roanne Bell i Marka Sinclaira Pictures & Words. New Comic Art and Narrative Illustration (2005), której autorzy we wstępie do swojego opracowania zwracają uwagę na to, że w ostatnich latach ilustracja będąca nośnikiem narracji przeżywa swój renesans, a rozwój powieści graficznej (graphic novel) sprzyja poszukiwaniom niekonwencjonalnych rozwiązań (3). Łącząc ze sobą w tytule dwa pojęcia: „komiks” i „ilustracja narracyjna” (opowiadająca historię, czyli story), Bell i Sinclair dążą do tego, by poddać oglądowi nie tylko twórczość komiksową sensu stricte, ale i zjawiska z jej pogranicza, często eksperymentalne, dążące do przekroczenia tradycyjnie pojmowanych granic i wzbogacenia obrazkowej narracji elementami poetyckimi czy opartymi na „montażu intelektualnym”. Pokazywane są tu zarówno prace zamieszczane w gazetach i czasopismach, jak i publikacje książkowe. Całość podzielona jest na trzy części. W pierwszej (Silent) znalazły się komiksy nieme, w drugiej (Single Panel) prace zrealizowane w postaci jednego obrazka, w trzeciej (Text and Image) – realizacje oparte na twórczym połączeniu narracji wizualnej ze słownym komentarzem.

Bell i Sinclair dążą raczej do przekrojowego pokazania możliwości, jakie daje opowiadanie obrazkami, niż stworzenia opisu wszystkiego, co najważniejsze. W ich książce brakuje wielu ważnych prac, z czego sami autorzy zdają sobie sprawę, o czym świadczy wskazanie w przedmowie na Chrisa Ware’a i Arta Spiegelmana. Jest w niej jednak dążenie do pokazania realizacji jak najbardziej różnorodnych i opartych na odmiennych sposobach myślenia. Jest też uznanie wartości zarówno prac w najbardziej konwencjonalny sposób wykorzystujących techniki komiksowej narracji, jak i tych, które jej reguły jak najradykalniej naruszają bądź negują.

Twórcami, których prace zostały w Pictures and Words pokazane, są: Anna Bhushan, Barry Blitt, Fredrik von Blixen, Mr Clement, Jordan Crane, Paul Davis, Martin tom Dieck, Marcel Dzama, Jeff Fisher, Scott Garrett, Tom Gauld, Jochen Gerner, Sammy Harkham, Igort, Benoît Jacques, James Jarvis, Jason, Andrzej Klimowski, Simone Lia, Lorenzo Mattotti, Roderick Mills, Ethan Persoff, David Rees, Barnaby Richards, Jenni Rope, Joe Sacco, Marjane Satrapi, David Shrigley, Nikhil Singh i John Dunning (pracujący razem), Katja Tukiainen, Andrew Wightman i Jim Woodring. W moim przekonaniu książka ta prezentuje dokładnie to, czego Woynarowski w komiksie i jego okolicach szuka, jednocześnie pokazując to, o czym zapomina lub czego (świadomie) znaleźć nie chce. Książka ta pokazuje to, co w swoich rozważaniach o story arcie powinien był uwzględnić.

(1) Zob. G. Seldes, Gópi Kocur, co sam chodzi, przeł. W. Górnicki, w: Super-Ameryka. Szkice o kulturze i obyczajach, t. 1., opr. W. Górnicki i J. Kossak i inni, Warszawa 1970.

(2) Zob. M.J. Estren, A History of Underground Comics, Berkeley 1993.
 

(3) Zob. R. Bell, M. Sinclair, Pictures and Words. New Comic Art and Narrative Illustration, New Haven 2005.

wtorek, 19 lutego 2013

#1251 - Rycerze świętego Wita

W 2012 roku lista powieści graficznych, jakie ukazały się w naszym kraju wzbogaciła się o kilka wybitnych pozycji. Wielkim zaskoczeniem była nieznana szerzej „Parenteza” Elodie Durand, kameralny, bardzo oryginalny od strony artystycznej komiks, opowiadający historię choroby autorki, cierpiącej na wywołującego zaniki pamięci guza mózgu. Gdy pisałem o nim w kwietniu, nie spodziewałem się, że w ciągu następnych miesięcy ukaże się coś równie dobrego, szczerego i poruszającego. Koniec roku przyniósł jednak komiks o bardzo zbliżonej tematyce. „Rycerze świętego Wita” stawiani są obok „Mausa” Arta Spiegelmana i uznawani za dzieło kanoniczne, jedno z tych, które przecierały szlak dla tak modnej dziś, intymnej wypowiedzi za pomocą medium obrazkowego.

„Rycerze świętego Wita” to biografia nietypowa, opowiedziana przez pryzmat choroby, która dotknęła brata autora. David B. dzieciństwo i młodość spędził we Francji na przełomie burzliwych lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Jego wspomnienia z tego okresu są traumatyczne. Jego życie – nawet po wyprowadzeniu się z domu rodzinnego – zdawało się być całkowicie podporządkowane chorobie brata. Rodzice autora, przerażeni skutkami ubocznymi farmakologicznego leczenia epilepsji i nieufnie nastawieni do lekarzy (operacja, którą im zaproponowano mogła doprowadzić do nieodwracalnego kalectwa ich syna), szukali ratunku u wszelkiej maści znachorów i cudotwórców. Nie tracąc nadziei błądzili od szarlatana do szarlatana: przyłączali się do komun makrobiotycznych, próbowali wielu odmian medycyny niekonwencjonalnej, zdesperowani zwrócili się nawet ku spirytyzmowi. Byli przy tym skłonni do wszelkich poświęceń i często zmuszali do nich resztę rodziny.

Nie jest to jednak jedyny wątek jaki został poruszony w tym komiksie. Już od pierwszych rozdziałów autor wyraźnie kreśli tło społeczno-polityczne, a jego opowieść staje się próbą (subiektywnego) odmalowania czasów, w których toczy się akcja. Dużo uwagi poświęca również swojemu drzewu genealogicznemu i związkom przodków z historią Francji – z naciskiem na wojny, bo makabra (również jako estetyka) zdaje się Davida B. fascynować najbardziej. Już jako dziecko autor chował się za fasadą swoich brutalnych, przedstawiających wielkie bitwy rysunków. Ciągłe bazgranie było dla niego pancerzem chroniącym przed rzeczywistością i, jak sam to określa, zbroją, którą przywdziewał na wzór fascynujących go w dzieciństwie rycerzy. Trzeba tu zaznaczyć, że w oryginale komiks nosił nieprzetłumaczalny tytuł „L’Ascension du haut mal”, odwołujący się do starofrancuskiego określenia epilepsji. Wydawca – co jest wielką rzadkością przy tego rodzaju zabiegach – niezwykle udanie przechrzcił go na „Rycerzy świętego Wita” nawiązując do staropolskiej nazwy padaczki.

Nie jestem miłośnikiem komiksów, w których dominuje literacka narracja, a takie wrażenie z początku sprawiają „Rycerze świętego Wita”. To jednak tylko pozory. Zatrzymując się przy tym aspekcie, warto porównać dzieło Davida B. z innym, powstającym w niemal w tym samym okresie (lata 1995–2005) komiksem – „Black Hole” Charlesa Burnsa. Mimo że komiks amerykańskiego kolegi po fachu to opowieść obyczajowo-psychologiczna, z dużą dozą wątków autobiograficznych, to ze względu na metafory związane z horrorem cielesnym, często wymieniany jest w rankingach najlepszych obrazkowych opowieści grozy. Podobna zależność pojawia się między warstwą literacką a graficzną „Rycerzy świętego Wita”. Podczas gdy na pierwszym planie możemy śledzić historię bezsilności w walce z chorobą, na drugim – w warstwie graficznej – rozgrywa się zupełnie inna, nie mniej ważna opowieść. Lata sześćdziesiąte i siedemdziesiąte, czyli okres największej popularności ruchu New Age, zostały w komiksie Davida B. przedstawione inaczej, niż zwykło się to czynić. Dla autora są to czasy równie mroczne i niepokojące, co Berlin lat trzydziestych, w którym rozkwitała ezoteryka i nowe nurty filozoficzne. W grafice objawia się to silnymi nawiązaniami do ekspresjonizmu niemieckiego. Prócz tego znajdziemy tu dużą dozę surrealizmu, symbolizmu i wiele innych nadrealnych tendencji występujących w sztukach plastycznych.

Historia przedstawiona na drugim planie to również przegląd horroru obecnego w naszej kulturze. W rysunkach autora odbija się jego fascynacja literacką grozą, opowieściami niesamowitymi i naukami tajemnymi. Rysunkowe stwory – stanowiące niezwykle sugestywną i eklektyczną mieszankę – uosabiają dręczące Davida B. i jego rodzinę demony, lęki i choroby. Nawet postacie mityczne, historyczne i literackie służą mu jako narzędzie do wyrażania emocji, nastrojów i podświadomych komunikatów. W „Rycerzach świętego Wita” ważną rolę odgrywa też etniczna ornamentyka, malarstwo batalistyczne i mnożące się w niezdrowej wręcz ilości symbole okultystyczne i alchemiczne. W efekcie ten niezwykle mroczny i klaustrofobiczny komiks zaczyna przypominać podrasowaną psychodelikami twórczość Edwarda Goreya, rozdmuchaną do epickich rozmiarów dzieł Hieronima Boscha.

„Rycerze świętego Wita” to niezwykle przytłaczająca historia i w przeciwieństwie do wspomnianej „Parentezy” nie ma w niej nic z autoterapii. David B. z jednej strony kryje się za swoimi rysunkami, coraz bardziej zapada się w swojej twórczości, z drugiej – w masochistycznym słowotoku obnaża swoje lęki i problemy. Analogicznie do „poetów przeklętych” to komiksiarz przeklęty, którego chora dusza nigdy nie zazna spokoju. W „Rycerzach świętego Wita” zabiera nas w podróż, którą możemy porównać do słynnego albumu Joy Division „Closer”. To zjazd po równi pochyłej: kompulsywny, deliryczny i depresyjny.

sobota, 16 lutego 2013

#1250 - Komix-Express 175

Na Alei Komiksu pojawiły się zapowiedzi trzech tytułów, które ukażą się w ramach Wielkiej kolekcji komiksów Marvela od Hachette. W chronologicznej kolejności będą to "Hulk. Niemy krzyk", "Thor. Odrodzenie" i "Avengers. Upadek Avengers". "Silent Screams" jest częścią docenionego przez krytyków i wielbionego przez fanów runu Petera A. Davida, którego niewielką część polski czytelnik mógł poznać na łamach "Mega Marvela". Album zbiera numery #370-377 oryginalnej serii "The Incredible Hulk" wydane pomiędzy czerwcem 1990, a styczniem 1991. Oprawą graficzną zajął się znakomity Dale Keown, a ja, choć tego akurat tomu nie znam, bardzo cenię sobie robotę, jaką PAD wykonał z Zielonym Gigantem. Drugą premierową pozycją będzie "Thor. Reborn", czyli historia odrodzenia Boga Piorunów według J. Micheala Straczynskiego i Oliviera Coipela. Album był pierwotnie częścią sporej reorganizacji tytułów z rodziny Avengers, gdy debiutowali "New Avengers" między innymi. Była to trzecia seria z Thorem w roli głównej, która również cieszy się dobrą opinią. Trzecim komiksem będzie "Avengers. Disassembled", album znany już z oferty Mucha Comics. Opowieść o upadku klasycznych Mścicieli to początek trwających prawię dekadę rządów Briana M. Bendisa w Domu Pomysłów. Album, zbierający następujące zeszyty "Avengers #500–503" oraz "Avengers Finale" i rysowany przez Davida Fincha oraz okraszony występami gościnnymi wielu innych twórców, przygotowuje niejako grunt pod "New Avengers".

Mamy dopiero luty, ale już znamy pierwszego zagranicznego gościa, który pojawi się w Łodzi. Tak, jest to bomba i nie, nie będzie to Grzegorz Rosiński, tylko Keno Don Hugo Rosa, znany lepiej jako Don Rosa. Jeden z najsłynniejszych rysowników, tworzących w imperium Disney`a i autor absolutnie znakomitych "Życia i czasów Sknerus McKwacza", za które otrzymał Nagrodę Eisnera w 1995 roku będzie gwiazdą pierwszej wielkości 24. Festiwalu Komiksu i Gier w Łodzi. Obok Carla Barksa uchodzi on za najlepszego autora "kaczych" opowieści.

Już w marcu swoją premierę będzie miał drugi tom książkowych "Żywych Trupów". Podobnie, jak w przypadku premierowego tomu, jego autorami będą Robert Kirkmana i Jay Bonansinga, a powieść ukaże się nakładem wydawnictwa Sine Qua Non. "The Walking Dead: Droga do Woodbury" będzie opowiadała historię Lilly Caul, która trafia do tytułowego miasteczka i będzie miała wątpliwą przyjemność zapoznać się z tajemniczym Gubernatorem. Przekład przygotował Bartosz Czartoryski, a okładkę - Robert Sieniecki. Oto opis tej pozycji:

Plaga zombie zalewa przedmieścia Atlanty. Lilly Caul wraz z przyjaciółmi walczy o przetrwanie, szukając ocalenia w ogrodzonym murem miasteczku Woodbury.Z początku miejsce wydaje się idealnym schronieniem: za jedzenie płaci się pracą, każdy ma dach nad głową, a otaczająca osiedle barykada skutecznie chroni przed atakami zombie. Nad wszystkim sprawuje pieczę tajemniczy Philip Blake, który każe nazywać się Gubernatorem, a mieszkańcy bez protestów poddają się jego słowom. Lilly zaczyna jednak podejrzewać, że w rzeczywistości miasto gnije od środka... Kiedy wraz z grupą rebeliantów zdecydują się wydrzeć władzę ze szponów Gubernatora, droga do Woodbury stanie się autostradą prowadzącą prosto do piekła.

A tymczasem na blogu Pawła Deptucha pojawiła się solidna aktualizacja zbierająca w jednym wpisie ostatnie newsy ze świata nie tylko Trupów, ale również "Invincible". Seksowne i mniej seksowne figurki, zombie-słuchowisko, informacje o najnowszym spin-offie "Niezwyciężonego" ze scenariuszem Phila Hestera i rysunkami Todda Naucka zatytułowanym "Invincible Universe" - po szczegóły odsyłam do źródła. No i muszę wspomnieć o tym, że na łamach bezpłatnego dodatku do "Nowej Fantastyki" Deptuch pisze komiksowe felietony związane z albumami wydanymi za granicą. Do tej pory w cyklu "Chmurki za miedzą" pojawiły się teksty o "The Strange Talent of Luther Strode" oraz o "Frankensten's Womb". Zdradzę, że w numerze marcowym (dostępnym od 25 lutego) pojawi się tekst o "Sea Bear & Grizzly Shark" Ryana Ottley'a i Jasona Howarda. W kolejnych wydaniach na pewno będzie dużo o tytułach z Image Comics więc zachęcam do sprawdzenia co w trawie piszczy.



Wydawnictwo SmallPress.pl rusza na podbój polskiego rynku webkomiksów. 15 lutego swoją premierę miał "Ultra Minion" ze scenariuszem Łukasza Kowalczuka i rysunkami Macieja Czapiewskiego, a 18 lutego wystartuje "Rotmistrz Polonia" również ze skryptem Kowalczuka, ale z kreską Łukasz Godlewskiego. Oba mają być aktualizowane co tydzień (powodzenia z regularnością!), a w przygotowaniu są również dwa inne webkomiksowe projekty ("Valiant Skateboarding French Bulldogs" oraz sieciowa wersja zina "Nienawidzę Ludzi"). SmallPress obiecuje, że jeśli zainteresowanie komiksami będzie duże, to ukażą się one w wersji papierowej z bonusowym materiałem, zatem klikajcie, czytajcie i komentujecie!

Już 22 lutego o godzinie 17:00 w Pracowni Komiksowej WiMBP w Gdańsku (przy ulicy Grunwaldzka 82) w ramach Dyskusyjnego Klubu Komiksu odbędzie się spotkanie pod tytułem "Fenomen Marvela - popkulturowy panteon herosów". Prowadzący panel dyskusyjny Przemysław Zawrotny będzie przyglądał się z Damianem Kają i Przemysławem Kołodziejem fenomenowi ubranych w kolorowe trykoty herosów. Oto oficjalna zapowiedz spotkania:

Żeby dziś nie wiedzieć, kim są Spider-Man, Wolverine, Kapitan Ameryka, Hulk czy Iron Man, trzeba być albo eremitą, który ostatnie kilkadziesiąt lat spędził w samotni na pustyni, albo kimś pokroju cioci May, która dopiero po owych kilkudziesięciu latach dowiedziała się, że jej siostrzeniec Peter Parker przebiera się w wolnych chwilach w kostium Człowieka Pająka. Nazwanie superbohaterów znanych z komiksów wydawanych od pół wieku przez wydawnictwo Marvel Comics ikonami popkultury nie jest z pewnością przesadzone. Zapraszamy zatem wszystkich zainteresowanych (również eremitów) na panel dyskusyjny, podczas którego przyjrzymy się wspólnie temu fenomenowi. Wśród poruszanych zagadnień znajdą się między innymi takie kwestie jak przemiany zamaskowanych herosów w historii oraz ich wpływ na rozwój komiksu (oraz kina rozrywkowego), a także na kształt samego wydawnictwa i jego oferty. Istotne będzie także postrzeganie uniwersum Marvela jako świata, w którym stworzona została popkulturowa mitologia - spójna i atrakcyjna dla czytelnika.

Geoff Johns opuszcza Hala Jordana. Po liczącej niemal sto zeszytów i trwającej dziewięć lat przygoda autora "Justice League" i "Aquamana" z Zieloną Latarnią dobiega swojego końca. Ależ ten czas leci! Przecież jeszcze nie tak dawno zachwycałem się "Green Lantern: Rebirth" i po tym, co zobaczyłem w "Sinestro Corps War" z niejakim niepokojem czekałem na "Blackest Night". Wiadomo, że finał runu Johnsa będzie miał miejsce w "Green Lantern" #20 i trzeba się spodziewać po tym zeszycie mnóstwa atrakcji, Ostateczny los Sinestra, powrót Hala Jordana i rozwikłanie tajemnicy First Lanterna - to tylko kilka z zapowiedzianych wątków. Wystąpi plejada rysowników, którzy przez lata współtworzyli legendę "GL" - Doug Mahnke, Ethan Van Sciver, Ivan Reis i Joe Prado. Wiele można zarzucić Johnsowi, ale faktem pozostaje, że gdy zabierał się za Jordana wielu było pogodzonych z faktem, że latarnik Srebrnej Ery został odesłany do lamusa. Pochodzący z Detroit twórca miał jednak swój pomysł na przedefiniowanie i zreformowanie świata Green Lanternów. Pozostawił po sobie plejadę rożnokolorowych korpusów, nowego ziemskiego latarnika na miarę XXI wieku, bardziej złowieszczego, niż kiedykolwiek Sinestra i w pełni rozwinięta mitologię zielonych. Nie wiadomo jeszcze kto przejmie po nim pałeczkę.

Fani Bryana Lee O’Malley`a muszą dozbroić się w cierpliwość. Następca kultowego "Scota Pilgrima" nie ukaże się wcześniej, niż w przyszłym roku z powodu kontuzji barku, której autor nabawił się zeszłego lata. Pomysł na "Seconds" wpadł do głowy O`Malley`owi, kiedy pracował w restauracji w Toronto i obmyślał fabułę drugiego tomu "Pilgrima". Główną bohaterką komiksu ma być Katie, a jego fabuła ma w 90% rozgrywać się właśnie w restauracji, która będzie nazywała się "Seconds". Jeden z najbardziej wyczekiwanych komiksów tego sezonu został zapowiedziany w 2011, a jego publikacją zajmie się imprint Villard należący do wydawnictwa Random House.

czwartek, 14 lutego 2013

#1249 - B.P.R.D.: Hell On Earth - The Transformation of J. H. O'Donnell

O ile okazjonalnie chętnie kupuję one-shoty sygnowane tytułem „Hellboy”, o tyle jego bratnim „B.P.R.D.” nigdy się bliżej nie interesowałem i gdyby nie tzw. gościnny występ Piekielnego Chłopca w niżej recenzowanym komiksie, to wcale bym po niego nie sięgnął. A wówczas straciłbym jedną z najciekawszych historii spłodzonych przez umysł Mike’a Mignoli (choć tym razem w duecie ze Scottem Allie’em). Niby „The Transformation of J. H. O’Donnell” się nie zachwycam, ale w ciągu kilku godzin od chwili położenia nań swoich rąk przeczytałem go już trzy razy.

Centralną postacią komiksu jest specjalizujący się w okultyzmie i językach starożytnych tytułowy profesor, który wiele lat temu postradał zmysły, a którym Biuro Badań Paranormalnych i Obrony z pewnego specyficznego powodu stale się opiekuje (oficjalnie: stale go zatrudnia). Poprzez rozmowę dwójki agentów biura poznajemy historię jego szaleństwa. Przenosimy się do 1987 roku, kiedy to w towarzystwie Hellboya wysłany został do zbadania biblioteki pozostałej po zmarłym nekromancie znanym jako Alessandro Divizia. W momencie, gdy bohaterowie rozdzielają się za murami jego posiadłości, rutynowa wyprawa przeobraża się w iście schizofreniczny koszmar.

Napięcie budowane jest powoli i konsekwentnie, tajemniczość i niepokój nie opuszczają nas ani na krok, a za sprawą pojawiającej się w pewnym momencie akcji równoległej tempo znacznie przyspiesza. Owa równoległość okazuje się zresztą stanowić dramaturgiczny trzon całej historii, aczkolwiek będące u jej podstaw drobne niedomówienia i sugestie wynikają także z częstej korespondencji narracji słownej i obrazkowej. Granica między subiektywizmem a obiektywizmem już na starcie zostaje zaznaczona, a jednak co chwila ulega mniejszemu czy większemu zatarciu. Dzięki temu opowieść, choć bardzo prosta, przypomina swoim charakterem legendę, gdyż mimo serwowania czytelnikowi pewnych informacji na przysłowiowej tacy, niektóre z przedstawionych wydarzeń poddawane są w wątpliwość.

Zdecydowanie najciekawsze jest to, co bezpośrednio związane z postacią O’Donnella, ale rola Hellboya jest tu niewiele mniej interesująca. Na pozór jego udział ma tylko dynamizować historię, no i stanowić czysto marketingowy wabik dla rozkochanych w nim czytelników. Jak mi się wydaje, ulega on tu jednak, powiedzmy, swego rodzaju demitologizacji, podobnej do tej, którą polscy fani mięli okazję lata temu poznać za sprawą znakomitej historii „Trollowa wiedźma” zawartej w zbiorze „Trzecie życzenie i inne opowieści”. Niestety, Mignoli i Allie’owi jakby zabrakło w pewnym momencie odwagi w związku z postacią Hellboya. Bo choć mocną stroną są tutaj wspomniane wcześniej niejasności, to akurat w jego wypadku brakuje przysłowiowej kropki nad i. Czegoś, co byłoby wyraźnym potwierdzeniem celowości takich, a nie innych pomysłów scenarzystów i co z miejsca przekreślałoby zarzuty o tendencyjność.

Surrealistyczna okładka autorstwa debiutującego na kartach „B.P.R.D.” Maxa Fiumary* jest całkiem interesująca od strony przemycanej w niej treści, ale pod kątem wizualnym prezentuje się średnio atrakcyjnie. Wystarczy jednak spojrzeć na pierwszą stronę historii, aby jasnym było, że o braku talentu mowy nie ma. Jego rysunki są oszczędne i groteskowe, umiejscowione gdzieś na pograniczu „stylu kreskówkowego”, co uwypuklają jeszcze kolory nałożone przez Dave’a Stewarta. Fiumara nie jest artystą, którym można by się zachwycać ze względu na malarskie kompozycje kadru czy efektowne sceny akcji (choć i te mają miejsce), bo jego siła tkwi w czymś zupełnie innym. Za sprawą ledwie kilku szczegółów potrafi bardzo naturalnie przejść z jednego wyrazu twarzy w drugi, a przede wszystkim naprawdę wiarygodnie oddać uczucia trawiące kolejne postacie (nie tracąc przy tym karykaturalnego charakteru swojego stylu). Powiedziałbym wręcz, że to właśnie dzięki jego pracom podniecenie, rozpacz czy przerażenie, które towarzyszą tytułowemu bohaterowi, są tak przekonujące, on sam tak prawdziwy, zaś jego historia – całkiem poruszająca.

*Co piąty egzemplarz komiksu posiada (świetną, acz niezwiązaną z przedstawioną historią) okładkę stworzoną przez Mike’a Mignolę.

Tekst pierwotnie ukazał się na łamach magazynu Kzet.

#1248 - Daytripper. Dzień po dniu

Pisanie o tak „prozaicznych” sprawach, jak miłość, życie, śmierć bywa zwykle najtrudniejsze. Wielką sztuką jest nie popaść w przeraźliwy banał. Trudno nie powtarzać się po literaturze (dla której myśl o rzeczach ostatecznych, jako źródło refleksji o egzystencji samej jest prawdziwym evergreenem), a zupełnie niemożliwe wydaje się powiedzenie czegoś nowego. Lub choćby w taki sposób, na jaki nikt jeszcze nie wpadł.

Co prawda autorom albumu „Daytripper. Dzień po dniu” udało uniknąć się najgorszego. Jeśliby umieścić ich album gdzieś pomiędzy dwoma niejako ikonicznymi dla literatury południowoamerykańskiej twórcami, Gabrielem Garcią Marquezem i Paulo Coelho, Gabrielowi Ba i Fabio Moonowi (na szczęście!) będzie bliżej do tego pierwszego. Nie oznacza to jednak, że afirmująca życie pomimo jego przemijalności opowieść momentami nie ociera się o mielizny, przekraczając cienką i bardzo trudno do określenia granicę dzielącą to, co proste (szlachetne, prawdziwe, naturalne) od tego, co prostackie (wysilone, infantylne, naiwne). Wtedy komiks brazylijskich bliźniaków razi swoim tanim dydaktyzmem. Moralizuje, zamiast opowiadać. „Dom jest czymś więcej niż budynkiem” – to już niebezpiecznie orbitowanie wokół prozy Coelho. Bliskie taniemu sentymentalizmowi rodem z brazylijskich (nomen omen) telenoweli albo hollywoodzkich superprodukcji. Ale chyba Amerykanom się podobało, skoro komiks Ba i Moona uhonorowany został kilkoma nagrodami Eisnera i Harvey`a. Inna sprawa, że to solidny kawał komiksowej roboty.

Odpowiedzialny za oprawę graficzną Fabio Moona wybija się ponad rzemieślniczy poziom przeciętnych, mainstreamowych produkcji. W jego kresce widać lekkość, przypominającą nieco dokonania komiksu niezależnego spod znaku Craiga Thompsona albo (to dalekie skojarzenie!) Paula Pope`a. Precyzyjne, dokładne, ale w pewien sposób naładowane emocjami – zapewne duża w tym zasługa znakomitego kolorysty, jakim jest Dave Stewart. Wielokrotnie nagradzany statuetkami Eisnera (aż siedem sztuk!) artysta, znany z takich tytułów, jak „Hellboy”, „The Goon” czy „DC: The New Frontier” doskonale potrafi podkreślić swoimi barwami ulotny nastrój opowieści Gabriela Ba. Ten z kolei kombinuje nico z kompozycją. Mozaikowa struktura fabuły, niechronologiczny układ wydarzeń i pewien chwyt, o którym wspomnieć nie mogę, żeby nikomu nie popsuć niespodzianki, urozmaicają formalnie „Daytrippera”, ale nie są celem samym w sobie. Nie przesłaniają, ale podkreślają treść.

Zupełnie nie rozumiem dlaczego w utworze całkowicie pomięto perspektywę transcedentalną. Tajemnica tego, co jest po tamtej stronie, wydaje się nieodłącznym fragmentem narracja o życiu i umieraniu, że jego brak jest po prostu nienaturalny. Deficyt metafizyki definiowanej w jakikolwiek sposób, laicki czy religijny, traktujący o nadziei zbawienia, grozie nicości czy zwykłej ludzkiej ciekawości śmierci sprawił, że „Daytripper” stał się dla mnie w pewnym momencie kompletnie niewiarygodny. Stał się pretensjonalną i naiwną bajeczką, pełną afirmatywnego przesłania, na które nabiorą się tylko naiwniacy. Jest to szczególnie dziwnie, że autorzy pochodzą z Brazylii, a wiec kraju w którym religia (chrześcijańska) ma bardzo mocną pozycję.

Na szczęście tych momentów nie było zbyt wiele, a wątkami o mistycznym charakterze, przynoszące na myśl estetykę magicznego realizmu (znowu te iberoamerykańskie tropy!) autorzy odzyskują moje zaufanie. Bo w gruncie rzeczy „Daytripper”, zupełnie nie pasujący do zdominowanej przez trykociarzy oferty Mucha Comics, to komiks bardzo porządny, który może się podobać. Ale nie mogę nazwać go pięknym. Nie mogę powiedzieć, że chwycił mnie za gardło. Nie mogę go szczerze polecieć nikomu ze słowami „czytaj i zachwycaj się!”, bo do arcydzielności jeszcze wiele mu brakuje.

środa, 13 lutego 2013

#1247 - Człowiek Paroovka: Gorące głowy

"Gorące głowy" to już trzeci zbiór przygód Człowieka Paroovki narysowany przez Marka Lachowicza. Kolory zostały nałożone przez Tomasza Kuczmę. Dodatkowym smaczkiem jest także gościnny występ Mateusza Skutnika, który pokazuje się z bardzo małym panem Blakim na billbordzie. W przeciwieństwie do poprzednich edycji „Paroovek” w tym albumie/zeszycie, jako danie główne, dostajemy jedną, spójną, opowiedzianą płynnie historię. Danie to podlane jest sosem buffo, co jedynie zwiększa czytelniczy apetyt.

W komiksie aż roi się od statystów, bohaterów, superbohaterów i antybohaterów. Nie wiem jak, ale autorowi udało się tak zbudować akcję, że czytający wcale nie czuje się zagubiony w gąszczu tych wszystkich postaci. Oczywiście, skutecznie pomaga narrator – w tej roli występuje Czopek Piotrek – pełniący rolę przewodnika, a właściwie konferansjera. Zwracając się bezpośrednio do czytelnika na pierwszej planszy zapowiada to, co nastąpi na kolejnych stronach, anonsując "Gorące głowy" w taki sposób: "Przygotuj się ma historię pełną niesamowitości, napięcia, łez, potu i reakcji chemicznych". Uważam, że zabieg wprowadzenia takiego "konferansjera" za bardzo odważy.

Osobiście bardzo nie lubię, gdy postaci zwracają się do mnie w taki sposób. Zwykle irytuje mnie takie gadanie bohaterów. A to dlatego, że przeważnie jest to jedynie tani chwyt. Jednakże w tym wypadku jest to zabieg bardzo udany, ponieważ wyróżnia się konsekwencją. To, co mi osobiście najbardziej podoba produkcie Lachowicza i Kuczmy, to właśnie jego interaktywność. Komiks naszpikowany jest tego typu manewrami. Człowiek Paroovka oraz Pan Ołówek na środku albumu nagle wskakują w wymiar 3D (co prawda nie mają pleców, ale i tak pomysł jest przedni), a pod koniec albumu czytelnika zachęca się do zniszczenia (zgięcia) jednej kartki, to destrukcyjne działanie ma swoje uzasadnienie – dzięki niemu czytelnik może pomóc wyjść bohaterowi z opresji, może ocalić mu życie. A co za tym idzie, staje się współtwórcą "Gorących głów".

Dodatkowo główny bohater zyskuje przedmiotową samoświadomość, bo zdaje sobie sprawę, że jest tylko postacią fikcyjną, że występuje w komiksie, że gdzieś "po drugiej stronie" jest czytelnik. I od tego momentu może przełamywać konwencje opowieści obrazkowej, gdyż zna ramy tejże. Motyw autoreferencyjności uważam za ważny i niezwykle ciekawy.

Trzeci tom przygód Człowieka Paroovki to dobra, inteligentna rozrywka. Marek Lachowicz z Tomaszem Kuczmą wykonali naprawdę kawał solidnej roboty. Nie ma prymitywnych żartów, nie ma obrzucania się błotem, grubych nici. Jest szydera ze współczesności, są podśmiechujki z LPR (Ligi Pogromców Robotów) czy z talk showów, jednak z dystansem i celnie. Dobrze się bawiłem i polecam tę zabawę innym. Smacznych parówek

#1246 - Invincible #100

Dziś na łamach Kolorowych gościmy dawno nie widzianego gościa - Paweł Deptuch z bloga poświęconego Niezwyciężonemu dzieli się swoimi refleksjami po lekturze jubileuszowego, setnego numeru serii "The Invinvcible".
Robert Kirkman doskonale wie jak wywołać szum wokół swoich tytułów. Świetnie sparodiował kampanię Marvela przy prezentacji nowego składu Strażników Ziemi do pierwszej mini-serii "Guarding the Globe"; intrygujące były teasery do runu "Something to Fear" w "Żywych Trupach", a ostatnio bardzo mocno podkręcił fanów całą akcją z jubileuszowym wydaniem "Invincible". Zapowiedzi "The Death of Everyone", w którym giną wszystkie ważniejsze postacie z serii wywołały poruszenie i falę licznych spekulacji. Poziom emocji wzrósł jeszcze bardziej po zaprezentowaniu drastycznego preview, który echem odbił się w najdalszych zakątkach internetu. Kirkman wyśrubował oczekiwania do maksimum. Sam siedziałem jak na szpilkach nie mogąc doczekać się publikacji. Czy jednak wszystko zagrało tak jak powinno?

Niestety jest to tekst zawierający pokaźną ilość spojlerów, więc jeśli nie chcesz psuć sobie przyjemności z samodzielnego czytania zeszytu, odradzam dalszą lekturę.

Na wstępie pochwalę Ryana Ottleya i Johna Raucha. Obaj przyłożyli się do tego zeszytu bardzo mocno, przez co wizualnie prezentuje się on oszałamiająco. Dynamiczne kadry, dopracowana krecha, przykuwające i idealnie dobrane kolory to już od dłuższego czasu wizytówka "Invincible". Obaj panowie wraz z Cliffem Rathburnem – bo nie wolno o nim zapominać – wykonują kawał genialnej roboty, którą naprawdę można podziwiać przez wiele godzin. Setny numer tylko to potwierdza.

Po pierwszym czytaniu #100, w głowie kołatało mi się tylko jedno: kurde, dobre, ale jakieś dziwne…  Rozbuchany do granic możliwości hype, tak wyśrubował moje oczekiwania, że czytając ten numer dostałem obuchem w łeb. Na pierwszych stronach Mark zostaje rozerwany na strzępy przez Dinosaurusa, po czym na kolejnej dowiadujemy się, że nic takiego nie miało miejsca. Moje przypuszczenia co do zaserwowanego twista potwierdziły się. Vince ma się świetnie, Guardians of the Globe bardzo sprawnie opanowują sytuację z poprzednich numerów, a słowotoków nie ma końca. Kompletnym zaskoczeniem było to, że dostałem zupełnie coś innego niż się spodziewałem (co w zasadzie nie jest jakąś nowością w tej serii). Po prostu dałem się nabrać na tę całą kampanię. Miast spektakularnych zgonów znanych i lubianych bohaterów i całej tej otoczki jubileuszostwa, dostajemy bardzo sentymentalny i stonowany numer, który bez olbrzymich fajerwerków, mimo wszystko, zmienia status quo.

Marvel i DC przy okazji okrągłych numerów poszczególnych serii zapowiadają spektakularne zmiany, zgony i wydarzenia. Tak też uczynił i Kirkman. W przeciwieństwie jednak do w/w dwójki dał mi zupełnie inny rodzaj satysfakcji. Mainstreamowe kampanie w większości przypadków od samego początku zdradzają główne fakty (mniej więcej wiemy kto zginie, co i jak się stanie), a samo przeczytanie danej opowieści jest tylko potwierdzeniem całej akcji. Odkładasz zeszyt z fałszywą satysfakcją i mówisz sobie: tak, to jest świetne, tego się właśnie spodziewałem. Setny numer "Invincible" dobitnie uświadomił mi jak schematycznie i, w gruncie rzeczy, przewidująco wielkie wydawnictwa świętują jubileusze. Kirkman, nie po raz pierwszy z resztą, zagrał mi na nosie. Oszukał mnie i zrobił to naprawdę po mistrzowsku. Odłożyłem zeszyt i pomyślałem: tak, to jest świetne, zupełnie nie tego się spodziewałem.

De facto, "Invincible" #100 to kolejna historia popychająca akcję do przodu w naturalny sposób, bez widowiskowych zwrotów akcji. Owszem nie ginie nikt z głównej obsady (no, może oprócz Dinosaursa, ale to nie jest jeszcze do końca potwierdzone), ale tragedia jaka spotyka ponad milion mieszkańców naszej planety, jest wydarzeniem co najmniej przerażającym (chociaż moim zdaniem Kirkman i tak bardzo zachowawczo potraktował ten wątek; ofiary liczone w kilkudziesięciu milionach byłyby bardziej wiarygodne, jak na tę skalę) i do tego właśnie odwołuje się tytuł "Death of Everyone". Tragedia w Stamford ("Marvel Civil War") to przy tym pikuś.

O ile Dinosaurus był bezpośrednim prowodyrem powstałego chaosu, o tyle na "Invincible’u" spoczywa cała odpowiedzialność za śmierć tych wszystkich ludzi. Tak więc Mark w świetle prawa jest przestępcą, który do swoich grzechów zaliczyć może ludobójstwo. Jednak w ramach resocjalizacji ponownie zostaje sługusem Cecila i zapewne przez wiele lat będzie odpracowywał swoją winę. Jej ciężar jest dość przytłaczający. Mark zdaje sobie sprawę ze swojej głupoty i wie, że będzie musiał wreszcie zmądrzeć i dorosnąć do pewnych zachowań.  Wewnętrzna przemiana bohatera, plus zaskakujące wieści z ust Eve, odkrycie słabego punktu Viltrumian, powrót Nieśmiertelnego i małżeństwa Graysonów  to wydarzenia, które w najbliższym czasie będą nabierały rozpędu i zdefiniują serię. Na gigantyczny plus zasługuje też pojawienie się Angstroma Levy, które dla mnie było jednym z najzabawniejszych momentów w historii tej serii.

"Invincible" #100 nie był spektakularny, ale solidny i zaskakujący. Ci, którzy przyzwyczajeni są do epickich „setek” (przykład z brzegu - Amazing Spider-Man #700) będą tym zeszytem srogo zawiedzeni. W pierwszej chwili też byłem. Ale po kolejnych czytaniach stwierdzam, że lepszego jubileuszu być nie mogło (pomimo, że kompletnie nie podoba mi się motyw ze sztucznymi satelitami Ziemi). Zapraszam do dyskusji, może ktoś się ze mną nie zgadza.

wtorek, 12 lutego 2013

#1245 - Komix-Express 174

DC Comics planuje kolejną korektę swojej komiksowej oferty. W maju ukażą się finałowe zeszyty sześciu serii - będą to "Deathstroke", "Fury of the Firestorm", "The Savage Hawkman", "Ravagers", "Sword of Sorcery" i "Team 7". Trzy pierwsze pozycje były częścią pierwszej fali Nowej 52 i towarzyszyły restartowi od samego początku,czyli od września 2011 roku. "Ravagers" zadebiutowali w maju 2012 roku, a najkrótszym żywotem mogą pochwalić się "SoS" i "T7" - pojawiły się one we wrześniu zeszłego roku. Redaktor naczelny DC Bob Harras zapewnia jednak fanów tych tytułów, że niektórzy z bohaterów występujących na ich łamach, będą pojawiali się w uniwersum DC. Hawkman będzie ważną częścią "JLA", Deathstroke jest zbyt ciekawą postacią, aby ot tak sobie zniknąć, a Beast Boy, Terra i Caitlin Fairchild mają się pojawiać tu i ówdzie. Amethyst z "Sword of Sorcery" ma wystąpić w "Justice League Dark". Przy okazji kasacji kilku tytułów nie obyło się bez przetasowań wśród twórców poszczególnych serii. I tak w maju Michael Alan Nelson przejmie "Supegirl" zastępując Mike`a Johnsona na stanowisku scenarzysty, Justin Jordan zluzuje Toma DeFalco w "Superboy`u", a duet Justin Gray-Jimmy Palmiotti zajmą się "Batwingiem" do tej pory prowadzonym przez Fabiana Niciezę.

Jedne znikają, a inne się pojawiają - DC zapowiedziało na razie dwa tytuły (z sześciu), które zajmą miejsce tych, które zostały skasowane. Będą nimi "The Green Team" i "The Movement". Przyznam szczerze, że nie pamiętam, żeby któryś z wydawców z wielkiej dwójki tak miał w swojej ofercie tytuł tak bezpośrednio nawiązujący do polityki. Jasne, zdarzyły się gościnne występy Baracka Obamy na okładce, ale żeby tematem serii był ruch Occupy Wall Street - tego jeszcze nie grali. Choć na dobrą sprawę nie wiadomo jeszcze co będzie treścią przygotowywanego przez scenarzystkę Gail Simone i rysownika Freddiego Williamsa III komiksu "The Movement". Nieco więcej można powiedzieć za to o "The Green Team", ponieważ będzie to odświeżenie jednego ze starych konceptów DC. Zielona Drużyna to grupa bajecznie bogatych nastolatków/dzieciaków, którzy za pomocą swoich finansów... ratują świat/zdobywają supermoce? Wersja Arta Baltazara, Franco Aurelianiego i IG Guery ma się znacząco różnić od oryginału wymyślonego przez Joe Simona i Jerry`ego Grandenettiego. Premiera obu tytułów zapowiedziana została na maj.

Znamy datę drugiej edycji Krakowskiego Festiwalu Komiksu. Najprawdopodobniej impreza ma odbyć się w dniach 15-16 marca. Organizowana będzie przez Małopolskie Studio Komiksu, Wojewódzką Bibliotekę Publiczną w Krakowie oraz Instytut Francuski w Krakowie. Nie ma na razie żadnych przecieków o programie, poza tym, że w związku z zaangażowaniem Instytutu w Krakowie pojawi się Anouk Ricard, autorki komiksu "Coucous Bouzon", który został zwycięzcą 11. edycji "Nagrody dla najlepszego komiksu francuskojęzycznego festiwalu w Angoulême: Polski Wybór". Z tej okazji ma się tam również odbyć premiera polskiej edycji komiksu, którą szykuje (oczywiście) wydawnictwo Post. Tak wygląda opis samego albumu (jak przypuszczam przygotowany przez licealistów):

Nagrodzony przez nas album przedstawia absurdy pracy w korporacji, Okazuje się, że problemy życia codziennego są takie same zarówno nad Wisłą jak i nad Sekwaną. Zwierzęce postaci symbolizują pracowników, którzy zmuszeni są do przyjęcia określonych ról. Infantylny rysunek podkreśla absurd przedstawionych wydarzeń. Wszystko ukazane jest w zabawnej konwencji co może przyciągnąć liczne grono czytelników.

Dnia 8 lutego 2013, o godzinie 17.00 w Miejskim Ośrodku Kultury (ul. Łubieńskiego 11) w Gnieźnie w ramach IV Konwentu Fantastyki Fantasmagoria odbył się wernisaż wystawy "Za Imperium. Sceny batalistyczne". Prezentowane na wystawie prace, które są wyborem (jak sama nazwa wskazuje) scen bitewnych, które pojawiają się w pierwszej części trylogii „Za Imperium”. Bastien Vivès oraz Merwan Chabane wykazali się wybitnym ilustracyjnym i narracyjnym talentem w przedstawianiu bitew, kampanii oraz pochodów wojennych. Sztuka batalistyczna w ich wydaniu gloryfikuje waleczność i siłę legionistów oraz ukazuje słabość przeciwników. Zarówno w widowiskowych bataliach, jak i pojedynczych potyczkach przebija się malownicza mozaika charakterów żołnierzy, którzy do walki przystępują z typowym dla siebie męstwem i zapałem. Udział w bitwie to dla nich przede wszystkim sprawa honoru. A sam komiks, wydany przez Centralę jest już do kupienia.

"Dr. Strange", "Ant-Man" Edgara Wrighta i... kolejny Hulk? W branży chodzą plotki, że kandydatem na kolejny obraz marvelowskiej Trzeciej Fazy ma być zielony olbrzym. Kanwą fabuły trzeciej ekranizacji jego przygód miałaby się stać historia "Planet Hulk". Stworzona przez Grega Paka fabuła traktuje o tym, jak Hulk dla bezpieczeństwa jego samego i mieszkańców Ziemi zostaje wysłany przez wierchuszkę marvelowskich herosów w kosmos. Zamiast jednak na spokojną planetę trafia na Sakaar - świat rządzony przez okrutnego Red Kinga, gdzie zmuszony zostaje do walki o życie. Koniec końców Hulk wraca na rodzimą planetę, aby zemścić się na tych, którzy skazali go na wygnanie i mamy, jak się patrzy, sequel "Avengers" oparty (w pewnej mierze) na "World War Hulk". Kevin Feige pytany o komentarz w tej sprawie mówi, że "PH", jak i "WWH" to fajne historie, ale zdaje sobie sprawę z problemami, jakie mogą nastręczyć ich kinowe adaptacje. Obie historie są bardzo mocno zakorzenione w continuity, a poza tym wymagałyby ogromnych zasobów finansowych.

Wydawnictwo Onepress zapowiada książkę z Batmanem. Wygląda na to, że jest to zbiór tekstów/esejów pod redakcją Marka D. White`a, Roberta Arpa i Williama Irwina, który rzuca nieco światła na Mrocznego Rycerza z filozoficznej perspektywy. Wiadomo, że polski przekład zostanie przygotowany przez Olgę Kwiecień-Maniewską, a za publikację liczącą sobie 280 stron będzie trzeba zapłacić 34,90 złote.Fragment książki można znaleźć pod tym adresem, a tak prezentuje się jej wydawnicza zapowiedz:

Albo zginiesz jako bohater, albo dożyjesz dnia, kiedy staniesz się złoczyńcą. Wierzę, że... to, co cię nie zabije, uczyni cię... dziwniejszym Kim jest Batman? Co ukrywa pod czarnym, pancernym kombinezonem? Czy to normalne, żeby w jego wieku bawić się w przebieranki i popisywać gadżetami? Jedno nie ulega wątpliwościom, Batman to najbardziej złożona postać, jaka kiedykolwiek pojawiła się w komiksach. Poświęcił życie, by pomścić śmierć swoich rodziców i innych ofiar zbrodni. Naraża się na śmierć, by chronić miasto Gotham i jego mieszkańców. I w przeciwieństwie do innych superbohaterów jak Spiderman, Superman, Iron Man albo Kapitan Ameryka nie posiada żadnych nadludzkich mocy. Długie lata szkolił swoje ciało i umysł do perfekcji. Jest taki jak my, tylko bardziej zdeterminowany i... bogatszy. Jeśli Batman jest również bohaterem Twojej wyobraźni, ściągnij maskę, za którą ukrywa swoje prawdziwe oblicze. Ta książka pomoże Ci odkryć kilka mrocznych tajemnic, które od kilkudziesięciu lat usiłuje przed nami zataić.


Wydawnictwo Komiksowe w ofensywie. W zapowiedziach gildiowego edytora na 2013 rok pojawiły się nowe pozycje. Na maj tego roku zaplanowano "Teczkę" Toma Taylora i Colina Wilsona. Będzie to niewielki, bo liczący zaledwie 20 stron, albumik będący adaptacją równie krótkiej, bo mającej tylko dziesięć minut sztuki teatralnej pióra Taylora. Polski przekład zostanie przygotowany przez Grzegorza Ciecieląga. Natomiast na sierpień planowany jest pierwszy tom "Krucjaty". Wygląda na to, że seria autorstwa Jeana Dufauxa i Phillipe Xaviera ukontentuje miłośników pleców konia w europejskim wydaniu spod znaku Lombardu. Pierwszy tom, "Simoun Dja", liczący sobie 52 strony, zostanie przetłumaczony przez Szymona Grzegorza Przewłockiego. Oprócz tego nakładem WK ukaże się również "Rycerz Ciernistego Krzewu" (data - maj 2013). Warto również pochwalić operatywność Wydawnictwa - na "Fotografa" uzyskano dotację na wsparcie wydania komiksowo-fotograficznego reportażu Didiera Lefèvre`a, Emmanuela Guiberta, Frédérica Lemerciera w ramach programu Boy-Żeleński, organizowanego przez Wydział Kultury Ambasady Francji w Polsce. Jak widać - kolejny raz udowodniono, że się jednak da. Integral zaplanowany jest na łódzką międzynarodówkę. A poniżej opisy dwóch nowych pozycji - kolejno "Teczki" i "Krucjaty".

Dwoje ludzi. Dworzec kolejowy. Porzucona teczka. Osobiste uprzedzenia a troska o bezpieczeństwo. Czy wszechobecna wojna z terroryzmem sprawi, że górę wezmą podejrzenia i obawy? Powstały na podstawie sztuki teatralnej komiks Colina Wilsona i Toma Taylora to koncepcyjny majstersztyk, w którym twórcy na co dzień pracujący dla korporacyjnych gigantów (DC Comics, Dark Horse) dają się poznać od nowej strony.

Ziemia Święta jest ponownie zagrożona wybuchem wojny. Pod wodzą Grzegorza d'Arcos i niepokojącego diuka Tarente, chrześcijanie szykują się do odbicia Jerozolimy z rąk sułtana Abdula Razima. Mężny Walter z Flandrii przeciwstawia się wyprawie, uważając ją za szaleństwo. Ale nikt się z nim nie liczy, a w cieniu działa Qua’dj, demon który postanowił posiąść dusze wojowników. Jego ponurym planom przeciwstawia się Walter i zachwycająca, lecz groźna Syria d’Arcos.

środa, 6 lutego 2013

#1244 - We Włoszech wszyscy są mężczyznami

Dzieło de Santisa i Colaone ma na celu nagłośnienie kwestii regularnego internowania homoseksualistów w czasach dyktatury Mussoliniego. Temat, przez lata przemilczany, ujrzał światło dzienne niecałe trzy dekady temu. Sam w sobie jest bardzo interesujący, jednakże zbyt ostrożne ujęcie go może niechcący spowodować jego zepchnięcie gdzieś na margines ciągle odkopywanej historii.
Głównym bohaterem jest Antonio vel Ninella, osobnik „zniewieściały”, a więc zagrażający „moralności publicznej integralności rodziny”, za co zesłany został w przededniu II wojny światowej na wyspę San Domino. Około czterdzieści lat później odwiedza go dwóch młodych filmowców widzących w tej części jego życia bardzo interesujący materiał na dokument. Początkowo niechętny im starzec stopniowo, coraz bardziej otwiera się, ale czytelnik już od samego początku zostaje zapoznany z historią jego wygnania – wszak same odwiedziny filmowców stanowią dlań bodziec do ciągu mniej czy bardziej sentymentalnych wspomnień o czasach młodości.

Dwa równolegle prowadzone wątki często napędzają się wzajemnie – jeden konsekwentnie sugeruje pewne tragiczne wydarzenia, drugi do ich ukazania dąży dosyć niespiesznie, czym twórcy podsycają ciekawość odbiorcy. To z reguły bardzo efektywne rozwiązanie nie zostaje niestety odpowiednio wykorzystane, czego winę upatrywałbym w nazbyt lekkiej tonacji komiksu. Początkowo stanowiła dla mnie ewidentny walor historii – dosyć trudny z założenia temat ujęty został w sposób bezpretensjonalny, a nawet do pewnego stopnia przebojowy, jakby na przekór swojej wadze – z czasem jednak jawiła mi się już jako przysłowiowa kula u nogi. Bo gdy wreszcie na tragedie przyszła pora, moją jedyną reakcją było tylko wzruszenie ramionami.

Owa tonacja jest efektem sporej ilości dialogów (nierzadko dowcipnych), subtelności, z jaką ukazane zostały kolejne sytuacje (na czym z czasem traci sama dramaturgia), niekoniecznie głębokiej psychologii postaci, wreszcie bardzo kreskówkowej oprawy wizualnej (choć ta do samego końca podobała mi się, mimo pewnej monotonii ją cechującej). Także i same dialogi początkowo jawiły mi się jako plus opowieści, jednakże ich nawał w pewnym momencie spycha opowiadanie obrazem na zdecydowanie zbyt daleki plan. Na motywy bardziej dramatyczne poświęcona została minimalna ilość miejsca – koszmarne warunki życia internowanych oraz konflikty rozgrywające się między nimi (czy też między nimi a pozostałymi) zostały ledwie zarysowane, tak jakby przedstawienie ich było tylko formalnością. Niemal wszystkie postaci już na starcie cechują się wyraźnymi, odrębnymi charakterami, ale wbrew pozorom scenarzysta nie miał na nie zbyt wielu pomysłów – definiuje je ciągle to samo, ostatecznie więc w większości przypadków okazują się jednowymiarowe.

Budowaniu dramaturgii i psychologicznych rysów niewątpliwie szkodzi narracja – wyrywkowa, niepotrzebnie podyktowana swoistą chaotycznością pamięci bohatera. Większość wątków ucina się bowiem albo w trakcie swojego rozwinięcia, albo nawet jeszcze wcześniej, tuż po samym naszkicowaniu. Inna sprawa, że „We Włoszech…” zdaje się być pozycją cokolwiek niekonsekwentną, gdyż na przekór stosunku bohatera do lat swojego napiętnowania, jego „wyspiarskie wygnanie” bardziej niż traumatyczną izolację przypomina pobyt w raju. Można by usprawiedliwić to idealizacją tego okresu jego życia – przecież właśnie wtedy przyszło mu się zakochać, a z wieloma współwięźniami prawdziwie zaprzyjaźnić – jednakże dysonans, jaki rośnie podczas przeplatania opowieści o przeszłości z opowieścią rozgrywającą się współcześnie, zdaje się do niczego nie prowadzić.

Ciężko mi nie odnieść wrażenia, iż to zaskakująco sympatyczne ujęcie tematu jest wyłącznie efektem politycznej poprawności autorów. Szczególnie, jeśli wziąć pod uwagę zamieszczony na koniec komiksu wywiad z pierwowzorem głównego bohatera. Wywiad, z którego można się dowiedzieć o sytuacjach, które w komiksie zostały całkiem pominięte, jak choćby regularne prostytuowanie się części skazańców. To motywy, których obecność nadałaby całości nie tyle pikanterii, co po prostu różnorodności i złożoności, a których to ostatecznie tak bardzo jej brakuje. Szkoda, bo potencjał był duży.

Tekst został pierwotnie opublikowany na łamach magazynu Kazet.

wtorek, 5 lutego 2013

#1243 - Rok 2012 zza lady

Epilog do naszego podsumowania 2012 roku dopisują, którzy są ostatnim ogniwem cyklu dostarczania komiksu do rąk klienta. Właściciele sklepów komiksowych, dystrybutorzy, czy jak elegancko nazywają ich za Oceanem - retailerzy - głos należy do nich.

Oto pytania, na które odpowiadali:

1) Jaki był ten 2012 rok dla sklepów komiksowych?
2) Co sprzedawało się najlepiej, co było największym zaskoczeniem pozytywnym a co negatywnym?
3)  Jakie są perspektywy stabilizacji/rozwoju rynku?

Paweł Masłowski (Atom Comics)

1. Wystartowaliśmy pierwszego września, więc nie mamy porównania z poprzednimi latami, ale jesteśmy zadowoleni z pierwszych miesięcy naszej działalności. Udało nam się wprowadzić szereg unikalnych usług, takich jak cotygodniowe dostawy komiksów dzień po premierze w USA, czy darmowe zabezpieczenie każdego zeszytu profesjonalną folią i tekturką, ale to co najczęściej słyszymy od klientów, to pochwała wysokiej jakości obsługi, dobrego kontaktu i dużej elastyczności. Te elementy nas wyróżniają i dzięki temu z optymizmem patrzymy w 2013 rok.

2. Przede wszystkim z rozmów, korespondencji, czy nawet samych zamówień wynika, że polscy czytelnicy mają bardzo sprecyzowane gusta i dysponują sporą wiedzą na temat komiksów. Hitem w komiksach amerykańskich był bez wątpienia Marvel NOW!, czyli restart najważniejszych serii Domu Pomysłów. Większość nowych tytułów prezentuje naprawdę wysoki poziom i widać to po naszych wynikach sprzedaży.

Lekkim zaskoczeniem było to, że w pojedynku zdecydowanie najpopularniejszych bohaterów DC i Marvela, czyli Batmana i Spider-Mana, zwycięsko wyszedł Pająk. Kontrowersyjne zakończenie "Amazing Spider-Man" i początek nowej serii przebiło trwające starcie Batmana z Jokerem, które zbiera pochwały od wszystkich recenzentów.

Z negatywów mogę wymienić tylko subiektywne odczucie, że fani przywiązani są trochę za bardzo do DC i Marvela. Mniejsze wydawnictwa oferują obecnie świetne historie i to na dodatek często tańsze, wydane na lepszym papierze lub z większą objętością. Z naszej strony staramy się zachęcać do otwarcia się na Image, Dark Horse, Boom itd., publikując co miesiąc rekomendacje najciekawszych serii z mniejszych wydawnictw - liczymy, że stopniowo będzie to procentować.

3. Naszym zdaniem rok 2013 zapowiada się dobrze. Dużo pozytywnego zainteresowania wywołała Wielka Kolekcja Komiksów Marvela; cieszą też zapowiedzi Egmontu na temat nowości ze świata DC. Na froncie komiksów amerykańskich dzieje się coraz lepiej i z optymizmem patrzymy na najbliższe miesiące. Realizujemy swoje plany i przygotowujemy szereg niespodzianek dla naszych klientów.

Wojciech Szot (Sklep Gildia)

1. Okazało się, że 5 procent stawki VAT na książki to nie jest zbrodnia i rynku nie zabiło.

Nie chcę generalizować, ale ten rok był chyba lepszy niż poprzednie. Ukazało się dużo komiksów, które może nie zawsze najwyższej jakości, po prostu dobrze się sprzedają. Niestety brakuje wspólnej promocji komiksu – trochę takiej jak się promuje wieprzowinę czy produkty lokalne. Czytelnik komiksów nam się chyba starzeje, stąd wszelkiego rodzaju re-edycje dawnych komiksów to w tej chwili oczywisty sukces sprzedażowy.

Myślę, że wzrasta świadomość iż należy ze sobą współpracować. Póki co wśród sklepów komiksowych, mam nadzieję, że niedługo też wydawcy odkryją, że wspólne ustalanie kto, co i kiedy wyda się opłaci. To brzmi trochę jak fantastyka, ale by się opłaciło. Po co 70 nowości w październiku i 5 w styczniu?

2. Ranking sprzedaży opublikowaliśmy - więc chyba wszystko jasne. Jak zawsze – Egmont, ale i kilka zaskoczeń w czołówce jest.

Pozytywne zaskoczenie – nadal sprzedają  się tytuły drogie i bardzo drogie. Mimo narzekań, negatywnych głosów – można dać cenę okładkową ok 100 zeta. Inne pozytywne – zwłaszcza dla klientów – wydawcy jednak obniżają ceny.
Rośnie w sklepie grupa stałych klientów w różnym wieku. Naszą ulubienicą jest np. Pani, której dzieci zamawiają  komiksy za pobraniem i za każdym razem dzwonimy z pytaniem czy wie ile będzie musiała zapłacić, bo zdarzało się, że dzieci przekraczały sensowne limity. Staramy się jak najbardziej dopasować do potrzeb klienta, co w handlu internetowym nie jest łatwe – przez telefon ludzie bywają agresywniejsi niż w realu.

Negatywne zaskoczenie – to, że wydawcy, zwłaszcza nowi mają gdzieś sklepy komiksowe. To zabawne, że większość komentujących uważa, że świetnym krokiem jest kolekcja Hachette, bo trafi do szerszej publiczności, ale problem w tym, że trudności z jej kolekcjonowaniem ma klasyczny czytelnik/czytelniczka komiksów. Podobnie negatywnie oceniam zabawy wydawców z wyłącznościami w Empikach, a takich gier jest co raz więcej. No i brakuje mi aktywności promocyjnej wydawców innej niż wysyłanie mailingów, egzemplarzy recenzenckich i targi. Sklepy nie są angażowane w promocje, bo wszyscy myślą, że my to musimy robić – jasne, że musimy, ale wtedy pretensje, że kogoś promujemy bardziej są mało uzasadnione.

3. Patrząc na zapowiedzi – będzie super, chyba kryzys póki co nas szczęśliwie omija. Co prawda boję się  kilku pomysłów wydawniczych, jak np. serii dla dzieci, której w sklepach komiksowych raczej  nie sprzedamy, bo do tego jest potrzebna szeroka dystrybucja i angażowanie innych metod sprzedaży, żeby trafić  do rodziców, ale trzymam za nią kciuki. Moje obawy budzi też  fakt, że Hachette w jakimś stopniu zabije Muchę i w mniejszym stopniu Egmont, który i tak już nie wydaje tyle co kiedyś. Jedyna droga dla sklepów komiksowych to wydawać – od dawna robi to Centrum Komiksu, od tego roku my. To najlepsze rozwiązanie by nie tylko przyciągać ludzi ale uzupełniać rynek.

Wojciech Głuszek (FanKomiks)

1. Fankomiks jest księgarnią stacjonarną i tylko niewielką część stanowi dystrybucja internetowa, dlatego pewnie będzie to rzutować na ocenę. Jak sądzę, ocena rynku przez księgarnie stricte internetowe może być zupełnie inna. Cóż … Czarne prognozy nie sprawdziły się – to dobrze. Rok nie był zły, ale trudno także nazwać go dobrym. Po prostu nie było drastycznych zmian ani na lepsze ani na gorsze. Jedni wydawcy wydawali na poziomie, do którego nas przyzwyczaili, jak Kultura, Timof ... i Egmont. Ten ostatni zdążył  nas przyzwyczajać do coraz mniejszej ilości tytułów, reedycji, powtórek. Rozkręciła się Centrala, Taurus, zastopowało Hanami. Taki polski rynek komiksowy...

2. Ilościowo najlepiej sprzedaje się manga. To chyba nie jest dla nikogo niespodzianką. Megahitów nie było, ale dobrze sprzedawały się komiksy  o Batmanie, Yorgi, Wilq 18,  Thorgale, i (tu punkt o zaskoczeniu pozytywnym) frankońskie komiksy Taurusa. Mimo relatywnie wysokiej ceny są miłośnicy takich komiksów. To cieszy - tym bardziej, że odkąd Egmont zaprzestał wydawania francuskich komiksów (Thorgal  jest kategorią sam dla siebie), one praktycznie zniknęły z naszego rynku. Nie było negatywnych zaskoczeń o których warto pisać.

3. Perspektywy nie są dobre. Rynek się nie rozwija i nie widać światełka w tunelu. Kto kupuje komiksy? Kto jest najlepszym klientem? To klient wieku 30+ (jedynym wyłomem w tym stwierdzeniu to klienci kupujący mangę, ale to już zupełnie inna historia). Ma pieniądze, wie co chce. To wciąż ci sami ludzie - nowych twarzy mało, bardzo mało. Dla nastolatka czy studenta komiksy są za drogie, nie interesują się nimi  - kupują mało, lub wcale. Ukazuje się sporo tytułów komiksowych, niestety w niewielki sposób  przekłada się to na rozwój rynku. Są to niewielkie, niekiedy wręcz niszowe nakłady (nawet robiąc założenie, że sam rynek komiksowy jest niszą) Ta duża liczba wydanych komiksów nie ma nic wspólnego z liczbą sprzedanych egzemplarzy.

Tytułów jest sporo, ale który z nich przebił się do czołówki sprzedażowej? W większości są skierowane do wąskiej grupy odbiorców. Wystarczy spojrzeć na wyniki sprzedaży – jakie tam są pozycje, to komiksy popularne: Thorgal, Batman, Wilq.....  Tego typu pozycje  stanowią o sile rynku - one mają/mogą mieć większe nakłady.  Tylko ilość tytułów jest nieproporcjonalna, stosunek ilości tytułów popularnych, mainstream-owych do komiksów „poważnych”obyczajowych „moralnego niepokoju”  jest zachwiany. Czy to źle? Takie komiksy są potrzebne, jest zainteresowanie, jest wśród nich dużo dobrych pozycji (jak  mój ulubiony „Skład główny,  czy ciekawe „Małe zaćmienia” i sporo więcej), chodzi tylko o zachwianie proporcji która świadczy o słabości rynku. Nawet przyciągnięcie przez te komiksy kobiet do grona czytelników nie poprawiło obrazu naszego słabego rynku.  Może tak już  ma być i inaczej nie będzie?

Kolejna sprawa to dystrybucja. W księgarniach tradycyjnych komiksów jest mało lub wcale (WkkM Hachette to wyjątek o którym sam nie wiem co sądzić, ten rok to pokaże). Komiksy sprzedają się w specjalistycznych księgarniach lub przez internet( też w specjalistycznych sklepach), kupują tam „wtajemniczeni”. Przypadkowy „empikowy”  klient do nich nie dociera. A co widzi taki klient – mały wybór, ceny które przerażają (89 złotych, 99...  to już norma, brak obsługi która zna się na temacie. I polityka cenowa – stali klienci kupują  w sklepach w których mają zniżki, tam cena wygląda nieco lepiej, to zdrowe podejście, ale przez to księgarnie tradycyjne sprzedają mniej komiksów, mniej zamawiają, traktują komiks po macoszemu, komiks nie dociera do szerszego odbiorcy... chyba zatoczyłem koło. Właśnie. Tylko czy byłoby inaczej gdyby ta dystrybucja wyglądała inaczej? Tego też nie jestem pewien, może nic się już nie zmieni i trzeba przyzwyczaić  się do takiego rynku komiksowego? Dlatego teraz, w najbliższych latach, nie widzę  szans na rozwój rynku. Będzie to raczej bunkrowanie już zdobytej pozycji. Obym się mylił, oby ten i najbliższe lata były dobre dla komiksu w Polsce.

Rafał Palacz (Multiversum)

1. Z perspektywy rynku komiksów amerykańskich rok 2012 był zdecydowanie udany, zarówno dla sklepów działających w USA, jak i w innych obszarach globu, w tym dla Multiversum, które od wielu lat wspiera rozwój komiksu amerykańskiego w Polsce. Największe amerykańskie wydawnictwa komiksowe (Marvel i DC) dbały o to, żeby sklepy branżowe miały pełne ręce roboty - zarówno w zakresie samych komiksów, jak i bardzo istotnego elementu promocyjnego wprowadzającego na rynek nowych czytelników - filmów, które z roku na rok osiągają rewelacyjne wyniki w box office`ach. Cyfrowa sprzedaż komiksów, która miała być gwoździem do trumny dla komiksów papierowych, nie zaszkodziła tradycyjnej sprzedaży, stanowiąc rynek równoległy w stosunku do klientów preferujących kolekcjonowanie tomów na półkach, a nie gigabajtów na dysku twardym lub w systemie chmurowym. Gdyby oceniać zjawisko kryzysu, o którym słyszy się niemal na każdym kroku z perspektywy branży komiksów amerykańskich w 2012 roku można stwierdzić, że kryzys nie miał miejsca.

Na przykładzie Multiversum, w żadnym z poprzednich lat na przestrzeni 12 miesięcy nie pozyskaliśmy tylu nowych klientów, co w roku 2012. Efektem poczty pantoflowej bardzo zadowoleni z naszej oferty klienci podsyłają do nas swoich znajomych, którym ciężko uwierzyć w to, że w Polsce może działać sklep z tak dużą ofertą produktów dostępnych od ręki (wielokrotnie w przypadku produktów dostępnych w naszym magazynie klienci wolą i tak upewnić się co do ich dostępności telefonicznie lub mailowo, można domyślać się, że na skutek złych doświadczeń w innych sklepach, gdzie większość oferty jest wyłącznie wirtualna).

Poza potężnym rozbudowaniem bazy produktów dostępnych od ręki (na chwilę obecną w naszym magazynie jest ponad 15 tysięcy komiksów) testowaliśmy w 2012 roku wiele nowych rozwiązań, m.in. związanych z uruchomieniem nowej wersji sklepu internetowego oraz odpowiednim zbalansowaniem różnego rodzaju stałych promocji, takich jak gratisowa przesyłka czy rabaty wynikające z wartości składanego zamówienia. Efektem tych wszystkich zmian było ogromne zainteresowanie nasza ofertą, zwłaszcza w okresie świątecznym.

2. Bezsprzeczna dominacja wydawnictw DC i Marvel to od wielu lat stały element gry - to są konie pociągowe całego komiksowego przemysłu w USA. Chociaż - tu zaskoczenie - najlepiej sprzedającym się globalnie komiksem 2012 roku był "Walking Dead" #100 (sumując jego niemal nieskończoną ilość wariantowych okładek) z wydawnictwa Image. W rankgingu Top 5 najlepiej sprzedających się serii w przypadku DC są serie z New 52: "Batman", "Justice League", "Detective Comics", "Action Comics", "Green Lantern". Jeżeli chodzi o Marvel, próbujący powtórzyć sukces swojego konkurenta z nowymi seriami w ramach Marvel NOW, które wystartowały w ostatnim kwartale ubiegłego roku do Top 5 zaliczyć można: "All New X-Men", "Uncanny Avengers", "Avengers", "Thor: God of Thunder" i "Captain America". W przypadku innych wydawnictw, zamiast rankingu tytułów, lista 5 wydawnictw, z których oferty najczęściej korzystają nasi klienci: Image, Dark Horse, Dynamite, Boom i Avatar.

Pozytywnie w 2012 roku zaskoczyła zdolność branży do utrzymania widocznego gołym okiem renesansu komiksu amerykańskiego. Branża, która pod koniec lat 90-tych wyglądała jak pobojowisko w tej chwili przeżywa rozkwit wspierany zarówno wysokim poziomem publikowanych pozycji, jak i skutecznym wykorzystywaniem innych mediów. Z krajowego podwórka, bardzo pozytywnie należy ocenić ubiegłoroczną edycję festiwalu MFKiG w Łodzi, gdzie można było na własnej skórze odczuć wzrost zainteresowania komiksem w postaci ogromnej ilości fanów, którzy odwiedzili m.in. nasze stoisko. Niewiele negatywnych rzeczy wydarzyło się w ubiegłym roku, więc w tym wypadku pozostaje wymienić jedną, która zasmuciła mnie osobiście - odejście Scotta Snydera z serii "Swamp Thing".

3. Dla komiksu amerykańskiego perspektywa na rok 2013 jest wyłącznie jedna - obydwa kciuki w górę i dalej z impetem do przodu.Styczeń 2013, który można już śmiało poddać ocenie, przynosi kolejne pozytywne zaskoczenie jeżeli chodzi o zainteresowanie ofertą naszego sklepu. Jest to najlepszy styczeń w historii działania firmy. Z wieloletnim doświadczeniem, największą w Polsce ofertą dostępnych od ręki obcojęzycznych komiksów i trwającymi na okrągło w sklepie różnego rodzaju promocjami będziemy podobnie, jak inne sklepy branżowe na całym świecie, działać na rzecz umocnienia branży w tym roku, na czym skorzystają wszyscy fani komiksów.

Łukasz Stokowski (Komikslandia)

1. Niewątpliwie ciekawy. Daje się zauważyć coraz większe zainteresowanie klientów zakupami w internecie. Powstają i padają kolejne księgarnie internetowe i to powinno trwać również w 2013 roku. Innych znaczących wydarzeń nie odnotowałem.

2. Cieszę się , że dobre i ambitne tytuły sprzedawały się naprawdę przyzwoicie (na przykład "Habibi" Craiga Thompsona). Z drugiej strony martwią spadające nakłady. To troszkę wstyd, że w 38 milionowym kraju komiks ma 1000 egzemplarzy nakładu.

3. Wydaje się, że raczej pozytywne. Mali wydawcy rosną w siłę i publikują coraz więcej tytułów. Jednak już pod koniec roku obserwowałem rosnącą wstrzemięźliwość klientów przy podejmowaniu decyzji o zakupie nowego komiksu, dlatego wielkich wzrostów sprzedaży w nadchodzącym roku się nie spodziewam. Możliwe iż nastąpi jeszcze ostrzejsza walka między wydawcami o klienta.


Ciekawy również jestem jak wpłynie na rynek pojawienie się kolekcji Marvela. To jest wydarzenie dekady i mam nadzieję, że Hachette, zgodnie z obietnicami, zdoła wydać całą kolekcję. Zobaczymy też co się stanie, jak do naszego kraju zdecyduje się wejść Amazon. Ta firma może zmienić układ sił.

poniedziałek, 4 lutego 2013

#1242 - NeST

„Marek Turek nie jest debiutantem” ‒ to truizm. Właściwie nie wart większego zainteresowania. Jednak mam zamiar w kilku zdaniach rozbudować powyższe stwierdzenie, gdyż w albumie "NeST" widać wyraźnie, że produkując go, autor się nie spieszył, choć może robił go za długo... Dopieszczono każdy szczegół, każdą kreskę. Książka jest pięknie narysowana, plansze są fachowo skomponowane. Czytelnik nie ma żadnych wątpliwości, które kadry należy właśnie czytać, aby na bieżąco, zgodnie ze scenariuszem, śledzić akcję. Zastosowane liternictwo nie jest banalne.

Mam pewne wątpliwości czy wybór prostokątnych, „ostrych” dymków oraz podobnego fontu był słuszny? W kadrach prawie nie ma kątów prostych, chcąc podkreślić kontrast między słowem a obrazem autor zdecydował się na wyraziste liternictwo. Rzeczywistość, w której dzieje się akcja komiksu, mimo autentycznego miejsca w czasie i przestrzeni, jest niezwykle oniryczna. Natomiast słowa/zdania są, dzięki zastosowaniu takiej czcionki, nadzwyczaj realne i jakby przynależące do innego świata. W niektórych miejscach słów jest za dużo. Dzięki narracji wizualnej czytelnik bez żadnych problemów orientuje się w akcji, jako bonus/naddatek dostaje odautorski komentarz: z dymku dowiaduje się, co widzi. I to, moim zdaniem, jedyna słabość tego albumu.

Fabuła nie jest skomplikowana. Akcja dzieje się w 1940 roku małym, niewymienionym z nazwy, miasteczku we Francji. Ulice są prawie puste, z rzadka pojawiają się mieszkańcy miasteczka, częściej żandarmi kolaboracyjnego rządu Vichy. Na marginesie Wielkiej Historii ma miejsce prawdziwy dramat mieszkańców: znikają. Z biegiem akcji okazuje się, że co noc kolejni członkowie społeczności zamieniają się w kamienne posągi. Włodarze miasteczka, aby nie siać paniki, przenoszą zastygłe w bezruchu monolity do magazynu. Niektórzy mieszkańcy myślą, że ludzie po prostu albo uciekli, albo zostali deportowani. Trop znikania w niewyjaśnionych okolicznościach można tłumaczyć parafrazą aresztowań i zsyłki do więzień lub obozów koncentracyjnych. 

Dla dobra społeczności sprawa jest wyciszana, chociaż śledztwo się toczy. Dochodzenie prowadzi inspektor Reflet (intrygujące imię, pochodzi z francuskiego, gdzie "reflet" znaczy odbicie, refleks, odblask), który jest gotowy na wszystko, aby złapać „przestępcę”. Gdy wszystkie tradycyjne metody dochodzeniowe zawodzą, decyduje się wziąć udział w niebezpiecznym eksperymencie i spenetrować chory umysł. Pod wpływem hipnozy ma wizje, przedstawiające potwory, smoki, tańczące kobiety, szkielety ptaków, wnętrze kościoła Sagrada Familia z Barcelony. Wszystko ze sobą poplątane, pomieszane, trauma, żadnej logiki. Ostatecznie oniryczne podróże inspektora Refleta pomogą w odkryciu sprawcy epidemii.

Marek Turek jest autorem bardzo świadomym, rozstawia dużo interesujący tropów, nawiązań do różnych artystów. Gdzieniegdzie spotkałem się (przeczytałem) z opiniami, że nawiązań jest „aż” za dużo, że do niczego one nie prowadzą, że jest to jedynie „pusta” erudycja, autorski popis. Nie zgadzam się. Uważam "NeST" za grę, której zasady są proste: Czytelniku rozpoznaj/zgadnij z czego/kogo to cytat?