poniedziałek, 14 października 2013

#1393 - Komarów

Jeśli spojrzeć na wyniki ligaturowych pitchingów z 2011 roku to można dojść do wniosku, że w cenie jest awangarda, co wpisuje się w ducha poznańskiego festiwalu. Dwa lata temu nagrodzono komiksy odważne formalnie, niebanalne w treści i ze wszystkich sił uciekające od typowo komiksowych schematów. Wiadomo, eksperyment ma to do siebie, że może się udać („The Lonely Matador)” lub trochę mniej („Radosav. Poranna mgła”). Jeśli zestawić „Komarów” z tymi dwoma pozycjami, to album Barta Nijstada będzie wyglądał na bardzo zachowawczy i konserwatywny.

W 2012 jury w składzie Christian Maiwald z niemieckiego Reproduktu, David Schilter z łotewskiego „Kusia!”, Ria Schulpen z belgijskiego wydawnictwa Bries, Eleonóra Takács z Węgier i Tomáš Prokůpek z czeskiego „Aargh” za najlepsza pitchingową prezentację uznało „Komarów”. Komiks holenderskiego artysty Barta Nijstada nie jest ani awangardowy w formie, a w treści trudno uznać go za odkrywczy lub chociaż interesujący. A tego właśnie spodziewałem się po komiksie wyróżnionym na Ligaturze.

W swoim dziele Nijstad zabiera nas do prowincjonalnego miasteczka przynoszącego na myśl topos typowych amerykańskich przedmieść. Tytułowy Komarów to miejsce, w którym niczym komary latające pod kopułą jednej z kościelnych wież, kłębią się popkulturowe klisze wespół z szytą grubymi nićmi krytyką współczesnego świata (a przynajmniej jego zachodniej części).

Autor wytykając w komiksie społeczne patologie różnej maści nie potrafi jednak wyjść poza publicystyczny banał. Piętnując wielki przemysł wyrządzający krzywdę tak środowisku naturalnemu, jak i zwykłemu człowiekowi ucieka w pustą, destrukcyjną metaforę. Pokazując ludzi, jako dających się łatwo manipulować idiotów nie mówi o nas nic nowego. W komiksie znajdziemy mnóstwo tropów psychoanalitycznych i motywów przejścia, których sensów nie do końca pewien, ale zdaje się, że i tu Nijstad nie odkrywa Ameryki. Demaskując dzieci, jako owładnięte seksualnymi fantazjami i zakochane w przemocy „produkty współczesnej kultury” autor decyduje się uczynić jedno z nich głównym bohaterem swojego komiksu. Ale najciekawszym wątkiem jest ten związany z sąsiadką Janka (bo tak nazywa się ten główny bohater).

Z pozoru to znowu dość banalna kreacja. Z powodu monstrualnej tuszy samotna kobieta musi używać specjalnego wózka do poruszania się. Jest nieprzyjemna, leniwa i znęca się nad swoim psem. Regularnie odwiedza jakiegoś szarlatana, który za pomocą swoim niby magicznych zabiegów leczy jej nogi – do tego momentu wszystko wydaje się dość jasne i oczywiste. Ale to właśnie spod jej ręki wychodzą dziwne, falliczne rzeźby, które później w dziwny sposób ożywają i zaczynają niszczyć tytułowe miasteczko. Jak więc należy interpretować tworzone przez wyposażoną w rysy biblijnej Ewy figurki? Czy człowieka czeka zagłada, którą przygotował dla siebie własnymi rękami? Czy to jakaś krytyka współczesnej sztuki? A może jeszcze coś innego? Przyznam, że na tym elementem komiksu zastanawiałem się najdłużej i wydał mi się najbardziej interesujący. Pewnie dlatego, że nie był tak oczywisty, jak pozostałe.

Jak napisałem wyżej, obraz końca świata w „Komarowie” nawiązuje do oklepanych w popkulturze motywów. Groteskowa fabuła przynosi na myśl estetykę klasycznych monster movies i konstrukcję filmów katastroficznych (sam Nijstad mówi, że jedną z inspiracji była „Tragedia Posejdona”). Wszechobecne ptaki symbolizujące zagrożenie to ukłon w stronę pewnego mistrza budowania napięcia w kinie, a całość podszyta jest metafizycznym niepokojem charakterystycznym dla filmów Ingmara Bergmana.

Jedyne, co w tym komiksie się broni to jego oprawa graficzna. Bart Nijstad to komiksiarz z bardzo solidnym warsztatem, więcej niż sprawnie posługujący się wizualną narracją, który w dodatku znakomicie radzi sobie z używaniem w swojej pracy choćby zdjęć. Na kadrach "Komarów" fotorealistyczne wstawki efektownie współgrają z tradycyjnie komiksowymi, umownymi elementami. Oprócz tego autorowi "Komarów" udało się uzyskać bardo sugestywny i plastyczny efekt przestrzenności swoich plansz. Ale nawet to nie ratuje tego albumu, który w ostatecznym rozrachunku sprawia wrażenie nieoryginalnego, przekombinowanego i momentami zwyczajnie bełkotliwego...


2 komentarze:

Anonimowy Grzybiarz pisze...

Miałem takie same odczucia podczas lektury, bałem się, że może ze mną jest coś nie tak i nie ogarniam, ale wychodzi na to, że to po prostu taki komiks.

Kuba Oleksak pisze...

Ja tam Janku lubie "nie ogarniać" jakiegoś komiksu, bo się wtedy mogę zastanowić o co chodzi, jak to gra i dla czego tak, a nie inaczej. Ale "Komarów" jest po prostu słabe. I nie jest to nasz odosobniona opinia, bo Nijstad dostał baty i od Godaia, i od Kuby Jankowskiego