wtorek, 31 lipca 2012

#1095 - Kamień Przeznaczenia 3

Ciężko przy okazji recenzowania trzeciego tomu "Kamienia przeznaczenia" choćby nie sparafrazować słów Michała Misztala, który pisząc o kolejnych komiksach Tomasza Kleszcza stale podkreśla, że dają one odbiorcy niekoniecznie często spotykaną możliwość zaobserwowania konsekwentnego rozwoju artysty. Bo Kleszcz to autor ciągle nad sobą pracujący, za każdym razem starający się ominąć towarzyszące mu wcześniej mankamenty tudzież zastąpić je tym, co czytelnicy uznają za walory. Krok po kroku.


Tak jak "dwójka", tak i "trójka" jest znacznie cieńsza objętościowo od tomu pierwszego, jeśli zaś chodzi o charakter przedstawionej w niej fabuły, plasuje się gdzieś między nimi. Poprzednia część "Kamienia..." była chwilą oddechu po wysokoenergetycznej mieszance scen dialogowych i akcji, skupiała się na informowaniu odbiorcy o kolejnych aspektach przedstawionej rzeczywistości i przygotowywaniu go do przyszłych wydarzeń. Wraz z lekturą "trójki" jasnym jest, że byłą to tylko rozgrzewka przed nią, aczkolwiek i tutaj czytelnik odkłada swój egzemplarz na półkę z pewnym niedosytem.

Niedosyt nie jest oczywiście jednoznaczny z rozczarowaniem. Scenariusz tradycyjnie cechuje prostota, ale też większe dopracowanie dramaturgii. Ciągle nie ma mowy o tzw. majstersztyku, ale lektura staje się konsekwentnie coraz przyjemniejsza. Niby nie ma co gratulować autorowi pomysłowej narracji, ale trzeba przyznać, że opowiadanie wychodzi mu coraz zgrabniej. Wcześniej zdarzały się bowiem fragmenty nieczytelne, podczas gdy teraz wszystko jest odpowiednio jasne.

Akcja znacznie tu przyspiesza, opowiadanie równoległe (i synchroniczne) tworzy pewną dawkę napięcia i tylko boli fakt, że w zasadzie tak niewiele na tylu kartach zostało nam ukazane. Bo choć i od strony wizualnej warsztat Kleszcza wyraźnie się wzmocnił - problemy z dynamiką już nie istnieją, wprost przeciwnie; z kolei niezamierzona dysproporcjonalność jest już tylko okazjonalna - bez minusu się nie obyło. Jest nim tutaj to samo, co w poprzednim tomie, mianowicie przesadnie duże panele. Nierzadko ich spora wielkość zdaje się być bowiem niczym nieuzasadniona. Tak jakby artysta na siłę chciał zrobić na odbiorcy wrażenie. Wprawdzie tak duże kadry pojawiają się już rzadziej niż w "dwójce", a czasem są jak najbardziej na miejscu, to jednak częstokroć wyglądają na marnotrawstwo strony. Świat sam w sobie przerysowany nie potrzebuje przecież dodatkowych wykrzykników. Nie wtedy, kiedy ciężko uzasadnić to fabularnie. Wówczas mamy przerost formy nad treścią.

Nie jest go jednak na tyle dużo, aby ostatni jak na razie tom "Kamienia przeznaczenia" pozostawiał nieprzyjemny posmak. Jest nieźle, jest coraz lepiej. Liczę jednak, że Tomasz nie śpieszy się z tomem czwartym na festiwal w Łodzi. Nie, żebym nie wierzył, że to będzie kolejny krok do przodu, ale ja bym od razu wolał dostać dwa takie kroki. A nie wątpię, że to bardzo możliwe.

poniedziałek, 30 lipca 2012

#1094 - Criminal vol.3 The Dead and The Dying

Faktem jest, że w konwencji noir - i w nurtach z niej wyrosłych - zapewne niewiele nowego dziś można powiedzieć. Jednak Brubaker to niezwykle utalentowany scenarzysta, mający szerokie, bardzo mądre spojrzenie na rozwój swojej serii i jak na razie nie ma mowy o zmęczeniu materiału. Wprowadził do "Criminal" wiele ciekawych drugoplanowych postaci i teraz nie musi się specjalnie gimnastykować, by zaintrygować czytelnika - wystarczy, że odsłania karty leżące na stole. We wcześniejszych tomach sygnalizował, że przeszłość ma duże znaczenie dla jego uniwersum. Nic dziwnego, że w końcu postanowił to wykorzystać i w "The Dead and The Dying"  ze współczesności cofa się o kilka dekad do pewnego istotnego dla całej serii zdarzenia.


"Sin City" było szalonym, rozbuchanym w formie eksperymentem, dającym kopa na rozpęd zarówno medium komiksowemu, jak i konwencji neo-noir. Ale jako seria było też komiksem nierównym, wpadającym na mielizny i dryfującym w stronę pulpy o przygodach napakowanych barbarzyńców. Zestawiając dzieło Millera z "Criminal" (które jest na wielu poziomach bardzo bliskim mu tworem) zobaczymy od razu, że w porównaniu z "Sin City" jest niezwykle wyważoną, precyzyjną i przemyślaną konstrukcją. Jednak mimo tego, że obcujemy tu z czymś, co jest niezwykle spójną całością, to Brubaker nie trzyma się jednego modelu opowiadania i w każdym tomie snuje historie za pomocą odmiennych sztuczek narracyjnych. Przez co - mimo, że po dwóch trejdach czujemy się w świecie "Criminal" jak w domu - to w kolejnych odsłonach cyklu znów dostajemy do rąk coś nowego, świeżego i zaskakującego.

Szukając porównań w filmie (bo gdzieżby indziej) można przytoczyć kilka obrazów z różnych części świata. W czasie lektury same przyszły mi na myśl cztery tytuły: "Rashamon" Akiry Kurosawy,  "Człowiek na Torze" Andrzeja Munka, "Killing" Stanleya Kubricka i "Jackie Brown" Quentina Tarantino, który - ze względu na podobieństwa gatunkowe i obecne w komiksie elementy jawnie nawiązujące do kina blaxploitation - będzie chyba najbliższym skojarzeniem. Jednak nawet jeśli któryś z tych filmów był inspiracją dla "The Dead and The Dying", to w żadnym wypadku nie jest to scenariusz epigoński. Strukturę uzupełniających się opowieści Brubaker ułożył na swój sposób, a przy tym znakomicie podporządkował ją formatowi komiksowej, amerykańskiej serii. Ograniczenia i minusy comiesięcznych dwudziestokilkustronicowych wydań potraktował jako siłę, a nie ułomność i po mistrzowsku wykorzystał ich konwencję. Przedstawia wydarzenia z perspektywy trzech stron, kładąc szczególny nacisk na motywacje każdej z person zamieszanych (mniej lub bardziej) w sprawę pewnego napadu. Opowieść jednak nie snuje się wkoło owego wydarzenia czy jednej konkretnej postaci i trudno byłoby wskazać nam protagonistę.  Każdemu z bohaterów scenarzysta poświęca tyle samo uwagi - dokładnie jeden akt dramatu, czyli jeden zeszyt. Na dwudziestu kilku stronach każdego odcinka Brubaker pomieścił znakomite, naszpikowane wydarzeniami historie, które dla innych twórców mogłyby być osobną powieścią graficzną, filmem lub pełnowymiarową książką. Mimo tego, że tematyka każdej z odsłon jest odmienna - w pierwszym przypadku wszystko kręci się wokół nieszczęśliwej miłości, w drugim chodzi o próbę wydostania się z niewygodnych długów, w trzecim jest to zemsta - to wszystkie historie zazębiają się. Co ciekawe, mimo całkowitej spójności można je z powodzeniem czytać w oderwaniu od siebie, jako autonomiczne opowieści nie wymagające ani zapoznania się z poprzednimi numerami serii, ani też epizodami wchodzącymi w skład runu "The Dead and The Dying".

Sean Philips wraz z Brubakerem stworzyli duet na miarę mojego ulubionego bat-tandemu Loeb/Sale. To już trzeci tom który mam okazję recenzować i trzeci raz musiałbym wrócić do rysunków, postanowiłem więc odesłać Was po prostu do poprzednich recenzji, a skupić się na pomijanym do tej pory koloryście. Jak już wspominałem poprzednio, nie lubię komputerowych kolorów - ale trudno nie docenić pracy Vala Staplesa. Mimo tego, że przy pobieżnym kartkowaniu wszystkich części możemy uznać, że w tym aspekcie nie różnią się za nadto, to podczas lektury całości na pewno dostrzeżemy, że barwy są przemyślnie dostosowywane do charakteru danej opowieści. Staples przełamuje rysunki Philipsa, w których czerń pełni istotną role. Podkreśla też oddalanie się od ekspresjonistycznego oblicza noir, kierowanie się ku uwspółcześnionym wariacjom na temat tej konwencji. Pierwszy album miał stylistykę kina lat siedemdziesiątych, drugi utrzymany jest głównie w mrocznej atramentowej kolorystyce podkreślającej wyobcowanie w wielkiej asfaltowej dżungli, a trzeci powraca znów do jesiennych barw, które w kontekście fabuły możemy odebrać jako naśladujące estetykę charakterystyczną dla kina blaxploitation. Najciekawsze zabiegi odnajdziemy w drugim tomie ("Lawless"), gdzie w niektórych scenach przemyślna gra kolorów podyktowana miejscem akcji oświeconym migającymi światłami policyjnych lamp kojarzy się z zabiegami stosowanymi w "Zabójstwie Chińskiego Maklera" i staje się istotnym elementem dramaturgicznym.

Bartek Biedrzycki w którymś odcinku K-poka postulował, by ludziom nie obeznanym z komiksem nie dawać rozbestwionych formalnie arcydzieł, tylko takie opowiedziane w klasyczny, nienachalny sposób. To w jakiś sposób uzasadnione, ale osobiście mam inne zdanie na ten temat. Jeśli mamy wyrobionego odbiorcę kultury zarazić opowieściami obrazkowymi, to powinniśmy pokazać mu coś, co ukaże unikalność języka komiksu i sprawi, że czytelnik uzna je za medium autonomiczne - nie oszukujmy się, musi chcieć do niego wracać ze względu na sposób opowiadania - inaczej będzie sięgał po inne, tańsze formy rozrywki oferujące podobne historie. "Criminal" to chlubny wyjątek. To przystępny formalnie komiks jednocześnie będący brawurowo skonstruowanym arcydziełem deklasującym niemal wszystkie współczesne filmy w swoim gatunku  (a ze względu na precyzję konstrukcji i kondensację fabuły mógłby pewnikiem stanąć w szranki z uznanymi serialami, których cechy też przecież posiada). Jeśli znacie miłośnika opowieści gangsterskich, konwencji sensacyjnej czy noir i chcielibyście zarazić go komiksem  - wciśnijcie mu "Criminal".

Criminal: The Deluxe Edition Volume 1

Jako, że zaczęło się bardzo dobrze, a z każdym następnym tomem seria zwyżkuje, to nie boje się powiedzieć, że po zakończeniu lektury vol 1, "Criminal" stało się moim ulubionym współczesnym amerykańskim cyklem komiksowym. Trzecią odsłonę przeczytałem już w zbierającym wszystkie części twardo okładkowym Deluxe Edition. Nie zwykłem płacić tak dużych pieniędzy za komiksy, ale przedruki okładek zeszytów  (których wydanie w trejdach było pozbawione) ostatecznie przekonały mnie do zakupu. Niestety, utwierdziło mnie to tylko w przekonaniu, że nie warto sobie jedzenia od ust odejmować. Jest to co prawda edycja oversized, ale obszerne marginesy sprawiają, że plansze nie są wiele większe. Zresztą, Philips operuje takim stylem, że jego rysunkom powiększenie nie nadało wiele uroku. Niewątpliwym plusem tego wydania jest duża ilość dodatków graficznych - obszerna galeria z obrazami Philipsa, na których znalazły się ikony kina sensacyjnego, policyjnego i gangsterskiego. Miłośników konwencji ucieszą takie rarytasy jak portrety bohaterów filmów Johnny'ego To, czy piękny obraz inspirowany mało znanym u nas filmem "Blast of Silence". Smuci natomiast fakt, że do wydania ekskluzywnego nie dostały się wstępy do pojedynczych TP i literackie dodatki, które znaleźć możemy tylko w zeszytach. Wydanie owszem, polecam - ale tylko wtedy, gdy zmuszeni jesteście zapłacić za wydania zbiorcze ceny okładkowe. Jeśli macie trochę cierpliwości, to radzę jednak polować na serwisach aukcyjnych na pojedyncze tomy, a jeśli zależy Wam na dodatkach, to najlepiej będzie zainwestować kasę w wydanie zeszytowe.

#1093 - Komix-Express 149

W zeszłym tygodniu przy krakowskim Bunkrze Sztuki odbyła się premiera "Wielkiego Atlasu Ciot Polskich", komiksowej adaptacji powieści "Lubiewo" Michała Witkowskiego. W przestrzeni Zbiornika Kultury odbył się mini-wernisaż prac z albumu, a także dyskusja panelowa z moim, skromnym udziałem. Wraz z krytykiem literackim Tomkiem Charnasem, redaktorem kulturalnym "Dziennika Polskiego" Rafałem Stanowskim oraz autorami - Agnieszką Piksą i Jakubem Woynarowskim rozmawialiśmy o wyzwaniach, jakie niesie ze sobą adaptowanie prozy Witkowskiego, polskim komiksie homoerotycznym i szansach, aby antologia wydana przez Ha!Art odbiła się głośnym echem jeśli nie w medialnym mainstreamie, to chociaż w światku kulturalnym. Szkoda, że jak zaczynało się robić ciekawie to musieliśmy już kończyć. Pozytywnie zaskoczyła mnie duża frekwencja wśród publiczności - na moje oko na spotkaniu pojawiło się około 40-50 osób, w tym bardzo nieliczni przedstawiciele komiksowa. Fajnie. Wychodzimy z getta, jak się patrzy. A sam "Atlas"? Świetna rzecz. Zaryzykuje nawet twierdzenie, że to najlepsza antologia od czasów "PW 44"!

Winko, paluszki i komiksy, czyli - wystawy, wystawy, wystawy... Maciej Pałka kończy obchody swojej dziesięciolatki w Lublinie. W Pracownio-Galerii Sztuki Współczesnej "SOS Sztuki" (zlokalizowanej przy ulicy Grodzka 36a/4 I.p) będzie prezentowana jego jubileuszowa ekspozycja prac z okazji dziesięciolecia pracy twórczej. Wernisaż odbędzie się 3 sierpnia o godzinie 17:00. Natomiast w stolicy, trzy dni wcześniej, bo 1 sierpnia na ścianach warszawskiego klubu Projekt (znajdującego się przy ulicy Wileńskiej 21) zawisną dzieła Pawła Płóciennika. W ramach wystawy "Dezintegracja Płócienna" będzie można zobaczyć jak popularny "Szaweł" radzi sobie z farbami. Wernisaż odbędzie się o godzinie 19:00, a wystawa potrwa do końca wakacji. Na obie wystawy serdecznie zapraszamy.

Ruszyła przedsprzedaż albumu "Ksionz". Wspólne dzieło Dominika Szcześniaka (scenariusz) i Marcina Rusteckiego (rysunki) jest już gotowe do druku. Premiera komiksu zaplanowana została na październikowy Międzynarodowy Festiwal Komiksu i Gier w Łodzi, ale bez pomocy potencjalnych czytelników się nie obejdzie. Chcąc zachować wysoki standard druku Szcześniak i Rustecki zwracają się do czytelników chętnych do nabycia "Ksionza" w przedsprzedaży. Potrzebnych jest 150 chętnych - bez ich wsparcia komiks się nie ukaże. Ci, którzy wspomogą projekt nie dość, że zapłacą zamiast 99 złotych tylko 79, to mogą liczyć na  specjalny dodatek - limitowany kalendarz na rok 2013. Jeśli taka liczba ochotników się nie uzbiera, "Ksionz" nie zostanie wydany. Przedsprzedaż trwa do 20 sierpnia. Album ma liczyć 128 kolorowych, kredowych stron zamkniętych w twardej oprawie. Krótki opis komiksu prezentuje się w taki sposób:

"Ksionz" to komiksowa space-opera o zmiennokształtnym kapłanie, który po przebudzeniu przez wysłannika piekieł, rusza w pełną przygód trasę po obcej planecie w celu odnalezienia źródeł swojej mocy - boskiej gitary i statku kosmicznego. Po drodze stawi czoła demonom, zombiakom, sektom, włoskiej mafii oraz swojej własnej przeszłości.

W grudniu 2010 roku Przemysław Surma zapewniał o stałym postępie prac nad drugim tomem "Detektywa Hmmarlowe'a". W niemal dwa lata później albumu, jak nie było, tak nie ma, a na łamach ziniolowego "Kibicowania" autor opowiada o swoich rysowniczych niedolach. Losy "Honolulu Club" to z pewnością materiał na znakomity thriller psychologiczny, skupiający się na ciężkim losie rysownika, mierzącym się z chaosem swojego systemu pracy, dwojącymi się wątkami i nożyczkami, wycinającymi niektóre sceny z niemal gotowego albumu. Morał z tej historii jeszcze nie jest znany, ale "Honolulu Club" jest już niemal gotowe. Surma zapewnia, że w przyszłych tygodniach będzie finiszował. Komiks, jak przypuszczam, zostanie wydany przez Kulturę Gniewu. Kiedy? Oczyma wyobraźni widzę stoisko KG obsługiwane przez Szymona Holcmana z świeżutkimi polskimi albumami - "NESTem" Marka Turka, "Wszystko zajęte" Marcina Podolca, nowym Człowiekiem Paroovką Marka Lachowicza i właśnie "Honolulu Club".

Simon Bisley po raz trzeci będzie gościł w Polsce i po raz drugi pojawi się na MFKiG w Łodzi - przedstawiciele łódzkiej imprezy oficjalnie potwierdzili to, o czym mówiło się od jakiegoś czasu. Jak widać jego ostatnia wizyta na 22. międzynarodówce tak spodobała się organizatorom tej imprezy, że postanowili go jeszcze raz zaprosić do Łodzi. Cóż - abstrahując już od barwności i niekonwencjonalnego zachowania Biza, czyli całkowitego rozpieprzu, który robi wokół siebie - wydaje mi się, że autor "Lobo", "Slaine`a" i Sądu nad Gotham" już się trochę przejadł polskiej publiczności. Oby na nim i na Rosińskim nie zamknęła się lista zagranicznych gości 23 edycji największego komiksowego festiwalu w naszym kraju.

Wydawnictwo Taurus Media przedstawiło swoje plany do końca roku. Już w sierpniu ukaże się szesnasty tom "Żywych Trupów" Roberta Kirkmana zatytułowany "Większy świat", największego przeboju warszawskiego wydawnictwa i drugi album "Jednorożca". Pakiet wrześniowy chyba wylądują w Łodzi, bo ten miesiąc prezentuje się najbardziej okazale. Przede wszystkim swoją premierę będzie miał wreszcie "Infamis", długo oczekiwany komiks historyczny Pawła Zycha. Opowieść zostanie podzielona na dwa tomy, a drugi ma ukazać się już w listopadzie. Obok "Infamisa" na stoisku Taurusa będzie można kupić trzeciego "Zabójcę" i drugi "Orbital". W październiku na półki trafi nowy "Long John Silver" zatytułowany "Szmaragdowy labirynt", a w listopadzie, oprócz "Infamisa", ukaże się również drugi tom "W.E.S.T.". Jak widać, Taurus kontynuuje wydawanie serii, które zostały dobrze przyjęte przez czytelników i (na razie przynajmniej) nie wprowadza żadnych nowych serii.

I na zakończenie taka ciekawostka:
Zwróccie uwagę na logo wydawnictwa Czarna Materia...

... i porównajcie je z trademarkiem Malibu Comics.

niedziela, 29 lipca 2012

#1092 - Trans-Atlantyk 198

Nowe projekty Alana Moore`a, Neila Gaimana i Granta Morrisona to chyba najdorodniejsze owoce tegorocznego Comic-Conu. Trudno się dziwić – to wszak najwybitniejsi amerykańscy (choć żaden z nich Amerykaninem nie jest) twórcy komiksowi dwóch ostatnich dziesięcioleci (w kategorii szeroko pojętego mainstreamu i jego najbliższych obrzeży). O prequelu „Sandmana” z rysunkami J.H. Willimasa, komiksowej wersji „Fashion Beast” i „Happy”, będącym powrotem Morriego do „creator owned” piszemy szerzej w tym wydaniu TA. Ale zanim o nich, najpierw o Marvelu, bo wreszcie w Domu Pomysłów popuścili języka w sprawie inicjatywy NOW! Zbyt wielu konkretów w wypowiedziach Axela Alonso, Briana M. Bendisa, Ricka Remandera i Jonathana Hickmana co prawda nie ma, ale powoli zaczyna się robić hype wokół kolejnego, dużego restartu.

Zaczynamy od samej wierchuszki. Axel Alonso opowiadając o Marvel NOW! w swojej cotygodniowej kolumnie Axel-in-Charge bardzo ostrożnie dobierał słowa, ograniczając się w swoich wypowiedziach do ogólników. To, co już wkrótce spotka Dom Pomysłów porównał do czasów, kiedy rządy w wydawnictwie obejmował Joe Quesada, a więc okresu wielkiego prosperity największego komiksowego edytora w Ameryce. Recepta na sukces Marvel NOW! ma być podobna – najlepsi w branży mają uczynić z flagowych serii rynkowe przeboje. Alonso zapomina jednak o jednej, kluczowej według mnie, sprawie – Quesada, jako E-i-C zapewniał stosunkowo dużą swobodę i dlatego mógł przyciągać najlepszych. Teraz, u majorsów tej wolności zwyczajnie nie ma, bo ważniejsze jest coraz sztywniejsze trzymanie się continuity i redaktorskich wytycznych. Poza tym Alonso zapewniał fanów, że grzebanie w linii czasowej klasycznych X-Men nie zmieni przyszłości, a wszystkie nieścisłości zostaną wyjaśnione. W „All New X-Men” oprócz nastolatków z przyszłości i obecnej reprezentacji mutantów pojawi się ktoś jeszcze. Trzecia frakcja, o której nie może na razie mówić.

Temat mutantów kontynuował Brian M. Bendis. Scenarzysta po ośmiu latach pisania Avengers zdecydował się na przejście do „drugiego obozu”. To będzie jego debiut, ale pamiętajmy, że to właśnie on przywrócił wspomnienia Loganowi, niemal doszczętnie wybił mutancką populację w „Rodzie M” i był jednym ze sprawców wojny między X-Men, a Avengers. Punktem wyjściowym „The All-New X-Men” ma być zderzenie oryginalnych X-Menów, klasycznych bohaterów Srebrnego Wieku, z całą ich naiwnością, idealizmem z brutalną współczesnością Ziemi-616. W epicentrum ma znaleźć się Jean Grey. Pozbawiona jeszcze swoim telepatycznych mocy, zdziwiona, że szkoła w Westchester jest nazwana jej imieniem. Bendis chce zrealizować to, o czym mówi się w Domu Pomysłów od dawna – mutanci wrócą na świecznik, znajdą się w samym centrum wydarzeń. Nie będą zajmować się tylko swoimi problemami, ale będą integralną częścią tego, co najważniejsze w Marvelu.

Przejdźmy do sekcji Avengers. Jonathan Hickman opowiadając o swojej pracy przy „Avengers” i „New Avengers” usilnie próbuje pogodzić, na pierwszy rzut oka niedające się pogodzić, sprzeczności. Jak wiadomo, flagowy on-going odświeżonej linii Marvela ma mieć obsadę sięgającą nawet 18 postaci. Po przybyciu Phoenix na ziemie Mściciele zdecydowali, że skala ich działań musi być większa i taki też będzie nowy on-going – jeszcze bardziej epicki, jeszcze bardziej superbohaterski. Więcej miejsca mają dostać bohaterowie z drugiego planu, a to wszystko ma pomieścić się w historiach rozpisanych na zaledwie trzy zeszyty, po których mają ukazywać się trzy fabuły, pomieszczone w pojedynczych odcinkach. I dalej - z jednej strony komiks ma być przystępny dla nowych czytelników, a z drugiej silnie odczuwalne będą w nim skutki „Avengers vs. X-Men”. Jeszcze mniej Hickman miał do powiedzenia o „New Avengers”, którzy zostaną (znowu!) przedefiniowani na nowo i przestaną być niezależnym oddziałem. „Mściciele” i „Nowi Mściciele” mają zasadniczo opowiadać o tym samym, tylko z różnych perspektyw. Hickman, obok Ricka Remandera, to w tej chwili największa nadzieja Domu Pomysłów na „nowego Bendisa” – ciekaw jestem, jak poradzi sobie z największym wyzwaniem w jego dotychczasowej karierze.

Najbardziej wylewny był chyba wspomniany Remander, który zajmie się pierwszym i chyba flagowym tytułem NOW!, czyli „Uncanny Avengers”. Seria, mający być swego rodzaju mostem pomiędzy światem mutantów, a zespołem największych ziemskich bohaterów ma być podobna w swojej strukturze do dotychczasowego opus magnum Remandera, czyli „Uncanny X-Force”. Krótsze, może nawet pojedyncze fabuły złożą się w sumie na większą, epicką opowieść. Centralną postacią komiksu wcale nie będzie Kapitan Ameryka, ale Havok. Scenarzysta doszedł do wniosku, że Alex Summers ma potencjał stać się prawdziwym liderem i wzorem dla społeczeństwa mutantów. Ma doświadczenie, jako przywódca, był agentem rządowym za czasów X-Factor, jest jednym z niewielu uczniów Xaviera, który nie stracili wiary w jego marzenie. Havok, podobnie, jak Rogue i Scarlet Witch mają występować tylko na łamach „UA”, choć skład zespołu będzie się (co oczywiste) zmieniał na przestrzeni kilku pierwszych numerów. Każdy z głównym bohaterów dostanie swoje przysłowiowe pięć minut – powód Rogue, aby dołączyć do zespołu ma być związany z machinacjami Red Skulla. Thor, który nie rozumie konfliktu między homo sapiens, a homo sapiens superior stanie się mądrzejszy po kilku numerach. Scarlet Witch rozpocznie swoją drogą do odkupienia po tym, jak zdziesiątkowała populację mutantów. 

W obszernym wywiadzie udzielonym serwisowi CBR Grant Morrison zapowiada, że jego przygoda z ubranymi w kolorowe trykoty herosami dobiega końca. Niektórzy z fanów Mrocznego Rycerza głęboko odetchną, ale pewnie większości będzie brakować w mainstreamie dość oryginalnego i specyficznego stylu Morrisona. Jego run w „Action Comics” zakończy się wraz z 12 numerem serii, podobnie jak w „Batmana Incorporated”. W planach pozostaje jeszcze „Multiversity” i projekt z Wonder Woman w roli głównej. Twórcy „Invisibles” estetyka super-hero się nieco przejadła, a historie, które miał opowiedzieć – już opowiedział. Pewien etap w jego karierze się kończy, a zaczyna się inny. Teraz, Morrison, jak większość scenarzystów, chce skupić się na realizacji autorskich projektów. Pierwszym z nich będzie „Happy”, który przygotuje wraz z Darrickiem Robertson. Ta czteroczęściowa mini-seria była podobno za ostra dla Karen Berger z Vertigo z powodu roli, w jakiej odgrywają w niej dzieci – dlatego właśnie komiks ukaże się w Image. Co wcale nie oznacza, że w zasłużonym imprincie DC nie pojawi się jego kolejny projekt! „Happy” natomiast ma być kryminalną historią utrzymaną w noirowej estetyce wymieszaną z psychodelią lat sześćdziesiątych i opowieścią wigilijną. Zapowiada się bardzo morrisonowsko.

W 1996 roku, tuż po tym, jak skończył pracę nad „SandmanemNeil Gaimana w wywiadzie dla brytyjskiego „The Independent” pytany o to, czy napisałby jeszcze jeden (albo pięć) odcinków serii odpowiedział – jasne, że tak. „Ale czy potem mógłbym spojrzeć w lustro” – kontynuował – „Nie. Czas najwyższy, abym skończył, bo historia osiągnęła swój kres”. Tak było ponad dwadzieścia lat temu. Teraz, Gaiman wraca do komiksu, który sprzedał się w nakładzie siedmiu milionów egzemplarzy. Został przetłumaczony na dziewięć języków, zdobył 19 nagród Eisnera i 6 statutetek Harvey`a. Oprawą graficzną prequelu „Sandmana” zajmie się J.H. Williams III, który bez wątpienia jest najbardziej interesującym grafikiem pracującym w szeroko pojętym mainstreamie. Współpraca z Gaimanem odbije się na „Batwoman”, w której ktoś będzie musiał go zastąpić na stanowisku grafika. Opowiadając o nadchodzącym projekcie nie może zdradzić nic z jego fabuły. Williams, będąc wielkim fanem „Sandmana”, jeszcze nie miał okazji współpracować z Neilem, ale zawsze miał na to wielką ochotę. Żałował, że nie udało mu się załapać do ekipy twórców, rysujących album „Co się stało z Zamaskowanym Krzyżowcem?”. Tym większa jest teraz jego radość. Williams jeszcze nie wie, w jaki sposób przedstawi wczesną przygodę Morfeusza, ale pewne jest jedno – będzie to coś zupełnie nowatorskiego.

W 1985 roku Alan Moore, wraz z punk rockowym mecenasem, Malcolmem McLarenem stworzył „Fashion Beast”. Scenariusz miał stać się podstawą filmowego skryptu, ale do jego realizacji nigdy nie doszło. Teraz, po 27 latach dzieło Moore`a wreszcie ujrzy światło dzienne, dzięki wydawnictwu Avatar Press. Adaptacją rękopisu Moore`a zajmie się Antony Johnston, choć może adaptacja to złe słowo. Moore jest w pełni zaangażowany w ten projekt – on, i Johnston współpracują bardzo blisko. Oprawą graficzną ma zająć się Facundo Percio (który, co ciekawe, nie mówi po angielsku), a pierwszy zeszyt ukaże się już we wrześniu. Jak sam Moore pisze w posłowiu, pomysł na historię wziął się z pożenienia historii Christiana Diora z bajką o Pięknej i Bestii. Główną bohaterką komiksu jest Doll, aspirująca do wielkiej kariery modelka, która zostaje zauważona przez największego dyktatora mody na świecie – Celestine. Jego obżarstwo i brzydota są tak samo słynne, jak jego kapryśność. Wkrótce, zamiast marzeniem, życie Doll stanie się koszmarem, ukrytym za wielkimi billboardami i blichtrem wybiegów. Ten dość banalny opis oczywiście nie wyczerpuje bogactwa znaczeń „Fashion Beast”, ale daje jakiś obraz tego, czego można się spodziewać.

piątek, 27 lipca 2012

#1091 - Green Lantern vol.1: Sinestro

Czwarta seria „Zielonej Latarni” była jednym z ostatnich superbohaterskich tytułów, w których się zakochałem. Geoff Johns w wielkim stylu odnowił jedną z ikon DC Comics, przebojem wdzierając się do elity mainstreamowych scenarzystów. Ale po fantastycznym „Rebirth” i jeszcze lepszym „Sinestro Corps War” zaczęło się wielkie odliczanie do „Blackest Night”. Właśnie wtedy, wraz z pojawieniem się obowiązków w zarządzie DC Comics, forma Johnsa zaczęła spadać. Dramatycznie.

Ostatnią historią, którą się jeszcze, mówiąc kolokwialnie, jarałem był „Agent Orange” (choć może była to bardziej zasługa oprawy graficznej, niż skryptu), bo potem to już nie było to. „Najczarniejsza Noc” nie okazała się takim rozczarowaniem, jak chcieliby niektórzy, ale pozostawała poniżej poziomu najlepszych prac Johnsa. Czegoś w niej brakowało. Wraz z rozpoczęciem „Brightest Day” dałem sobie całkowicie spokój z Johnsem i „GL”, ale wciąż wierzyłem, że to jeszcze nie koniec. Miałem nadzieję, że Johns nie powiedział jeszcze ostatniego słowa.

Przygody Zielonej Latarni w ramach Nowej 52 wydawały mi się dobrą okazją, żeby dać szansę Johnsowi. Odpuściłem sobie „Flash: Rebirth”, nie wierzyłem w „Aqumana”, ale po cichu liczyłem, że to będzie właśnie to – przecież to „GL”… Poza tym główną rolę w komiksie miał grać Sinestro. Po brawurowych występach w „Rebirth” i „SCW” na stale dołączył do panteonu moich najukochańszych superłotrów. Miało być dobrze, a wyszło, no cóż – jak zawsze,

Relaunch DCU w niewielkim stopniu dotknął tytuły z zielonej rodziny. Właściwie cała narracja Johnsa od czasów „Rebirth” została zachowana. Historia w pierwszym albumie rozpoczyna się w momencie, kiedy do służby w zielonym mundurze wraca największy Green Lantern w historii. Sinestro otrzymał szansę na odkupienie swoich win. Słusznie wietrzy w tym jakiś podstęp Strażników, ale dzięki pierścieniowi będzie mógł uporać się z kilkoma niedokończonymi sprawami, poczynając od Korugaru i Żółtego Korpusu. Sam nie da rady, więc prosi o pomoc Hala Jordana, który stracił uprawnienia Latarnika. Teraz, aby je odzyskać musi podpisać pakt z diabłem…

Oprócz tego, że Johns wyraźnie szykuje grunt pod kolejną wielką historia (machinacje Strażników, rozwiązanie problemu z Ganthetem, zaczątki Trzeciej Armii) to sam pomysł na oddanie zielonego pierścienia Sinestro i zdegradowanie Hala mogły stać się punktem wyjścia do co najmniej tak frapującej historii, jaką była „The Road Back”. W jaki sposób największy ziemski Lantern miałby się pogodzić z decyzją swoich kosmicznych przełożonych? Jakiej dynamiki nabrałyby stosunki pomiędzy nim, a jego najbardziej zaciekłym wrogiem? Czy Sinestro na pewno nie miał racji w swojej ocenia Jordana i czy jego sposób pilnowania porządku w galaktyce jest naprawdę taki zły? Johns nie zadał sobie trudu podjęcia tych kwestii. Zadowolił się nieprzekonującą fabułą o powrocie Hala na ziemię i smętnej walce o uwolnienie Korugaru spod żółtej tyranii. Historia jest dziurawa (jak Sinestro od tak mógł stworzyć kopię swojego pierścienia? Czemu jago plan był tak cholernie idiotyczny? Dlaczego, u diabła, Carol oczekiwała od Hala oświadczyn? – długo można by tak wymieniać), napisana bez pomysłu, nie ma w niej za grosz epickości, towarzyszącej najlepszym pracom Johnsa, słowem – nie oferuje nic ponad bardzo przeciętną superbohaterską papkę.

Kończąc tę tyradę muszę jednak pochwalić Douga Mahnkego, który nigdy do moich ulubieńców nie należał, a spisał się naprawdę przyzwoicie Jest on autorem niemal całego „Sinestro” (jeden zeszyt zilustrował Mike Choi i przez litość ten fakt wypada przemilczeć) i jego rysunki nie trącają tak sztuczności, jak w przypadku poprzednich prac. Oczywiście, daleko mu wciąż do pierwszej ligi i ma problem z twarzami, ale jego grafiki nie przeszkadza w lekturze tak bardzo, jak to bywało kiedyś.

Cieszący się statusem supergwiazdy w branży Geoff Johns może pozwolić sobie na więcej, w pisanych przez siebie seriach, niż przeciętny skryba na etacie w DC Comics. Oznacza to mniej więcej tyle, że nie siedzi nad nim żaden redaktor każący mu zrobić to, a nie pozwalający na tamto. Nie musi liczyć się z wynikami sprzedaży, nie musi bać się, że jego seria zostanie zamknięta i zastąpiona inną. W przeciwieństwie do na przykłada Paula Cornella może pozwolić sobie na zdekompresowaną fabułą i leniwe rozwijanie akcji. Bo wie, że marka i nazwisko i tak nabiją sprzedaż, bez względu na jakość produktu. Ale takie są już prawa amerykańskiego rynku.

(tekst pierwotnie  opublikowano na łamach serwisu DC Multiverse)

czwartek, 26 lipca 2012

#1090 - PKS 02: Jakub Kijuc

Bez zbędnych wstępów - tak wygląda miejsce pracy i rekreacji Jakuba Kijuca: 


  1. Próbka do okładki wykonanej akwarelką. Zasłonięta przez pudełko z flamastrami. Flamastrów nie reklamuję, stąd delikatnie cenzuruję markę kółkiem z numerem „1”.
  2. Stuletnie szkice. Ostatnio zacząłem publikować w internecie swoje stare prace. Teraz ciągle znajduje oryginały w zupełnie nieoczekiwanych miejscach. Później kładę na biurku i powstaje efekt widoczny na zdjęciu.
  3. Portret właściciela miejsca rekreacji. Autorem pracy jest moja córka.
  4. Słynna pieczęć Czarnej Materii.
  5. Szkice, szkice, szkice...
  6. Ostatni z gatunku Dzikich Psów mark. II.
  7. Ołówek automatyczny. Tak się do niego przyzwyczaiłem, że nie potrafię rysować niczym innym.
  8. Okładki do Konstrukt #4 i Konstrukt #5. Pod spodem kartki i chyba mały fragment jakiejś planszy.
  9. Nie zauważony przez mnie wcześniej cyrkiel zmontowany ze starego, metalowego i zardzewiałego szpikulca, flamastra i kawałka taśmy izolacyjnej w kolorze zielonym.

Na biurku "własnej roboty" powstają plansze do cyfrowego "Konstruktu". Pod spodem kilka pudeł ze starymi semicami i ze szkicami. Po prawej stronie od biurka stoi niezbyt ciekawie wyglądający komputer ze skanerem i programami do cyfrowego kolorowania i postarzania stron.

Przed biurkiem wielkie okno, przez które można oglądać widoczki z cyfrowego Konstruktu – łąka, Lisia Ferma, las.

środa, 25 lipca 2012

#1089 - Polaków uczestnictwo w kulturze. Raport z badań 1996-2012

Prawdopodobnie przynajmniej co drugi Polak choćby od czasu do czasu narzeka na to, jak bardzo absurdalną jest rzeczywistość jego ojczyzny. Niewątpliwie w mniejszym czy większym stopniu zdarza się to i obywatelom innych krajów, ale przysłowie "Cudze cenicie, swojego nie znacie" znajduje tu diabelsko przewrotne zastosowanie. Dla tych, którzy na absurdalność szarej codzienności patrzą pobłażliwiej, zapoznanie się z pracami artysty podpisującego się pseudonimem mgr Janek Koza będzie zapewne przypominać otrzymanie policzka w twarz. Tych drugich zaś utwierdzą one w przekonaniu, że różowe okulary to mit spłodzony przez wyjątkowo złośliwych. 


"Polaków uczestnictwo w kulturze..." to tytuł retrospektywnej wystawy dzieł Kozy, która miejsce miała podczas tegorocznego Międzynarodowego Festiwalu Sztuki Komiksowej Ligatura w Poznaniu. Ciągle jeszcze świeżo wydany katalog tejże wystawy zawiera głównie autonomiczne rysunki i kilkukadrowe stripy, okazjonalnie nieco dłuższe komiksy czy okładki płyt, wreszcie wywiad z autorem i bardzo specyficzną recenzję (tego właśnie zbioru) na zakończenie. Koza jest jednak twórcą bardziej różnorodnym, dał się też bowiem poznać jako poeta czy autor animacji (żeby tylko wymienić całkiem popularny swego czasu serial telewizyjny "Szczepan i Irenka" emitowany przez stację Canal+). Niezależnie jednak od tego, na kanwie którego medium by się akurat "wyżywał", jego styl jest bardzo łatwo rozpoznawalny. Ale o tym za chwilę.

"Czytelnictwo w Polsce spada" - mówi do nas pewien profesor. "Po prostu mamy za dużo liter" - dopowiada po chwili, odsłaniając nam tablicę ze skreślonymi "ą", "ę" czy "rz". "Polska, mieszkam w Polsce" - chciałoby się na ten widok ironicznie zaśpiewać pod nosem piosenkę wiadomego zespołu Kazika Staszewskiego. Nie jest to zresztą jedyne skojarzenie, jaki przyszło mi do głowy podczas lektury. Twórczość Kozy to swego rodzaju mieszanka - jest w niej też coś, co znamy z filmów Stanisława Barei, coś z utworów Bielizny czy wreszcie z rysunków innego popularnego satyryka, Marka Raczkowskiego. Aczkolwiek, jak pisałem wyżej, Koza to Koza. Elementy znane z twórczości jego poprzedników (czy też "poprzedników") przefiltrowane zostały przez jego własną, jakże charakterystyczna wrażliwość. Choć wśród jego prac nie brakuje i takich, które z miejsca wywołują salwy śmiechu (i niekoniecznie jest to zaraz śmiech przez łzy), za jego slogan służyć mogłoby hasło "Niech żyje turpizm i pesymizm".

Wystarczy zresztą rzut okiem na do bólu brzydką, niechlujną kreskę autora, abym jasnym było, czego się po jego dziełach spodziewać. Nie jakoś szczególnie częsta, ale zostawiająca w odbiorcy trwały ślad dawka perwersji i brutalności nie czyni go jednak twórcą pod każdym kątem bezlitosnym - częstym towarzyszem obrazów prezentujących mentalne wieśniactwo oraz istną masową schizofrenię jest bowiem empatia. Zdarza się, że na swoich bohaterów patrzy on z góry, jednakże przeważnie nie ocenia ich. Przedrzeźnia prawie tylko po to, aby dane aspekty polskiej rzeczywistości uwypuklić, nie wyśmiać. Prezentowane przezeń postaci mogą więc być żałosne i głupie, ale zapoznanie się z ich losami nie pozwoli nam wcale poczuć się lepiej. Bo przecież jesteśmy jednymi z nich. Nawet, jeśli nie mamy akurat ochoty wykorzystać piły mechanicznej, aby z ciała trenowanego przez nas sportowca wyciąć prawie-pluszowego misia.

Absurd, choć jest tym, co pierwsze przychodzi na myśl do głowy po zapoznaniu się z pracami Kozy, nie jest wcale jego najczęstszym narzędziem. Nierzadko ukazane nam zostają obserwacje z życia wzięte, którym przejaskrawienie (jeśli nie liczyć strony wizualnej) nie jest wcale potrzebne. Cokolwiek podobnie jest w kwestii satyrycznego charakteru kolejnych rysunków czy komiksów - okazjonalnie bowiem celem jest czystej wody nonsens. Z drugiej strony należałoby jednak zapytać - czyż nonsens nie jest kolejnym składnikiem rzeczywistości?

#1088 - Raport z San Diego 2012: wydawcy niezależni

Wydawnictwo IDW Publishing zapowiedziało trzy kolejne tytuły, które ukażą się w ramach ekskluzywnej linii Artist Edition. Będą to Człowiek-Pająk Gila Kane`a, „Xenozoic Tales” w wykonaniu Marka Schulza oraz zapowiadane nieco wcześniej wznowienie „Rocketeer” Dave Stevensa. W zbiorze poświęconemu „The Amazing Spider-Man” znajdą się historie Kane`a z lat siedemdziesiątych. Dokładnie będą to numery; 96, 97, 98, 99, 100, 101, 102, i 121 regularnej serii „TASM”, a więc zawierające kilka z najważniejszych wydarzeń w życiu Petera Parkera, w tym historię „The Night That Gwen Stacy Died”. W albumie znajdzie się również miejsce dla niesławnej historii z LSD, dwóch numerów, które ukazały się bez Comics Code na okładce, a także debiutu Morbiusa. W sumie edycja będzie liczyła 216 stron (cena: 125 zielonych) komiksów, na których wychowało się całe pokolenie fanów komiksu (w tym Scott Dunbier, redaktor IDW). Zapowiedz „Xenozoic Tales” to spora niespodzianka, ale niewiele komiksów, tak jak ten, zasługuje prawdziwie na miano kultowego. Historia mechanika Jacka Tenrecka i pięknej pani doktor Hannah Dundee w postapokaliptycznej przyszłości, w której dinozaury na nowo opanowały ziemie to klasyczna przygodowa pulpa z złotej ery. Graficznie – to prawdziwa perełka dla koneserów. Całość zamknie się w 144 stronach. Nowa edycja „The Rocketeer” podobnie, jak dwie poprzednie książki, ma ukazać się na początku 2013 roku. W dalszych planach IDW znajdują się również ciągłe odkładany „The Spirit” Willa Eisnera, a także ekskluzywna edycja „MAD Comics”, czyli nieco zapomnianego poprzednika kultowego magazynu „MAD”. W publikowanym przez EC Comics w 1952 periodyku swoje prace zamieszczali Will Elder, Wally Wood, Harvey Kurtzman i Basil Wolverton.

Komiksowa wersja kultowej „Nocy Żywych Trupów” przyjęła się na tyle dobrze, że wydawnictwo Avatar Press zdecydowało się ruszyć z serią regularną. On-going pisany przez Davida Laphama wystartuje podczas tegorocznego Halloween i będzie rodzajem alternatywnej historii rozgrywającej się w uniwersum stworzonym przez George`a Romera. Akcja będzie rozgrywała się w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku, w świecie, w którym żywe trupy są czymś powszechnym. Główną bohaterką będzie młoda punkówa, która musi przeprowadzić się z rodzimego Los Angeles do Las Vegas. Lapham chce pokazać jak społeczeństwo i ówczesna scena punk rozwija się w towarzystwie wstającym z grobu nieumarłych. Przy okazji premiery wydany zostanie one-shot zbierający poprzednie historie „Night of the Living Dead”

Frapująco zapowiada się również „Fashion Beast”. W 1985 roku, będąc u progu wielkiej sławy Alan Moore i Malcolm McLaren (założyciel Sex Pistols) przygotowali skrypt, który miał stać podstawą scenariusza filmu, ale (niestety) nic z tego nie wyszło. Teraz, ten liczący dwieście stron manuskrypt ma zostać zrealizowany w formie komiksowej, a zająć się tym ma Antony Johnson. Redaktorzy z Avatara porównują „Fashion Beast” do dystopijnej wersji „Pięknej i Bestii”. O jakość pracy Moore`a jestem dziwnie pewien – to właśnie w połowie lat osiemdziesiątych jeden z największych scenarzystów komiksowych naszych czasów wszedł w swój najbardziej płodny i najlepszy okres (o ile w jego przypadku w ogóle można mówić o czasach, kiedy pisał słabiej). Właśnie rozpoczynał pracę nad „Potworem z Bagien” i „V jak Vendetta”, a w jego głowie rodziły się pomysły na „Strażników” i „Whatever Happened to the Man of Tomorrow?”. Całość ma zamknąć się w dziesięciu zeszytach,

W nowych „Fistaszkach” wydawanych w imprincie KaBOOM! Charlie Brown, Lucy, Snoopy i reszta ferajny po raz pierwszy opuści swoje podwórka i uda się w podróż. Postacie stworzone przez Charlesa Schultza zawitają do Japonii na łamach pełnometrażowej powieści graficznej zatytułowanej „It's Tokyo Charlie Brown”. Jej premierę zaplanowano na październik. Na panelu IDW pojawiły się również zapowiedzi nowego komiksu Steve`a Nilesa zatytułowanego „Transfusion” i „The Adventures of Augusta Wind” JM DeMatteisa. Szkoda, że o tych tytułach nie powiedziano nic więcej, bo już same nazwiska autorów mogą zwiastować całkiem porządną, komiksową robotę.

Autorami zapowiedzianego na tegorocznym WonderConie „Judge Dredda” będą Duane Swierczynski i Nelson Daniel. Mogący się pochwalić polskim pochodzeniem (i głębszym zrozumienie amerykańskich „polish jokes”) scenarzysta zapewniał, że jest wielkim fanem postaci stworzonej przez Johna Wagnera, Pata Millsa i Carlosa Ezquerrę. A jego fascynacja zaczęła się od „Sądu nad Gotham”. Nowa seria będzie opowiadała o wczesnych przygodach Dredda, ale niekoniecznie będzie zgodna z tym, co można było przeczytać w „2000 A.D.”. Komiks ma być futurystycznym kryminałem, eksplorującym granice tego gatunku, co według Swierczynskiego polegało będzie na próbie wyobrażenia sobie jak może wyglądać przestępczość za sto lat. Gatunkowo rzecz będzie zbliżona do popularnych policyjnych procedurali, z lekką domieszką czarnego humoru i science-fiction. Oprócz głównego toku fabuły komiks będzie wzbogacony o krótkie, szesnatostronnicowe noweli. Rysowane przez różnych artystów (padły nazwiska Paula Gulacy`ego i Jima Starlina) będą rozwijały wątki poboczne i opowiadały codzienności w Mega-City One.

Dynamite Entertainment szykuje crossover, w którym spotkają się klasyczni pulpowi herosi. W „Masks” zobaczymy między innymi Shadowa, Green Horneta, Spidera, Zorro (!!!) czy Black Terror. Scenariusz przygotuje Chris Roberson, natomiast oprawą wizualną zajmie się Alex Ross. Będzie to dla niego pierwszy pełnometrażowy projekt od dość dawna. W 2009 roku przygotowywał rysunki do „Justice Society of America Kingdom Come Special: Superman”, ale kolory kładł Alex Sinclair. W 2007 z kolei ograniczył się do nakładania farb na szkice Douga Braithwaite`a, wypada więc, że jego ostatnim, w pełni autorskim projektem pod tym kątem było „JLA: Liberty and Justice” z… 2003 roku. Fabuła oparta jest na jednej z historii Spidera. Historia będzie rozgrywała się w późnych latach trzydziestych. Polityczną władzę w Nowym Jorku zdobywa ugrupowanie Justice Party. Pod hasłami porządku i praworządności przejmuje kontrolę nad miastem i, jak to zwykle bywa, tylko grupa zamaskowanych herosów jest w stanie ich powstrzymać. Ośmioczęściowa mini-seria ma wystartować jeszcze w tym roku.

Terry Moore, jeden z najbardziej zasłużonych dla komiksu niezależnego twórców, na panelu Abstract Comics opowiadał o swoich planach. „Rachel Rising” będzie horrorem, który można umiejscowić gdzieś pomiędzy thrillerami Alfreda Hitchcokcja, a „Miasteczkiem Twin Peaks”. Całość ma zamknąć się w 30-40 zeszytach, a główną role będzie grała, jak to zwykle w komiksach Moore`a bywa, kobieta. W następnej kolejności chciałby się wziąć za gatunek, który do tej pory był mu obcy – komedię. W przyszłym roku jego opus magnum, „Strangers in Paradise”, będzie obchodził swoje 20 urodziny. Opublikowana zostanie nowa historia, ale nie w formie komiksu, tylko… powieści. Ci, którzy nie załapali się na potężny integraf „SiP”, dostaną teraz szansę na jeszcze bardziej wypasioną wersję „directors cut”. W tej edycji znajdą się dosłownie wszystkie historie ze „Strangers…” plus komplet okładek. Wznowienia w miękkiej okładce również się ukażą. Na pytanie dlaczego nie wydaje pod banerem na przykładem Image Comics, dzięki któremu mógłby dotrzeć do większej ilości odbiorców Moore odpowiedział w możliwie najprostszy sposób – kasa. Ma silnie wsparcie w swoim fan-base, który pozwala mu sprzedać po 10000 egzemplarzy swoim produkcji. Żeby móc zarobić porównywalną kasę w Image musiałby sprzedać ponad 50 tysięcy. 

Brian Wood będzie pisał nowe „Gwiezdne Wojny”. Akcja jego on-goinga zatytułowanego po prostu „Star Wars” będzie rozgrywała się pomiędzy „Nową Nadzieję”, a „Imperium Kontratakuje”. Pomysł scenarzysty „DMZ” i „Northlanders” polegać ma na tym, aby udawać, że nie istnieje nic poza „Nową Nadzieją”. Przynajmniej w głowach bohaterów. Wszystko może się zdarzyć. Oprawą wizualną zajmie się Carlos d`Anda, a okładki przygotuje Alex Ross. Ciekaw jestem, czy Wood „zrobi różnicę” w uniwersum SW. Do tej pory Dark Horse zatrudniało raczej przeciętnych wyrobników, teraz na kontrakcie ma scenarzystę z niemal najwyższej półki. Jak odnajdzie się w realiach świata Lucasa? Zobaczymy. Seria startuje w styczniu 2013 roku.

wtorek, 24 lipca 2012

#1087 - Raport z San Diego 2012: DC Comics/ Image Comics

Sandman powraca! Neil Gaiman ogłosił, że na 25-lecie jednej z najwybitniejszych i najlepiej sprzedających się serii komiksowych ukaże się jej kontynuacja. A właściwie prequel, w formie sześcioczęściowej mini-serii. Tytuł pozostaje nieznany, a termin wydania nieokreślony – wiadomo, że będzie to 2013 rok. Oprawą graficzną zajmie się J.H. Williams III. Z nikim innym, jak z ilustratorem „Promethei”, „Detective Comics” i „Batwoman” nie będzie się lepiej Gaimanowi wychodziło poza ramy „zwykłych” kolorowych zeszytów. Jeśli dobrze liczę będzie to pierwszy, pełnometrażowy projekt komiksowy Gaimana od jakichś dziesięciu lat. Znakomity scenarzysta opisuje go w następujący sposób:

Kiedy skończyłem „Sandmana” tylko jedna historia pozostawała wciąż nieopowiedziana – historia o tym, co spowodowało, że Morfeusza został tak łatwo pochwycony w pierwszym numerze oryginalnej serii. Z jakiej podróży wraca wykończony i ubrany jak na wojnę? Pierwotnie miała to być opowieść stworzona, by uczcić dwudziestolecie serii, ale nie udało mi jej się wtedy zrealizować (Vertigo oferowało zbyt małe honorarium autorskie – dopisek Kuby). Teraz, w dwadzieścia pięć lat po premierze pierwsze zeszytu jestem równie podekscytowany, co zdenerwowany, że ta historia wreszcie zostanie opowiedziana.

Informacja o powrocie „Sandmana” była największą bombą panelu poświęconego Vertigo i pozostałe wieści przy niej po prostu bledną. Jakoś nikt nie mógł ekscytować się zapowiadziami Scotta Snydera odnośnie nowego runu w „Amerykańskim Wampirze”. Akcja „Blacklist” ma rozgrywać się w latach pięćdziesiątych. Pearl i Skinner wybiorą się do Hollywood, aby rozprawić się z rezydującymi tam krwiopijcami. W tej historii akcja ma zaliczać potężny zwrot. Jeff Lemire nie powiedział o „Sweet Tooth” niczego, czego byśmy już wcześniej nie wiedzieli. Karen Beger potwierdziła, że rozmawia już z Lemirem o kolejnym projekcie, a Dan Abnett ma ochotę napisać ciąg dalszy zaplanowanej na osiem zeszytów mini-seri „New Deadwardians”. Bill Willingham zapiera się, że powieść „Werewolves of the Heartland", będąca spin-offem „Baśni” już wkrótce, już za momencik ujrzy światło dzienne. Podczas sesji pytań i odpowiedzi z sali padło bardzo ciekawe pytanie. Skoro uniwersum DC zaanektowało wiele postaci z Vertigo, to czemu by nie spróbować napisać mroczniejszych historii z kolorowymi superherosami w rolach głównych – tak brzmiało jedno z nich. Beger mocno podkreśliła, że obie linie wydawnicze są mocno odseparowane od siebie i nic takiego nie będzie miało miejsca. A szkoda, bo pomysł wydaje się doprawdy znakomity i chciałoby się, żeby śmietanka twórców spod znaku zawrotu głowy zatrudniła Supermana, Green Lanterna czy Flasha w historiach, który nie mogłyby by im się przytrafić w ich „prawdziwym” świecie.

Scott Snyder zapewnia, że historia dotycząca Rotworld nie będzie ograniczała się tylko do jego „Swamp Thinga” i „Animal Mana” Jeffa Lemire`a (crossover pomiędzy tymi dwoma tytułami opowiadający o starciu awatarów Zieleni i Czerwienie z siłami rozkładu rozpocznie się w numerach trzynastych), ale dotknie całe uniwersum DC. W pierwszym rzędzie „Frankensteina” pisanego przez Matta Kindta, który pojawi się również na kartach „Justice League Dark”. W drugim – choćby Poison Ivy, która pojawi się na kartach „ST”. Po tym, jak scenarzysta „Opowieści z hrabstwa Essex” przejął „JLD” zapowiada wprowadzenie kolejnej klasycznej postaci kojarzonej z Vertigo – Black Orchid. Natomiast w numerze #0 zaanktowane zostaną wątki z „Books of Magic. Spekulacja o pojawieniu się Timothy`ego Huntera w Nowej 52 ciągnęły się od zeszłego miesiąca, kiedy na konwencie Heros-Con wspomniał o tym Lemire. Teraz jednak ta operacja będzie możliwa, bo udało się uzyskać zgodę Gaimana, który stworzył postać Tima.

Panel poświęcony Mrocznemu Rycerzowi skupiony był głównie na „miesiącu zero” i ograniczał się główne do dość pustych zapowiedzi tego, o czym poszczególni scenarzyści bat-serii będą pisać. I tak na przykład Scott Snyder zdradził, co nieco z tego, jak przedstawi początki Batman. Pojawi się nowy bat-motocykl, zupełnie odmienne spojrzenie na jaskinię, a Bruce zostanie przedstawiony, jako „demon, który uczy się być człowiekiem”. Natomiast, opowiadając o „Death of the Family” Snyder skupił się na postaci Jokera. Porównał rolę, jaką odgrywa szalony król zbrodni do klauna na królewskim dworze. Tym dworem jest oczywiście Gotham, a królem jest ocz wyście Batman. Odgrywający rolę błazna ma za zadanie sprawiać, że złe wieści wcale nie brzmią tak źle. Według Snyderaw swoim postrzeganiu świata Joker widzi siebie, jako osobę niezbędne w życiu Batmana i bardzo źle zniósł to, że został opuszczony przez swojego „króla”. Teraz wraca, żeby się zemścić – w swoim stylu. Chce zranić Bruce`a atakując bliskie mu osoby. Zresztą, tak było od zawsze – przy morderstwie Jasona Todda czy okaleczeniu Barbary Gordon.

Geoff Johns ma za sobą pierwszy rok pracy z „Justice League”. Kolejne historie mają przynieść przede wszystkim przygotowania do „Trinity War”, prawdopodobnie pierwszego, dużego eventu DCnU. W trzynastym numerze pojawia się Cheetah, która będzie miała bezpośredni związek z tym tajemniczym konflikcie. Innym villainem, który ma pojawi się w Nowej 52 będzie Black Adam, a skoro on, to i Shazam dostanie większą rolę, skoro ma dołączyć do JL. W przeciwnym kierunku ma podążyć Aquaman. Przyczyną jego odejścia z zespołu będzie to, że Liga nie jest drużyną, jaką powinna być. To, czym powinna się stać ma być poniekąd jednym z tematów pracy Johnsa w drugim roku „Justice League”.

Drugą informacją, która okazałą się prawdziwą bombą, było pojawienie się Quentina Tarantino w asyście Jima Lee. Podczas trwania panelu poświęconego „Before Watchmen” reżyser i scenarzysta zapowiedział komiksowy spin-off jego „Django Unchained”. Pięcioczęściowa mini-seria ma rozwijać wątki, które nie zmieściły się w najnowszym filmie Tarantino. Podczas spotkania z fanami DC cieszył się, że może zadebiutować, jako twórca komiksowy i zapewniał, o swojej miłości do medium – szczególnie do super-hero i westernów. Nie wiadomo jeszcze kto zajmie się oprawą graficzną, ale nie ulega wątpliwości, że będzie to artysta z najwyższej półki (czyżby właśnie Jim Lee?). Pierwszy numer ma ukazać się na miesiąc przed premierą filmowego „Django”.

Stawiam dolary przeciwko orzechom, że już wkrótce w Nowej 52 pojawią się Wild CATS. Nie wiem w jakim składzie, w jakiej formie, ale Jim Lee jest po prostu zbyt dużą szychą w DC, żeby pozwolić, aby jego autorska kreacja tak długo pozostawała w wydawniczym limbo. Już wkrótce na łamach „Griftera” ma pojawić się Voodoo, a Rob Liefeld z uśmieszkiem daje do zrozumienia, że stara ekipa powoli się schodzi. Sporo będzie się działo w świecie Człowieka ze Stali – role Jimmiego Olsen, Lois Lane i Lexa Luthora mają zostać rozwinięte, superpies Krypto powróci z hukiem. Przetasowań na autorskich stanowiskach, jak zwykle, będzie co niemiara, ale ja wspomnę tylko o jednym. Grant Morrison będzie dzielił się piórem w „Batman, Inc.” z Chrisem Burnhamem, który dotychczas występował tylko w roli grafika. Morri powoli oddaje pałeczkę w pisaniu Mrocznego Rycerza innym. Czyżby „Leviathan” rzeczywiście miał okazać się finałem przygody szalonego Szkota z Mrocznym Rycerzem?

Z polskiej perspektywy najciekawszym z zapowiedzianych projektów Image jest „Sex” Joe`go Casey`a, którego oprawą graficzną ma zająć się nasz rodak, Piotr Kowalski. Rysownik znany z autorskiego „Gaila” na rynku amerykańskim pokazał się w „Malignant Man”. Seria on-going będzie traktowała o relacjach pomiędzy tytułowym seksem, którego jednak nie należy brać zbyt dosłownie, z konwencją superbohaterską. Oprócz „Sex” Casey pracuje również nad „Bounce” z rysownikiem Davidem Messiną. A tymczasem dziewczyny robią nie do końca dziewczęcy komiks. Kelly Sue Deconnick i Emma Rios pracują nad westernem zatytułowanym „Pretty Deadly”, w którym będą chciały wskrzesić mało kobiecy duch filmów Sergio Leone. Swoje nowe projekty w Image zapowiedzieli także Greg Rucka i Micheal Lark. „Lazarus” ma być spotkaniem „Ludzkich dzieci” z „Ojcem chresztym”. Termin – wiosna 2013.

Ręce pełne roboty będzie miał Darick Robertson. Przede wszystkim zabrał się za projekt, który czeka na swoją realizację już od 2002 roku. Autorem scenariusza do „Oliver” jest Gary Whitta twórca, który w swoim CV może pochwalić się takimi tytułami, jak „Futurama”, „Star Trek; Voyager”, „The Book of Eli”, „Duke Nukem Forever” czy „Gears of War”. Whitta wpadł pomysł na adaptacji, czy kontynuacji klasycznego „Oliviera Twista” Charlesa Dickensa w klimatach postapokaliptycznych-cyberpunkowych. Czteroczęściowa mini-seria ma zadebiutować w lecie 2013 roku. Oprócz tego Robertson będzie ilustrował „Happy” Granta Morrisona. Głównym bohaterem tej serii będzie człowiek, który stracił wszystko. Nick Sax nie ma pracy, zostawiła go żona, popadł w alkoholizm i gdy sięgał dna spotkał małego niebieskiego kucyka, który nazywa się Happy. I wszystko się odmieniło. Co ciekawe, serwis Newsarama nie mógł opublikować żadnej z przykładów stron komiksu, który okazał się zbyt odważny dla pruderyjnych Amerykanów.

poniedziałek, 23 lipca 2012

#1086 - Komix-Express 148

W minionym tygodniu swoje premiery miały dwa tytuły z katalogu Kultury Gniewu - do sprzedaży trafią, bądź już trafiły "Kiki z Montparnasse’u" i "Baby`s in Black". Liczący sobie 416 stron album José-Louis Bocquea i Catel to prawdopodobnie największa, pod względem objętościowym, pozycja wydana przez KG. I do najtańszych nie należy - jego okładkowa cena to 99 złotych, a tak wygląda jego opis:

Królowa Montparnasse’u, cesarzowa Cyganów, muza geniuszy, pierwsza prawdziwie wyzwolona kobieta XX – to tylko niektóre z przydomków i określeń, jakich używano w stosunku do Alice Prin, którą świat lepiej zapamiętał jako Kiki. Była modelką, inspiracją, a często kochanką takich ikon współczesnej sztuki, jak Man Ray, Marcel Duchamp, Pablo Picasso czy Jean Cocteau. Wielu z nich unieśmiertelniło ją w swoich dziełach.

Wszyscy oni, a także wielu innych legendarnych artystów, pojawiają się na stronach „Kiki”, niezwykłej komiksowej biografii jednej z najsłynniejszych i najbardziej charyzmatycznych kobiet ubiegłego stulecia.

„Kiki z Montparnasse’u” uważa się za jeden z najlepszych komiksów opartych na faktach. Otrzymał on też nagrodę publiczności na festiwalu w Angoulême.

Za pracę Arne Bellstorf trzeba zapłacić nieco mniej, bo tylko 59,90, a jego opis wygląda w taki sposób:

Historia piątego Beatlesa, Stuarta Sutcliffe’a, i miłości jego życia – Astrid Kirchherr.

Hamburg, rok 1960. Astrid skończyła właśnie akademię, a jej związek z utalentowanym grafikiem Klausem Voormanem przeżywa poważny kryzys. Pewnej nocy chłopak niespodziewanie ją odwiedza. Jest strasznie podekscytowany, czymś co odkrył kilka godzin wcześniej – grupą młodych Anglików grających rock’n’rolla w jednej z knajp w piwnicach Hamburga. Grupa ta nazywa się The Beatles. A to odkrycie zmieni życie Astrid.

Komiks Arne Bellstorfa, autora „Piekło, niebo”, powstał zupełnie przypadkowo. Bo przypadkowe było spotkanie, na jednej z ulic Hamburga, młodego niemieckiego rysownika ze starszą panią, jaką jest dziś Astrid Kirchherr. Ujęty jej osobowością Bellstorf postanowił przedstawić historię hamburskiego okresu The Beatles z jej punktu widzenia. To w końcu ona zrobiła pierwsze słynne zdjęcia liverpoolczyków i wymyśliła ich sceniczny wizerunek. Ale z licznych rozmów, które wkrótce z nią przeprowadził powstała zupełnie inna opowieść – o wielkiej miłości, dla której wkrótce najsłynniejszy zespół świata był tylko tłem.

W ten sposób KG wyczyściła sekcję swoich zapowiedzi, zostawiając jedynie "Bośniackiego płaskiego psa" Maxa Anderssona, który wydaje się figurować na liście "do wydanie" od kiego pamiętam.

Marcin Podolec skończył "Wszystko zajęte". To świetna wiadomość, szczególnie jeśli weźmie się pod uwagę, że w pewnym momencie całe przedsięwzięcie stanęło pod znakiem zapytania. Na początku zeszłego roku Kolec wraz z Barbarą "Lagu" Okrasą rozpoczęli prace nad wspólnym komiksem. Podział ról był następujący - Podolec przygotował skrypt i miał nakładać tusz na szkice swojej partnerki. Niestety, w składzie nastąpił rozłam - w grudniu 2011 roku na kolcowym blogu pojawił się informacja, że album nie zostanie stworzony w zapowiadanym składzie. Podolec został sam na placu boju, ale nie przeszkodziło mu to w ukończeniu "Wszystko zajęte". Komiks został stworzony wyłącznie za pomocą tabletu i Photoshopa, a prace trwały siedem miesięcy. Czwarty pełnometrażowy, a drugi w pełni autorski (po debiutanckim "Ser-Cu") album w karierze Marcina wyda Kultura Gniewu. Będzie również najgrubszą pozycją w bibliografii Podolca - "Wszystko zajęte" rozrosło się na 100 stron. Termin premiery (czyżby tegoroczny festiwal w Łodzi?) i szczegóły edytorskie (w tym cena) pozostają na razie nieznane.

Gdyby Janusz Christa żył, to 19 lipca obchodziłby swoje 78 urodziny. Jeden z największych klasyków polskiego komiksu urodził się w 1934 roku, a zmarł - 15 listopada 2008 roku w Sopocie. Więcej o urodzinach twórcy "Kajka i Kokosza" można poczytać na znakomitym blogu Na Plasterki! (który nota bene również uchodzi swoje drugie urodziny, dokładnie tego samego dnia, co Christa!). 19 lipca był w ogóle bardzo owocny dla polskiego komiksowo. Kilka lat później, dokładnie w ten sam dzień na świat przyszli również Szymon Holcman z Kultury Gniewu i Sebastian Frąckiewicz, którym z tego miejsca, ekipa Kolorowych Zeszytów składa nieco spóźnione życzenia urodzinowe.

Adam Czernatowicz (scenariusz) i Piotr "Teenn" Kamiński (rysunki) pracują nad prawdopodobnie pierwszym, rasowym spin-offem w historii polskiego komiksu. "Ultimate K.O.P.S. - Dies Irae" ma być odpryskiem webkomiksowej serii zatytułowanej "Komiks o polskich superbohaterach", przy którym jego twórcy nie będą brali udziału. Fabuła komiksu rozwarstwia się od około 320. odcinka i nic, co się dzieje później nie ma nań wpływu. Po "Ultimate K.O.P.S. - Dies Irae" można spodziewać się wymieszania humoru znanego z karta "Człowieka bez Szyi" z nieco poważniejszą historią. Komiks ma ukazać się na łódzkim festiwalu. Całość zamknie się na około 50 stronach i w odróżnieniu od "K.O.P.S.a" będzie czarno-biała.

Wydawnictwo Czarna Materia przedstawiła swoje plany do końca roku. Biorąc pod uwagę trudności z dotrzymywanie terminów i regularnością wydawania komiksów zamiary Jakuba Kijuca są bardziej, niż ambitne. I tak:

Wrzesień: "Stix: Bohater Wszystkich Światów", "Akta Jerycho 01: Projekt Król" i "Konstrukt" #06
Październik: "Konstrukt #07"
Listopad i grudzień: "Konstrukt 08", "Planit" #1 i "Kapitan Pępek"

Wszystkie pozycje z wyjątkiem "Kapitana Pępka" nalezą do komiksowego świata stworzonego przez Kijuca. Więcej o Planicie można przeczytać tutaj, a informacje o Stixie są do znalezienia na tej stronie. Trzy numery "Konstruktu" w zaledwie cztery miesiące, a do tego spin-offy i nowe serie - fiu, fiu, ciekaw jestem jak to wyjdzie.

I na zakończenie dzisiejszego wydania K-E prezentujemy ostateczny projekt okładki czwartego "Kamienia przeznaczenia". Najpierw, okładka miała wyglądać w taki sposób:


Ale po protestach środowisk katolickich i feministycznych Tomasz Kleszcz zastąpił ją takim rysunkiem:


piątek, 20 lipca 2012

#1085 - Raport z San Diego 2012: Na taśmie filmowej

Minimum Carnage, nowa Red She Hulk, restart "Punisher: War Zone", konsekwencje "AvX" – zapowiedzi Domu Pomysłów jakoś nie prezentują się zbyt okazale. Ale do San Diego majorsi nie przyjeżdżają pokazywać komiksów, tylko filmy. Aby dostać się na panel Marvel Studios często trzeba było swoje w kolejce wystać, a niekiedy wręcz przenocować się pod odpowiednią halą. Kevin Feige, szef produkcji filmowego oddziału Domu Pomysłów ogłosił, że Marvel pracuje obecnie nad czterema obrazami. "Fazę drugą" ekranizacji otworzy trzecia część "Iron-Mana". Jego premiera jest przewidziana na 3 maja przyszłego roku, a więcej o nim poniżej. 8 listopada 2013 do kin trafi "Thor 2: The Dark World" w reżyserii Alana Taylora, który w swoim CV może wpisać pracę nad "Grą o Tron". W filmie pojawią się wszyscy aktorzy z poprzedniej części, z wyjątkiem Josha Dallasa, którego w roli Fandrala zastąpi Zachary Levi. Wygląda na to, że drugi Thor będzie bardziej fantasy, niż jego poprzednik. Kiedy zaprezentowano logo "Captain America 2: The Winter Soldier" widownia wręcz oszalała. Nic dziwnego, skoro kanwą sequela ma być bestsellerowa historia napisana przez Eda Brubakera, opowiadająca o powrocie Bucky`ego. Reżyserią zajmą się bracia Russo, znani ze znakomitego serialu komediowego "Community". W filmie ma podobno pojawić się Falcon, a do jego roli przymierzany jest Anthony Mackie, znany z "8 mili" i "Hurt Lockera". Premierę zaplanowano na 4 kwietnia 2014, natomiast 1 sierpnia tego samego roku na ekranie pojawią się "Guardians of the Galaxy" w składzie Star-Lord, Drax the Destroyer, Gamora, Groot i Rocket Raccoon, o czym już wcześniej pisałem.

Na panelu poświęconym "Iron-Manowi 3" nie mogło zabraknąć Tony`ego Starka, który jak zwykle skradł show śpiewając urodzinową serenadę czternastolatce. Nowy obraz oparty na wątkach znanych z "Extermis" Warrena Ellisa i Adiego Granova z ma być jeszcze bardziej skupiony na swoim tytułowym bohaterze. Więcej Tony`ego na ekranie oznacza, że relację z "Happy`m" Hoganem (Jon Favreau w pełnowymiarowej roli) i Jamesem Rhodes`em (powracający Don Cheadle) mają być jeszcze bardziej wyeksponowane. Zobaczymy jak uda się pogodzić to z obecnością dwójki (trójki?) villainów. Oczywiście pojawi się nowa, bliższa ciału, zbroja, której design możecie podziwiać poniżej. Reżyserowi filmu, Shane`owi Blackowi, zależy na tym, aby całość byłą bardzo spójna, organiczna. Chce uniknąć błędów, jakie popełnili twórcy trzeciego "Spider-Mana", który okazał się klapą nie dlatego, że ciągnął kilka, równoległych wątków, ale dlatego, że nie łączyły się w spójną całość. Oficjalnie potwierdzono, że Ben Kingsley obsadzony został w roli Mandarina i jeśli wierzyć reżyserowi – jest w niej świetny.

 Oficjalnie potwierdzono, że w Marvel Studios rozpoczęto prace nad filmowym Ant-Manem. Reżyserem i współscenarzystą produkcji ma być Edgar Wright, znany z mocno dekonstrukcyjnego podejścia do gatunkowych klisz, żeby wspomnieć tylko jego „Shaun of the Dead”. W filmie ma nie braknąć specyficznego humoru, ale na razie trudno powiedzieć, czy zapowiada się na rzecz typowo superbohaterską, czy raczej na coś nieco odmiennego. Pomimo zaprezentowanego bardzo krótkiego materiału na konwencie wciąż nie wiadomo kto wcieli się w tytułową rolę i czy na pewno będzie to ikoniczny Ant-Man, czyli Hank Pym (ale wszystko na to wskazuje). Z pewnością design jego kostiumu będzie ukłonem w stronę mody Silver Age, ale będzie trochę bardziej praktyczny. Zdjęcia do filmu mają rozpocząć się w przyszłym roku, ale jego premiera będzie miała miejsce dopiero w 2015 roku.

W oczekiwaniu na premierę domowej wersji "Marvel`a Avengers" na DVD i Blu-ray, która będzie miała miejsce 25 września zaprezentowano jeden z dodatków do największego superbohaterskiego blockbustera w historii kina. Będzie nim "Item 47", krótki, 11-minutowy film opowiadający o losach tytułowego przedmiotu. Jest to obca broń, która znalazła się na naszej planecie przy okazji inwazji Lokiego i zamiast spoczywać spokojnie w magazynach S.H.I.E.L.D. trafiła w ręce Bena (Jesse Bradford) i Claire (Lizzy Caplan), drobnych złodziejaszków, którzy w stylu Bonnie i Clyde`a, podróżują po Ameryce rabując banki. Kosmiczna spluwa sprowadza na ich trop agent Sitwella (Maximiliano Hernandez). Rzecz podobna utrzymana jest w bardzo kameralnym klimacie, godnym kina niezależnego, który nijak ma się do efekciarskich "Avengers". Twórcy szorciaka, Eric Pearson i Louis D`Esposito pytani o to, czy Ben i Claire powrócą w innych produkcjach Marvela wstrzymali się od odpowiedzi, mówiąc, że wszystko jest możliwe.

Jedną z prawdziwych niespodzianek Comic-Conu był powrót filmowego Punishera. W rolę Franka Castle w wcielił się znowu Thomas Jane, ale nie był to zarzucony przez Foxa pilot serialu telewizyjnego, ani reboot robiony przez Marvel Studios, ale fan-film pod tytułem "Dirty Laundry". W napisanym przez Chada St. Johna i wyreżyserowanym przez Phila Joanou obrazie pojawia się także Ron Perlman, który gra rolę poruszającego się na wózku inwalidzkim sprzedawcę z pobliskiego sklepu. Jak widać ten trwający dziesięć minut film to bardzo profesjonalna produkcja, która nie ma sobie nic z siermiężnej amatorszczyzny, a dużo pasji i miłości do Franka. Jest brutalnie, kości są łamane, czaszki są miażdżone, co można samemu obejrzeć na YouTubie:


Na spotkaniu poświęconym nowej filmowej adaptacji Supermana nie pojawiły się jakieś szczególnie interesujące informacje (oczywiście oprócz ekskluzywnego materiału filmowego). Pierwszy trailer "Man of Steel" będzie można zobaczyć przed projekcją "The Dark Knight Rises". Obecnie trwa postprodukcja filmu. Jego reżyser, Zack Snyder, powiedział, że choć fabuła siłą rzeczy musi być bardzo superbohaterska, to ekranizacja przygód Człowieka ze Stali ma być mroczniejsza i bardziej skupiona na samej postaci tytułowego bohatera, niż na efektownej akcji (choć tej nie zabraknie). Film nie będzie oparty na żadnej komiksowej fabule – Snyderowi wyszła raczej mieszanina wielu historii i różnych pomysłów. "Man of Steel" ma być przystępny dla przeciętnych kinomaniaków, ale komiksowi fanboje również będą usatysfakcjonowani. Snyder wciąż utrzymuje w tajemnicy, kto pojawi się na ekranie w roli villaina – dalej nie potwierdzono, że będzie nim generał Zod. Dwayne "The Rock" Johnson potwierdził, że plotki o jego rzeczonym udziale w ekranizacji brutalnych perypetii ostatniego Czarnianina nie są wyssane z palca. W kwietniu pojawiły się informacje, że Lobo ma dostać swoją drugą szansę. Po tym, jak projekt Guy`a Ritchiego nie wypalił, włodarze z Warnera zatrudnili Joela Silvera i Brada Peytona do przygotowania nowego skryptu i wyreżyserowania obrazu z Ważniakiem w roli głównej. W San Diego żadna oficjalna informacja na temat tego projektu się jeszcze nie pojawiła, ale słowa Rocka, mówiąca o pewnych szansa zagrania Lobo z pewnością cieszy fanów najlepszego łowcy głów w galaktyce.

To będzie lato brzemienne nadzieją dla fanów "Zbira”. Wbrew wcześniejszym deklaracjom Eric Powell spróbuje za pomocą Kickstartera zebrać pieniądze do ekranizację "Goona"! Jest więc szansa, ze usłyszymy jak Paul Giamatti i Clancy Brown wcielają się w rolę Zbira i Franky`ego. Wieści o projekcie pojawiły się już w 2008 roku, ale z powodu braku odpowiedniego zaplecza finansowego pomysł upadł. Teraz, ten problem ma zostać rozwiązany dzięki sieciowej platformie pozyskiwania pieniędzy od fanów. Chociaż… budżet filmu ma zamknąć się w 45 milionach dolarów – trudno jest mi sobie wyobrazić, żeby Powellowi udało się zebrać taką sumę (inna sprawa, że niezbyt się w Kickstarterze orientuje), ale nie zdziwiłbym się, gdyby z fragmentem filmu nakręconego za pieniądze fanów będzie mu łatwiej znaleźć tradycyjne źródło finansowania.

czwartek, 19 lipca 2012

#1084 - Bat-Czwartki 07: Nietoperz na skraju dojrzewania ("Mroczny Rycerz")

"Batman: Początek" zarobił w kinach ponad 300 milionów, stając się najbardziej kasowym filmem z Człowiekiem Nietoperzem od czasów "Batmana" Tima Burtona. Nolan świetnie odnalazł się w roli reżysera wielkiego hollywoodzkiego widowiska: zdobył uznanie krytyków i sympatię ze strony fanów. Ale to dopiero "Mroczny Rycerz" przypieczętował jego sukces. Kontynuacja "Batman Begins"  przyniosła wpływy rzędu miliarda dolarów na całym świecie i jest najbardziej kasową częścią serii.

"Mroczny Rycerz" zarobił górę pieniędzy, porównywalną, jeśli nie większą, z tą którą w filmie Joker puszcza z dymem. Tu nie chodzi o pieniądze – mówi – ale o przesłanie. W jego ustach brzmiało ono: wszystko płonie. Na potwierdzenie swojej tezy za pomocą ledwie kilku beczek benzyny i garści dynamitu pogrążył Gotham w chaosie. Nolan wypada blado na jego tle, ale i jemu udała się rzecz niebywała: udowodnił, że można nakręcić inteligentnego blockbustera, a kontynuacja wcale nie musi być słabsza od poprzednika, łamiąc przy tym nie mniej reguł, co Joker.
"Mroczny Rycerz" różni się nie tylko od wszystkich dotychczasowych części serii o przygodach Batmana, ale również od wszystkich filmów z superbohaterami, jakie dotychczas nakręcono. Nolan pokazał Batmana, jakiego jeszcze nie widzieliśmy – pokonanego. Joker "złamał" jego ducha, nauczył, że prawdziwe życie jest dokonywaniem wyborów. W "Batman Forever" Wayne uchyla się przed odpowiedzialnością i na złość Riddlerowi ratuje z opresji zarówno Robina jak i doktor Meridian. W "Spider-Manie 2" Peter Parker staje przed wyborem: albo uratuje Mary Jane, albo dzieci uwięzione w kolejce. Ku rozczarowaniu Doktora Octopusa udaje mu się uratować wszystkich. W "Mrocznym Rycerzu" Joker dwukrotnie poddaje Batmana podobnej próbie: po raz pierwszy podczas przyjęcia w apartamencie Wayne'a, po raz drugi w czasie przesłuchania na komisariacie. Za pierwszym razem Batman wychodzi z niej zwycięsko: ratuje Rachel, nie zdejmując maski. Za drugim to Joker jest górą, choć może powinniśmy powiedzieć: ślepy los. Batman chciał uratować Rachel, ale zamiast tego trafił do magazynu z Dentem. Joker zakpił sobie z niego i udowodnił tym samym jak dużą rolę w życiu odgrywa przypadek. Reżyser, uśmiercając wybrankę bohatera, zszokował wszystkich. Jonathan Nolan wspomina pierwszy pokaz filmu, podczas którego widownia zamarła: można było usłyszeć pojedyncze westchnienie. Publiczność była tak pewna zasady, że bohater zawsze znajdzie sposób, aby wszystkich uratować. Świetnie było ją złamać.
Zabijając Rachel, Nolan zmusił swojego bohatera do pożegnania się z dzieciństwem – Wayne dokonuje wyboru i teraz musi żyć z jego konsekwencjami. Pod tym właśnie względem "Mroczny Rycerz" jest realistyczny. Batman wciąż jest postacią na poły fantastyczną – zakutym w zbroję milionerem, gromiącym przestępców pod osłoną nocy – ale jego działania mają już realne konsekwencje. Witamy w prawdziwym świecie, panie Wayne.
Pamiętacie to uczucie, gdy po raz pierwszy w życiu coś poszło nie po waszej myśli? Gdy poczuliście wzbierającą w was niemoc i strach przed nieznanym? W "Batman: Początek" Wayne od początku do końca realizuje swój plan: z małymi przeszkodami, ale udaje mu się zatriumfować tak, jak sobie to wymarzył. W "Mrocznym Rycerzu" jest już pewien swego: uważa przestępców za prostaków, którym chodzi wyłącznie o pieniądze. Dopiero pojawienie się Jokera uświadomi mu jak bardzo się myli. W słynnej scenie przesłuchania Wayne przygląda się swojemu przeciwnikowi z ciekawością, ale i pogardą. Joker jest dla niego irytującym robakiem, "dziwadłem", którego nie rozumie. Ten "śmieć, który zabija dla pieniędzy" nie jest jednak tym, kim wydaje się bohaterowi. Batman jest od niego silniejszy, rzuca go o ściany jakby był szmacianą lalką, ale to Joker od początku do końca dominuje nad Mrocznym Rycerzem i zawsze jest kilka kroków przed nim. Nawet w momencie, gdy Batman okłada go pięściami, morderczy klaun przewyższa go o głowę. Joker ma bowiem w swoich rękach siłę o jakiej Nietoperzowi się nie śniło – ślepy los.
Wayne stworzył Batmana, aby opanować swój strach i zaprowadzić porządek, w sensie dosłownym i metaforycznym. Joker z powodzeniem to kwestionuje. Wyłącznie ślepy los jest sprawiedliwy, w tym świecie tylko życie bez zasad ma sens. Morderczy klaun jest u Nolana wcieleniem terroru i chaosu. Od początku chciał wywrócić wszystko do góry nogami i udało mu się. Nolan zastosował genialny w swojej prostocie zabieg: w scenie, gdy Joker wisi kilkanaście pięter nad ziemią, kamerą okręca się wokół niego i przyjmuje jego punkt widzenia – góra staje się dołem i odwrotnie. Świat stanął na głowie. Joker zwyciężył.
"Mroczny Rycerz" różni się stylem od "Batman: Początek". Pierwsza część filmu czerpie inspiracje z mitologii bohatera, stąd obecna w niej pewna doza romantyzmu. Kontynuacja opowiada już całkowicie samodzielną historię, jest poważniejsza, bardziej realistyczna. Nolan odniósł zwycięstwo tam gdzie Tim Burton poniósł klęskę. Dlaczego jego Mroczny Rycerz A.D 1992 nie zdobył sobie takiej sympatii publiczności? Przypomnijmy słowa Christophera Nolana, wypowiedziane przy okazji premiery "Batman: Początek": żyjemy w przerażającym świecie, a jeszcze dziesięć lat temu było inaczej. Widownia w 1992 roku nie była jeszcze gotowa na takiego Batmana, jakiego wymarzył sobie Burton. O ironio, co wtedy było dziwaczne i przerażające, dziś jest codziennością. Żyjemy w mrocznych czasach, ot co.
"Mroczny Rycerz" różni się od wszystkich dotychczasowych Batmanów, ale jednocześnie znajdziemy w nim nawiązania do poprzednich filmów z serii. Scena, w której Harvey Dent podaje się za Batmana, jest odwrotnością sceny z "Batman Forever", w której Wayne powstrzymuje się przed ujawnieniem, co doprowadzi do śmierci rodziny Dicka Graysona. Starcie między Jokerem, a Batmanem na ulicach Gotham z "Mrocznego Rycerza" bliźniaczo przypomina to z finału "Batmana" Burtona. Takich smaczków jest więcej, a ich rola nie sprowadza się wyłącznie do roli ciekawostki. Nolan nakręcił film będący sumą dotychczasowych doświadczeń Człowieka Nietoperza. To dzieło kompletne, zamykające pewien rozdział w historii Mrocznego Rycerza.