wtorek, 13 marca 2012

#0988 - Tysiąc twarzy Krzysztofa C. ("Human Target: Chance Meetings")

Christopher Chance jest prywatnym detektywem który podszywa się pod swoich klientów. Na kilka dni całkowicie przejmuje ich wygląd i życie. Czasami, aby ich chronić, czasami żeby więcej się o nich dowiedzieć, czasami żeby wymordować wszystkich, którzy na ich życie czyhają. Używa przy tym pseudonimu "Human Target". Postać ta została wymyślona przez Lena Weina i Carmine Infantino w latach siedemdziesiątych. 

Całkiem niedawno telewizja Fox postanowiła ożywić ten koncept tworząc serial telewizyjny o tym samym tytule. Aczkolwiek Fox, jak to Fox, z oryginału pozostawili sobie tylko tenże pseudonim i imię głównego bohatera, robiąc zwyczajną historię sensacyjną o nietypowym ochroniarzu. Serial padł po dwóch sezonach. Plus całej sytuacji jest jednak taki, że DC, jako dodatkową promocję wersji telewizyjnej wznowiło historie napisane o "Human Target" przez Petera Milligana.

Milligan, jak to Milligan, kiedy położył swoje ręce na postaci, zdecydował się wycisnąć z niej ostatnie soki. Wcisnął gaz do dechy, odłamał lusterka wsteczne i ruszył przed siebie. "Human Target" idealnie wpasowuje się tematycznie w jego upodobania. Może do woli eksplorować psychikę swoich postaci i igrać z ich tożsamością, a jednocześnie z czytelnikiem. Wszystko ozdabia też nadmierną ilością przemocy, kompletnie nieprawdopodobnymi strzelaninami i równie szalonymi zwrotami akcji. Ten "Human Target" to nie jest ani bezpieczny serial telewizji Fox, ani postać drugoplanowa z komiksów superbohaterskich. Znaczek Vertigo zobowiązuje.

Tom "Chance Meetings" składa się z dwóch historii, każda po około sto stron. Mamy tutaj fenomenalną mini-serię z 1999 oraz całkiem niezłą powieść graficzną "Final Cut". Pierwotnie wydane one były oddzielnie, ale w nowej edycji zdecydowano się je połączyć. Z ekonomicznego punktu widzenia, to jest dwieście stron Petera Milligana w najwyższej formie za okładkowe $15. Idealnie.

Pierwsza część tomu jest po prostu świetna. Milligan upycha tu tyle pomysłów, ile inni scenarzyści rozkładają na kilka serii. W głównej roli występuje grupa złamanych życiem, wymęczonych przez los postaci, a historia w dużej mierze opowiadana jest przez ich myśli, które bezwiednie ze strony na stronę przeskakują do kolejnej osoby. Komiks ma bardzo szybkie tempo i pewnie zmierza ku wybuchowemu zakończeniu łączącemu wszystkie wątki. Nic tutaj jednak nie jest tak proste, jak mogło by się wydawać. Sceny akcji często zastępowane są przez zwykłe życiowe rozterki, które w rzeczywistości okazują się dużo bardziej niezwykłe, niż te wyrzutnie rakiet w kościele i wszechobecne strzelaniny. Naprawdę łatwo dać się wciągnąć i zatracić w tej kotłowaninie tożsamości. Co czyni mnie osobą którą jestem i czy osobowość to rzeczywiście coś naszego własnego i indywidualnego?

Rysunki Edvina Biukovića są niesamowite. Miał on własny styl, w stu procentach świadomy i dokładny, chociaż może odrobinę przypominać kreskę Eduarda Risso. Biuković równie interesująco rozrysowuje tutaj dyskusje pomiędzy postaciami, jak i akcję. Jeśli moment jest spokojniejszy, to odpowiednim rozłożeniem kadrów i ujęć podkreśla ten spokój. Jeśli mamy do czynienia z szaleństwem to właściwie wszystko zacieniuje i zdynamizuje. Gdyby nie jego przedwczesna śmierć byłby on z pewnością komiksową gwiazdą. Jednak to, co po sobie pozostawił, nadal wzbudza szacunek.

W kontekście pierwszej historii, "Final Cut" jest już praktycznie tylko posłowiem. Zmiana rysownika na Javiera Pulido, powoduje transformację całego komiksu. "Human Target" zamienia się ze "100 naboi" na sterydach w "Criminala". Rysunek się wygładza i staje prostszy, a fabuła z dramatu psychologicznego/thrillera zmienia się w spokojniejszy czarny kryminał. Brawura kompletnie znika, zastąpiona przez codzienność. Nie mam przez to na myśli, że historia jest słabsza, ale jest diametralnie różna. Aż ciężko uwierzyć, że to ta sama seria. Jednak po wysokiej jakości opowieści łatwo poznać, że to nadal ten sam scenarzysta.

W pierwszej historii Hollywood było tylko tłem akcji, w "Final Cut" staje się ono jedną z głównych postaci. Tak samo Christopher Chance uwalnia się ze swojej pozycji na drugim planie gdzie plątał się tylko gdzieś pomiędzy kadrami, i zaczyna poważniej ingerować w to, co rozgrywa się na kartkach komiksu. Przyjrzymy mu się dokładniej i niekoniecznie spodoba nam się to co ujrzymy w jego duszy. Chance jest szary i ludzki, a jego wpływ na akcję tak jak i poprzednio okaże się nie do końca pozytywny.

Pulido w swoich rysunkach stawia na minimalizm. Często dużo bardziej skupia się na samej mowie ciała, niż na twarzach bohaterów. Dzięki kolorom Dave’a Stewarta jednak historia broni się wizualnie. Rysunki w niektórych miejscach mogą nawet przypominać Darwyna Cooke’a. Nie przypominają natomiast kreski Edvina Biukovića. Przez to zmiana rysownika pomiędzy historiami wydawała mi się zbyt radykalna. Bardzo mi to przeszkadzało, kiedy czytałem ten tom za pierwszym razem. Kiedy teraz go sobie odświeżałem, spodziewałem się po Pulido najgorszego, a jest całkiem nieźle. Nie jest spektakularnym artystą, ale Milligan pisał wyraźnie pod niego. Także, rysunki pasują do opowiadanej historii doskonale.

Na stronie Vertigo można było do niedawna przeczytać pierwszy zeszyt "Human Target" w wersji pdf. Zanim dotarłem do jego ostatniej strony, już miałem "Chance Meetings" zamówione. Pierwsze wrażenie jest piorunujące. To jest to po prostu świetny komiks. Mocny thriller lawirujący pomiędzy psychologiczną złożonością, a efektowną akcją. Dla fanów Milligana nie do przegapienia.

4 komentarze:

Marcin Zembrzuski pisze...

Bardzo zachęcający tekst.

Krzysztof Ryszard Wojciechowski pisze...

Moja matula oglądała tę telewizyjną adaptacje i bardzo chwaliła. Ja na pewno sięgnę kiedyś po komiks.

Panowie, czy nam się redakcja już oficjalnie powiększyła a ja dowiem się o tym ostatni?

Jeśli tak to witam serdecznie Tomku. Kolejny fajny tekst.

Kuba Oleksak pisze...

Tomek jest na występach gościnnych, a dałem mu dostęp do Kolorowych bo lepiej wyglądam jak publikuje się pod własnym imieniem i nazwiskiem. Zresztą, tak samo było z Magdą Rucińską.

Maciej Gierszewski pisze...

niech Tomek występuje!
co prawda nie czytałem tego komiksu, oglądałem kilka odcinków serialu TV (jeśli czegoś nie mylę) i straszne nudy były.