czwartek, 31 maja 2012

#1046 - Ligatura 2012: Ligatura Pitching

Twórcy poznańskiego festiwalu od początku nie kryli, że to właśnie pitching jest dla nich najważniejszy. I nie ma się co dziwić. Prezentacja projektów międzynarodowych artystów dokonana przed publicznością i jury celem wyłonienia, a następnie opublikowania tego najlepszego (ewentualnie tych najlepszych), to świetny pomysł nie tylko z marketingowego punktu widzenia. W pewnym sensie jest to, w zależności od wybranej pracy, możliwość znalezienia się w samym środku czy nawet na samym początku procesu twórczego danego artysty (niektórzy przedstawiali komiksy już praktycznie gotowe, tylko czekające na wydawcę, inni ledwie zarysy ewentualnych publikacji). Wreszcie to swego rodzaju wehikuł czasu. Wszak przyszłość medium spoczywa w rękach właśnie tych artystów, młodych i jeszcze szerzej nieznanych. Za sprawą Ligatury u części z nich niebawem się to zmieni.


Do tegorocznego pitchingu zgłoszone zostały równo 73 projekty z 19 krajów, a na festiwal zakwalifikowanych zostało 20 z nich. Prezentacje podzielone zostały na 2 spotkania. Pierwsze odbyło się w piątkowe popołudnie, kiedy to jeszcze, niestety, nie udało mi się dotrzeć do Poznania; czego żałuję tym bardziej, że to właśnie dwójka z pierwszej dziesiątki wybranych artystów zajęła zaszczytne pierwsze i trzecie miejsce na podium (kolejno Bart Nijstad z Holandii oraz Archie Fitzgerald z Wielkiej Brytanii). Miejsce drugie zajęły zaś działające pod wspólnym pseudonimem Zonika nasze rodaczki, Monika Powalisz i Zosia Dzierżawska. Od przedstawienia ich projektu, zatytułowanego "Serce ze śniegu", rozpoczęła się sobotnia część pitchingu.

Oprócz wspomnianych pań Polskę reprezentowała jeszcze Maria Rostocka oraz Robert Olesiński i Michał Madej. Pozostali uczestnicy przyjechali do nas z Węgier, Wielkiej Brytanii, Rosji, Słowacji i Czech. W większości wypadków przedstawione prace znacznie różniły się od siebie, chyba pod każdym możliwym względem. Niektórzy stawiali na abstrakcyjność i/lub absurd, inni na "zwyczajność" lub jej przeciwieństwo w postaci czystej wody gatunku, jeszcze inni na śmiałe eksperymenty formalne. Nie zabrakło nawet postapokaliptycznej mangi, choć jej autor, Dmirty Dubrovin, skośnymi oczami pochwalić się nie mógł. Nie musiał.

Było parę projektów, które wydały mi się nijakie i dziś już nic z nich nie pamiętam, dominowały jednak te, na które najlepszym określeniem będzie przymiotnik "ciekawe" (czasem "bardzo"). Jednym z nich była zaskakująca (także swoją prostotą) opowieść o wschodnioeuropejskim piosenkarzu pop noszącym jakże wymowne nazwisko Yuri Valentin. Piosenkarzu, któremu podczas podróży na koncert do pewnego miasteczka przydarza się nie lada nieszczęście - oto rzeka, którą płynął, rzeka przecinająca pustynię (!), niespodziewanie wysycha. Kto by pomyślał, że jedynym ratunkiem mogą okazać się łzy mieszkańców wspomnianego miasteczka? Odpowiedź brzmi: David Biskup.


Pierwszym z dwóch projektów, które spodobały mi się najbardziej było wspomniane wcześniej "Serce ze śniegu", opowieść o przypadkowym spotkaniu przed kinem dwójki ex-kochanków. Razem wybierają się na tytułowy film (którego fabuła stanowi ilustrację ich dawnego związku), zaś po seansie ruszają wspólnie na plac zabaw, gdzie nieoczekiwanie wpadają w pętlę czasową... Do finału realizacji komiksu autorkom jeszcze czasu trochę chyba zostało, ale przedstawione przez scenarzystkę opisy i szkice wskazują na subtelną i szczerą opowieść miłosną (czy też miłosno-egzystencjalną), której nie powstydziłby się sam norweski mistrz minimalizmu znany jako Jason. 

Jeszcze bardziej podobała mi się jednak przedstawiona przez Petra Novaka antyczna opowieść pod tytułem "A Misty Island Crimson-Coloured" opowiadająca o upadku Celtów. Upadku, do którego doszło za sprawą wysłanych przez Cesarza elitarnych żołnierzy mających wyplenić z Anglii "barbarzyństwo" i pogaństwo. Choć prezentacja ograniczała się do samych ogólnikowych opisów i szkiców koncepcyjnych, historia wypadła bardzo interesująco, przede wszystkim za sprawą dynamicznych rysunków i scenariusza zapowiadającego się jako rzecz bardzo dopracowana dramaturgicznie, wreszcie - a może przede wszystkim - za sprawą śmiertelnie poważnego potraktowania przez twórców celtyckiej mitologii, które to komiks zabiera w rejony fantasy. Oto bowiem do walki z Rzymianami stają nie tylko oczekiwani wojownicy, ale też tworzone przez druidów celtyckie żywe trupy czy sporej wielkości "drzewne potwory".

Jedną jedyną rzeczą, do której mógłbym się przyczepić, był jedynie brak mikrofonu. Wystarczyło, że dany projekt przedstawiał nieco ciszej mówiący autor, aby ciężko było usłyszeć przynajmniej część jego wypowiedzi. Zwłaszcza, jeśli siedziało się na końcu sali, a za sąsiadów miało się ludzi, którzy chwilami bardziej zainteresowani byli sobą niż prezentacjami. Jeśli przymknąć na to oko (a zdaje się, że bez tego obejść się nie może), to nie pozostaje nic innego, jak tylko organizatorom gratulować.


środa, 30 maja 2012

#1045 - Ta piękna wojna ("Marvel`s Avengers 3D")

Seansowi "Avengersów" powinien towarzyszyć dreszczyk emocji i podniecenia. Co takiego zgotował nam Joss Whedon i spółka? Po latach oczekiwań i miesiącach spekulacji wreszcie dowiemy się wszystkiego. Teraz, zaraz, będziemy wreszcie mogli odetchnąć z ulgą. Koniec ze snuciem teorii i przypuszczeniami na temat rzekomych przeciwników i przebiegu fabuły. Stojąc przed kinem w ciepłe majowe popołudnie, nie czuję jednak podniecenia. Do seansu dzielą mnie ledwie minuty, a ja nie przestępuję nerwowo z nogi na nogę, nie wyrywam  się, choć myślałem, że nie będę mógł opanować nerwów. Nagle wszystkie te miesiące, spędzone na oczekiwaniu i analizowaniu zwiastunów i przecieków ze studia, straciły dla mnie znaczenie. Świeci słońce, na niebie nie widać nawet jednej chmurki, a ja zaraz znajdę się w gronie starych znajomych.

Ta historia rozpoczęła się w 2007 roku, gdy w maleńkiej scence na koniec "Iron Mana" Nick Fury obwieścił Tony'emu Starkowi zamiar zebrania największych ziemskich herosów w jednym zespole. Od tego czasu Marvel sukcesywnie rozbudowywał swoje uniwersum. Fury'ego zaś uczynił swoim posłańcem. Jego obecność na ekranie zawsze była swego rodzaju obietnicą - gdy wydawało się, że to już koniec, na scenie zjawiał się szef S.H.I.E.L.D i triumfalnie obwieszczał, że to dopiero początek. I rzeczywiście, "Avengers" otwierają zupełnie nowy rozdział w historii Marvel Studios. Spełnił się sen Kevina Feiga i filmowe uniwersum Marvela stoi na solidnych fundamentach i czeka na przyjęcie kolejnych bohaterów z kart komiksów. Spełnił się sen fanów, bo dostali film o jakim marzyli - "Avengersi" to w dorobku Marvela prawdziwa perła, creme de la creme.

Po wygnaniu z Asgardu Loki postanawia zaatakować Ziemię i tym samym upiec dwie pieczenie na jednym ogniu – ogłosić się królem i utrzeć nosa swojemu zarozumiałemu braciszkowi, który Ziemię darzy szczególnym uczuciem. Aby osiągnąć swój cel potrzebuje Tesseraktu, który jest w rękach Nicka Fury'ego. Bez kłopotu kradnie go i rozpoczyna przygotowania do inwazji na Ziemię. Fury w obliczu zagrożenia wraca do pomysłu stworzenia oddziału Mścicieli. Ten pomysł nie spotyka się z entuzjazmem ze strony zainteresowanych. Zdaje się niemożliwe, aby pogodzić ze sobą tak różne indywidualności, które na dodatek zbytnio za sobą nie przepadają - Stark jest egocentrykiem, Rogers jest zbyt dumny, Thor wyniosły. Każdy z herosów nosi w sobie jakaś skazę, która go określa. Na wojnie jednak wszyscy są równi i aby przeżyć muszą ze sobą współpracować.

Nie jesteśmy żołnierzami! - wykrzykuje cywil nad cywilami Tony Stark w twarz żołnierza idealnego - Steve'a Rogersa. Ma rację, ale czas ku takim wyznaniom nie jest odpowiedni – oto Ziemia stoi w obliczu międzygalaktycznej wojny. Część członków drużyny będzie musiało się oswoić z wojaczką, dla innych nie będzie to nic nowego. Prym w walce wiodą Kapitan Ameryka i Thor; wojna to ich żywioł. Czarna Wdowa i Hawkeye nie ustępują im na tym polu. Tylko Stark i Banner odstają od reszty. Problemem Starka jest rozbuchane ego – nie potrafi podporządkować się jak inni. Banner z kolei nie może pogodzić się z brzemieniem, które nosi. Rufallo udało się to, czego nie osiągnęli Norton i Bana - stworzył wiarygodny portret człowieka targanego wątpliwościami, udręczonego odpowiedzialnością, która na nim ciąży. Banner jest nieco safandułowaty i sprawia wrażenie nieszkodliwego, ale po błysku w oku można poznać, że doskonale wie, jaką siłą dysponuje. Jestem zawsze zły – rzuca do Kapitana Ameryki i wiemy, że nie są to czcze przechwałki. To człowiek, który naprawdę potrafi trzymać nerwy na wodzy, ale kiedy ktoś wyprowadzi go z równowagi, lepiej brać nogi za pas. Gdy zmienia się w Hulka staje się chodzącym kataklizmem. Po raz pierwszy możemy czuć potęgę zielonego giganta: od początku mówi się o nim ze strachem, ale dopiero, gdy jednym uderzeniem pośle na łopatki ogromnego kosmicznego czerwia, wiemy, że naprawdę należy się go bać. Ale nawet on w obliczu zagłady spuści z tonu i stanie w jednym szeregu z innymi.

Wojna zdaje się być czymś wyjątkowym, nawet Thor, który miał nabrać dystansu do wojaczki, w ferworze walki szczerzy zęby w uśmiechu. Whedon daleki jest jednak od jej mitologizowania. Wojna, nawet tak kolorowa i bajkowa jak ta, jest czymś koszmarnym i nieludzkim.W finale oglądamy ludzi opłakujących swoich bliskich; Clint zaraz po przebudzeniu pyta, ilu ludzi zabił, przewinienia Lokiego liczy się w ofiarach. I choć obraz żałobników zostaje wyparty przez obraz wiwatującego tłumu, to Whedon nie zapomina o ofiarach. Zwycięstwo? Owszem, ale wszystko ma swoją cenę.

Wojna u Whedona kończy się triumfem bohaterów. Na koniec rozjeżdżają się, każdy w swoją stronę, ale gdy nadejdzie taka konieczność, ponownie połączą siły. Siła Mścicieli leży w jedności, ale czy jednostka okaże się na tyle silna, aby przetrwać? Innymi słowy, jak zakończy się krucjata Bruce'a Wayne'a w "The Dark Knight Rises"? Nie tylko bohaterowie Marvela wyruszą tego lata na wojnę. Jedno jest pewne, tym razem nie będzie tak miło. Cieszmy się więc słońcem póki możemy.

wtorek, 29 maja 2012

#1044 - Goon vol. 2: My Murderous Childhood

To tutaj zaczyna się ten naprawdę dobry "Zbir". "Nigdy wcześniej nie widziałem, aby jakiś artysta wkroczył na komiksową scenę z tak dopracowanymi i dojrzałymi historiami i rysunkami" - miał napisać we wstępie do tomu niejaki Frank Cho. Nie jest to jeszcze szczyt możliwości Erica Powella, ale jest już dosyć blisko. Trzeba jednak zaznaczyć, że chodzi mi o cały zbiór, który jest jeszcze trochę nierówny, a nie o poszczególne historie, które go tworzą. Jedna z nich jest jedną z najlepszych goonowych historyjek, jakie miałem do tej pory okazję poznać.

Łącznie otrzymujemy tu siedem opowieści. Pierwsza z nich skupia się na losach pewnej przeklętej rodzinki o wielce wymownym nazwisku Grave. Zdeformowany ojciec i dwóch monstrualnych synków chowających swoje twarze pod workami. Wyglądają naprawdę upiornie, do tego trudnią się odpowiednio złą robotą - grabią cmentarze z kolejnych zwłok dla Bezimiennego Kapłana, który tworzy z nich później swoje zombiaki. W pewnym wywiadzie Powell powiedział, że dumny jest z tego, iż - pomijając kilka wyjątków - "Goona" można zacząć czytać od któregokolwiek miejsca. Przypadkowy czytelnik rozpoczynający z nim przygodę od środka serii nie będzie miał żadnych problemów z połapaniem się w poszczególnych historiach, bo tworzą one zamknięte całości. Nie oznacza to, że serii brakuje konsekwencji czy też, że się nie rozwija, ale Powell bardzo zgrabnie unika kłopotu pt. "nowy odbiorca nie rozumieć o co chodzić".

I właśnie historia "The Goon And The Family Grave" jest tego bardzo dobrym przykładem. Zaczyna się bowiem od dwóch ekspozycji różnych bohaterów. W pierwszej autor przypomina czytelnikom tragiczną przeszłość Zbira. Krótko, treściwie i efektownie, dzięki czemu czytelnicy znający ją na pamięć na nudę narzekać wcale nie mogą. Druga ekspozycja przedstawia nam smutną historię tego, jak wspomniana rodzinka stała się sługusami Bezimiennego. Po niej przechodzimy do sedna sprawy, czyli historii rozgrywającej się w tzw. teraźniejszości, gdzie ścieżka Zbira (w towarzystwie Franky'ego, rzecz jasna) już nie pierwszy raz przecina się ze ścieżką państwa Grave'ów. W ten sposób z tonacji serio przechodzimy do pełnego akcji slapsticku. A w międzyczasie pojawiają się fragmenty nawiązujące do wcześniejszych zeszytów, które to dla stałych czytelników będą czystą przyjemnością, a dla nowych - lekkostrawnym wprowadzeniem w goonowe uniwersum. Właśnie ta opowieść przyniosła Powellowi pierwszą w życiu statuetkę Eisnera (w kategorii Best Single Issue).

Kolejne dwie historie są wg mnie lepsze. Najpierw zmyłka w postaci dwustronicowego "All The World Is Wonderful When You're An Idiot", opowiadającego o tym, jak to "każda dziewczynka powinna posiadać własnego kretyna". Owe dwie strony to szczyt chamstwa i szowinizmu. Bardzo prostackie, ale też bardzo ironiczne. A że przy okazji piekielnie zabawnie... Po tym następuje właściwa część historii, gdzie po raz pierwszy pojawia się jedna z najciekawszych postaci z całego serialu - szalony naukowiec znany jako Dr. Alloy. Czyli pozornie standardowy antagonista jak żywcem wyjęty z nieśmiertelnego kina grozy i SF lat 50. ubiegłego wieku. W rzeczywistości jest z nim dużo lepiej, niż można by sądzić. Co by ewentualnym przyszłym czytelnikom nie psuć zabawy, ograniczę się do dwóch rzeczy. Po pierwsze, ten bardzo niebezpieczny geniusz ma naprawdę dobre serce i wszystko, co robi, ma służyć dobru ludzkości (to że pozostaje niedoceniony, jak również powody tego stanu rzeczy, to już inna sprawa). Po drugie, jego obecność zawsze jest gwarancją pojawienia się jakiegoś zabójczego robota w okolicy. Jego historia przypomina pod kątem zakończenia pierwszą opowieść z udziałem kapitalnego Buzzarda. Bo kończy się w najmniej oczekiwanym miejscu, co z jednej strony pozostawia odbiorcę z pewnym niedosytem, z drugiej jest swego rodzaju obietnicą złożoną mu na przyszłość przez autora. I jak w wypadku Buzzarda - obietnicą później spełnioną. No, może w nieco mniejszym stopniu.

Inaczej ma się sprawa z "The Lost Goon Tale", zeszytem, który w kręgach fanów twórczości Powella jest już chyba pozycją kultową. Znowuż zaczyna się od pomysłowego wstępu - tym razem galerii fotosów przedstawiających chłopca uciekającego z domu. Zatrzymuje się on w pewnej zdezelowanej, opuszczonej stodole, a w niej znajduje w końcu stary, zniszczony komiks. Gdy zaczyna go czytać, przenosimy się do świata Zbira, aby poznać jedyną w swoim rodzaju opowieść o tym, jak to tytułowy bohater będąc jeszcze chłopcem zrezygnował z życia w cyrku na rzecz gangsteryzmu. Przyczyny tego dobrze już znamy, ale to tutaj widzimy, jak po raz pierwszy pojawił się w Miasteczku, jakim sposobem stał się prawą ręką słynnego mafiosa Labrazia i wreszcie jak zaprzyjaźnił się z Franky'm (który za młodu był zapłakanym chłopcem do bicia; kto by pomyślał?). Świetne dramaturgicznie i tak samo absurdalne, co... prawdziwe. Bardzo sentymentalna, ale zupełnie bezpretensjonalna historia wielkiej przyjaźni. Miazga.

Tak więc każda kolejna historia jest lepsza od poprzedniej, no nic, tylko się w tomie tym zakochać. Ale na koniec nie jest już, niestety, tak różowo. Całość kończą trzy krótkie opowiastki i każda kolejna jest tym razem coraz słabsza. Zdecydowanie najlepiej broni się pierwsza z nich, szalony melodramat (sic!) pt. "The Sea Hug". Rozpoczyna się od kapitalnego wstępu będącego hołdem dla "najgorszego reżysera w historii kina", czyli Edwarda Wooda, rozwija się naprawdę ciekawie i zabawnie (jedną z centralnych postaci jest mój ukochany Rybi Pete), ale kończy się już dosyć ogranym żartem. Takim, z którego naprawdę chciałbym się zaśmiać, ale nic ponad lekki uśmieszek wydobyć z siebie nie potrafię. Kolejna opowieść - o pewnej śmiertelnie groźnej małpie mającej pierdolca na punkcie ciasta jagodowego - zawiera kilka zaskakujących pomysłów i fajnych gagów, ale w mniejszej ilości niż "The Sea Hug", za to z równie ogranym - ale już kompletnie nieśmiesznym - zakończeniem. Warto jednak odnotować, że to tu po raz pierwszy na łamach "Goona" pojawił się rysownik inny niż sam Powell, a mianowicie Kyle Hotz, z którym zresztą współpracuje okazjonalnie do dziś (np. jakiś czas temu stworzyli razem serię "Billy The Kid's Old Timey Oddities").

Ostatni tytuł wart jest odnotowania już tylko ze względu na tego typu "historyczny" akcent. Bowiem to w nim po raz pierwszy pojawiają się w goonowym universum bracia Mud, którzy wkrótce stali się jednymi z ważniejszych postaci drugoplanowych komiksu. Szkoda tylko, że opowieść o tym, jak to Zbir owych zidiociałych zabójców poznał, jest zupełnie przeciętna. Ciężko nie odnieść wrażenia, iż napisanie jej było tylko dla autora pretekstem, aby braciszków przedstawić. A i wcześniej i później tego typu historie pisał dużo, dużo lepiej (ciekawiej przede wszystkim). Myślę, że jednak można na te kończące całość mniejsze czy większe niewypały przymknąć oko. W końcu pozostałe 80% to bardzo porządna robota.

#1043 - Trans-Atlantyk 190

Zgodnie z zapowiedziami, na kartach "Astonishing X-Men #50" Marjorie Liu i Mike Perkins opowiedzieli historię o tym, jak Northstar oświadczył się swojemu chłopakowi, Kyle`owi. Ten przyjął pierścionek i już w kolejnym numerze będzie miał miejsce ich ślub. Z pewnością będzie to pierwszy związek małżeński zawarty przez ubranego w kolorowy kostium herosa z osoba tej samej płci. A przynajmniej pierwszy wiążący pod względem prawnym - w 2001 roku związkowi Apollo i Midnightera "pobłogosławiła" prywatna stacja telewizyjna. Warto również pamiętać, że Northstar jest pierwszym superbohaterem, który otwarcie przyznał się do swojego homoseksualizmu, co miało miejsce w "Alpha Flight" #106 z 1992 roku. W "tamtych czasach" bardzo niewiele miejsca w komiksach poświęcano "tym" kwestiom, które dziś zdają się być na porządku dziennym. Jego narzeczony, Kyle Jinadu, zadebiutował znacznie później, w 2009 w "Uncanny X-Men" #509 Matta Fractiona i Grega Landa. Ich związek przetrwał inwazje obcych, atak niszczących planety Celestiali i mordujących ludzi robotów. Co ciekawe ślub ma się odbyć w Nowym Jorku, a nie w Kanadzie, z której Northstar przecież pochodzi i która nie ma nic przeciwko małżeństwom tej samej płci od 2005 roku.

Nota bene wspomniany związek Apollo i Midnightera w nowym DCU został skasowany. Podobnie rzecz miała się w przypadku dwóch najsłynniejszych komiksowych związków, uświęconych węzłem małżeńskim - Petera Parkera z Mary Jane Watson i Clarka Kenta z Lois Lane. Oba związki nie wytrzymały "próby czasu". Czy Kyle`owi i Northstarowi się uda? Trudno powiedzieć, ale trzeba nadmienić, że ich miłosna historia nie została właściwie w ogóle przedstawiona na kartach komiksu. Toczyła się niemal całkowicie off-panelowo. Nie mam za to najmniejszych wątpliwości, że Marvel chce zwrócić uwagę mainstreamowych mediów na swoje komiksu, narobić jak najwięcej hype`u, wzbudzić kontrowersje, ale też... doprowadzić do kolejnej wojenki z DC Comics (o niej za moment). Wszystkie te działania mają podbić sprzedaż komiksów. Finansowe wyniki "AX-M" poznamy najwcześniej na początku czerwca, ale już teraz, na wieść o tym, że w kolorowych zeszytach pojawią się takie bezeceństwa, zareagowała One Million Moms, chrześcijańska organizacja, która w lutym chciała powstrzymać sieć sklepów Toy`R`Us przed sprzedawaniem numeru "Life with Archie", w którym przedstawiono ślub innego komiksowego geja, Kevina Kellera.

Drugim pomysłem, przeciwko któremu protestuje Jeden Milion Mam jest decyzja DC Comics na uczynienie z jednej ze swoje wiodących, ikonicznych postaci, o bogatej historii i ugruntowanym statusie geja. Na londyńskim konwencie KaPow! Dan DiDio ogłosił, że postać która do tej pory uważana była za heteryka, okaże się homoseksualistą. Jeszcze rok temu, podczas przygotowań do relaunchu DiDio zaprzeczał, że podobna operacja będzie miała miejsce, choć zapewniał, że DCnU będzie znacznie bardziej zdywersyfikowane pod względem rasowym, etnicznym, seksualnym czy narodowościowym miejsce. Rzeczywiście, obecności na przykład czarnoskórych czy homoseksualnych bohaterów nie można zaprzeczać, ale część środowiska komiksowego związana z ruchem LGBT narzekała na stereotypowe ujęcie orientacji seksualnej, jak było to w przypadku Bunkera. Nie liczyłbym, że tym bohaterem okaże się Batman, Superman, Hal Jordan czy będąca oczywistym wyborem Wonder Woman - podobno ma to być raczej mężczyzna. W sieci mnożą się typy - od Guy`a Gardnera, przez Plastic Mana, Shazama, Tima Drake`a, Aquaman, Black Lighting, aż po Wally`ego Westa, który czeka na swoje wprowadzenie do Nowej 52.

Marvel odkrył karty w temacie "The First X-Men". Startująca w sierpniu pięcioczęściowa mini-seria będzie opowiadać o losach mutantów przed tym, jak uformował się pierwszy, oryginalny skład X-Men, a w Ameryce zaczynają pojawiać się pierwsi mutanci. Jego fabuła ma być skupiona na postaci Wolverine`a, a w pozostałych rolach wystąpią między innymi młody Xavier, Sabretooth, Moira MacTaggart, Magneto, Bolivar Trask prawdopodobnie Havok, cierpiący na zanik pamięci Namor, a także grono mniej znanych postaci, takich jak Fred Duncan z FBI. Pomysł na historię wyszedł od Neala Adamsa, który poszukiwał kogoś, kto pomógłby mu zrealizować ten projekt. Wybór padł na Christosa Gage`a, który prywatnie bardzo ceni twórczość autora "Kree/Skrull War". W "The First X-Men" zostaną uzupełnione białe plamy w historii X-Men. Poznamy odpowiedzi dlaczego ludzie tak bardzo boją się mutantów, dowiemy się nieco więcej o przeszłości Logana i przyczynach jego trudnych relacji z Chuckiem. Gage gwarantuje, że historia idealnie wpasuje się w continuity - na kilka pytań poznamy odpowiedzi, ale pojawią się również nowe zagadki.

Regułą stało się, że premiery filmowych komiksów zwiększają popyt na poszczególne zeszyty i albumy. Po tym, jak na wielkim ekranie pojawił się Thanos, na rynku wtórnym pozycje z jego udziałem osiągają rekordowe sceny. Czy tego samego możemy oczekiwać po "The Dark Knight Rises" - pewnie tak. Już teraz, pierwszy i prawdopodobnie najlepiej zachowany numer "Batmana" z 1940 roku, w którym po raz pierwszy pojawia się Joker, na jednej z aukcji osiągnął zawrotną cenę 850 tysięcy dolarów! Oceniony w skali CGC na 9.2 (Near Mint minus) trafił do rąk prywatnego kolekcjonera, za którym, jak się podejrzewa, stoi grupa inwestorów. W czasach rynkowego kryzysu wartość archiwalnych komiksów wciąż idzie w górę - jeszcze trzy lata temu za tę kopię nie zapłacilibyśmy nawet połowy tego, co teraz. Pytanie, które teraz należy sobie zadać to ni czy, tylko kiedy ten rynek się załamie.

poniedziałek, 28 maja 2012

#1042 - Komix-Express 141

To mocno spóźnione wydanie Komix-Expressu wypada zacząć od przeprosin. Znowu nawaliliśmy z naszymi weekendowymi cyklami i jest nam z tego powodu niezwykle przykry. Przez te ostatnie kilka dni zwyczajnie nie miałem czasu aby spokojnie siąść i "oprawić" gotowe właściwie newsy, które od kilku dni czekały w kopii roboczej. Czytelniku! Korzymy się i prosimy o wybaczenie.
Na Komiksowej Warszawie Egmont zaprezentował wstępne i nieoficjalne zapowiedzi na najbliższe miesiące. Przeglądając program wydawniczy największego komiksowego edytora w kraju możemy pozwolić sobie na umiarkowany optymizm - przynajmniej w kontekście informacji, według których wielki E miałby się całkowicie wycofać z wydawania historyjek obrazkowych. Z drugiej strony szczególnych powodów do zachwytu i wieszczenia odrodzenia rynku również nie ma, ale z pewnością będzie na co wydać kilka groszy.

Czerwiec:

"Klasyka Polskiego Komiksu" - "Kajtek i Koko w kosmosie"
"Lucyfer - Diabeł na progu", tom 1
"Lucyfer - Wilk pod drzewem", tom 8
"Asteriks - Asteriks u Reszehezady", tom 28
"Asteriks - Róża i miecz", tom 29
"Star Wars: Rycerze Starej Republiki - Niszczycielka", tom 8
"Fantasy Komiks" #17

Wakacje rozpoczniemy z popularnym Luckiem, który uraczy nas dwoma albumami. Lecz prawdziwym przebojem czerwca będzie trzecia, tym razem (wreszcie!) kompletna edycja "Kajtka i Koka w kosmosie". Fani komiksu i miłośnicy starej szkoły polskiego komiksu będą mogli czuć się usatysfakcjonowani.

Lipiec:

"Batman: Powrót Mrocznego Rycerza"
"Batman: Najlepsze opowieści"
"Batman: Nawiedzony Rycerz"
"Blueberry", tom 3

Lipiec umili Mroczny Rycerz - to, że w tym miesiącu mają szansę ukazać się aż trzy albumy z Batkiem, wynika zapewne z faktu, że w kinach rządził będzie Christopher Nolana i jego "Dark Knight Rises". Oprócz reedycji klasycznej pozycji Franka Millera dostaniemy kolejne wznowienie historii, która wcześniej wydał Semik w mocno okrojonej formie oraz swoisty best-of oldschoolowych opowieści z Gackiem. O tych dwóch pozycjach pisaliśmy już na łamach K-E.

Sierpień:

"Pictures That Tick"
"Lucky Luke", tom 4
"Usagi Yojimbo - Samuraj", tom 2
"Star Wars Dziedzictwo - Extremes", tom 10
"Asteriks - Galera Obeliksa", tom 30
"World of Warcraft #2"

Środek lata i sezonu ogórkowego, ale Egmont nie zwalnia tempa. Dla każdego coś miłego - kolejny zbiorek Lucky Luke`a, reedycje Asteriksów, nowe SW. Chyba nikt nie spodziewał się, że Egmont zainwestuje w autorski komiks Dave`a McKeana "Pictures That Tick", zbierający wczesne prace tego znakomitego artysty. Ciekawe czy ukaże się pod bannerem Obrazów Grozy czy Mistrzów Komiksu...

Wrzesień:

"Wyścigi"
"Baśnie - Dobry książę", tom 10
"Calvin i Hobbes"
"Calvin i Hobbes - Coś się ślini pod łóżkiem", tom 2

Powrót do szkoły umilą nam Calvin z Hobbesem, którzy będzie kolejnym tytułem wznawianym przez wielkiego E. Według Alei Komiksu tajemniczy "Wyścig" to ten komiks, autorstwa Marvano. Pasuje do profilu serii Wiek XX/Wiek XXI

Rafał Szłapa zaprezentował okładkę trzeciego i ostatniego tomu "Blera". "Ostatni wyczyn" ma ukazać się (jak zwykle) na październikowym Festiwalu w Łodzi i właściwie na razie tyle o nim wiadomo. Podobnie, jak w przypadku dwóch poprzednich albumów Szłapa obiecał zaprezentować na łamach Kolorowych przeczytać obszerną zapowiedz jego komiksu. Coraz bliżej również do premiery drugiego tomu antologii "The Very Best OFF the Ziniols". Na stronie Ziniola można zobaczyć rewelacyjną okładkę komiksu w wykonaniu Daniela Greszkiewicza. Jego premierę również zaplanowano na 23. MFKiG.

Drugiego czerwca w Centrum Edukacyjnym IPN imienia Janusza Kurtyki w Warszawie odbędzie się druga edycja Festiwalu Komiksu Historycznego. W tym roku gośćmi imprezy będą Marek Szyszko, którego prace będzie można również oglądać na wystawie poświęconej jego twórczości, Artur Piotrowski, autor albumu "Piątka", który ma doczekać się adaptacji filmowej, Zygmunt Similak, opowiadający o swoich autobiograficznych komiksach, a także Sławomir Zajączkowski, Krzysztof Wyrzykowski, Maciej Mazur i inni. Oprócz spotkań autorskich odbędą się również wykłady (między innymi o historycznej funkcji komiksów opowiedzą Witold Tkaczyk i Tomasz Nowak, a o dydaktyce z użyciem komiksów historycznych opowie Bartłomiej Janicki), panele dyskusyjne (w spotkaniu na szczycie Tomasz Kołodziejczyk, Maciej Parowski i Jacek Komuda będą dyskutować o związkach historii, komiksu i fantastyki, a Monika Powalisz przedstawi kobiecy punkt widzenia na historię w komiksie). Nie zabraknie giełdy komiksowej, warsztatów dla najmłodszych, sesji autografów dla miłośników kolejek i oczywiście wystaw. Pełny program festiwalu można znaleźć na stronie Alei Komiksu.

Podczas Komiksowej Warszawy organizatorzy łódzkiej Międzynarodówki zaprezentowali kawałek plakatu tegorocznej edycji MFKiG. Teraz możemy oglądać go w pełnej okazałości i nie ma najmniejszych wątpliwości, że praca Bereniki Kołomyckiej zapisze się w annałach Festiwalu, jako jedna z najpiękniejszych w dziejach. W temacie XXXIII. Międzynarodowego Festiwalu Komiksu i Gier, który odbędzie się w dniach 5-7 października panuje na razie cisza. Na początku maja pojawiła się plotka, że na konwencie ma się pojawić Scott Snyder, a nakładem Egmontu ukaże się "Batman: Court of Owls" z rysunkami Grega Capullo. Przyznam, że możliwość pojawienia się Snydera wydaje się całkiem prawdopodobna, choć jak pisze w komentarzach Damian Maksymowicz - organizatorzy imprezy oficjalnie powiedzieli "nie". Jeśli idzie o listę gości to z pewnością trzeci raz w tym roku do Polski zawita Grzegorz Rosiński, a wróbelki ćwierkają, że w Łodzi znów pojawi się... Simon Bisley. To nie sprawdzona informacja, ale wcale nie zdziwiłbym się, gdyby okazał się prawdą.

piątek, 25 maja 2012

#1041 - Najlepsze z Avengers

Po seansie whedonowych "Avengers" wyszliście z kina. Podobało Wam się. Tak bardzo, że zastanawiacie się po jakie komiksy z Mścicielami można by sięgnąć. Dzięki sieci dostęp do historyjek obrazkowych jest właściwie nieograniczony - komiksy o Avengers można ściągać bezpośrednio zza Oceanu lub kanału La Manche, kupować z drugiej ręki lub od rodzimych importerów. Kilka albumów zostało też wydanych po polsku. No dobrze - tylko co wybrać? Na co w tym zalewie warto wydać ciężko zarobione pieniądze? Mam nadzieję, że poniższy ranking będzie choć trochę pomocna.

Lista ta jest wynikiem kompromisu pomiędzy tym, co uchodzi za kanoniczne wśród marvelowskich fanbojów, a opowieściami, które mogą trafić w gusta czytelników zielonych w temacie. Z drugiej strony trudno mówić, że jest to wyliczanka w stylu "best of", skoro na liście brakuje choćby "Avengers Forever" czy "The Fall of Hank Pym". Znakomita mini-seria Kurta Busieka i Carlosa Pacheco oprócz tego, że jest świetną historią, porządkuje poplątane marvelowe continuity i bez kilku handbooków lub chociaż gruntownej znajomości dziejów Avengers jej lektura może okazać się ciężkostrawna. Natomiast historia z Ant-Manem, w której bohater przeżywa kryzys tożsamości i pojawia się słynna scena z uderzeniem Wasp nie brałem pod uwagę, bo nigdy nie zestała zebrana w trejdzie (jako takim).

Jeśli idzie o oznaczenia w rankingu - w sumie on-going "Avengers" miał cztery wcielenia. Pierwsza, klasyczna seria wydawana było nieprzerwanie od 1963 do 1996 (na liście oznaczono ją jako vol. 1). W ramach eventu "Heroes Reborn" Mściciele po heroicznej (nomen omen) śmierci z rąk Onslaguhta przeżywali przygody w kieszonkowym uniwersum stworzonym przez Franklina Richardsa (vol.2). W lutym 1998 roku wszystko wróciło do normy, kiedy za sprawą Kurta Busieka i George`a Pereza pojawiła się trzecia inkarnacja serii, a jej bohaterowie wrócili na Ziemię-616. Ten on-going został zamknięty w styczniu 2005 wraz z numerem #503 (zbierającym numerację wszystkich serii) i zastąpiony przez "New Avengers" Briana M. Bendisa. Wreszcie, w 2010 Bendis wskrzesił klasyczny tytuł, który będzie z kolei oznaczam jako vol. 4.

I kończąc ten przydługi wstęp - mam nadzieję, że ten tekst da początek całej serii rankingów podobnej maści publikowanych regularnie w każdy piątek. Jeśli chcielibyście, żeby tak się stało, podawajcie w komentarzach propozycje ewentualnych tematów.

10) "Avengers: Disassembled" ("Avengers" vol.3 #500-503 i "Avengers Finale", 2005) - Brian M. Bendis (scenariusz) i David Finch (rysunki).
Album, który wyznaczył początek nowej ery nie tylko w świecie Mścicieli, ale również w całym uniwersum Marvela. Z autora znakomitych niezależnych powieści graficznych i kilku mniejszych projektów mainstreamowych Brian M. Bendis stał się w Marvelu kimś więcej, niż tylko kolejnym scenarzystą. Przez ponad dekadę kształtował wydarzenia na Ziemi-616 według swoje uznania, a jego oczkiem w głowie byli właśnie Avengers. Bez Bendisa Mściciele nie staliby się wiodącą marką Domu Pomysłów. "Disassembled" to typowa historia zmieniająca status quo - trup ściele się gęsto, drużyna musi zmierzyć się z wielkim kryzysem, tajemnica goni tajemnica, słowem - kładzione są fundamenty pod to, co ma nastąpić w przyszłości. Album, wydany na polskim rynku przez Muchę, stanowi idealny wstęp dla tych, którzy chcieliby śledzći współczesne przygody Avengers.

09) "New Avengers: Ucieczka" ("New Avengers" vol1 #1-6, 2006) - Brian M. Bendis (scenarius) i David Finch (rysunki).
Przyznam, że w porównaniu z klasycznymi opowieściami nowe rzeczy, czyli choćby "New Avengers" wypadają dość blado. Co wcale jednak nie oznacza, że flagowa seria Domu Pomysłów (przynajmniej swego czasu), w której do składu Mścicieli dołączają między innymi Sentry, Luke Cage, Wolverine i Spider-Man jest zła. Wręcz przeciwnie - z początku trzyma bardzo solidny poziom, aby w okolicach tomu szóstego i siódmego osiągnąć swoje apogeum. Później nie jest już tak dobrze, ale sami przekonacie się, gdy Mucha dojdzie do tych albumów. Po serię dostępną na polskim rynku warto sięgnąć również z tego powodu, że jest rysowana przez właściwie najlepszych artystów w Marvelu i pod względem graficznym prezentuje się więcej niż dobrze. "NA" jest również reader-friendly, na tyle, na ile zaangażowanie w eventy pozwala mu być pozycją przystępną dla przeciętnego czytelnika.

08) "Avengers/JLA" (mini-seria, 2004) - Kurt Busiek (scenariusz) i George Perez (rysunki).
Już w 1979 roku Marvel i DC zgodzili się na stworzenie komiksu, na łamach którego doszłoby do spotkania dwóch największych zespołów obu wydawnictw - JLA i Avengers. Fabuła miała być oparta na skrypcie Gerry`ego Conway`a zrealizowanym przez Roya Thomasa z rysunkami George`a Pereza. Niestety, do wydania tego komiksu nigdy nie doszło - w 1983 roku z powodu niezgody red-nacza Marvela, Jima Shootera. Temat powrócił w nowym wieku, w 2002 roku, Kurt Busiek (scenarzysta on-goinga "Avengers") i Mark Waid ("JLA") doszli do porozumienia jak taka historia ma wyglądać i wielkie spotkanie na szczycie wreszcie mogło się wydarzyć (choć Waid związany ekskluzywny kontraktem z CrossGenem nie mógł się w nie zaangażować). Skończyło się epickiem nerdgasmem, bo w komiksie było wszystko, co ucieszyło komiksowym fanów z Supermanem z młotem Thora i tarczą Kapitana Ameryki na czele.

07) "Under Siege" ("Avengers" vol.1 #270-277, 1987) - Roger Stern (scenariusz), John Buscema (rysunki).
Masters of Evil, będący przypadkową zbieranina podrzędnych superłotrów, przez lata byli pokonywani i upokarzani przez Avengers. Baron Zemo ma tego dość i przygotowuje sprytny atak na Avengers Mansion, posiadłość drużyny w sercu Nowego Jorku. Jego prosty plan uderzenia w herosów, kiedy najmniej się tego spodziewają kończy się oczywiście wielką bijatyka, która nie jest jednak pozbawiona pewnej dawki dramatyzmu. Masters niemal zabijają Herculesa, heroicznie broniącego swojego domu przed najeźdźcami, mocno ranią Jarvisa, kamerdynera Avengers. Oczywiście ostatecznie Mściciele odzyskują swoje domostwo, ale jak nigdy ich zwycięstwo zabarwione zostaje goryczą. Fabularnie rzecz nie odbiega do schematu, choć jest kilka scen, które mogą uchodzić za kultowe, a Stern bardzo ciekawie uchwycił postacie villainów. Rysunki natomiast są prawdziwym popisem Johna Buscemy. Jeśli kochacie komiksowe eighties to nad dynamiczną krechą Buscemy będziecie cmokać, jak ja cmokałem.

06) "The Korvac Saga" ("Avengers" vol.1 #167-168, #170-177, 1978) - Jim Shooter, David Michelinie, Bill Mantlo (scenariusz) i George Perez, David Wenzel (rysunki).
Kolejny klasyk na liście, który w porównaniu do "Under Siege" jest jeszcze bardziej oldschoolowy i jeszcze bardziej epicki. Tym razem Mściciele muszą pokonać dysponującego niemal boskimi mocami Micheala Korvaka, przybywaącjego z dalekiej przyszłości, ściganego przez Guardians of the Galaxy. Oprócz rozwałki na skalę kosmiczną, Jim Shooter, twórca wielu klasycznych storyline`ów, takich jak "Bride of Ultron" czy "Nefaria Trilogy", pozwolił sobie na wycieczkę w bardziej refleksyjnym kierunku, zadając pytania o istotę człowieczeństwa. To kolejna, i nie ostatnia przygoda Avengers z motywem podróży w czasie i kolejna, która cieszy oko kunsztem Pereza. Warto również dodać, że na potrzeby trade`a z 1991 roku Mark Gruenwald napisał, a Tom Morgan narysował nowy epilog, który jednak został usunięty przez Tom Brevoorta w nowym wydaniu komiksu z 2003 roku.

05) "The Kree/Skrull War" ("Avengers" vol.1 #89-97, 1972) - Roy Thomas (scenariusz) i Sal Buscema, Neal Adams i John Buscema (rysunki).
By może to właśnie kosmiczna wojna pomiędzy zmiennokształtnymi Skrullami, a wojowniczymi Kree był pierwszym, komiksowym eventem na wielką skalę. Na pewno była jedną z najwspanialszych opowieści z Avengers i jest jednocześnie najstarszym albumem na mojej liście. W międzygalaktyczny konflikt pomiędzy zwaśnionymi imperiami zostają wplątana ziemia i tylko Mściciele z oryginalnym Kapitanem Marvelem mogą ocalić naszą planetę. Dziś, ten komiks sprzed 40 lat wydaje się nieco archaiczny, ale wciąż robi wrażenie swoim rozmachem, a oprócz tego wprowadza jeden z najważniejszych wątków w dziejach Avengers - romans Scarlet Witch i Visiona. Przez krytyków "The Kree/Skrull War" uchodzi za najwybitniejsze dzieło autorskiej spółki Thomas-Adams, w którym oprócz dynamiczniej akcji nie brakuje społecznego komentarza do politycznej sytuacji Stanów na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych.

04) "Ultron Unlimited" ("Avengers" vol.3 #19-23, 2001) - Kurt Busiek (scenariusz) i George Perez (rysunki).
I kolejna perełka tandemu Busiek-Perez, w której pierwszy skrzypce gra Ultron. Stworzony przez Hanka Pyma android, który zamiast służyć swemu "ojcu" postanowił przejąć władzę/zniszczyć ludzkość. Teza, że Ultron jest największym wrogiem Avengers jest bardzo popularna i choć można z nią polemizować, to "Ultron Unlimited" jest bez najmniejszych wątpliwości najlepszą historią z jego udziałem. Oprócz, jak to zwykle bywa, epickiej bitwy, która równa z ziemią małe, europejskie państewko, Slorenię, Busiekowi znakomicie udało oddać się niemal szekspirowskie relacje pomiędzy Pymem, a Ultronem, stwórcą, a jego dziełem/synem. Wydaje mi się, że album jest również szczytem możliwości George`a Pereza, który ze swoją klasyczną i szlachetną kreskę jest zdecydowanie jednym z najsprawniejszych amerykańskich grafików tworzącym w stylistyce późnego Silver Age.

03) "Kang Dynasty" ("Avengers" vol.3 #41 - 55 i "Avengers Annual" `01, 2002) - Kurt Busiek (scenariusz) i Alan Davis, Kieron Dwyer, Ivan Reis, Manuel Garcia (rysunki).
A to opowieść, w której z kolei Busiek wspiął się na wyżyny swoich uniejętności, będąca jednocześnie jego łabędzim śpiewem w "Avengers". W kategorii epickich opowieści super-hero "Kang Dynasty" nie ma właściwie sobie równych. Kangowi Zdobywcy, klasycznemu łotrowi w zielono-fioletowej piżamie, jako pierwszemu w historii uniwersum Marvela udaje się "zdobyć władzę nad światem" i to nie na chwilę przed tym, jak pokonują go herosi, tylko na długi rok. Historia o tym, jak Avengers próbują go powstrzymać wypełniona jest absolutnie fantastycznymi momentami i choć nie brakuje kilku przegiętych i tanich zagrywek (relacja Warbird z Scarlet Centurionem choćby), ale jest to jedna z największych komiksowych przygód, jakie warto przeżyć. No i jest Kang, który po lekturze stanie się i waszym ulubionym villainem.

02) "Marvel Civil War" (mini-seria, 2007) - Mark Millar (scenariusz) i Steve McNiven (rysunki).
Jedna z najważniejszych historii superbohaterskich, po której rzeczywiście "nic nie byłoby takie same", gdyby tylko redaktorom Domu Pomysłów nie zabrakło jaj. W potężnym crossoverze obejmującym lekko licząc 23 albumy, Mark Millar wprowadza ustawę Kane`a ze "Strażników" w życie Ziemi-616, zmieniając życie właściwie każdego bohatera Marvela. Teraz, aby działać jako zamaskowany superheros trzeba mieć specjalną licencję wydawaną przez rząd. Główna mini-seria skupia się konflikcie tych, którzy popierają Superhuman Registration Act skupionych wokół Iron-Man z dowodzonymi przez Kapitana Amerykę buntownikami, którzy nie zgadzają się na rezygnację z wolności na rzecz bezpieczeństwa. Dynamika konfliktu pomiędzy Steve`m, a Tony`m, przepiękne rysunki McNivena, mnóstwo kultowych momentów i wcale niegłupi komentarz społeczny dotyczący bushowskiej Ameryki - to tylko cztery powody, żeby sięgnąć po "Civil War" nawet w tak okrojonej wersji.

01) "Ultimates" ("The Ultimates" oraz "The Ultimates 2", 2002-2007) - Mark Millar (scenariusz) i Bryan Hitch (rysunki).
Czyli godne XXI wieku wcielenie Mścicieli. Zachowując pewne proporcje "Ultimates" byli dla Avengers tym, czym "Dark Knight Returns" dla Batmana, run Franka Millera dla Daredevila albo "Strażnicy" dla komiksu superbohaterskiego. Mark Millar podjął się odpowiedzi na pytanie co by było gdyby taki zespół super-ludzi, jak Avengers istniałby naprawdę. Jakie miałoby to kulturowe, społeczne i wreszcie polityczne konsekwencje? Nasyceni komentarzami do ówczesnej amerykańskiej sytuacji geopolitycznej, "Ultimates" nie przestają być jednak tym, czym komiksowi Avengers powinni być zawsze - epickim, komiksowym blockbusterem. Tego efektu nie byłoby bez absolutnie genialnego Bryana Hitcha, który w drugim tomie "Ultimates" osiągnął życiową formę. Nigdy później, ani nigdy wcześniej nie rysował tak dobrze swoich szerokoformatowych, kinowych kadrów. Zresztą, to samo tyczy się Millara, który konstruując obfitującą w twisty, inteligentą i złożoną fabułę, pełną scen, których nie boję nazwać się (znowu) kultowymi, wspiął się na wyżyny swoich możliwości.

środa, 23 maja 2012

#1040 - Mikrokosmos

Seledynowa ważka lecąca na tle nocnego, rozgwieżdżonego nieba, zdobi okładkę najnowszej komiksowej produkcji Sławomira Lewandowskiego, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Ważka. Oto mam przed sobą czterdziestostronicowy zeszyt z komiksami – to mimowolne skojarzenie jakie się pojawia, gdy patrzę na okładkę, pewnie przez wpisanie nazwiska autora i tytułu w ramkę, użycie do tego odręcznego pisma, a także ze względu na format i sposób zszycia (za pomocą dwóch zszywek).

Pełen tytuł brzmi „Sławek Lewandowski przedstawia mały zbiornik komiksowy Mikrokosmos” i trafnie oddaje zawartość zeszytu. Ponieważ mamy do czynienia z pierwszą oficjalną publikacją tego autora. Pisząc „oficjalną” mam na myśli, posiadającą numer ISBN. Wszystkie pięć poprzednich produkcji Lewandowskiego to były ziny i ukazały się, z wyjątkiem jednego, w ubiegłym roku. Autor nie był wcześniej znany, dlatego Łukasz Chmielewski z Alei Komiksu przyznał mu tytuł najlepszego debiutanta 2011, tak argumentując swoją decyzję: „W drugim obiegu niekwestionowanym królem jest Sławomir Lewandowski. Wydał cztery ziny, ale wystarczyłaby sama «Cała prawda o Dzikim Zachodzie», żeby wygrał – nomen omen – w cuglach. Absurdalny humor, surrealistyczne fabuły, sprawna, karykaturalna kreska w połączeniu z umiejętnością robienia komiksów sprawiają, że mamy nowego króla andergrandu”.

„Mikrokosmosem” autor przedstawia się i swoje komiksy szerszej publiczności czytelniczej. Książka składa się z trzech historyjek. Dwie pierwsze nie mają tytułów, natomiast trzecia, moim zdaniem najsłabsza, nosi nazwę „Życie”. Podobają mi się te dwie pierwsze nowele.

W pierwszej bohaterem jest osobnik „nie karany, apolityczny, kawaler, portier, szanowany w sąsiedztwie, niepijący, czysty, zadbany”, który korzysta z dobrodziejstwa demokracji i publicznie zabiera głos w miejskim Hyde Parku. Publiczna mównica ma jedynie jedno surowe, ścigane prawem obostrzenie – „Nie wolno obrazić Królowej”. Wystąpienie portiera uruchamia ciąg absurdalnych zdarzeń. Trudno się nie śmiać, czytając kolejne kadry. Właściwie przez całą historię nie wiemy, dlaczego portier zachowuje się w taki sposób. Pointa także nie przynosi rozwiązania. I chyba o to chodziło. Mi się podobało, lubię oklęty i absurdalny humor.

Druga nowela to powiastka kryminalna. Mimo pozorów normalności także została oparta na surrealistycznej fabule. W pewnej zabitej dechami wiosce zostaje znalezione martwe ciało Juzka Malinowskiego. Zaradny sołtys udaje się do gminnego miasteczka, by na posterunku policji zgłosić morderstwo. Do wioski zostaje wysłany inspektor śledczy, aby na miejscu odkrył, kto i dlaczego zabił Malinowskiego. Nie będę zdradzał, czy mu się udało. Warto samemu się przekonać.

„Mikrokosmos” uważam za udaną prezentację komiksów Sławomira Lewandowskiego. Ciekaw jestem kolejnej książki tego autora, która będzie nosiła tytuł „Zamach na prezydenta”. Wydawnictwo Ważka ma zamiar wydać ja w październiku na MFKiG w Łodzi.

wtorek, 22 maja 2012

#1039 - Zbir tom 1: Ciągle pod górkę

"(...) Po prostu musiałem zrobić ten komiks. Jeśli istnieje coś takiego, jak kosmiczne przeznaczenie - w co wątpię - to moim przeznaczeniem było narysowanie komiksu o gościu, który ma wystające zęby oraz bije zombi i włóczęgów. (...)"

Eric Powell (przedmowa do drugiego wydania albumu "Rozróba")

Powyższy cytat chyba najbardziej oddaje luz i bezpretensjonalność "Zbira". Masz doła, bo rzuciła Cię dziewczyna, bo nie starczyło kasy na piwo, bo zupa była za słona? Sięgnij po ten komiks i po sprawie! To, co natychmiast rzuca się w oczy po przekartkowaniu którejkolwiek z części "Ciągle pod górkę", to wyraźny postęp Powella, jeśli chodzi o stronę graficzną. Rysunki są zdecydowanie bardziej dopracowane, a i wygląd głównego bohatera trochę się zmienił - ciągle wygląda jak przerośnięta małpa, ale już bez tak wyraźnego uzębienia, które czyniło z niego hybrydę wspomnianej małpy z jakimś rasowym redneckiem z lat 50-tych ubiegłego wieku. Zresztą, wystarczy spojrzeć na same okładki - są dużo ładniejsze, niż ta z "Rozróby". A gdy zaczniemy czytać, z czasem okaże się, że i od strony scenariuszowej Powell jest coraz lepszy. Właśnie ten jakże nierówny zbiór najlepiej pokazuje jego rozwój. Im bliżej końca, tym lepiej (zamykająca zbiór opowiastka pt. "Atak jednookiej kanalii z kosmosu" to absolutne mistrzostwo świata!). 

W albumie zerowym byliśmy świadkami wielokrotnych prób zamordowania bohatera (i jego bossa Labrazia) przez bezimiennego kapłana zombie i jego wysłanników. Poznaliśmy kilka ważnych postaci zamieszkujących miasto będące areną ich starć, a wreszcie zapoznaliśmy się z tajemniczą przeszłością Zbira skupioną wokół pewnego cyrku. Pomijając to ostatnie, o którym wiemy więcej, niż każdy prócz samego Zbira, mamy tu prawie bezpośrednią kontynuację poprzednich wydarzeń. Tak więc, zaczynamy od tego, że po swoją zemstę przybywa Rybi Pete, któremu ostatnio Zbir odciął kilka kończyn gadającą piłą łańcuchową. Tym razem będzie trochę trudniej, bo Pete zdążył założyć "gang zabójczych ryboludzi". Do tego czeka nas przeprawa przez pewien nawiedzony dom, starcie z nowym zbójem bezimiennego kapłana, odwiedziny mistrza magii i jego próba wywołania niezwykłej ezoterycznej istoty, mordercze elfy, które uciekły sadystycznemu Św. Mikołajowi czy wreszcie próba inwazji na Ziemię przez pewnego gangsterskiego kosmitę. Dzieje się.

Epizodyczny charakter komiksu - dzięki któremu przypomina serial animowany (tyle że dla dorosłych) - znacznie te wszystkie przygody "ułatwia". Dzięki temu nigdy nie jesteśmy w stanie przewidzieć, kiedy i jak kolejna opowieść może się zakończyć. Jedyne, czego można być pewnym, to ogromnej ilości czarnego humoru, absurdu oraz pulpy. A w tym wszystkim pojawia się w końcu POWAGA. W "Rozróbie" było jej niewiele - głównie w postaci mocno zaskakującego finału. Tutaj, nie jest jej wprawdzie dużo więcej, tak jak to będzie w przyszłych albumach, lecz nieoczekiwane kontrastowanie jej z całym tym kiczowatym szaleństwem staje się już powoli normą/znakiem rozpoznawczym. Tym razem za sprawą pojawienia się w mieście nowej postaci - Buzzarda (w Polsce tłumaczony, jako Zgred). Co trzeba odnotować, jego smutna historia stylizowana jest na western.

I bardzo ładnie to Powellowi wychodzi. Buzzard jest zresztą jedną z najciekawszych postaci w całym tym uniwersum. Każde jego pojawianie się jest gwarancją pewnej dawki... egzystencjalizmu. No i westernu. Oto bowiem jest on ex-szeryfem, który w ramach okrutnego żartu stracił nie tylko najbliższych, ale także życie. Pod wpływem magii stał się kuriozalnym nieumarłym, który żywić się może wyłącznie trupami, a który w "życiu" ma dwa cele: zemsta na kapłanie zombie oraz własna śmierć. Która jest niemożliwa. Zakończenie opowieści o nim jest tutaj rozczarowujące, ale z drugiej strony jest też złożoną czytelnikom obietnicą na przyszłość. Dwa tomy później zostanie spełniona. I to jak.

poniedziałek, 21 maja 2012

#1038 - Trans-Atlantyk 189

Roger Langridge mówi "nie" współpracy z Marvelem i DC Comics. Autor znakomicie przyjętej mini-serii "Thor: The Mighty Avenger" i komiksowych Muppetów (pierwotnie wydawanych przez Boom! Studios, a obecnie wznawianych przez Marvela) zaniepokojony sposobem, w jaki majorsi traktują twórców, nie chce mieć z nimi nic wspólnego. Langridge mówi, że każdy sam musi odpowiedzieć sobie na pytanie - czy chce robić komiksy dla wielkiego, złego Babilonu, który wykorzystuje swoich podwładnych? W jego przypadku - nie. Ma szczęście, że może wybierać wśród potencjalnych pracodawców i biorąc pod uwagę etyczny punkt widzenia woli pracować dla mniejszych oficyn, takich jak IDW Publishing i robić "Popeye`a" i "Snarked!", niż podpisywać cyrograf z Marvelem, który pozywa spadkobierców Jacka Kirby`ego. I wygrywa, pozbawiając dziedziców praw do jego dzieł.

Warto w tym miejscu sobie zadać pytanie - czy to już trend amerykańskiego rynku, zwiastujący nowy porządek w branży czy (jeszcze?) tylko wybryki pojedynczych jednostek, wierzący w tak przebrzmiałe pojęcia, jak etyka? Robert Kirkman, Mark Millar, Brian K. Vaughan. Warren Ellis, Garth Ennis, Mike Mignola czy wreszcie Alan Moore lub Frank Miller - robi wrażenie, prawda? A to tylko kilka nazwisk, których próżno szukać (no dobra, Ennis zrobi nowego "Fury`ego" w MAXie, ale niech to będzie wyjątek potwierdzający regułę) na najnowszych okładkach komiksów z wielkiej dwójki. Oczywiście, to twórcy o ugruntowanej w przemyśle renomie, dla których wszystkie drzwi w amerykańskim komiksowie są otwarte, ale wśród młodszych tez można wymienić kilka mocnych nazwisk - oprócz wspomnianego Langridge`a, będą to Joe Hill, Chris Roberson czy Nick Spencer. Okazuje się, że mniejsze wydawnictwa są w stanie zaspokoić finansowe roszczenia czołowych twórców, a także zapewnić to, czego nigdy Marvel albo DC nie będą w stanie zapewnić - twórczej wolności. Co z tego, że Bendis czy Brubaker mogą realizować swoje własne pomysły w ramach ICON`u, skoro niejako w zamian muszą odwalać comiesięczną pańszczyznę przy zeszytówkach, które ich wyraźnie męczą? I właśnie dlatego, Bru` wolał wydać "Fatale" nie w marvelowskim imprincie przeznaczonym dla autorskich projektów, tylko w Image Comics.

Odpływ dużych nazwisk w branży i młodych wilczków nie jest spowodowany tylko dynamicznych rozwojem mniejszych wydawnictw, ale również (przede wszystkim?) polityką wydawniczą tych większych. Wydaj mi się, że Marvelu szczególnie (w DC znacznie mniej) redaktorzy umacniają swoją pozycję. Od dłuższego czasu obserwuję powrót do czasów Boba Harrasa i odwrócenie się od polityki wydawniczej zaproponowanej przez Joe`go Quesadę, dzięki której Marvel zawdzięcza dzisiejszą pozycję na rynku i przydomek House of Ideas. Odpowiedzialni za całe rodziny tytułów editors-in-chief i grupa kilku najważniejszych nad-scenarzystów Domu Pomysłów kształtuje oblicze całego uniwersum, niemal wszystkich, najważniejszych tytułów, a reszta musi się tym wytycznym podporządkować. Czy to kontynuując ich wątki, czy to angażując swoje serie w coraz bardziej idiotyczne crossovery. W ten sposób największy atut Marvela czy DC, czyli możliwość tworzenia historii z największymi komiksowymi ikonami, traci na swojej atrakcyjności. Po co pisać Spider-Mana, Batmana czy X-Men skoro taka praca jest często ograniczana do realizowania poleceń płynących "z góry". Wyraźnie widać, że lekcja udzielona majorsom przez rynek w latach dziewięćdziesiątych i na początku nowego wieku poszła w las. Szybko zapomniano, że czytelników przyciągają dobre historie, a nie dbałość o continuity i synergia pomiędzy filmami kinowymi, serialami telewizyjnymi i komiksami.

Wydawało mi się, że wraz z decyzją DC Comics o reboocie, odcięciu się (choćby pozornym!) od kilkudziesięcioletniej tradycji nastąpi powrót do komiksu bardziej autorskiego. W przypadkach Jeffa Lemire`a, Scotta Snydera, Briana Azzarello, Granta Morrisona czy kilku innych tak właśnie się stało, ale lwia część pozycji z Nowej 52 nie wydaje się wybijać się niczym poza superbohaterską papkę. Przyznaje, że zbyt wiele z nowej oferty DC jeszcze nie czytałem i spokojnie czekam na trejdy, ale sądząc po recenzjach, reakcjach czytelników i przykładowych planszach projekt DiDio, Johnsa i Lee nie okazał się ani rewolucyjny, ani nie spełnił pokładanych w nich oczekiwań. Przynajmniej tych artystycznych, bo finansowo New 52 wciąż trzyma się nieźle, choć wyniki z miesiąca na miesiąc są coraz słabsze. Co w kontekście tego, o czym pisze, może mieć niebagatelne znaczenie...

Oprócz tego, że Cullen Bunn przejmuje stery w on-goingu "Venoma", zabiera również Wade`a Wilsona na krucjatę przeciwko całemu niwersum Marvela. Po finale "Savage Six", którą pisał z Rickiem Remanderem, Bunn samodzielnie zajmie się skryptami do serii. W pierwszej historii Bunna Flash Thompson wykona swój pierwszy krok na drodze do bycia superherosem, ale rzecz w tym, że obecny posiadacz symbiotu Eddiego Brocka na swój sposób definiuje heroizm. Natomiast tytuł czteroczęściowej mini-serii, której premierę zaplanowana na lato, mówi wszystko - w "Deadpool kills Marvel Universe" oprócz Bunna zostanie zaangażowany również Dalibor Talajic, który zajmie się rysunkami oraz Kaare Andrews, który przygotuje okładki.

sobota, 19 maja 2012

#1037 - Komix-Express 140

Po raz trzeci zostały przyznane nagrody Polskiego Stowarzyszenia Komiksowego. Na uroczystej gali wieńczącej (przynajmniej w pewnym sensie) III. edycję Komiksowej Warszawy odbywającej się w klubie Salon Gier syrenie statuetki powędrowały do:

- "Pinokia" Winschlussa (Kultura Gniewu), nagrodzonego w kategorii "najlepszy komiks zagraniczny wydany w Polsce",
- "Czasem" Grzegorza Janusza i Marcina Podolca (Kultura Gniewu), nagrodzonego w kategorii "najlepszy polski komiks",
- Wojciecha Stefańca, nagrodzonego w kategorii "najlepszy rysownik",
- Grzegorza Janusza, nagrodzonego w kategorii "najlepszy scenarzysta".
- "Głosów w mojej głowie" Macieja Łazowskiego, nagrodzonego w kategorii "najlepszy komik on-line" (polski?).

Jak widać największymi wygranymi laurów PSK są Janusz i Podolec (choć Marcin nie był nawet nominowany wśród grafików) ze swoim "Czasem" oraz Kultura Gniewu, która wydała dwa najlepsze komiksu tego roku. Werdykt członków Stowarzyszenia nie powinien budzić większych kontrowersji, choć osobiście nie cenię tak wysoko "Pinokia". Warto zauważyć, że w kategoriach mieszanych, przeznaczonych zarówno dla komiksiarzy krajowych, jak i zagranicznych, triumfowali Polacy. Może ciut na wyrost, ale uczciwie trzeba przyznać, że zarówno Stefaniec, jak i Janusz osiągnęli international level. Nie widzę powodów, żeby wyróżnić ich, kosztem Sandovala czy... Koslowskiego (którego obecność wśród nominowanych była dla mnie wielkim zaskoczeniem). (KO)

Najbardziej kasowy film Disney`a wszech czasów z 1 070,7 mln dolarów na koncie, która przekroczyła barierę miliarda w 19 dni. Najbardziej zyskowna produkcja Marvel Studios, z której profity przekroczyły sumę zysków z pierwszego "Iron-Mana" i "Thora". Najszybciej zarobione 400 mln. w amerykańskich kinach, bo w ciągu zaledwie dwóch tygodni od premiery. 103,2 miliona podczas drugiego weekendu wyświetlania, pobiło na głowę wynik "Avatora" z 75,6 milionami zielonych. Dziewiąte miejsce w box-office wszech czasów i wszystko wskazuje, że to jeszcze nie koniec - "Avengers" seryjnie biją wszelkie kinowe rekordy! I to nie tylko za Oceanem - w Polsce obraz Jossa Wheadona przyciągnął podczas pierwszego weekendu wyświetlania 125 751 widzów, stając się dzięki temu najbardziej kasowym filmem superbohaterskim nad Bałtykiem. O kilka długości przeskoczył inne produkcje Marvela z "Thorem" (49 799 oglądających) i "Iron Man 2" (56 418), bijąc najpopularniejszego do tej pory "Mrocznego rycerza", który skusił 110 168 widzów. W sukces filmu ze swoim udziałem wierzył Robert Downey Jr, który po Tony`m Starku najwyraźniej odziedziczył żyłkę do interesów. Rezygnując z części swojego standardowego honorarium aktor uzależnił swój kontrakt od wyników "Avengers" i do tej pory zarobił już 50 milionów baksów. (KO)

W zeszłym tygodniu Festiwal Komiksowa Warszawa dobiegł końca, a już dziś wystartowała kolejna impreza. Dokładnie o 10.00 rozpoczęły się Lubelskie Spotkania z Komiksem, impreza znacznie bardziej kameralna i lokalna, w porównaniu do stołecznego konwentu będącego częścią Targów Książki. Popularny "Leszek" potrwa do niedzieli, a impreza stoi warsztatami komiksowymi z Przemysławme Surmą, Edvinem Volinskim i Nikodemem Cabałą oraz z Maciejem Pałką i Dominikiem Szcześniakiem. Nie braknie również spotkań autorskich ze Szcześniakiem i Marcinem Rusteckim (poświęconemu głównie albumowi "Ksionz"), Danielem Grzeszkiewiczem czy improwizującym Pszrenem. Pełen program jest dostępny na stronie imprezy. Nie zabraknie oczywiście innych atrakcji, takich jak konkursy, prelekcje czy obowiązkowa giełda komiksowa. (KO)

Już 28 maja swoją premierę będzie miała książka Sebastiana Frąckiewicza "Wyjście z getta. Rozmowy o kulturze komiksowej w Polsce". Publikacja, wydana nakładem 40 000 malarzy będzie liczyła sobie 432 stron, za które z portfela wysupłać będzie trzeba niemal 35 złotych. Frąckiewczi ze swoją książką pod pachą ruszy po promocyjną trasę po Polsce i odwiedzi:

3 czerwca, Warszawa, Muzeum Sztuki, Nowoczesnej, g. 16.00, panel dyskusyjny: Bartosz Chaciński, Monika Powalisz, Michał Śledziński, Sebastian Frąckiewicz
12 czerwca, Poznań, Kluboksięgarnia Głośna, dyskusja z Sebastianem Frąckiewiczem,
16 czerwca, Katowice, Rondo Sztuki, dyskusja z Sebastianem Frąckiewiczem,
23 czerwca, Kraków, MOCAK, panel dyskusyjny: Jakub Woynarowski i Sebastian Frąckiewicz
1 lipca, Gdańsk, w ramach Bałtyckiego Festiwalu Komiksu, panel dyskusyjny

Tak wygląda opis publikacji:

Dlaczego komiks sytuuje się na marginesie polskiej kultury? Z jakiego powodu instytucje państwowe albo komiks ignorują, albo traktują go instrumentalnie, wpisując w partykularne polityki historyczne? Dlaczego w Polsce nie istnieją nagrody i stypendia dedykowane komiksowi? Czy polski komiks ma własną tradycję? Czy komiks należy rozpatrywać w kontekście literatury, czy sztuk wizualnych? A może komiks właśnie staje się popularny? Na te i wiele innych pytań odpowiadają rysownicy, scenarzyści, kolekcjonerzy, kuratorzy, wydawcy i historycy komiksu przepytywani przez Sebastiana Frąckiewicza: Jerzy Szyłak, Bartosz Minkiewicz, Michał Śledziński, Krzysztof Ostrowski, Maciej Sieńczyk, Adam Rusek, Agata „Endo” Nowicka, Jakub Woynarowski, Łukasz Ronduda, Krzysztof Masiewicz, Monika Powalisz, Witold Tkaczyk i Ryszard Dąbrowski.  (KO)

Dość niespodziewanie 18 maja swoją premierę miał drugi tom serii "Assasin`s Creed". Oparty na motywach bestsellerowej gry komputerowej komiks ukazał się w dwóch wersjach - z twardą (29.99) i miękką okładka (19.99 zło). Obie liczą sobie po 48 stron, napisanych przez Erica Corbeyrana z rysunkami Djillaliego Defali i kolorami Raphaela Hedona. Tak prezentuje się opis albumu, wydanego przez Sine Qua Non:

Desmond wstępuje w szeregi Asasynów. Wraz z nimi rozpoczyna poszukiwania tajemniczego artefaktu, posiadającego przerażające moce. Aby go odnaleźć, przeżywa na nowo życie swojego rzymskiego przodka, Aquilusa. Śledzony przez Templariuszy, musi znaleźć zdrajcę w swojej własnej grupie. By to zrobić, Desmond ponownie zanurza się w przeszłości. Stawka jest wyższa, niż może sobie wyobrazić. (KO)

Gośćmi ostatniego w tym sezonie (to znaczy przed wakacjami) Komiksofonu będą Rafał Szłapa i Piotr Michalczyk. Jedenasta edycja wrocławskich eksperymentalnych eventów łączących komiks z muzyką odbędzie się 21 maja, w poniedziałek, o godzinie 19:00, tam gdzie zwykle, czyli w klubie Puzzle (ul. Przejście Garncarskie 2, drugie piętro). W programie oprócz projekcji - jak zwykle - znajdzie się miejsce na dyskusję z twórcami oraz rysowanie na żywo. Rozmowę z gośćmi poprowadzi Konrad Okoński - twórca komiksowy i współredaktor podcastu Schwing! Cóż można więcej napisać? Mieszkańców Wrocławia i okolic zapraszamy, organizatorom życzymy sprawnego sprzętu, a wszystkim, którzy w Puzzlach pojawią się 21 maja - bawcie się dobrze! (KO)

Wystawy, wystawy, wystawy... 18 maja, a więc w zeszły piątek w Muzeum Regionalnym w Wągrowcu otwarta została ekspozycja "Propaganda PRL w komiksie", która otwarta będzie do 17 czerwca. Wernisaż został uświetniony specjalnym wykładem z historii polskiego komiksu Tomasza Marciniaka, a wystawa jest częścią cyklu "Cztery pory z satyrą i komiksem" Wojciecha Łowickiego. A tymczasem we Włoskim Instytucie Kultury odbędzie się wystawa "Kocham Komiks!". W siedzibie WIK przy ulicy Marszałkowskiej 72 będzie można podziwiać prace mistrzów włoskiego komiksu. Wernisaż odbędzie się w Noc Muzeów 19 maja, a prace powiszą do 4 sierpnia. I wreszcie 29 czerwca w Muzeum Regionalnym w Stalowej Woli zostanie otwarta retrospektywna wystawa prac Grzegorza Rosińskiego... (KO)

... co oznacza, że rok 2012 należy w całości do Thorgala i jego twórcy, czy się to komuś podoba czy nie. Mistrz odwiedził nas w tym roku już dwa razy: w Poznaniu i ostatnio w Warszawie, a szykują się jeszcze co najmniej dwie wizyty. Chyba oczywistą sprawą jest, że październikowy festiwal komiksu w Łodzi bez Rosińskiego odbyć się nie może. A wcześniej, właśnie 29 czerwca powróci tam, gdzie się urodził, czyli do Stalowej Woli, a razem z nim pojawi się całe mnóstwo oryginalnych plansz! Nie przedruków! Plansz! Bo oto Muzeum Regionalne w Stalowej Woli zorganizuje wystawę prac graficznych i malarskich Rosińskiego. To pierwsza w Polsce tak duża wystawa prac twórcy "Szninkla". Kiedy w 2010. roku artysta uświetnił swoją osobą imprezę "Miasto komiksów" i został mu przyznany tytuł "Ambasadora Stalowej Woli", chyba nikt nie spodziewał się, że dwa lata później odbędzie się jeszcze większa impreza z udziałem Grzegorza Rosińskiego. Zorganizowanie wystawy plansz, których wartość aż strach oszacować to ogromne przedsięwzięcie. Chwała Muzeum w Stalowej Woli, że podjęło to wyzwanie. 
Jak informuje Magdalena Wielgocka z biura prasowego Muzeum Regionalnego: "Wystawa zawiera obszerną i wszechstronną prezentację dorobku artysty, od jego dziecięcych prób i młodzieńczych publikacji, poprzez dojrzałą twórczość, zarówno polską, jak i tę realizowaną dla wydawców zachodnich, aż po najnowsze prace i projekty"

Ekspozycja prezentowana będzie również w Muzeum Manggha w Krakowie i w Muzeum Narodowym w Kielcach. Na początek jednak Stalowa Wola i wernisaż z udziałem samego Grzegorza Rosińskiego! Ja na pewno się wybiorę, jeśli nie do Stalowej Woli, to na pewno do Krakowa. Muszę zobaczyć malarskie plansze z "Zemsty Hrabiego Skarbka" na żywo. Po prostu muszę. (KC)

Trzeba przyznać, że miniony tydzień obfitował w komiksowe wydarzenia w naszym kraju. W tym wydaniu Komix-Expressu nie udało nam się napisać o finale "366 kadrów" Dennisa Wojdy i nieoficjalnych zapowiedziach Egmontu na najbliższe miesiące, napawających umiarkowanym optymizmem, ale nie martwcie się - w przyszłych tygodniu znajdzie się dla nich odpowiednio dużo miejsca. (KO)

środa, 16 maja 2012

#1035 - "Mój syn", czyli jak dbać o kompleks Piotrusia Pana

„Doznanie niesamowitości było odczuciem szczególnie trudnym do zdefiniowania. Nie jest to ani potworny strach, ani łagodny niepokój; dlatego (…) wydała się łatwiejsza do opisania w kategoriach negatywnych niż dzięki wskazaniu na jakiekolwiek esencjonalne znaczenie jej samej”

Anthony Vidler, „The Architectural Uncanny”


Po lekturze „Mojego syna” Oliviera Schrauwena przeszło mi przez myśl wiele skojarzeń, które jednak trudno mi było dokładniej sformułować, dookreślić. Stąd też moje odwołanie do cytatu o niesamowitości (który można znaleźć we wstępie do książki poświęconej wywiadom z Davidem Lynchem). Jest to bowiem doznanie bliskie surrealizmowi, którego wpływy widoczne są we wspomnianym przeze mnie komiksie.

Niesamowitość, ze swoją trudnością do zdefiniowania, u Schrauwena zdaje się być ubrana w formę dość racjonalną, posiadającą wstęp, rozwinięcie (z kulminacją) i zakończenie. Części te mimo wszystko nie tworzą zamkniętej, pełnej całości. Pewne braki w historii, pozbawiają wspomniane części ich charakteru, właściwości. Wstęp, rozwinięcie i zakończenie – w swej surrealnej niesamowitości oraz ciekawym, absurdalnym humorze – przestają być tym, czym być powinny. Może i przez to zasługują na ujęcie w cudzysłów, lub określenie ich za pomocą słowa „fragment” w połączeniu z liczebnikiem porządkowym (pierwszy, drugi, ostatni).

Załóżmy zatem, że „Mój syn” jest zbiorem fragmentów. Kilku epizodów, które łączy wspólny wątek spaceru ojca i syna po topografii belgijskiego humoru, krajobrazu, kultury. Jest kompozycją niepełną, niedookreśloną, która pozostawia pewien niedosyt. W trakcie lektury rozkręcamy się tylko po to, by zaraz potem zostać postawionym przed faktem przebudzenia, powrotu do świata znajdującego się poza sferą stworzoną przez belgijskiego twórcę. Finał komiksu przypomina efekt filmu, który nie dobiega końca z powodu urwanej taśmy. Ekran pozostaje biały, gotowy do projekcji tworów wyobraźni widowni, tego, jak według niej mógłby zakończyć się przerwany seans. Pozostaje zatem ogromne pole do gdybania…

Owo zakończenie prowokuje oczywiście także inne spojrzenie. Czytelnik zostaje ostatecznie wyrwany z komiksu równie gwałtownie, jak ojciec ze snu o dorastaniu swego syna. Można się pokusić o stwierdzenie, że finał graficznej opowieści Schrauwena stawia niejako znak równości pomiędzy czytelnikiem, a ojcem, a także snem i komiksem. Porównanie do urwanego snu, który gdzieś nadal migruje po krwioobiegu śniącego, krąży po mglistych terytoriach nieświadomego, działa, moim zdaniem, na korzyść „Mojego syna”. Dookreślenie jego treści, jej pełna materializacja przybiera charakter tego, czym dla ojca staje się dorastanie syna, a mianowicie efektu niepożądanego. Zamiast normalnie rozwijającej się latorośli, która dorasta i w końcu kiedyś przekwita, postać ojcowska woli swoje, budzące w nim nieco niepokoju i odrazy, dziecko takie, jakim jest. 

W moim odczuciu jest to doskonałe odzwierciedlenie stosunku autora wobec jego tworu. Dostrzegając pewne niezgrabności swojej pracy, Schrauwen wolał pozostawić ją w swej irracjonalności oraz wadliwości aniżeli całkowicie powierzyć ją racjonalnemu rdzeniowi działalności twórczej, który uczyniłby z niej kompozycję pełną, (ultra)poprawną i wystudiowaną. Wybrał formę niedopowiedzianą, która może zawsze pozostać obietnicą (czegoś więcej) zamiast takiej, która jest przegadana, czy przerośnięta. Jest to trafna decyzja godna rysownika, który, świadomy granic swojego warsztatu, wie, kiedy skończyć pracę nad rysunkiem, na co chce zwrócić uwagę widza i co pozostawić poza kadrem.

Jednocześnie jest to nawiązanie do twórczości Winsora McCaya, której echo nietrudno było uchwycić w warstwie wizualnej oraz atmosferze komiksu Oliviera Schrauwena. Belgijski rysownik odwołuje się w szczególności do jego serii pasków opowiadających somnambuliczne, surrealne perypetie „Małego Nemo”. Wizualne historyjki amerykańskiego twórcy (żyjącego na przełomie XIX i XX wieku) zazwyczaj kończyły się bowiem przebudzeniem malca ze snu, jego powrotem do rzeczywistości. W „Moim synu” natomiast spotykamy się ze zjawiskiem odwrotnym, to ojciec budzi się z „realnego”. Odrzuca to, co rzeczywiste i pragnie by jego syn pozostał postacią irracjonalną. Nie chce aby dorósł i opuścił swoją dziwną, niepokojącą i okrutną czasem Nibylandię (proszę tego nie kojarzyć z Michaelem Jacksonem, a powieścią Sir Jamesa Matthew Barriego), czy krainę czarów (tu z kolei proszę sobie wyobrazić okropnie nudą, dorosłą „Alicję” z filmu Tima Burtona).

Okazuje się, i tu pozwolę sobie na drobną dewiację, zboczenie z tematu, że kompleks Piotrusia Pana (rozumiany jako zjawisko o charakterze „unisex”, niedotyczące tylko mężczyzn) może mieć swoje pozytywne, wykrzywione odbicie po drugiej stronie lustra, gdzie żyją dzieci inne od różowych aniołków i króliczków z fotografii Anne Geddes. Takie, które mają w zabawny sposób zachwiane proporcje ciała, nielogiczne teorie i dziwne obserwacje na temat świata (vide Lucy z „Fistaszków”) i zamiast podążać za grubym konturem kolorowanek typu Hello Kitty, rysują „brzydkie” bazgroty i „niepokojące” głowonogi.

wtorek, 15 maja 2012

#1034 - Zbir tom 0: Rozróba

Postmodernizm pełną gębą. Akcja dzieje się w jakimś anonimowym miasteczku, nie wiadomo kiedy. Stylizacja na Amerykę czasu Wielkiego Kryzysu, ale pojawiają się przeróżne elementy wyrwane z innych, późniejszych okresów. W owym miasteczku toczy się odwieczna (sic!) wojna między dwoma gangami.  

Pierwszy z nich ogranicza się z reguły do postaci trzech gangsterów: enigmatycznego bossa Labrazia, tytułowego bohatera będącego jego prawą ręką, oraz jego kumpla, wyjątkowo wyszczekanego kurdupla imieniem Franky. Drugi gang składa się z setek zombie pod przywództwem bezimiennego kapłana. Ich wojna jest dla fabuły komiksu najważniejsza, ale gwoli ścisłości pomniejsze terytoria zajmowane są przez inne ekipy - dokami rządzi ogromna piracka ryba o jakże zaskakującej ksywie Rybi Pete, pewną alejką ogromne, wiecznie głodne szczury, a przedmiejskie bagna gang kanibali. To wcale nie wszyscy, ale mniejsza z tym.

Podstawą jest slapstick. Ultra-slapstick. Absurd osiąga kosmiczne rozmiary, humor czarny jest jak smoła, a najlepszym określeniem na narrację będzie tu chyba surrealizm. Dodajmy do tego masę inspiracji z kina grozy i science fiction lat 50-tych oraz cytaty i parafrazy z wielu przeróżnych filmów - od kultowych "Dziwolągów" Teda Browninga (z czym bardzo związana jest przeszłość głównego bohatera), przez "Conana Barbarzyńcę" po "Skazanych na Shawshank". To najbardziej spontaniczny komiks, z jakim miałem do czynienia. Czasem miałem wrażenie, że scenariusze - tudzież szczegóły - poszczególnych historii Eric Powell wymyślał dopiero w trakcie ich rysowania. I najlepsze w tym wszystkim jest to, że ta domniemana prowizorka wychodzi mu znakomicie. No dobra, nie zawsze. Przecież nie od razu Rzym zbudowano...

Chyba najtrafniejszym określeniem "Zbira", z jakim się spotkałem, jest - wymyślone przez pewnego amerykańskiego krytyka - redneck zombie noir. Tyle że początkowo noir są tu naprawdę jedynie śladowe ilości. Bo, wracając do tego Rzymu, pierwsze albumy to dopiero rozgrzewka. Ten i kolejne dwa nie umywają się do późniejszych. I tutaj muszę przyznać, że gdyby nie to, że jakiś czas temu* ściągnąłem kilka późniejszych zeszytów w wersji cyfrowej, to pewnie w ogóle bym się za kolekcjonowanie tego komiksu nie brał. Tzn. już od tego albumu jest to rzecz zaskakująco oryginalna i świeża, ale jeszcze nie tak. No i ten specyficzny humor, jak żywcem wyjęty z gagów "Latającego Cyrku Monty Pythona", jest tu często zwyczajnie prostacki. A w kilku miejscach po prostu na siłę i wcale nie bawi. Nie mówię, że prostactwo do "Zbira" nie pasuje, bo pasuje nawet bardzo, ale lepiej w mniejszych ilościach. To raz.

Dwa - wracając trochę do noir - nie ma tu jeszcze smutku. Tak jest, smutku. Potwory z kosmosu, mordercze roboty, wampiry, demony, kanibale i inne zombiaki, a wśród nich ogromny brutal zwący się Zbir i jego... cierpienia. Oczywiście do młodego Wertera mu daleko, ale tym, co najbardziej w tej upiornie zabawnej pulpie lubię, jest taki właśnie radykalny kontrast. Bo "Zbir" to rzecz kompletnie nieprzewidywalna. Powell jest jednym z tych nielicznych artystów, którzy osiągnęli mistrzostwo w łączeniu ze sobą elementów teoretycznie niedających się połączyć. Jeszcze nie w tym albumie, ale jednak. Tutaj mamy bowiem najwcześniejsze zbirowe historyjki. Trzy dłuższe, zapowiadające przyszłe przygody, oraz kilka krótkich "dowcipów".

W Polsce komiks się niestety nie przyjął i Taurus Media zrezygnowało z jego publikacji. Może to wina tego, że tak bardzo osadzony jest w tradycji amerykańskiej popkultury. Na pewno spieprzyło też wydawnictwo zaczynając od wydawania komiksu w złej kolejności. U nas skończyło się na trzech albumach, a właściwie na dwóch, bo drugi podzielony został niestety na pół. A szkoda, bo najlepszy "Zbir" zaczyna się od numeru trzy. W każdym razie ja, mimo wszystko, bardzo polecam. Dobra rzecz. Jej bohaterowie, to najfajniejsi badass motherfuckers pod słońcem. Bo oprócz handlu meksykańską pornografią zajmują się np. obroną bezbronnych staruszek. Jeśli tylko są mieszkańcami ich terytorium i nie mówią za dużo.


* Już nie tak niedawno. Niniejsza recenzja to tzw. tekst archiwalny.