wtorek, 17 kwietnia 2012

#1013 - Kolorowe (z łezką w oku)

 Z pewnym opóźnieniem kończymy celebrację naszego milenijnego wpisu, w nieco nostalgicznym stylu, wspominając, jak to drzewiej bywało. Razem z Łukaszem Mazurem, drugim z ojców założycieli, gładząc nasze siwe brody, wracamy do naszych naszej pięknej chmurnej i durnej młodości. Do czasów, kiedy impreza zatytułowana Kolorowe Zeszyty dopiero się rozkręcała i nie mieliśmy bladego pojęcia w co tak naprawdę się wpakowaliśmy...


Łukasz "arcz" Mazur:

Ten spóźniony prima aprilisowy żart wcale nie był tysięcznym wpisem na Kolorowych Zeszytach, wiecie?

Pierwsza czterdziestka była moim solowym popisem (pod dwiema banderami) i dopiero później wszystko zostało przerzucone na Kolorowe, które od tamtej pory prowadziłem wraz z Kubą (wtedy Julkiem). A nawet i później było trochę zamieszania z numerowaniem wpisów.

No ale - było nie było, tysiąc "strzelił", więc pomimo powyższego, trzeba uczcić. A przy okazji sytuacja ta ładnie wpisuje się tematem w jubileuszowe wydania komiksowych serii za oceanem*. Znaczy się jest zgodnie z linią programową serwisu, komiksowe nawiązanie zachowane.

Tyle tytułem wstępu.

Prawie trzy lata z pisaniem w tym miejsu wspominam całkiem miło i wydaje mi się, że wraz z wszystkimi osobami, które się przez to miejsce przewinęły odwaliliśmy kawał dobrej roboty. Weekendowymi cyklami (pomysł Kuby w który z początku nie wierzyłem!) wyznaczyliśmy jakiś "rytm" w blogowo-serwisowym njusowaniu, podobnie jak piątkową chwilą z rozrywką i Batmanem (The Batmans). Działo się sporo, były tygodnie że mieliśmy każdego dnia nowy solidny wpis - recenzje, wywiady, cykle tematyczne, teksty okolicznościowe, relacje, patronaty. Z początku w cieniu Motywu Drogi, później już - choć trzeba było przyznać, że w czasie kiedy kolejne komiksowe blogi padały jak muchy - "z numerem pierwszym". To cieszyło.

Czasem popadaliśmy w marazm, ale wiadomo, że ciężko utrzymać się przez dłuższy czas na wysokich obrotach. Co jakiś czas przychodziły kryzysy - ile ich było (z mojej strony) wie tylko Tomek Pstrągowski, który musiał tego wszystkiego z mych ust wysłuchiwać. Bo to nie jest jednak tak łatwo i przyjemnie, kiedy z blogowania od przypadku do przypadku przechodzi się na regularne "serwisowanie". Są grafiki do zrobienia przy każdym wpisie; są newsy, które musisz napisać w sobotnie i niedzielne poranki (kiedy naprawdę masz znacznie przyjemniejsze rzeczy do zrobienia, a zegar tyka i zaraz 17.00); są teksty, które musisz sprawdzić (a i tak dostaniesz zjeby od trolla-anonima, bo nie wyłapałeś literówki w nazwisku). I przychodzi taki czas, że jednak masz już tego dosyć, że robisz wiele rzeczy na siłę i że niby nie chcesz, ale nucisz pod wąsem "trzeba wiedzieć kiedy ze sceny zejść...".

I schodzisz.

Czasem jeszcze ktoś zapyta "Nie brakuje ci pisania na Kolorowe?" i - pomimo mnóstwa pozytywnych chwil, komentarzy i przede wszystkim świetnej zabawy - odpowiedź jest zawsze ta sama "Nie brakuje". Opuszczając pokład miałem poczucie, że zrobiłem maksimum tego co mogłem zrobić (mimo że planów jeszcze trochę było) i przedłużanie agonii ze swojej strony nie ma już większego sensu. 

Nie wierzyłem, że Kubie uda się długo pociągnąć ze stroną, a jednak - znalazł nową ekipę i kolorowa zabawa trwa po dziś dzień. I tutaj chylę czoła - Kolorowe, mimo że inne i "nie moje" (i przyznam, że nie czytane przeze mnie regularnie) trwają nadal, w dobrej formie. I do tego dobiły do posta o numerze TYSIĄC - szacunek Panowie!

*"Tu mamy 520 zeszytów pierwszej serii, tu 390 drugiej, dwie miniserie i pięć występów gościnnych" - razem tysiąc, jak nic.


Kuba "Julek" Oleksak:

Decyzja o założeniu Kolorowych Zeszytów była bardzo spontaniczna. Na prochach nieodżałowanych dla mnie po dziś dzień Below Radars, które zwyczajnie się wykrwawiły, pozostało dwóch kolesi, którzy właściwie się nie znali, ale lubili czytać komiksy. Jeden wolał Goona i Kapitana Amerykę, a drugi Daredevila i X-Menów. Wpadli więc na pomysł, żeby razem stworzyć miejsce, w którym będą raportować o swoich czytelniczych przygodach. A że w komiksowi panowała akurat blogowo hossa, padło na blogspotowy silnik. Jeszcze tylko założyliśmy szyld - Kolorowe Zeszyty - i poszło!

Tyle anegdotycznej legendy o naszym originie.

Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że powołujemy do życia potwora. Monstrum, które będzie pożerało każdą wolną chwile, przykuwając nas do siebie na lata. Rozkazujące z tygodnia na tydzień dostarczać sobie nowego pożywienia, tj. naszych tekstów. Wiecznie głodne, wiecznie niezadowolone, ciągle wołające "jeszcze lepiej, więcej, fajniej!". Razem z Łukaszem stworzyliśmy coś, co okazało się znacznie większe od nas i jeśli z czegoś związanego z Kolorowymi mogę być dumni, to właśnie z tego. Kolorowe stały się bowiem czymś więcej niż tylko jednym z wielu blogasków, które w bardzo krótkim czasie się po prostu wykruszyły. Mam wielką nadzieję, że kiedy i ja "odejdę" (a wiem, że taki moment wcześniej czy później nastąpi), ktoś przejmie ode mnie pałeczkę i będzie kontynuował "misję".

Podobnie, jak Łukasz też przywołam Pstrągiego, który ma zupełną rację pisząc o tym, że uprawianie komiksowej publicystyki mija się z celem, jeśli za taką uznamy tworzenie jakiegoś opiniotwórczego głosu wśród czytelników, oddziaływanie na środowisko (jakiekolwiek by ono nie było) i prowokowanie do dyskusji. Komiksowo obecnie wygląda zupełnie inaczej, niż w drugiej połowie zeszłego dziesięciolecia. Nie chce narzekać, ale wiem, że uspokajające zapewnienie "wszystko jest w porządku" to robienie dobrej miny do złej gry. Nie wiem, może dziadzieje, ale brakuje w tym naszym getcie tej energii, które była jeszcze kilka lat temu. Wydaje mi się, że to już nie jest to, co było kiedyś. Ci, którzy z zapałem kserowali swoje ziny, jeździli na konwenty, gadali po nocach o historyjkach obrazkowych i wydawali ostatnie grosze na pachnące jeszcze farbą drukarską albumy osunęli się jakoś w cień. Przestali to robić, znaleźli sobie inne zajęcia lub po prostu pracę, która nie zostawia zbyt wiele czasu na niegdyś ulubione hobby.

Ale nie miejsce na smutne refleksje o naszym komiksowie, tylko okazja do świętowania. Kolorowe Zeszyty dobiły do swojego 1000 posta i licznik bije dalej!

4 komentarze:

Maciej Pałka pisze...

No, to życzę kolejnych 1000 wpisów.

godai pisze...

Kuba, dziadziejesz, wszystko jest w porządku.

A bóg jest w swoim niebie.

Czy jak to szło.

Anonimowy Grzybiarz pisze...

:)

pstraghi pisze...

A ja dopiero doczytałem żeście się obaj na mnie powołali!:) Super sweet!

100 lat!