czwartek, 4 lipca 2013

#1321 - Superdycha (edycja polska)

Superman, największy z komiksowych bohaterów obchodzi swoje 75. urodziny. Aby uczcić ten zacny jubileusz postanowiliśmy zaprezentować dwadzieścia najlepszych komiksów z udziałem Człowieka ze Stali. 

18 kwietnia 1938 roku, ukazał się premierowy numer serii komiksowej "Action Comics", w której po raz pierwszy pojawił się Superman. Postać, które wkrótce miała stać się jedną z ikon kultury popularnej i protoplastą kolejnych pokoleń superbohaterów, swój "debiut" zaliczyła jednak wcześniej. Wymyślony przez pochodzących z Cleveland scenarzystę Jerome "Jerry`ego" Siegela i rysownika Josepha "Joe" Shustera bohater pojawił się w fanzinie  "Science Fiction" w historii zatytułowanej "The Reign of the Super-Man". W niczym jednak nie przypominał dzisiejszego herosa. Zresztą, to samo można powiedzieć o pierwszych przygód ostatniego syna planety Krypton, które w porównaniu z dzisiejszych - fantastycznymi - było wiele bardziej zaangażowane polityczne. Potrzeba było dużo czasu, aby Superman stał się tym, kim jest dziś...

Przez 75 lat komiksowej kariery Kal El zdążył wystąpić w niezliczonej ilości komiksów, zeszytów, gazetowych stripów, seriali telewizyjnych i animowanych, słuchowiska radiowych, książek i filmów. Dziś prezentujemy pierwszą Superdychę, w której znalazło się 10 najlepszych historii z udziałem Człowieka ze Stali, które ukazały się w Polsce. Już jutro opublikujemy edycję amerykańską mieszcząca pozycje wydane za Oceanem. Zapraszamy do lektury!


10) "Śmierć Supermana" (Dan Jurgens, Jon Bogdanove, Tom Grummett, Brett Breeding, Jerry Ordway, Louise Simonson, Roger Stern, Jackson Guice, "Superman" #5-8/95, TM-Semic)

Choćby ze względu na doniosłość tego wydarzenia, opowieści o śmierci i zmartwychwstaniu Kal Ela na liście braknąć nie mogło. Pierwszy akt sagi jest jednocześnie najsłabszym z całej trylogii, niemniej opowieść o przybyciu do Metropolis tajemniczego Doomsday`a wciąż pozostaje pozycją wartą uwagi i znalezienia się w czołowej dziesiątce. Dziś mocno razi mnie tani dramatyzm i wyświechtany patos pojedynku ostatniego syna planety Krypton z tajemniczą kosmiczną istotą, ale przymykając oko na to i kilka innych rzeczy (finał!) „Śmierć Supermana” wciąż pozostaje satysfakcjonującą lekturą.

09) "Mroczny Rycerz nad Metropolis" (Jerry Ordway, Dan Jurgens, Roger Stern, Dennis Janke, Art Thibert i Bob McLeod, „Superman” #6-7/92, TM-Semic)

… czyli pierwsze spotkanie Człowieka ze Stali i Mrocznego Rycerza w Bronze Age. Krótka, niezwykle intensywna trylogia, w której Superman i Batman muszą połączyć siły, aby rozwiązać pewną kryminalną zagadkę. Po latach ta historia nieco się postarzała, ale wciąż ma moc. Szczególnie, jeśli porównać ją z tym, co z dwójką najważniejszych bohaterów DC wyprawiano w on-goingu „Superman/Batman”. Dobrze skrojony scenariusz, solidne rysunki, gangsterskie porachunki, pierścień z kryptonitem i początek przyjaźni dwóch, największych komiksowych ikon – czego chcieć więcej?

08) "Rządy Supermenów" (Dan Jurgens, Karl Kesel, Roger Stern, Louise Simonson, Tom Grummet, Jon Bogdanove, Jackson Guice, Brett Breeding, 1-10/96, TM-Semic)

Po trzech miesiącach nieobecności miesięczniki z wielkim eS na okładce powracają w wybuchowym stylu. „Reign of Supermen” to napakowana akcją opowieść o czterech kandydatach do przejęcia schedy po Człowieku ze Stali, która w Polsce ciągnęła się prawie przez rok, ale z pewnością nie można było się przy niej nudzić. Całkiem nieźle przemyślana, dynamiczna fabuła obfitująca w epickie momenty i zaskakujące zwroty akcji godna jest najlepszych eventów Geoffa Johnsa. Odpowiedzialny w największej mierze za scenariusz Dan Jurgens się spisał, ale stawili się też rysownicy – Jon Bogdanove, Brett Breeding, Tom Grummet pokazali klasę!

07) "Kryzys Czerwonego Kryptonitu" (Roger Stern, Jerry Ordway, Kerry Gammill, Brett Breeding, Bob McLeod, Art Thibert, Dennis Janke „Superman” #11-12/92, TM-Semic)

Dość niedoceniona opowieść o tym, jak Lex Luthor otrzymał od Mr. Mxyzptlka czerwony kryptonit. Solidnie napisana, trzymając w napięciu historia, w której Superman musi poradzić sobie z chwilową utratą swoich niezwykłych mocy. „Krisis of the Krimson Kryptonite” został absolutnie świetnie narysowany – przełom lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych naznaczony został wysypem mnóstwa utalentowanych grafików. Superman miał szczęście do posługujących się bardzo klasyczną, nieco w stylu Johna Byrne`a kreską, twórców. Powtórzę to, co napisałem w przy okazji "Rządów" - Kerry Gammill, Brett Breeding, Bob McLeod odwalili kawał dobrej roboty!

06) "Czerwone Szkło" (James D. Hundall i Ed Hanningan, "Superman" #9-10/1993, TM-Semic)

Po wydarzeniach pokazanych w „Time and Time Again” Superman wraca do swoich czasów. Niestety, jego Metropolis wygląda zupełnie inaczej, niż je zapamiętał. Ludzie uciekają na sam dźwięk jego imienia, Lois Lane porusza się na wózku inwalidzkim, a w centrum miasta stoi Muzeum Martwych Złoczyńców. Pamiętam, jak wstrząsnęła mnie ta historia, kiedy czytałem ją po raz pierwszy. Zamknięta zaledwie w trzech zeszytach i z nieco rozczarowującym finałem wciąż przygniata swoją przynoszącą na myśl senne koszmary atmosferą.

05) "Exile" (Dan Jurgens, Jerry Ordway, Georgie Perez, Roger Stern, Kerry Gammill, Mike Mignola, Jerry Ordway, George Perez, Curt Swan, "Superman" #6/91, TM-Semic)

Semik zaprezentował jedynie okrutnie pocięty wybór z liczącej niemal 300 stron historii o tułaczce Supermana po kosmosie. Targany wyrzutami sumienia po zamordowaniu trójki kryptonijskich przestępców Quex-Ula, Zaory i Zoda Kal El wyrusza do gwiazd, aby szukać odkupienia. W wykonaniu zespołu twórców, którzy stanowili o obliczu Supermana na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych wyszła z tego świetna historia science-fiction, nawiązująca do najlepszych tradycji tego gatunku, wzbogaconej o wątki dotyczące przeszłości rodzinnej planety Supermana.

04) "Pogrzeb przyjaciela" (Dan Jurgens, Jerry Ordway, Roger Stern, Louise Simonson, Tom Grummett, Jackson Guice i Jon Bogdanove, #9-12/95, TM-Semic)

Tuż poza podium to, co najlepsze w sadze o śmierci i zmartwychwstaniu Człowieka ze Stali. W "Funeral for a Friend" oglądamy pogrążone w żałobie Metropolis i przyjaciół rozpamiętujących stratę największego ziemskiego superbohatera. Trzeba bardzo uważać, gdy się chce napisać wyciszoną, kameralną opowieści w konwencji super-hero. Uderzanie w sentymentalne tony bez ocierania się o niepotrzebny patos i tanią melancholię to diablo trudna rzecz - na szczęście Dan Jurgens wraz z innymi scenarzystami wyszedł z tej próby (przeważnie) obronną ręką. I choć sprawą oczywistą był powrót herosa, to przy jesienno-zimowej lekturze "Pogrzebu przyjaciela" można było uronić łezkę...

03) "Superman: Na wszystkie pory roku" (Jeph Loeb i Tim Sale, 2006, Egmont)

Utrzymana nieco w stylistyce „kolorowego” cyklu Loeba i Sale mini-seria opowiada o początkach Człowieka ze Stali. W „Na wszystkie pory roku” dokopujemy się do człowieczego pierwiastka mitu Supermana. W interpretacji Loeba Kal El to chłopak wychowany na farmie w Kansas, nastolatek, dla którego w pewnym momencie Smallville staje się za ciasne. Dojrzewający młody człowieka, który z jednej strony zdaje sobie sprawę ze swojej potęgi i odpowiedzialności, a z drugiej – bojący się odrzucenia. To zdecydowanie jedna z najwybitniejszych opowieści z Supermanem, który na polskim ryku została przyjęta bardzo źle i na długi czas zniechęciła Egmont do wydania przygód eSa.

02) "Superman: Man of Steel" (John Byrne i Dick Giordano, "Superman" #1-4/91, Tm-Semic)

Z zadania napisania nowego originu dla największego komiksowego herosa wszechczasów John Byrne wywiązał się znakomicie. Oprócz tego, że w 1986 roku powstały komiksy dekonstruujące superbohaterów, DC Comics przedstawiło nowe, postkryzysowe originy swoich najważniejszych bohaterów, które tchnęły nowe życie w mity Batmana czy Supermana. Dziś, wśród licznych opowieści o pochodzeniu Kal Ela właśnie mini-seria "Człowiek ze Stali" pozostają dla mnie najlepszą i jedyną słuszną, choć znajdującą się obecnie poza oficjalną continuity. Prawdziwy popis komiksowej wirtuozerii Johna Byrne`a, który dla polskich czytelników stał się tym, kim jest Jack Kirby dla Amerykanów.

01) "All Star Superman" (Grant Morrison, Frank Quitely i Jamie Grant, 2012, Mucha Comics)

Grant Morrison na łamach "All Star Superman" udowodnił, że da się napisać znakomitą, ocierającą się wręcz o geniusz opowieść o Człowieku ze Stali, uchodzącym za bohatera ze wszech miar nudnego, z którego nic ciekawego nie da się wycisnąć. Morrison w wyborny sposób przerobił kiczowate dziedzictwo Złotej (znacznie mniej) i Srebrnej Ery (więcej) na mięsisty i niebanalny, choć w banale zanurzony, komiks. Urzekający, subtelny, nostalgiczny. W nowoczesnej formule pogodził staromodne elementy ze swoją nieokiełznaną i fantastyczną wyobraźnią. Na nowo odkrywał świat Supermana, świetnie się przy tym bawiąc, jak przypuszczam. W zamiana za to został obsypany nagrodami Eisnera i zyskał szacunek nie tylko wąskiego grona komiksowych geeków. Wstyd nie znać, nie sposób się nie zachwycać.

6 komentarzy:

Anonimowy pisze...

Pierwszą trójkę też mam taką, choć w innej kolejności. Powiedziałbym nawet, że Superman na wszystkie pory roku, All Star Superman, Man of Steel a później długo, długo nic. Szkoda że nie ukazały się u nas For Tomorrow, Red Son, oraz Whatever Happened to the Man of Tomorrow? No ale skoro Egmont udupił z takim komiksem jak Na wszystkie pory roku, to nie ma się co dziwić, że więcej Supermana nie wydali. Ten nowy Superman z New 52 nie jest zły - pewnie, daleki od doskonałości, ale i tak lepszy niż zdecydowana większość tego z czasów TM-Semic.

Anonimowy pisze...

A dla mnie "All Star Superman" to najgorszy komiks z Supkiem jaki czytałem. Typowy bełkotliwy Morrison`owski elseworld-gniot :)

Marcin Zembrzuski pisze...

Bełkotliwy?? Następnym razem czytaj na trzeźwo.

Kuba Oleksak pisze...

Heh, nawet nie zwróciłem uwagi, ale puściłem tekst 4 lipca :)

Anonimowy pisze...

Zgadzam się anonimowy. Mi All Star Superman również sienie podobał, mimo, że Suprmana bardzo lubię.

Kuba Oleksak pisze...

Nie wiem czemu tak hejtujcie błekot "All-Stara" - przecież akurat w tym przypadku Morrison zupełnie odpuszcza sobie swoje "morissonizmy" i robi to, co Alan Moore, przy swoich komiksach z Esem - robi taki komiks, jak gdyby Srebrna Era się nie skończyła. Pisze Supermana z komiksową czułością, w taki sposób, w jaki pisać się go powinno.