środa, 27 listopada 2013

#1442 - Wieże Bois-Maury: Germain

"Germaina", czyli trzeci album z cyklu "Wieże Bois-Maury" otwiera kilkustronnicowa sekwencja, w której czytelnik ogląda powrót mnichów do klasztoru. Dostojnie sunąca procesja powoli, w rytmie religijnych pieśni zbliża się do celu swojej podróży. Na swoich barkach umęczeni mnisi niosą bogato zdobioną skrzynię. Pobliscy chłopi na ich widok przerywają swoją codzienną pracę i klękają przed przedstawicielami wyższego stanu.



Scena ta jest prawdziwym popisem komiksowej narracji Hermanna. Belgijski artysta znakomicie montuje poszczególne ujęcia, podkreślając według potrzeby albo dynamikę poszczególnych scen (szczególnie tych z udziałem czuwającego nad bezpieczeństwem zakonników rycerzem Favardem) albo ich majestatyczność (znakomita strona szósta przedstawiająca klasztor). Kiedy trzeba uwypuklić jakiś detal, które będzie miał znaczenia w kontekście całej historii, zrobione jest to w sposób nienachalny, ale znaczący. Kiedy trzeba wprowdzić nową postać i dosłownie na kilku kadrach pokazać z kim będziemy mieli do czynienia, wykonanie jest bezbłędne. Dzięki temu wszystkiemu Hermann niemal z miejsca stał się jednym z moich ulubionych twórcow komiksowych. Już samo oglądanie w jaki sposób opowiada za pomocą obrazów sprawia mi dużą przyjemność. Jego iście filmowe kadry, metody budowania napięcia czy sposób komponowania opowieści to podręcznikowe przykłady tego, jak powinno robić się komiks.

A co z jego fabułą? Jak sam tytuł wskazuje, w trzecim tomie powraca okaleczony kamieniarz Germain, którego poznaliśmy już w "Babette". Ostatnio widzieliśmy go, jak dołączył do szajki oszustów i rabusiów dowodzonej przez niejakiego Srokę. Ciągle szukający łatwego zarobku obwiesie upatrzyli sobie pewien klasztor znajdujący się na drodze do Santiago de Compostela, z komnatami wypełnionymi bogato zdobionymi kielichami i krzyżami, że "aż się w głowie kręci". Plan zaproponowany przez Germaina wydaje się szalony, ale wizja nieprzebranych skarbów kusi Srokę i jego towarzyszy. Los sprawia, że na ziemiach należących do klasztoru pojawia się również Aymar. Nie zdradzę chyba zbyt wiele, jeśli napiszę, że tym razem błędny rycerz z Bois-Maury związany jest z zupełnie innym wątkiem, a jego obecność jest wręcz epizodyczna.



W recenzjach dwóch poprzednich tomów nic nie pisałem o wkładzie Raymonda Fernandeza w arcydzielność cyklu Hermanna, najwyższy więc czas, żeby to nadrobić. Fraymond z wrażliwością impresjonisty ożywia rysunki belgijskiego mistrza. Podoba mi się, jak za pomocą ograniczonej palety barw potrafi doskonale określić porę dnia czy pogodę w jakiej rozgrywają się poszczególne sceny (zmierzchające popołudnie na stronie 26 czy południowy skwar na planszach 27-28) czy subtelnie podkreślić dramaturgię przedstawionych wydarzeń (w finale). Podoba mi się dyskrecja Fraymonda, stroniącego od taniego efekciarstwa w ilustrowaniu średniowiecznej scenerii. Przypuszczam, że dla wielu czytelników przyzwyczajonych do komputerowej separacji kolorów i photoshopowych efektów prosta, oparta na kontrastach kolorystyka "Wież" może razić swoją archaicznością, ale dla mnie jest jednym z najmocniejszych atutów tej serii.

Spotkałem się gdzieś z opinią, że "Germain" to ulubiony tom "Wież Bois-Maury" Wojciecha Szota z Wydawnictwa Komiksowego. Mnie natomiast w porównaniu z wspomnianą już "Babette" i "Heloizą de Montgri" wydaje się słabszy. Ciut, ciut, ale jednak słabszy. Nie na tyle, żeby w jakiś sposób zaszkodzić mojej ocenie jednej z najlepszych serii komiksowych ukazujących się w Polsce. Zresztą, moja ocena opiera się ledwo na pierwszej lekturze i przypuszczam, że po kolejnych lekturach opus magnum Hermanna moja ocena może się zmienić. Tak czy siak - "Wieże" wciąż trzymają poziom.

2 komentarze:

Wojciech Szot pisze...

Każdy kolejny tom lubię bardziej niż poprzedni :)

Anonimowy pisze...

Mam nadzieję, że po Wieżach Bois-Maury doczekamy się kolejnej serii Hermanna, Jeremiah, czy Comanche...