wtorek, 21 maja 2013

#1294 - Snapshot


Dzisiaj na naszych łamach debiutuje Paweł Szczygielski. Na stronę Pawła zwrócił mi uwagę Krzychu (za co z tego miejsca serdecznie dziękuje, a was zachęcam do sprawdzenia, czy kule są piękne), a od wymiany maili był już tylko krok od recenzji, którą zaraz przeczytacie. Pawle, witamy na Kolorowych!


Wydaje się niekiedy, że komiksowa mini-seria nie może mieć za sobą wyjątkowo długiej genezy. Często tego rodzaju wydawnicza formuła sprawia wrażenie złapania twórczego oddechu po  on-goingowej zadyszce. Z drugiej strony to rezerwuar pomysłów nigdzie wcześniej niewykorzystanych, które częściej powinny jednak zostać w szufladach niż trafić do drukarni.

W końcu mini-seria to także dobre miejsce na debiut – wystarczająco pojemne, żeby pokazać potencjał twórców i wystarczająco krótkie, żeby nie poczuć do nich żalu, jeśli jednak zmarnują temat. Snapshot, ukończona właśnie mini-seria znanego i dobrze rozpoznawalnego duetu Andy Diggle/Jock nie tylko wyłamuje się z powyższych schematów, ale po raz kolejny udowadnia, że krótkie historie to dobre historie. Sam komiks nie pojawił się znikąd, pierwsze pomysły na scenariusz trafiły na papier (jak twierdzi Diggle) już osiem lat temu z myślą o przeniesieniu na ekran, do czego nie po raz pierwszy przyznaje się ten scenarzysta. Po licznych perturbacjach i uporze Jock'a Snapshot, ostatecznie jako komiks, trafił do wydawnictwa Image, a na półki sklepów w lutym tego roku. Życie tej mini-serii jest wprawdzie krótkie, bo tylko czteroczęściowe, ale za to bardzo intensywne.

Historia głównego bohatera, pracownika comic shopu, zaczyna się od odkrycia – prozaicznego, ale niecodziennego zarazem. W końcu każdy z nas może znaleźć porzucony telefon komórkowy – na ulicy, w parku, gdziekolwiek pośród miejskiej struktury. Jake Dobson w drodze do pracy został tym szczęśliwcem. A przynajmniej tak mu się wydawało do momentu, kiedy jego ciekawość wzięła górę i ostatecznie przekonał się, co zawiera w owym telefonie folder ze zdjęciami – fotografie zwłok zamordowanego mężczyzny. Pech chciał, że właśnie wtedy ktoś na ten telefon zadzwonił, a Jake odebrał, ale w końcu od tego są przecież telefony... Odtąd nasz bohater staje się celem do zlikwidowania. Następuje więc lawina nieoczekiwanych zdarzeń, a wkrótce u boku Jake'a stanie także Callie, dziewczyna znacząco wplątana w całą intrygę. Powyższe nakreślenie wątku to właściwie jedynie zawiązanie akcji komiksu, zaledwie kilka jego początkowych stron. Być może o samej fabule dałoby się napisać coś więcej, oznaczałoby to jednak odebranie czytelnikowi całej zabawy jaką można czerpać z tego komiksu.

Snapshot swoją lekturą przypomina momentami jazdę rollercoasterem. Czysta akcja, napięcie, fabularne zwroty i cliffhangery to esencja tego komiksu – pod względem narracyjnym jest on więc bardzo skondensowany. Andy Diggle poszedł chyba na pisarskie zawody i na maksymalnie krótkiej przestrzeni wykorzystał zapewne wszystkie pomysły jakie tylko mogły być wykorzystane. Słowem – nie zmarnował pod tym względem ani jednej strony swojego scenariusza. Jak każą w podręcznikach, przypadkowy świadek morderstwa to niewygodny świadek, dlatego Jake będzie miał masę kłopotów, narracyjnie jednak dobrze pomyślanych.


W efekcie tego wszystkiego Snapshot jest modelowym przykładem thrillera, może nawet – pójdźmy dalej – conspiracy thrillera, ponieważ z biegiem akcji, kiedy mamy coraz więcej odkrytych kart okazuje się, że intryga jest piętrowa, a myśliwym nie jest tylko jedna osoba, ale cała instytucja. Jake wpadając w jej tryby nie ma szans na ucieczkę, a przynajmniej nie powinien mieć. I w ten sposób dochodzimy do miejsca gdzie scenariusz nazbyt jest wspaniałomyślny dla swoich bohaterów. Komiksowi nie brakuje świetnego szkieletu fabularnego, ale z pewnością brakuje mu niekiedy najzwyklejszego w świecie realizmu. Jake Dobson, który jest przecież tylko sprzedawcą i komiksowym geekiem, czasem zbyt łatwo wyzwala się z opresji, a dodatkowo biorąc pod uwagę jak łatwo wkrótce zacznie pociągać za spust, daje to wrażenie zbyt mocno naciąganej historii. Jak to jednak zwykle bywa w tego typu opowieściach, zbyt refleksyjne podejście do tematu może tylko zaszkodzić lekturze.

O wizualną oprawę tej opowieści zadbał Jock, któremu z pewnością nieobca jest praca z Andy'm Diggle – widać to i czuć w zetknięciu z rysunkami tej mini-serii. Na marginesie warto wspomnieć, że pomysłodawcą przeniesienia scenariusza Snapshot na komiksowe karty był właśnie Jock – dostrzegł potencjał opowieści tam gdzie jeszcze nie widział go Diggle. Jego intuicja okazała się bezbłędna. Artysta świetnie poczuł klimat scenariusza i oddał akcję komiksu tak, jak potrafi najlepiej. Genialnie odnajduje się w poszczególnych scenach, kiedy trzeba operuje wręcz wzorową dynamiką kadrów, natomiast jego kreska to z kolei dodatkowy sznyt całości – ten pozbawiony regularności, kanciasty, ale drobiazgowy styl dodaje komiksowi drapieżności, a czarno-biała i uboga w półtony estetyka dopełnia reszty. Ten komiks po prostu świetnie się ogląda, do samego końca.

Snapshot to także komiks w pewnym stopniu odnoszący się do aktualnych wydarzeń – zauważalnym elementem, zwłaszcza na ostatnich stronach mini-serii, jest atmosfera społecznego niezadowolenia obywateli z sytuacji politycznej i gospodarczej swojego kraju. Niezależnie od tego w którym punkcie fabuły się znajdujemy, na jej horyzoncie cały czas majaczy widmo ogólnej kontestacji i próby walki z zastanym porządkiem politycznym – miejscami przemycane do komiksu obrazy manifestacji i ulicznych zamieszek są wymownym tego przykładem. Z pewnością ma to odniesienie do obecnej doby globalnego kryzysu, gdzie masowe demonstracje na ulicach wielkich miast stają się coraz częściej codziennością. Snapshot, jak na komiks gatunkowy przystało, traktuje to zjawisko jedynie na zasadzie rekwizytu, a finansowy kryzys portretuje jako efekt pewnych celowych i potajemnych giełdowych manipulacji. Ze źródłami światowej recesji rozprawia się Diggle w sposób pop-kulturowy, bez cienia pretensjonalności.

Ostatecznie, przymykając oko na pewne drobne niedoskonałości o których wspominałem, Snapshot nadal pozostaje solidną rozrywką, a ta w żadnym wypadku nie jest pozbawiona swoich ambicji. Jeśli więc ktoś szuka sprawnie zrealizowanej, wolnej od kompleksów, elektryzującej fabuły z pewnością ją tutaj znajdzie. Twórcom wypada życzyć ponownej kooperacji – po lekturze ich najnowszego komiksu trudno nawet pomyśleć, że mogliby coś razem zepsuć.

2 komentarze:

Lokus pisze...

Jako że na Bullets zaglądam, przy okazji zadam pytanie: czy tamten blog jeszcze działa? Bo coś od ponad miesiąca pusto i głucho tam

Paweł Szczygielski pisze...

Lokus, ciężko mi powiedzieć, jak to będzie wyglądało. Nie chę oczywiście porzucać tamtego miejsca, ale trudno mi w obecnej sytuacji zagwarantować wzmożoną aktywność bloga. Dzięki za zainteresowanie.