czwartek, 17 stycznia 2013

#1222 - Najlepsze z Semika: część druga

Kontynuując moje odliczanie najlepszych semicowych pozycji, warto również zwrócić uwagę na jedną rzecz. Komplementując Semica za to, że udało mu się stworzyć masowy rynek opowieści obrazkowych, często zapomina się, że Marcin Rustecki i Arkadiusz Wróblewski sięgali po utwory takich twórców, jak Neil Gaiman, Warren Ellis, Peter Milligan, Alan Moore, Frank Miller, Mike Mignola, John Romita Jr., Mike Zeck, J.M. DeMatteis, Simon Bisley, Alan Grant, Norm Breyfogle czy Barry Windsor-Smith i wielu innych, którzy dziś cieszą się statusem autorów wybitnych, a w kilku przypadkach uchodzą za klasyków amerykańskiego komiksu. Często był to rzeczy autentycznie znakomite, do dziś uchodzące za kultowe, a niekiedy nawet - ocierające się o genialność i arcydzielność.

13. "Wojownicze Żółwie Ninja" ("Teenage Mutant Ninja Turtles" #1/93; Kevin Eastman i Peter Laird)
Przyznaje się bez bicia, że na początku po prostu zapomniałem o tej pozycji, podobnie zresztą jak większość układających podobne rankingi. Mój błąd na szczęście naprawił Paweł Deptuch zwracając uwagę, że na liście powinien znaleźć się jeden z najważniejszych tytułów we współczesnej historii komiksu, który zapoczątkował (a potem jako jeden z niewielu przetrwał) modę na przygody antropomorficznych bohaterów. "Teenage Mutant Ninja Turtles" Eastmana i Lairda, bo o tej pozycji mowa, niestety nie przyjął się na polskim rynku. Na fali popularności serialu animowanego Semikowi udało się wydać zaledwie jeden trzy zeszyty oryginalnej serii o czwórce zmutowanych żółwi mieszkających w nowojorskich kanałach.

12. "Batman: Sanctum" ("Batman" #12/94; Dan Raspler i Mike Mignola)
Komiks, którym Mike Mignola zadebiutował na polskim rynku. Pewnie wtedy, w 1994 roku nikt nie spodziewał się, że rysownik śmiało operujący ograniczoną paletą kolorów i dość prostą kreską, stanie się jednym z najważniejszych amerykańskich twórców ostatnich dekad. Już wkrótce, zabłyśnie jako autor pewnego niezależnego projektu, który potem przekształci się w regularne uniwersum. I właściwie "Sanctum" stanowi przymiarkę do przygód "Piekielnego Chłopca", bo w historii pojawiają się wszystkie charakterystyczne mignolowskie motywy. Nikt tak efektownie nie łączy horrorowej estetyki z postacią Batmana, jak Mignola i aż dziw bierze, że teraz DC nie próbuje nakłonić go jeśli nie na serię, to chociaż na jakiś one-shot. Genialna okładka!

11. "Batman: Mroczny Rycerz Mrocznego Miasta" ("Batman" #8/91; Peter Milligan i Kieron Dwyer)
Czyli pojedynek Batmana z Riddlerem podany w konwencji dynamicznego i mrocznego thrillera. Mroczny Rycerz w pogoni za Riddlerem - który pod piórem Petera Milligana może być stawiany na równi z najlepszymi kreacjami villainów w historii komiksu - aby go powstrzymać musi stawić czoło przygotowanym przez Edwarda Nygmę zagadkom. 68 stron lektury z zapartym tchem, nerwowego przewracania kartek. A kiedy już dowiecie się czy i przede wszystkim jak udało się powstrzymać łotra, zatrzymajcie się na chwilę i docencie gotycki klimat całości oraz miasto Gotham, jako pełnoprawnego bohatera opowieści.

10. "Gren Lantern: Szmaragdowy Świt" ("Green Lantern" #1/92-2/93; Keith Giffen, Gerard Jones i M.D. Bright)
Originowa historia Hala Jordana, drugiego z ziemskich Zielonych Latarni. "Szmaragdowy Świt", podobnie jak i "Człowiek ze Stali", jest historią, która wydarzyło się po "Kryzysie na Nieskończonych Ziemiach". Do czasu pojawienia się Geoffa Johnsa, stanowiła kanoniczną opowieść o początkach kariery strażnika sektora 2814 - dla wielu fanów po dziś dzień jedyną. Giffenowi i Jonesowi znakomicie udało się połączyć wypełniony po brzegi akcją komiks z historią o dojrzewaniu do odpowiedzialności, jaką niesie ze sobą użytkowanie zielonego pierścienia mocy. A wszystko to w pięknych, choć nie robiących już dziś takiego wrażenia, kosmicznych dekoracjach. Nie licząc "Zabójczego żartu", historii trudnej i nietypowej, trudno wyobrazić sobie lepszy start dla nowej serii.

9. "Spider-Man: Ostatnie łowy Kravena" ("Spider-Man" #1-3/94; J.M. DeMatteis i Mike Zeck)
Od samego początku reklamowany przez wydawcę, jako "klasyk", typowy "musiszmieć", historia, „której nie wolno było przegapić”. O dziwo, tak było w rzeczywistości – dzieło DeMatteisa i Zecka według mnie dystansuje najlepsze dokonania Todda McFarlane`a, takie jak "Torment" czy "Maski". Historia, która ukazała się w 1987 roku wpisuje się w okres wielkiego przełomu w komiksie superbohaterskim drugiej połowy lat osiemdziesiątych. Nasycona atmosferą grozy opowieść o śmierci, zmartwychwstaniu i ponownych narodzinach bohatera kryjącego się za pajęczą maską. Duszne od afrykańskiego upału, pełne poetyckiej metafizyki, wspartej cytatami z Williama Blake`a, "Łowy" stały się dla Człowieka Pająka tym, czym było "Born Again" dla Daredevila. O ile narracja, mocno oparta na monologu i obszernym komentarzu może wydawać się nico archaiczna, o tyle klasyczna kreska Mike`a Zecka nic, a nic się nie zestarzała.

8. "Superman: Człowiek ze Stali" ("Superman" #1/90-4/91; John Byrne)
Z zadania napisania nowego originu dla największego komiksowego herosa wszechczasów John Byrne wywiązał się znakomicie. Oprócz tego, że w 1986 roku powstały komiksy dekonstruujące superbohaterów, DC Comics przedstawiło nowe, postkryzysowe originy swoich najważniejszych bohaterów, które tchnęły nowe życie w mity Batmana czy Supermana. Dziś, wśród licznych opowieści o pochodzeniu Kal Ela właśnie mini-seria "Człowiek ze Stali" pozostają dla mnie najlepszą i jedyną słuszną, choć znajdującą się obecnie poza oficjalną continuity. Prawdziwy popis komiksowej wirtuozerii Johna Byrne`a, który dla polskich czytelników stał się tym, kim jest Jack Kirby dla Amerykanów.

7. "Aliens vs. Predator" ("Wydanie Specjalne" #3/94; Randy Stradley, Chris Warner i Phil Norwood)
O ile się nie mylę to komiks, który do dziś dzierży rekord największej ilości stron wśród produkcji Semica – w sumie jest ich 148 (w oryginale miał jeszcze więcej, bo aż 178). I pierwszy nie wyprodukowany przez Marvela albo DC Comics. Do dziś pamiętam jeden z listów do redakcji opublikowanych na stronach klubowych, napisany przez starszego już czytelnika, który nie do końca przepadał za superbohaterskimi komiksami. Ale pewnego bezsennego, bladego poranka sięgnął po komiks opowiadający o starciu Predatorów z Obcymi i był zachwycony. Nie ma się co dziwić, bo to absolutnie znakomita opowieść, poprowadzona w iście filmowym stylu.

6. "Weapon X" ("Mega Marvel" #4/94; Barry Windsor-Smith)
Pierwszy, klasyczny origin Wolverine`a, wyjaśniający jak Logan wszedł w posiadanie swoich nasyconych adamantium pazurów i stał się prawdziwą maszyną do zabijania. Jako scenarzysta Barry Windsor-Smith nie umiał może wyjść poza schemat opowieści o walce Logana z rodzącą się w nim bestią i o okrucieństwie, jakiego dopuszczali się naukowcy w pracy nad Bronią X, ale jako grafik udowodnił, że jest jednym z najwybitniejszych współczesnych artystów komiksowych. Tak, jak "Weapon X" jest prawdziwą perełką wśród innych, w zasadzie bardzo do siebie podobnych x-komiksów, tak BWS to artysta pełną gębą, a nie żaden komiksowy wyrobnik, jakich wielu wśród rysujących przygody X-Menów. Cacuszko!

5. "The Dark Phoenix Saga" ("X-Men" #1/92-1/93; Chris Claremont i John Byrne)
Oto historia, w której Chris Claremont i John Byrne, dwóch klasyków amerykańskiego komiksu superbohaterskiego lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych wznieśli się na wyżyny swoich nieprzeciętnych talentów. W dość typową superbohaterską opowieść o ratowaniu wszechświata w pysznych, retrofuturystycznych dekoracjach udało się wpleść ładunek dramatyzmu godny greckich tragedii. Niebywałe, że "Dark Phoenix Saga" wielkiemu, poruszającemu, sentymentalnemu melodramatowi z ubranymi w kolorowe kostiumy mutantami udało się uniknąć otarcia o kicz. Najlepszy wydany w Polsce komiks z charakterystycznym x`em na okładce, od którego Semic rozpoczął wydawanie serii "X-Men".

4. "Batman: Black and White" ("Wydanie Specjalne" #1-2/97; różni autorzy)
I kolejny "Specjal" na liście, który obok "Ostatniego Czarniana" mógł okazać się kolejnym komiksowym przełomem, otwierającym głowy i oczy czytelnikom na nieco inny typ komiksu. Może taki, w którym najważniejsze nie są gościnne występy, dynamiczna akcja pełna zawiłych zwrotów akcji, mnożąca kolejne perypetie i efektywne splasze. Pomysł na antologię z grającym pierwsze skrzypce Mrocznym Rycerzem w swojej prostocie okazał się genialny – dajemy postać Batmana i osiem stron najwybitniejszym artystom komiksowym swojego czasu. Zostawiamy im wolną rękę w opowiadaniu swoich historii, a potem liczymy zyski ze sprzedaży, planując kolejne sequele. W USA chwyciło, natomiast sukces podwójnego "Batmana: W czerni i bieli" w Polsce to sprawa dyskusyjna. Niekoniecznie szorciaki Teda McKeevera, Briana Bollanda, Matta Wagnera czy Neila Gaimana i Simona Bisley`a przypadły do gustu ówczesnym czytelnikom. Dziś jednak nie można o nich mówić inaczej, jako o małych arcydziełkach.

3. "Lobo: Ostatni Czarnian" ("Wydanie Specjalne" #2/94; Alan Grant, Keith Giffen i Simon Bisley)
Prawdziwy kamień milowy, zarówno w rozwoju wydawnictwa TM-Semic, jak i w historii polskiego komiksu. Śmiem twierdzić, że Simon Bisley właśnie w "Ostatnim Czarnianie", a nie w "Sądzie nad Gotham" pokazał przynajmniej kilku rodzimym artystom, jaka potęga drzemie w medium komiksowym. Opowieść o największym "bastichu" w galaktyce, pełna groteskowej, przerysowanej brutalności, której poziom można było mierzyć w milionach zabitych istot, w megalitrach krwi czy cwaniackich tekstach głównego bohatera, trudno było porównać do czegokolwiek innego. Po „Lobo” nic już nie było takie samo, a komiksy nie kojarzyły się już tylko z narysowanymi prostą kreską naiwnymi historyjkami obrazkowymi o tym, jak ubrani w kolorowe kostiumy herosi ratują niewinnych. Dzieło całkiem sprawnie napisane przez Alana Granta i Keitha Giffena, o czym zdaje się często zapominać, zapoczątkowało modę na Bisley`a (w mniejszym) i Lobo (w większym stopniu), która zaowocowała licznymi kontynuacjami, prezentującymi różny poziom.

2. "Daredevil: Man Without Fear" ("Mega Mavel" #2/95, Frank Miller i John Romita Jr.)
Reinterpretacja originu Matta Murdocka napisana przez niekoronowanego mistrza tego typu historii i jednocześnie twórcę nowoczesnej mitologii Daredevila, Franka Millera. To właśnie on nadał obecny kształt bohaterowi, który długo uchodził za tanią podróbkę Spider-Mana, na którą zabrakło oryginalnego. Wprowadzenie postaci Elektry, rozwinięcie relacji Matta z jego ojcem, nasycenie jego przygód kulturą japońską – to wszystko zasługi Millera, a mini-seria „Człowiek bez strachu” stanowi prawdziwą kwintesencję jego wieloletniej przygody ze Śmiałkiem. Wciąż, po tylu latach potrafię rozpływać się nad tym, w jaki sposób ze schematycznej do bólu, sensacyjnej opowieści o zemście, zrobiono autentycznie wzruszającą historię człowieka, który ciągle upada i zawsze ma siłę żeby wstać. W niczym nie ustępuje "Killing Joke", ale któraś z tych pozycji musiała zadowolić się drugim miejscem na podium.

1. "Batman: Zabójczy Żart" ("Batman" #1/91; Alan Moore, Brian Bolland i Jack Higgins)
Po dziś dzień nie mam pojęcia, co mogło kierować redakcją TM-Semic przy wyborze historii do premierowego zeszytu z przygodami Batmana, w którym głównym bohaterem jest przecież Joker. Nawet na tle innych komiksów z Mrocznym Rycerzem "Killing Joke" wyróżnia się swoją przytłaczającą atmosferą, w którym próżno szukać efektownych bijatyk i detektywistycznych zabawek. Jest prawdziwe szaleństwo, przytłaczająca atmosfera i analityczne podejście scenarzysty do tematu. Nie ulega najmniejszym wątpliwościom, że "Zabójczy Żart" należy do najwybitniejszych osiągnięć komiksu superbohaterskiego. Znakomitemu scenariuszowi pióra Alana Moore`a towarzyszy fantastyczna oprawa graficzna przygotowana przez Briana Bollanda, w jedynej, słusznej kolorystyce autorstwa Jacka Higginsa. Komiks totalny.

Niemal połowę wybranych przeze mnie tytułów ukazało się pod szyldem "Wydań Specjalnych", w formie klasycznego dziś trejda. Jeśli dodać do nich dwa numery "Mega Marvel", to okaże się , że sympatyczne tomiszcza liczące po 100 i więcej stron przechodziły w redakcji bardzo ostrą selekcję i w ramach tych dwóch serii udało się opublikować naprawdę wartościowe pozycje. W zestawieniu znajduje się również osiem komiksów z Mrocznym Rycerzem w roli głównej – pięć specjali i trzy historie z regularnej serii. Nie jest to żadnym zaskoczeniem – Semic utrafił w złote dla Batka czasy.

32 komentarze:

Michał Szyszka pisze...

Mam deja vu, czy część z tych opisów była wcześniej publikowana?

Anonimowy pisze...

Nie to abym się czepiał bo zestawienie w porządku i ciekawie podane. Jednak z tego co pamiętam TM-Semicowcom nie udało się - mimo, że podobno Arek nalegał - wydać żadnego z tytułów Neila Gaimana.

Z "Żółwiami Ninja" (wersją Eastmana) nie było aż tak źle, bo ukazały się "aż" trzy numery. Przy okazji warto pamiętać, że opublikowano również wersje dziecięcą tej serii, która cieszyła się nieco większym wzięciem (zdaje się 18 odcinków).

P.S. A gdzie "G.I.Joe" i "Pony" ?! ;)

Kuba Oleksak pisze...

Michale - te, które dotyczą Batka, były już w podsumowaniu Batka :) Trudno było mi pisać dwa raz coś o tym samym komiksie :)

Maciej Pałka pisze...

Tak, Żółwi były bodaj 3 zeszyty a wersja dla dzieciaków to regularnie szła w zeszytówkach i w opcji mega plakatu. Sporo tego było.

Kuba Oleksak pisze...

@NN

Z GIJoe wbrew pozorom kilka fajnych rzeczy by się znalazało, choć nie na poziomie Top 25, ale myslę, że w Top 50 to czteroczęścowie "Obleżęnie Springfiled" byś się znalazło, wyprzedzając jakichś X-Menów. Larry Hama dawał radę.

Co do "Żółwi" - czuje się poprawiony.

Przemysław Zawrotny pisze...

Czekałem na drugą część zestawienia, bo byłem ciekaw, czy zabraknie w nim najbardziej - moim zdaniem - niedocenianego komiksu wydanego przez TM-Semic. Zabrakło. Chodzi mi o "Opowieść Gantheta". "Machin" też nie widzę. Ale dobra, to przecież subiektywny ranking. Nie czepiam się.

Mam za to pytanie zainspirowane tym, jaki komiks znalazł się na pierwszym miejscu. Co jest takiego genialnego w "Zabójczym żarcie"? Nie chcę powiedzieć, że to chłam, przeciwnie - bardzo dobrze opowiedziana historia, precyzyjna, wysoki poziom. Uwielbiam Moore'a, ale "Zabójczy żart" to jak na niego taka sobie historia (a w przedstawionym tu zestawieniu również znajdują się poważniejsze i bardziej skomplikowane). Co on takiego ważnego mówi (albo na czym polega nieoczywistość tego, co mówi) w tym komiksie, by nazwać "Zabójczy żart" genialnym?

Anonimowy pisze...

W trzecim epizodzie "G.I.Joe" zamieszczono całkiem dobrze poprowadzoną, niemą historyjkę o uwolnieniu z łap Cobry jednej z bohaterek. Fajna rzecz.

A co do "Zabójczego Żartu" to też mam nieco wątpliwości. Bardziej pasowałoby mi coś od Milligana (np. niedoceniona, świetna historyjka "Kryzys tożsamości" Milligana i Mandrake'a), ale jak wiadomo o gustach się nie dyskutuje.

Anonimowy pisze...

Zapomina się często (niesłusznie) o jednej z najlepszych historii, która bije o głowę, w moim przekonaniu, niektóre pozycje z obu list, a mianowicie Death Hunt (Larry Hama (!) i Mark Texeira - Mega Marvel 1/97. Pod każdym względem wyśmienite. Na mojej liście komiksowych perełek zawsze!
Marcin Rustecki

Anonimowy pisze...

Killing Joke za psychologiczne postawienie Batmana i Jokera jako dwie strony tego samego medalu. zasłużone miejsce. czepiacie się.

focia daredevila wyjątkowo słabo dobrana, nie dało sie znaleźć nic bez oznaczenia ilości kilobajtów w grafice?

GNZ

Anonimowy pisze...

Tak w ogóle przydałoby się stworzyć listę nie w pełni docenianych perełek TM-Semic. O tym, że "Machiny" czy "Black & White" to mistrzostwo nikogo przekonywać nie trzeba. Natomiast mało kto pamięta opowieść z Haroldem (Batek 7/92), Fantastic Four Jima Lee, wspominanego Gantheta, Red Glass, Rządy Supermanów (dla mnie niezmiennie świetna saga) i wiele, wiele innych historii wartych wzmiankowania.

Przemysław Zawrotny pisze...

O "Opowieści Gantheta" wspomniałem, ponieważ - w przeciwieństwie do "Machin" - ten komiks w ogóle nie jest wymieniany jako wartościowa historia i tak kojarzony. Mam wrażenie, że u nas nie został doceniony nigdy, a jest nieporównanie lepszy od dwóch wymienionych w obu częściach listy "Green Lanternów", które zajmują miejsca w tego typu rankingach. Choćby dlatego, że jest o czymś. To jest jak dla mnie jedna z najbardziej wartościowych pozycji wydanych przez TM-Semic w ogóle.

Natomiast odnośnie do "Zabójczego żartu" - dla mnie on się nie broni po latach (pod względem narracyjnym i graficznym oczywiście tak, ale chodzi mi o siłę i "żywotność" przekazu). Przedstawienie Batmana i Jokera jako dwóch stron tego samego medalu trąci banałem, w przeciwieństwie np. do wizji McKeevera z "Machin", w której postawa rzeźnika chcącego wziąć sprawy (zwalczanie zła) w swoje ręce jest skontrastowana z jego fantazjami na temat Batmana (oraz fantazjami na temat zła kiełkującego w podziemiach miasta). Myślę, że "Zabójczy żart" jest przereklamowany i jedzie na opinii, że to absolutnie genialny komiks. Też mi się tak wydawało, dopóki nie przeczytałem go jeszcze raz.

Przemysław Zawrotny pisze...

A jeszcze przypis:
Motyw bohatera i jego oponenta jako "dwóch stron tego samego medalu" w nieco bardziej skomplikowany sposób niż Moore wyzyskał DeMatteis w "Ostatnich Łowach Kravena" (tytuł zobowiązuje - "Fearful Symetry"!). Też po latach się broni.

Anonimowy pisze...

Nic nie ujmując niezwykłości i niepowtarzalności "Opowieści Gantheta" zupełnie nie zgodzę się co do krytyki "Emerald Dawn" i "The Road Back". Tym mocniej, że z "Drogi" wykiełkowała jedna z najoryginalniejszych serii superbohaterskich wszechczasów - "Green Lantern: Mosaic".

Anonimowy pisze...

Mówicie, że Ganthet's Tale taka dobra? Muszę sobie przypomnieć, bo jakoś w ogóle ten komiks nie utkwił mi w pamięci. A co powiecie o dwóch Wydaniach Specjalnych z Wolverine, Ghost Riderem i Punisherem? Jedno rysował Romita jr, drugie Texeira. Warto do tego wrócić?

Przemysław Zawrotny pisze...

"Ganthet's Tale" świetna moim zdaniem. Bardzo udana krzyżówka superhero z poważną SF, w końcu napisał do Larry Niven. No i znowu - to opowieść "o czymś", o dylematach związanych z poznaniem początków Wszechświata (a więc o ograniczeniach nauki) - żeby nie spoilować za bardzo. Mnie bardzo kręci, że takie rzeczy opowiedziano w konwencji superbohaterskiej.

Co do dwóch innych wymienionych tu opowieści o "Green Lanternie", to "Emerald Dawn" było przyzwoitym komiksem rozrywkowym, fakt - ale nic ponadto. Natomiast to drugie pamiętam jako dość średnią historyjkę, raczej naiwną, z prostodusznymi dialogami.

Wspomniane "Ghost Ridery" były bardzo naiwne, ale do czytania, kiedyś czytelnicy potraktowali je bardzo bezpardonowo na stronach klubowych, ale w sumie nie odstawały od średniej. Niby rysowali je Romita i Texeira, ale pierwszy był wyraźnie nie w formie, a drugiego tuszował gość, który bardzo zmiękczył jego kreskę. W sumie - średniaki pod każdym względem.

Anonimowy pisze...

"Opowieści Gantheta" to zdecydowanie najlepszy Green Lantern z TM-Semic. A wszystkim zachwalającym "Emerald Dawn" i "The Road Back" polecam zrobić jedną prostą rzecz - przeczytać te komiksy dzisiaj. Oba zestarzały się niemiłosiernie, to już "Zemsta złowieszczej szóstki" wydaje się mniej infantylna po latach.

Anonimowy pisze...

Larry Niven nie napisał "Opowieści Gantheta". Podrzucił tyko parę pomysłów rozwiniętych przez Johna Byrne'a.

Tomek pisze...

A Vendigo, Spider i Mc Farlane to zły był? Ale każdy czytelnik TM zrobiłby inną listę, dobry chwyt, gratuluję pomysłu ;]

Przemysław Zawrotny pisze...

Nieważne, czy Niven pisał, czy tylko podrzucał pomysły, wyczuwam tam rękę kogoś spoza komiksowego przemysłu i to jest świeże.

Jeśli chodzi o autorski run McFarlane'a ze "Spider-mana", to moim zdaniem broni się z niego tylko "Sub City". Reszta mniej lub bardziej chrzęści - łącznie z efekciarskim "Tormentem" i "Vendigo", choć w sumie to przyzwoite rzeczy do przeczytania i zwłaszcza pooglądania.

Ystad pisze...

i takie komentarze mi się podobają. Nie ma już typowego "autor się nie zna", tylko każdy podaje to co według niego powinno się znaleźć w zestawieniu z RZECZOWYMI argumentami.

Anonimowy pisze...

Bierz więc przykład Ystadzie i też taki bądź.

Jakiś trzy lata temu przypomniałem sobie stare polskie "Green Lanterny" równolegle z dokonaniami Goefa Johnsa. Mimo wszystko "Emerald" i "Road" wypadły znacznie bardziej przekonująco. Przynajmniej występujące tam postaci wykazywały znamiona osobowości i obyło się bez inflacji korpusów.

Nazwisko Nivena na okładce "Gantheta" pojawiło się właśnie dla wrażenia udziału gościa spoza branży. Sam zresztą Niven wypowiadał się kiedyś w tej sprawie i przyznał, że jego udział w tym przedsięwzięciu był symboliczny. A że Byrne to ogólnie dobry scenarzysta toteż nie dziwi Twoje odczucie Przemysławie.

robwajler pisze...
Ten komentarz został usunięty przez autora.
robwajler pisze...

"Paweł Deptuch zwracając uwagę, że na liście powinien znaleźć się jeden z najważniejszych tytułów we współczesnej historii komiksu, który zapoczątkował (a potem jako jeden z niewielu przetrwał) modę na przygody antropomorficznych bohaterów."

Do TMNT mam dużą słabość, ale to dość odważna opinia.

Zwłaszcza biorąc pod uwagę chociażby komiksy Disneya.

robwajler pisze...

Czy chociażby Crumbowski Kot Fritz, starszy od żółwi o dwie dekady.

godai pisze...

Kot Fritz niestety nie "przetrwał", w każdym razie chyba nie w takim znaczeniu. Sądzę, że zna go jakiś 1 do 3% ludzi, którzy znają Kaczora Donalda i Żółwie Nindża.

Przemysław Zawrotny pisze...

Nie wrzucajcie Żółwi Ninja i Kaczora Donalda do jednego worka z etykietą "antropomorficzni bohaterowie"!

fragsel pisze...

Dlaczego w "Bat-elita" Black & white jest przed Zabójczym Żartem, a w "najlepsze z semica" jest na odwrót? Reszta się pokrywa, a te akurat nie. Coś się zmieniło w te 2 tygodnie?

Kuba Oleksak pisze...

Na początku chce zapewnić wszystkich, że rzeczone komiksu, które znalazły się na liście przeczytałem niedawno i rzuciłem na nie okiem współczesnego siebie, jak tylko mogąc unikałem patrzenia przez pryzmat sentymentu. Wtedy "DPS" i "Dareevil byli pierwsi, tuż przed "AVP".

I Przemku właśnie wtedy doceniłem "Road Back" - trochę niedzisiejszą, trochę archaiczną opowieść o byciu super-herosem, które w epoce Geoffa Johnsa wydaje się mocno niedoceniona. "Emerald Down" również będą bronił bo to naprawdę nie jest tylko głupia nawalanka (choć jej nie brakuje wszak!). Bardzo podoba mi się podejście Giffena i Jonesa (i Owsley`a) do Hala - oczywiście, psychologicznych fajerwerków po super-hero się nie spodziewaj, ale obaj szanują swojego czytelnika budując wiarygodny, komplety interesujący i naprawdę oryginalny portret Hala. Unikają infantylizmu niezwalczonej traumy z dzieciństwa, bo rozgrywają ją naprawdę sprawnie.

Do tego - komiks powstał w estetyce późnych eighties, co jest wg. złotym okresem dla rajtuzów.


A co do "Zabójczego Żartu" - ja tego komiksu genialnym nie nazywam, więc tłumaczyć się nie zamierzam :) Wiem, że jeden z słabszych komiksów Moore`a, ale za to najlepszy Bollanda. I to jak widać wystarczyło, aby uhonorować go tym laurem.

Przemysław Zawrotny pisze...

Przy najbliższej okazji (może być nieprędko, ale nie ucieknie) zerknę na "Emerald Dawn" oraz "Road Back", przeczytam i wtedy się odezwę konkretniej. Zanotowane. Czytałem to po raz pierwszy w życiu gdzieś w okolicach 2008 roku i nie zapamiętałem za specjalnie, pozostało mi wrażenie, nie będę więc się spierał. Dziś.

Odnośnie do "Zabójczego żartu": co zatem znaczy określenie "komiks totalny"?

Ystad pisze...

Anonimie (cały czas Anonimie)
"Bierz więc przykład Ystadzie i też taki bądź."
naprawdę? :) znajdź mi proszę jeden przykład do którego nawiązujesz :)

Kuba Oleksak pisze...

Spróbuje Cię Przemku przekonać, ale wiem, że to rzecz skazana na niepowodzenie.

W "Killing Joke", w zaledwie 48-stronach udało się umieścić jeśli nie wszystko, to bardzo wiele z tego, co definiuje Batmana i Jokera jako postacie. To po prostu summa Mrocznego Rycerza w pigułce. Moore i Bolland doskonale uchwycili to, co jest sednem tych postaci i ich wzajemnych relacji. Dostrzegli i nazwali to, co inni artyści i pewnie czytelnicy przeczuwali, ale nie do końca potrafili wyartykułować. Paradoksalność działań Mrocznego Rycerza, szaleństwo i grozę Jokera, ich pokręcony wzajemny stosunek, który w finale zamienia się w coś... no cóż, nie wiem czy niezwykłego, ale na pewno niecodziennego w "zwykłych" superbohaterskich pozycjach. Do końca nie wiem, jak interpretować ostatnie sceny komiksu.

Druga sprawa - absolutnie fantastyczna oprawa graficzna i genialny montaż scen. W "Zabójczym żarcie" sekwencje w których postrzelono Barbarę Gordon, wycieczka jej ojca do wesołego miasteczka czy wreszcie klamra spinająca cały "album" to komiksowa robota najwyższej próby. Według mnie nie sposób jej nie docenić.

A według Ciebie - co należałoby umieścić na pierwszym miejscu? "Opowieść Gantheta" znam i cenię. Podoba mi się jej rytm, motyw z "zżółceniem" pierścienia przez Hala i odejście od schematów, ale jeśli miałbym ją brać "na poważnie", to cała ta warstwa filozoficzna w tym komiksie jest bardzo płytka według mnie, choć sprawnie rozegrana.

Przemysław Zawrotny pisze...

Zgadzam się z tym, co piszesz o "Zabójczym żarcie" - rzeczywiście trafne podsumowanie istoty relacji Batmana i Jokera. Nie znam na tyle dokładnie historii Batmana, by stwierdzić, czy ktoś wcześniej dokonał podobnej syntezy. Jeśli nie - to dodatkowy argument przemawiający za "Zabójczym żartem". Ale z drugiej strony jest to tylko zgrabne podsumowanie znaczącego elementu mitologii tego bohatera. Jak pisałem wcześniej, wychodzenie poza tę mitologię i poszukiwanie nowych odczytań to zawieszanie poprzeczki nieco wyżej i dlatego myślę, że znalazłoby się parę komiksów TM-Semic, które biją opowieść Moore'a i Bollanda na głowę. Choć oczywiście doceniam sprawny montaż, o którym piszesz - wspominałem chyba o tym wyżej.

Na pytanie, co miałbym umieścić na pierwszym miejscu nie odpowiem z prostej przyczyny - z założenia nie robię rankingów, ponieważ nie porządkuję swojego świata w ten sposób. Choć rozumiem, że to dobra zabawa, a forma jest chwytliwa, czego dowodem jest choćby nasza wymiana zdań. To Twój ranking i nie czepiam się Twojego uszeregowania. Jedynie potraktowałem je jako pretekst do pogadania o paru rzeczach. Jeśli dobrze rozumiem, twierdzisz, że "Ganthet" jest płytki, a "Zabójczy żart" (a także "Road Back" i "Emerald Dawn") - nie? Ja jednak myślę, że opowiadanie o tym, dlaczego nie należy próbować dotrzeć do wiedzy o początkach świata i wyjaśnienie tego za pomocą czasowego paradoksu jest intrygujące (przypominam: zostało to - na poziomie konstrukcji opowieści - połączone z konwencją superbohaterską). Bardziej niż spostrzeżenie, że Batman też jest w jakiś sposób szalony.