sobota, 31 grudnia 2011
#934 - Sylwestrowy Komix-Express 120
napisał Krzysztof Cuber o 21:00
Etykiety: Komix Express 3 x skomentowali
piątek, 30 grudnia 2011
#933 - Rok 2011 okiem twórców (część druga)
Maciej Pałka (niestrudzony animator lokalnego i globalnego środowiska komiksowego, twórca, redaktor, krytyk): zauważyłem, że w Waszych dorocznych podsumowaniach, w których biorę udział po raz trzeci, zawsze patrzę z nadzieją w przyszłość. Miło mi stwierdzić, że nie pomyliłem się w ocenie stanu polskiego komiksu. Co więcej, błądziłem tylko i wyłącznie w temacie wypalenia się zinów. Owszem, wczorajsze „cudowne dzieci” się wyprztykały i spoczęły na laurach, ale oto już nadchodzi kolejne pokolenie. Wysyp (świetnych!) zinów podczas MFK był dla wielu osób pozytywnym szokiem. Dla mnie też. Tak więc, tradycyjnie, z optymizmem stwierdzę: jest super! Polski komiks żyje i ma się coraz lepiej. Mimo zauważalnej zwyżki formy artystycznej, rok 2011 ma wielkie szanse, aby w historii zapisać się, jako rok żenady. Przyczyną tego są działania niezwiązane bezpośrednio z tworzeniem, ale z atmosferą wokół komiksu i jego postrzeganie. Zaczęło się od Afery Szopenowskiej, która gdy już ucichła w mediach, dała wodę na młyn wielu marudom w komiksowie. Być może, utrącono jakiś medal od jednego ministra, ale za to drugi minister w tym czasie wykładał kasę na kolejny komiks. Akurat w apogeum Szopęgejt realizowałem projekt dla katowickiej „GW”. Ani razu nie usłyszałem choćby cienia aluzji do tej sprawy. Z mojej perspektywy, zwalanie winy za wszystkie komiksowe niepowodzenia na ten nieszczęsny cweloholokaust jest więc nadużyciem.
Po Szopenie posypały się kolejne przepychanki do koryta, petycje, listy do ministra od Rejtanów obrażonych za nieobecność w Tokio i jakieś smuteczki post-itowe. Wszystko to przy znaczącym milczeniu Polskiego Stowarzyszenia Komiksowego, które jawi się jako twór okaleczony. Wykastrowany, pozbawiony języka i na domiar wszystkiego wbity na pal. Nawet już nie podryguje, a tylko wali ścierwem. Efektem jest ostateczne obnażenie ściemy pod nazwą „solidarność polskiego środowiska komiksowego”. Gdy chciałem dołączyć do PSK, ktoś mądry powiedział mi: „po co się w to angażować, skoro cała zabawa skończy się na rogatkach Warszawy”? Okazuje się, że milcząca większość wiedziała swoje i obrodziło inicjatywami lokalnymi: na Śląsku, w Krakowie, w Poznaniu czy w końcu w Lublinie. A każde środowisko wczepia się pazurami w funkcję reprezentowania polskiego komiksu na swoim podwórku. Totalna decentralizacja, patrzenie na czubek nosa i olewanie ciepłym moczem idei wspólnej walki o dobry los polskiego komiksiarza. Co śmieszniejsze, w tym szaleństwie jest metoda! To działa! Komiksowa mapa Polski powiększa się z każdym dniem. Oto kraina pełna udzielnych księstewek, zwaśniona, połączona siecią intryg – polskie komiksowo! Oto kraina obdarowana bogactwem różnorodności, pełna pracowitych pasjonatów kultywujących etos wolontariatu – polskie komiksowo!
Osobiście, rok 2011 będę wspominał bardzo miło. W ubiegłym roku narzekałem, że „jako artysta czuję się doceniony, ale nadal nie jestem dopieszczony, jako twórca”. Wydawało mi się, że stanąłem pod ścianą i swoją metodą pracy osiągnąłem już wszystko, co było do ugrania w polskim komiksowie. Perspektywa kolejnej dekady żmudnego doskonalenia się po godzinach. Co rok-dwa nowa (oby lepsza) książka, raz w roku dowartościowanie się podczas MFK i rosnąca frustracja wiecznej trzeciej ligi. Rok temu nie spodziewałem się, że 2011 będzie przełomem. Zacząłem od prestiżowego projektu komiksowego wydania „Gazety Wyborczej” dla Katowic starających się o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury, a kończę inauguracją działalności „Domu Słów – Pracowni Komiksu” w Lublinie. A to dopiero początek, co aż mnie nieco tremuje.
W ubiegłorocznym podsumowaniu obiecałem, że za rok wrócę też do tematu „Ziniola”. Udało się – „Ziniol” nie umarł, ale umocnił się jako marka. W sieci magazyn radzi sobie dobrze dzięki codziennej mozolnej pracy Dominika Szcześniaka. Ja pomogłem nieco w lokalnym wyjściu do ludzi - poza internet. Współorganizowaliśmy „Lubelskie Spotkania z Komiksem”, nawiązaliśmy współpracę z „Tekturą”, supportowaliśmy poetycki slam, zaprosiliśmy do Lublina Kasię Szaulińską i Sexy Armpit. Włączyliśmy się w działania związane z Nocą Kultury, Miastem Poezji i staraniem się Lublina o tytuł ESK. Udało nam się zrobić dwie akcje billboardowe – za drugą otrzymaliśmy nagrodę Ministra Spraw Zagranicznych. W międzyczasie był wykład na KUL`u. Zrobiliśmy przymiarkę do powrotu na papier, czego efektem jest antologia „The Best Off The Ziniols”. Symbolicznie żegnaliśmy się z xero (wydając specjalny 51 numer), aby 13 grudnia wrócić do tej formy oddając hołd twórcom niezależnej prasy drukowanej na powielaczach. „Dom Słów – Pracownia Komiksu” to w dużym stopniu efekt naszych lat w wolontariacie, dążenia do profesjonalizmu i zachowania szczerości w twórczości. Na pewno w przyszłym roku skoncentrujemy się jeszcze bardziej na działalności lokalnej, ale postaramy się o nieco większy rozmach. Plany mamy spore – chociaż ciągle liczymy siły na zamiary. Do tematu wrócimy dokładnie za rok.
Zresztą, wszystko się może zdarzyć. Trzymajcie kciuki.
Wojciech Stefaniec (któremu wreszcie udało się ukończyć „Szelki”): ten rok był świetny. Przede wszystkim dla polskiego komiksu.
Wielkie brawa dla twórców! Nie przypominam sobie, aby jednego roku powstało tyle świetnych komiksów, ile w mijającym. Ukazały się tak genialne komiksy jak „Rewolucje”, „Czasem”, „Tymczasem”, nowy „Diefenbach” i wiele innych. Brawa dla promotorów, którzy w 2011 roku z zapałem promowali komiks w mediach. Brawa dla wydawców. Stanęli na wysokości zadania, dając nam do ręki doskonale przygotowane albumy. Podziękowania należą się również czytelnikom, za to, że nie przechodzą obok polskiego komiksu obojętnie
Porzucając ton patriotyczny musze powiedzieć, że ten rok był dla mnie bardzo pracowity, emocjonujący, stresujący i rozczarowujący. Pracowity, gdyż musiałem w tym roku skończyć komiks, nad którym pracowałem około sześciu lat. Deadline to w sumie dobra rzecz. Mobilizuje i każe skończyć coś, co można robić w nieskończoność. Oprócz tego zajmowałem się innymi rzeczami. Emocjonujący, ponieważ nasze festiwale komiksowe są świetne. Czy ktoś policzył ile na taki mały, polski rynek komisowy przypada imprez? Dużo. I fajnie. Stresujący, gdyż twórczość musi mieszać się z rzeczywistością. Trzeba pracować, ponieważ z samego tworzenia komiksu pieniędzy nie ma. Trzeba godzić obowiązki życia wśród ludzi, ich zasad, zamiast robić albumy komiksowe. To jest trudne. A dla twórcy załamujące. Rozczarowujący przez kilka osób, ale nad tym nie będę się rozwodził.
Ten rok był świetny. Podsumowując, lepszy od poprzedniego. I o to chodzi. Z szacunkiem go pożegnam.

Marcin Podolec (kolejny komiksowy talent czystej wody, do którego należy tegoroczny rekord w szybkości ukończenia albumu): rok 2011 dla mnie to współpraca z Grzegorzem Januszem ukoronowana „Czasem”, „Urobkiem”, jednoplanszówkami „Uroboros” i „Miłosz”. W planach są kolejne projekty. Obecnie adaptuję scenariusz Grzegorza na potrzeby filmu animowanego, który swoją premierę będzie miał w październiku 2012 roku. Na moim blogu możecie śledzić pierwsze tła, niedługo pojawią się kolejne wycinki. Jakoś w okolicach maja usiadłem na poważnie do „Czasem”, dzięki czemu udało się zamknąć rysowanie albumu na przełomie lipca i sierpnia. Traktuję to jako trzymiesięczną podróż, nieobecność, choć w międzyczasie przyszło mi zdać sesję i kolejny raz wpakować nogę do gipsu, przy czym ostatnia kontuzja okazała się kontuzją ostateczną – nie mogę już grywać w kosza. Premiera „Czasem”, odbiór albumu, recenzje – wszystko wypadło wzruszająco pomyślnie. Bardzo się cieszę, że na nasze spotkanie autorskie przyszło 50 osób. Moment, kiedy komiks (a za nim twórca) wychodzi do ludzi jest zawsze bardzo emocjonujący.
Ciężko oceniać mi sytuację w środowisku – jakiś czas temu postanowiłem trzymać się z dala od dyskusji, które odbierają mi energię do zajmowania się komiksami. Uważam, że w tym roku zrobiliśmy w Polsce kilka naprawdę, naprawdę wartościowych rzeczy. Z tego, co widzę, przyszły rok również zapowiada się interesująco, jeśli chodzi o naszą scenę. Wciąż lubię identyfikować się ze światem komiksiarzy, a tegoroczne konwenty wspominam, jako bardzo udane, szczególnie ten w Łodzi, gdzie mieszkam od roku. No właśnie, 2011 rok to dla mnie faktyczna przeprowadzka z mieściny do dużego miasta. Studia: kilogramy obejrzanych obrazów i filmów, mocne poszerzenie horyzontów.
W styczniu zawiązaliśmy projekt kolec-lagu, lecz w grudniu skład (nie projekt) rozpadł się. Od czerwca nie mam już -nastu lat i myślę, że to był właśnie rok pewnego przejścia, przyspieszonego dorastania, jako twórcy. Przewartościowałem sobie to, czym jest dla mnie bycie rysownikiem. W ciągu ostatnich 12 miesięcy dostałem więcej, niż sobie zamarzyłem i naprawdę nie mam pojęcia, co stanie się w 2012 roku.
Choć pewne plany, oczywiście, są.
Piotrek Nowacki (jeden z redaktorów naczelnych „Kartonu”, który w komiksowie jest od zawsze): 2011 był dla mnie kolejnym udanym komiksowo rokiem, choć pojawił się również smutny akcent. Mam tu na myśli zamknięcie „Kartonu” po siedmiu numerach (o ile siódemka się ukazała - kiedy piszę te słowa raczej nie została jeszcze wydrukowana). Tłumaczyliśmy już powód takiego stanu rzeczy, więc nie będę się powtarzał. Szkoda, bo miałem nadzieję, że będzie to magazyn funkcjonujący na rynku ładnych parę lat.
Cieszę się jednak, że pod szyldem „Kartonu” udało mi się wypuścić mój autorski zeszycik „Moe”. Rozesłałem go kilku zagranicznych recenzentom specjalizujących się w tzw. mini komiksach i zebrał same dobre oceny, co oczywiście bardzo mnie cieszy. Nic jednak nie zastąpi mi radości, jaką odczuwam, kiedy widzę jak dużo frajdy ta moja komiksowa krotochwila, daje mojemu niespełna dwuletniemu synkowi. Uwielbia oglądać ze mną perypetie Moe i zdrowo zaśmiewa się kiedy np. osa robi pieskowi w łapę „kłuj, kłuj”. Choćby dla niego warto było narysować i wydać ten komiks.
W czerwcu udało mi się załapać do reprezentacji polskich komiksiarzy, którzy byli gośćmi festiwalu komiksowego w Strasburgu. Fajną relację z wyprawy napisał Marek Turek - http://turucorp.blogspot.com/2011/06/strasbulles-2011.html. Tam również „Moe” cieszył się wzięciem głównie wśród młodszej części odwiedzających nasze stoisko.
W tym roku pracowałem również nad pełnometrażowym albumem do scenariusza Bartka Sztybora. Kilka dni temu narysowałem ostatnią planszę. Teraz komiks jest na warsztacie kolorystki i mam nadzieję, że w 2012 uda się nam go wydać. Nie chcę w tym momencie za dużo zdradzać. Dodam tylko, że jest to historia bez słów. Mam również nadzieję, że w przyszłym roku uda mi się skończyć również inny pełnometrażowy projekt, jakim jest historyjka roboczo zatytułowana „Ti i Miki”. Jest to raczej rzecz dla młodszego czytelnika. Za scenariusz odpowiada Dominik Szcześniak, a kolory kładzie Sebastian Skrobol. Na tą chwilę jest gotowych piętnaście plansz. Obecnie czekam na dalszy ciąg scenariusza. Jak tylko go dostanę, ochoczo zabieram się do dalszej pracy.
Były jeszcze mniejsze publikacje, jak krótki komiks w antologii „Jazda” (sc. Sztybor, kolor Grzesiek Nita), inny szorciak w antologii „Silence” (sc. Sztybor, kolor Tomek Pastuszka), kolejny Kapitan Mineta w „Kolektywie”, plansza w cyklu „Klasyka na nowo” w trzecim „Bicepsie” czy plansza w sympatycznej broszurce z tributami dla Binio Billa. Oby w przyszłym roku udało się dalej tworzyć i jarać komiksem, tak jak dotychczas.
W kończącym się roku przeczytałem sporo komiksów, w tym kilka naprawdę znakomitych albumów autorstwa kolegów z Polski. Takie tytuły jak „Czasem”, „Diefenbach”, „Szelki” czy szósty tom „Rewolucji” to światowy poziom . Mam nadzieję, że naszym autorom uda się docierać poza nasz wciąż malutki rynek, bo naprawdę ich dzieła na to zasługują.
Jakub Kijuc (reanimator kioskowych zeszytów, którego ostatnio skusiły uroku cyfrowej dystrybucji): dziś w Krasnymstawie z samego rana spadł pierwszy poważny śnieg. Zrobiło się świątecznie i jakoś tak cieplej. Zaraz po tym, jak odczytałem pocztę, gdzie Kuba Oleksak delikatnie przypomniał mi o tym, że miałem coś napisać o mijającym komiksowym roku, zafundowałem sobie przedpołudniową dawkę wu-efu i porąbałem drwa na opał. W szczapki.
Uspokajam. Mail Kuby nie miał z tym nic wspólnego. Potem było „piro-piro”, bym już za chwilę pędził przez zimowe zaspy na pocztę.
Cały czas zastanawiałem się, co napisać o komiksikach w mijającym 2011 roku. Byłem pewien, że powinienem odnieść się przynajmniej w małej części do publikacji, które wydaję. Jednak nie do końca wiedziałem, w jakim ujęciu. Uwierzcie, że trzymając w rękach siekierę przed oczami miałem dosyć niepokojące obrazy. Kolorowe. Karmazynowe...
Ale bez reklamy. Bez promocji. Dlaczego?
Ano dlatego, że wracając z poczty, kiedy to spożytkowałem już sporą część nadmiaru energii, opanował mnie jakiś kosmiczny spokój. Nie zrozumcie mnie źle. Żadnych tam Cthulhu i Nyarlathotepów. Po prostu micha mi się śmiała. I wreszcie wiedziałem, co napisać. Albo inaczej. Wiedziałem, czego nie pisać. Bez sensu przy okazji tak miłych okazji jak Święta, czy nadchodzący Nowy Rok pisać elaboraty o tym, co będzie, i o tym, co było. Zważywszy na fakt, że nie w każdej chwili 2011 roku wokół moich działań panowała zdrowa atmosfera.
Nie będę niczego potwierdzał, ani niczego dementował. Wszystko, co miałem napisać w tym roku już napisałem. Nie będzie wrzutek z okrągłymi gadżetami, które wszyscy tak bardzo kochają. Nic z tych rzeczy. Mam po prostu nadzieję, że te Święta były dla Was wesołe, a Nowy Rok okaże się jeszcze bardziej komiksowy. Mam nadzieję, że pod choinką znaleźliście komiksy, których sami sobie nie wybraliście. Oby to był dobry znak na przyszłe 366 dni. Do usłyszenia w styczniu.
napisał Kuba Oleksak o 13:00
Etykiety: ankieta, Jakub Kijuc, lokalne, Maciej Pałka, Marcin Podolec, Piotr Nowacki, podsumowanie, podsumowanie 2011, Polska, Wojciech Stefaniec, występ gościnny 9 x skomentowali
czwartek, 29 grudnia 2011
#932 - Rok 2011 okiem twórców (część pierwsza)
Michał Śledziński (jeden z głównych zamieszanych w morderstwo polskiego komiksu, były redaktor „Prodktu”): mijający rok to potężne zwolnienie lokalnego ryneczku komiksowego. To ograniczanie oferty, najbardziej dotkliwe w przypadku Egmontu, który przez ostatnie lata przyzwyczaił czytelników do bogatej, comiesięcznej oferty wydawniczej, i lizanie ran po tym, jak pewna sieć dystrybucyjna i jej, delikatnie rzecz nazywając, niefrasobliwe metody (nie)płacenia za sprzedany towar niemal rozłożyły na łopatki wszystkie wydawnictwa w kraju. Kilka miesięcy temu sytuacja była wręcz rozpaczliwa, ale wyjście niektórych edytorów z półek wspomnianej sieci i oparcie dystrybucji na sklepach specjalistycznych oraz własnych siłach (sklepy na stronach wydawców) okazały się strzałem w dziesiątkę. A przy okazji jedynym możliwym strzałem, zważywszy na środki, jakimi dysponują wydawcy. Po prostu, zmienienie nawyków czytelnika trwało kilka miesięcy.
Ten rok to także wysyp wydawnictw niezależnych. Zinów, artzinów (których omówienie pozostawiam bardziej kompetentnym osobom) oraz komiksów, które na własne potrzeby nazywam indie action („Henryk Kaydan”, „Kamień Przeznaczenia” czy zapowiedziany na koniec roku „Biały Orzeł”). Komiksy tego typu, autorów zapatrzonych w amerykański mainstream spod znaku superhero, są od lat ściółką na której wyrastają autorzy, wyłuskiwani potem przez majorsów tamtejszego rynku. Oczywiście, nie ma to żadnego przełożenia na nasze realia, ale szczerze kibicuję tego typu inicjatywom. Tym bardziej, że swoją przygodę z komiksem zaczynałem od bardzo podobnych klimatów.
Zważywszy na to, jak ciężki był ten rok, tym bardziej należy docenić działalność rodzimych twórców (wszystkich, bez wyjątku), których albumy wylądowały na rynku. Przeglądałem ostatnio komiksy nominowane do nagród w Angouleme i po raz kolejny utwierdziłem się w przekonaniu, że absolutnie nie mamy się czego wstydzić. Zważywszy na to, że specyfiką polskiego komiksu jest komiks autorski od A do Z, nie mamy czego się wstydzić podwójnie.
Choć nasz komiksowy tort w tym roku przypominał bardziej skromnego muffina, zostanie jednak zwieńczony wisienką, czyli emisją w TVP2 dokumentu „W ostatniej chwili” w reżyserii Mateusza Szlachtycza o komiksie w PRL-u. Miałem przyjemność obejrzeć go w czasie przedpremierowego pokazu w stolicy i jedyne, do czego mógłbym się przyczepić to jego długość. Jestem pewien, że materiału (anegdotek na temat minionej epoki wypowiedzianych przez klasyków gatunku) wystarczyłoby na dodatkowe dwie godziny.
Łukasz Okólski (komiksowy talent czystej wody, dopieszczony w Łodzi nagrodą dla najlepszego polskiego albumu): wow, ten rok to był mój najpełniejszy okres w komiksowie!
Poznałem mnóstwo ludzi, to cieszy mnie najbardziej. Doświadczyłem chyba wszystkiego, czego się da doświadczyć, jako fan i jako twórca komiksów. Jako fan jęczałem nad kryzysem, paradoksalnie kupując mnóstwo komiksów, tylko po to, żeby później mieć przed sobą mnóstwo ciekawych tytułów i nie mieć ani grosza na ich kupno kolejnych (od Komiksowej Warszawy kupiłem tylko jeden komiks – drugiego „Blera”).
Akurat najwięcej pracy nad „Scientią” przypadło na rok 2010, a nie 2011, ale to właśnie konsumowanie owoców własnej roboty jest najbardziej ekscytujące! Aby oszczędzić wszystkim spazmów radości podsumuje krótko. Zjawianie się na imprezach nie, jako widz tylko, jako gość, wygrywanie nagród i miliony dobrych słów, to w tym roku najjaśniejsze punkty całego zwariowanego potoku związanego z byciem rysownikiem z albumem na koncie. Epicko! To była ciężka praca, ale na takie wynagrodzenie, jakie mnie spotkało, nawet będąc takim mega optymistą, jakim jestem, kompletnie nie liczyłem. Nie będę zgrywał skromnisia. Uwielbiam gadać i być w centrum uwagi, więc moje spełnienie i satysfakcja z tego, że robie komiksy w tym roku były większe niż kiedykolwiek. Niestety boje się, że już nigdy takie nie będą…
Oczywiście, żeby nie było tylko kolorowo, ten rok ma również swoje komiksowe minusy. Otóż z dzieciaka wydającego całą mamonę na komiksy, stałem się człowiekiem pracującym, który nie tylko nie wydaje ani grosza na zeszyty (choć kasy teoretycznie mam więcej niż miałem kiedykolwiek), ale jeszcze nie ma właściwie w ogóle czasu, żeby je czytać, a co dopiero rysować. Nie da się ukryć, dostałem w pysk od dorosłości i to mocno. Właściwie tylko praca i kobieta mi w głowie. Musze wpaść w rytm i jakoś sobie to poukładać, bo choć jestem człowiekiem fartownym i ogólnie szczęśliwym, to bez komiksów mi ciężko. Bardzo ciężko.
Na szczęście pracuje z tabletami Wacoma, więc z rysunkami i około-komiksową działalnością (w ogóle Kraków komiksowo mocno ruszył, warto obadać Małopolskie Studio Komiksu na facebooku, udzielam się tam okazyjnie z chłopakami i jest naprawdę fajnie) cały czas mam styczność. Jednak to nie to samo, co dłubanie plansz wieczorami.
Oj nie to samo.
Tomasz Kleszcz (komiksowy fanatyk, który nie oglądając się za innych realizuje swoje zajawki): rok 2011 był dla mnie zdecydowanie rewolucyjny, jeśli o komiks chodzi. Po piętnastu latach udało mi się narysować i wydać komiks. A nawet dwa. Od zawsze było to moim marzeniem i z tego powodu macie okazję czytać moje wypociny na Kolorowych, gdyż dołączyłem do zaszczytnego grona twórców i dostałem zaproszenie od Kuby. Tak więc wszelkie skargi zgłaszajcie w tej materii do niego.
Zaistniałem także w blogosferze, przed czym długo się wzbraniałem, ale okazało się, że jakiś materiał się zawsze znajdzie i blog nie wieje pustką. Coś tam się powolutku dzieje. Widzę tylko, że to medium zaczyna ustępować powoli wszechwładnemu fejsbukowi, więc nie chcąc zbyt zostawać w tyle zastanawiam się, czy iść także w tym kierunku i patrzeć z nadzieją, czy też ktoś to polubi czy nie. Ale nadal nie mogę się zdecydować…
Istnieje też druga strona medalu, mianowicie nadal pozostaję głównie zwykłym odbiorcą, który komiksy kupuje, czyta i kolekcjonuje. Tytułów mamy sporo, różnorodność niezła. Całe mnóstwo twórców, redaktorów, krytyków, recenzentów. Tylko jakby czytelników tego wszystkiego trochę brakuje, że już nie wspomnę o czytelnikach kupujących…
To, co mnie, jako czytelnika martwi to ciągły wzrost cen. Zasłanianie się tym, że cena okładkowa to pic na wodę niewiele daje, bo i tak komisy są drogie, a z pustej kieszeni i Salomon nie wyciągnie. To najlepszy dowód na to, że rynek coraz bardziej się kurczy, pomimo różnych inicjatyw wpieranych przez Skarb Państwa. Martwi mnie także tendencja do coraz większego oceniania komiksów na podstawie tylko i wyłącznie zawartej w niej historii. Czytam sporo recenzji i w większości recenzenci roztrząsają wątki fabularne, sposób prowadzenia opowieści, rysownikowi poświęcając zaledwie akapit bądź czasem nie poświęcając mu uwagi w ogóle. Podobnie ma się sprawa we wszelkiej maści konkursach. Może to staroświeckie podejście, ale dla mnie komiks to była, jest i będzie historia OBRAZKOWA.
Kończąc to wypracowanie chciałem powiedzieć, że tak mi podpowiada mój prywatny, ukształtowany przez TM-Semic i amerykańską pulpę gust, a o gustach się nie dyskutuje, więc mam nadzieję, że nikt się nie obrazi. Mam jeszcze sporo rzeczy do powiedzenia, ale trzecia część „Kamienia” już się grzeje na stole, więc pozwólcie, że wrócę do rysowania. Mam nadzieję, że za rok znowu będę mógł was zgnębić tekstem podsumowującym, i pochwalić się kolejnymi wydanymi tomami kamienia. Czytelnikom mojego bloga, oraz nabywcom komiksu serdecznie dziękuję.
Marek Turek (kończący obchody piętnastolecia swojej twórczości, jeden z najosobliwszych komiksiarzy na naszym rynku): to był dziwny rok. Może jeszcze nie przełomowy, ale powoli zaczyna się klarować kompletnie inny, nowy i jak do tej pory nieznany w naszym kraju „układ sił”. Spróbuję więc jakoś tutaj, w skrócie, go podsumować. Zapewne zapomniałem o wielu ważnych i istotnych kwestiach, więc z góry przepraszam wszystkich żywotnie zainteresowanych.
In minus:
-„komiksowy cweloholokaust”, a właściwie cała medialna otoczka tej „afery”, która z drugiej strony miała też pozytywne aspekty, bo w końcu można było się dowiedzieć, co o komiksach myślą nasi kochani rodacy;
- komiksy praktycznie całkiem zniknęły z dużych sieci księgarskich i „masowy/przypadkowy czytelnik” został odcięty od jedynego „źródełka”, z którego czerpał swoje „obrazkowe historyjki”. Już nie kupi sobie od niechcenia komiksu na pasażu handlowym, ani nie skonsumuje albumu w empikowej czytelni. Zostały mu skany na sieci, (czyli wersja dla nielicznych „zaawansowanych technologicznie”), albo wmówienie sobie, że w Polsce nie wydaje się komiksów (przerażające, ale większość „przypadkowych” tak właśnie to postrzega). Podejrzewam, że jakiś promil „masowych czytelników” właśnie odkrył, że komiksy można kupować w małych, specjalistycznych księgarniach, a także (o dziwo?!) przez sieć;
- wydawcy musieli zwolnić tempo, ale bądźmy szczerzy, małe oficyny, czyli większość „komiksowa”, są w stanie działać i reagować bardzo elastycznie. Mniej tytułów, w dłuższej perspektywie możliwe ograniczenie nakładów i inne działania, której już mają przetrenowane, więc jakoś się o nich nie martwię;
- rosnąca popularność „komiksów kwejkopodobnych” i umacnianie się ich w świadomości zarówno odbiorców, jak i mediów (łącznie z TVP), jako jedynej wartej uwagi formy komiksu. Nie ogarniam tego (i chyba nie chcę ogarnąć);
- pokutujący stereotyp „komiksy są dla dzieci”.
Plus/minus:
- lekki chaos organizacyjno-logistyczny na kilku imprezach, ze szczególnym wskazaniem na Komiksową Warszawę i Ligaturę. To nie czas i nie miejsce na wnikanie w szczegóły, ale przed organizatorami jeszcze sporo pracy. Na szczęście mają świadomość tego, że muszą jeszcze „małe co nieco” doszlifować;
- „afera wystawowa”, czyli nic o nas bez nas. Mimo wszytko dobrze się dzieje, że w „komiksowym grajdołku” wszyscy powoli uczymy się trochę bardziej profesjonalnego podejścia do tematu;
-„komiks artystyczny” versus „komiks historyczny” versus „komiks mainstreamowy” versus „komiks internetowy” versus „komiks eksportowy” versus „komiks zeszytowy” versus „komiks kobiecy” versus… ech!
In plus:
- imprezy małe i duże, rozsiane po całym kraju, zróżnicowane tematycznie i formalnie, warsztaty, wystawy, prezentacje, prelekcje. W końcu zaczyna się coś naprawdę dziać i jest to dostępne dla każdego;
- ziny, masa nowych zinów;
- albumy krajowych autorów;
- „komiksiarze” w telewizji, „komiksiarze” w sklepach odzieżowych, „komiksiarze” w prasie wszelakiej, „komiksiarze” robiący filmy i teledyski, „komiksiarze” grający w serialach telewizyjnych… To w końcu musi zacząć przynosić jakieś efekty.
Reasumując: naprawdę dziwny rok, bardzo intensywny. Jestem ciekaw, co z tego wszystkiego wyniknie. Idę dalej dłubać swoje.
napisał Kuba Oleksak o 15:30
Etykiety: ankieta, lokalne, Marek Turek, Michał Śledziński, podsumowanie, podsumowanie 2011, Polska, Tomasz Kleszcz, występ gościnny, Łukasz Okólski 6 x skomentowali
niedziela, 25 grudnia 2011
#931 - Poświąteczny Trans-Atlantyk 168
W zapowiedzianym na NYCC „Fatale”, 12-częściowej maxi-serii autorstwa duetu Ed Brubaker-Sean Phillips ich specjalność, czyli kryminał, spotka się z horrorem. Komiks będzie opowiadał historię reportera, który wpada na trop gangstera ścigającego kobietę w latach trzydziestych. Historia o epickich proporcjach równie łatwo będzie żonglowała konwencjami, co okresami czasowymi, w których będzie rozgrywała się akcja. W Brubakerze to historia siedziała już od bardzo dawna i wreszcie po „Incognito” pomysł dojrzał na tyle, aby móc zrealizować go w Image Comics. Ale kiedy Bru zaczął pisać „Fatale” historia ewoluowała w zupełnie niespodziewanym kierunku. Pierwszą (z pięciu) głównych bohaterek/bohaterów, które pojawią się na scenie będzie Josephine, femme fatale, która posiada coś, czego pragną inni. Całość ma być podzielona na trzy akty, ale struktura poszczególnych epizodów będzie mocno skomplikowana, a Phillips, oprócz tego, że przygotował oprawę graficzną, pomagał Bru w pisaniu dialogów. Kiedy poznamy efekt końcowy? Pierwszy zeszyt ukaże się 4 stycznia.
Na wakacje 2012 roku Marvel zaplanował start nowej linii wydawniczej, w której będą ukazywały się literackie wersje najważniejszych historii ostatnich lat. Na pierwszy ogień pójdzie adaptacja „Marvel Civil War”, którą na język prozy ma przełożyć Sturt Moore (scenarzysta „Namor: The First Mutant”), a później nadzorować cały projekt. Redaktor naczelny Domu Pomysłów, Axel Alonso, ma nadzieję, że tego typu książkowe publikacje pozwolą wydawnictwu na dotarcie do nowego czytelnika ze swoim produktem, podobnie, jak miało to miejsce w przypadku filmów Marvel Studios. Zresztą, tych książek nie byłoby bez kinowych sukcesów Marvela, dzięki którym takie marki, jak Avengers, Iron-Man czy Thor są powszechnie rozpoznawane. Ci, którym po wizycie w kinie będzie mało, będą mogli sięgnąć nie tylko po komiksy, ale również książki. Wybór „Civil War” również nie jest przypadkowy – była to jedna z historii, której udało się przebić do masowej świadomości.
Na łamach „Batmana” swój debiut zaliczyło Court of Owls, tajna organizacja w uniwersum DC, która skryta w cieniu pociąga za sznurki w Gotham. Tym samym podpadła Batmanowi, ale Bruce nie wie, że ród Wayne`ów jest w pewien sposób powiązany z Sowami. Scenarzysta on-goinga i pomysłodawca tego całego zamieszania, Scott Snyder, obchodzi właśnie pierwszą rocznicę pracy nad Mrocznym Rycerzem i historia z Court of Owls jest kulminacyjnym momentem jego runu. Łączy się on z pomysłami zaproponowanymi przez Granta Morrisona, podobnie jak z kilkoma innymi tytułami Nowej 52 osadzonymi w Gotham (między innymi z „Batgirl” czy „All Star Western”). W batmańskiej mitologii Sowa jest archetypicznym przeciwieństwem Nietoperza i Snyder w swoich historiach chciałbym położyć nacisk na ten aspekt. Scenarzysta nieśmiało porównuje swój plan na Batka, do tego co ze Swamp Thingiem zrobił Alan Moore i Len Wein. Ciekawe, czy choć w połowie uda mu się opowiedzieć podobną historię…
Charles Burns pracuje nad nowym projektem we współpracy z Elysian Brewing Company i Fantagraphics. I nie będzie to komiks tylko seria dwunastu serii unikalnych grafik na… piwo. Przyszłoroczne „Twelve Beers of the Apocalypse” uświetni przepowiednie Majów, wedle której w 2012 roku świat ma się skończyć. Czym lepiej uczcić taką okazją niż browarem z banderolą wykonaną przez Burnsa? Creepy! W styczniu ukaże się pierwsze piwo nazwane Nibiru, będące belgijskim Triplem z dodatkiem yerby mate i innych składników. Nowe trunki będą pojawiały się każdego 21 dnia miesiąca w wybranych barach, pubach Elysian i w siedzibie Fantagraphics.
Gilbert Hernandez na jesień 2012 roku wyda pierwszy album w barwach Drawn and Quarterly. Hernandez o pracy nad swoim nowym dziełem mówił już wcześnie w tym roku, ale dopiero teraz pojawiły się konkretne informacje na jego temat. Na poły biograficzna powieść graficzna „Marble Season” będzie opowieścią o dzieciakach dorastających w latach sześćdziesiątych na przedmieściach południowej Kalifornii i o ówczesnej popkulturze. Może jednym z tych dzieciaków był właśnie Hernandez, jeden z najwybitniejszych komiksiarzy naszych czasów, którego wyobraźnia kształtowała się pod wpływem programów telewizyjnych , komiksów, muzyki? Na początku roku ruszy kampania promocyjna komiksu, w ramach której D&Q przygotuje serię spotkań z Hernandezem w całych Stanach.
napisał Kuba Oleksak o 17:00
Etykiety: Trans-Atlantyk 3 x skomentowali
sobota, 24 grudnia 2011
#930 - Wigilijny Komix-Express 119
Pomożecie? Album "Harbor Moon" ilustrowany przez Pawła Sambora we współpracy z Nikodemem Cabałą został nominowany przez serwis ComicMonsters w kategorii Najlepsza Powieść Graficzna 2011 roku i potrzebuje wsparcia w fanowskim głosowaniu. A rywale są nie byle jacy - w szranki z naszym reprezentantem za Oceanem stają "Crossed 3D" Gartha Ennisa, powieść graficzna "Hellblazer Pandemonium" Jamiego Delano i Jocka, czy album (czy raczej albumik) "Hellboy: House of the Living Dead" Mike`a Mignoli i Richarda Corbena. Przyznam, że jestem nieco zdziwiony tą nominacją, jednak nie dlatego, że komiks Ryana Colucciego, Dikrana Ornekiana i Sambora ukazał się nakładem Arcana Studio na konwencie w San Diego w... 2010 roku. Mniejsza jednak o to - logujcie się i głosujcie! (KO)
Mangowe wydawnictwo Waneko uaktualniło swoje plany na pierwszą połowę 2012 roku. W styczniu, oprócz kolejnych tomów serii kontynuowanych "Vampire Knight" (tomik 11), "Yami No Matsuei" (12), "Special A" (2) zadebiuje nowa seria - "Dengeki Daisy". W lutym natomiast do sprzedaży trafi premierowy album szykowanego na wielki przebój "Battle Royale" (a oprócz tego - "Kuroshitsuji" oraz "High school of the Dead"). W marcu ukaże się aż pięć pozycji - "Dengeki Daisy" #2, "Vampire Knight" #12, "Special A" #3, "Wampirzyca Karin" #3 oraz część druga "Japońskiego codziennika". Kwiecień obrodzi w nowe tomy "Battle Royale", "HsotD", "Kuroshitsuji" i "Miłości...", a na maj zaplanowano "Vampire Knight", "Dengeki Daisy" i "Special A". Czemu o tym pisze? Bo wydaje mi się, że w rynek mangi kryzys nie uderzył tak mocno, jak w zachodnie komiksowo. Patrząc na zapowiedzi Waneko myślę sobie - bogato! A przecież są jeszcze pozycje "print on demand" i dodruki, a wśród nich między innymi "Love Hina", "GTO", "Video Girl Ai" czy "Paradise Kiss". (KO)
napisał Kuba Oleksak o 13:00
Etykiety: Komix Express 8 x skomentowali
#929 - Święta tuż, tuż...
... u schyłku Cesarstwa Rzymskiego, za panowania cesarza Aureliana powstał nowy kult synkretyczny, łączący w sobie elementy mitraizmu, kultu El Gabala i bóstwa solarnego Sol. Obchodzone 25 grudnia, święto ku czci Sol Invictus, było świętem państwowym i pierwszy raz jest poświadczone źródłowo w roku 354. Kościół pod koniec IV wieku przepisał w tym dniu obchodzenie świąt Bożego Narodzenia. Apologeci chrześcijańscy zauważają, że Hipolit już w datowanym na 204 rok Komentarzu do Księgi Daniela (4,23,3) pisał "Pierwsze przyjście Pana naszego wcielonego, w którym narodził się w Betlejem miało miejsce ósmego dnia przed kalendami styczniowymi", podczas gdy 25 grudnia został ustanowiony przez cesarza Aureliana świętem narodzenia niezwyciężonego słońca dopiero w roku 274. (źródło: Wikipedia) Czego więc życzyć moim bliskim z komiksowa na te Święta i nadchodzący Nowy Rok? Zdrowia, szczęścia, pomyślności i jeszcze raz pieniędzy... Albo nie. Radości. Radości we wszystkim tym, czym się zajmujecie, z czym się męczycie czasami i czego macie po prostu dość. Dużo komiksowej energii, której nigdy nie powinno zabraknąć. Nadziei, że nadchodzący rok nie będzie gorszy, nie będzie tak samo dobry, ale będzie lepszy od mijającego 2011. I oczywiście komiksowych podarków pod choinkami, o ile oczywiście sobie na nie zasłużyliście. Tylko jeśli jesteście na liście Hulka po stronie tych grzecznych...
Do życzeń dokłada się oczywiście cała ekipa Kolorowych Zeszytów:

(od lewej: Maciej Gierszewski, Marcin Zembrzuski, Krzysztof Cuber i Krzysztof Ryszard Wojciechowski)
PS. Na Wiki wśród potencjalnych bożonarodzeniowych pierwocin, oprócz Sol Invictus, podają jeszcze kult Mitry, rzymskie Saturnalia i jakieś obrzędy z okresu kamienia łupanego. Gdzieś jest pogańsko-skandynawskie święto Jul, ja się pytam!
napisał Kuba Oleksak o 11:00
Etykiety: drobiażdżki 2 x skomentowali
czwartek, 22 grudnia 2011
#928 - Mrok
„Mrok”, składający się do tej pory z dwóch albumów - „Przbudzenia” i „Krwawego żniwa” - jest pulpowym konglomeratem gatunków i stylów. Horror miesza się tutaj z fantastyką, sensacja z humorem, zaangażowana krytyka społeczna z bezsensowną, służącą jedynie szokowaniu, narysowaną przemocą. Konwencjonalność sąsiaduje ze świadomym, ironicznym dystansem wobec opowiadanej za pomocą klisz historii (co najlepiej widać w pierwszych dwóch scenach). Zaręba jednocześnie opowiada historię przynosząca na myśl „najlepsze” dokonania EC Comics, a z drugiej strony zdaje się naśmiewać z popularnych schematów (nie tylko komiksowych) przerysowując je w groteskowy sposób. A przynajmniej takie miałem wrażenie.
Z treścią koresponduje forma. O ile pierwszy tom został w całości narysowany przez Nikodema Cabałę, przez co jest spójny, o tyle w drugim do pracy nad oprawą wizualną autor zatrudnił oddział grafików współpracujących ze Strefą Komiksu, niekoniecznie pasujących do estetyki „Mroku”. Jeśli idzie o starszego z braci Cabałów, to przy całym szacunku dla jego warsztatu, nigdy nie należał do moich ulubionych artystów, delikatnie mówiąc. Uważam jego kreskę za bardzo sztywną, pozbawionej lekkości i swobody, koniecznym w medium opartym na opowiadaniu obrazem. Boję się, że jako rysownik po mainstreamowemu realistyczny nigdy nie przeskoczy poziomu dzielącego rzemieślnika, od tych najlepszych, którzy mają to coś, czego wyuczyć się nie da. Ma się to, albo nie. Z tego powodu nigdy nie będzie grał w lidze Rosińskiego czy Polcha. Pozostaje mu rywalizacja z Kowalskim na zapleczu ekstraklasy.
Wśród artystów, którzy współtworzyli „Krwawe żniwo” z najlepszej strony pokazał się Artur Chochowski, choć estetyka „Mroku” wydawałaby się obca jego stylowi. Jeden z najbardziej niedocenianych polskich rysowników potrafił uchwycić groteskę wydarzeń i emocję poszczególnych bohaterów. Po rysunkach Zygmunta Similaka widać pośpiech, boleśnie odbijający się na jakości jego pracy, która prezentują się po prostu źle. Nie wiem czy dobrym pomysłem było pozostawienie mu sekwencji z dużą ilością samochodów do narysowania, skoro zupełnie sobie z nimi nie radzi. Poza tym nasycił scenę gangsterskich porachunków humorem, co nie do końca pasuje do konwencji (choć może takie było zamierzenie?). Nieco lepiej zaprezentował się mangujący Tomasz Kleszcz, który z rysowaniem pojazdów problemów nie ma, ale przesadza z sztucznymi, komputerowymi efektami.
Nie jestem pewien do jakiej gry zaprasza mnie Robert Zaręba. Nie wiem na ile pomyślał sobie swoje dzieło, jako postmodernistyczny kolaż, a na ile, jako pulpową opowieść na poważnie. Ja odbieram „Mrok”, jako swego rodzaju transgatunkową penetrację sfer granicznych, w których to co maksymalnie kiczowate ściera się z własną, karykaturalną parodią. W swoich poszukiwaniach Zaręba nie boi się przekraczać granic dobrego smaku, szokować i ostentacyjnie epatować brutalnością. Myślę, że utwór bardziej przypadnie do gustu akademikom pochylającym się na stanem kultury współczesnej, niż zwykłym czytelnikom. Wisienką na torcie będą oczywiście antyklerykalne wątki, przemycane przez autora tu i ówdzie, które mogą być fajnym polem do popisu dla jakiegoś mocno dekonstrukcyjnego odczytania.
napisał Kuba Oleksak o 09:00
Etykiety: Artur Chochowski, horror, lokalne, mainstream, Nikodem Cabała, Polska, recenzja, Robert Zaręba, Strefa Komiksu, Tomasz Kleszcz, Wydawnictwo Roberta Zaręby, Zygmunt Similak 0 x skomentowali
środa, 21 grudnia 2011
#927 - The Lonely Matador
W albumie „Samotny matador” Jay opowiada alternatywną wersję życia, a właściwie starości, hiszpańskiego matadora Juana Belmonte, który faktycznie był hiszpańskim matadorem i żył w latach 1892 – 1962. Akcja komiksu dzieje się rok później, na jednym z początkowych kadrów pojawia się budzik, na którym widnieje rok 1963. Wyjściem dla snucia opowieści, jest zdanie: „Co by było, gdyby…?”. Gdyby słynny bohater areny nie popełnił samobójstwa, a po zakończeniu fenomenalnej i burzliwej kariery, odszedł na emeryturę, dożył późnej starości. Jak wówczas wyglądałoby jego życie? Z jakimi problemami życia codziennego musiałby borykać się słynny matador, bożyszcze kobiet, wielbiony przez tłumy? Czy potrafiłby sobie poradzić sam, bez walki, bez adrenaliny buzującej we krwi. Komiks, który trzymam w rękach, można uznać za swoiste ćwiczenie z wyobraźni. napisał Maciej Gierszewski o 09:00
Etykiety: artystowskie, Centrala, Europa, Jay Wright, Ligatura, Ligatura 2011, lokalne, recenzja 8 x skomentowali
poniedziałek, 19 grudnia 2011
#926 - Trans-Atlantyk 167
Kolejnym po Jerry`m Robinsonie i Joe Simonie artystą komiksowym, który w ostatnim czasie odszedł od nas jest Eduarto Barreto. Rysownik znany najlepiej ze swojej pracy w DC Comics, główne nad „New Teen Titans” w latach osiemdziesiątych, zmarł w niewyjaśnionych okolicznościach. Pochodzący z Urugwaju artysta miał zaledwie 57 lat. Swoją karierę rozpoczynał od współpracy z legendarnym argentyńskim komiksiarzem Hectorem Germanem Oesterheldem w latach siedemdziesiątych, dzięki czemu mógł szybko zaistnieć na rynku amerykańskim. Dla DC rysował między innymi „Supermana”, „Action Comics” czy „Martian Manhuntera”. Sławę przyniósł mu jednak run w „Tytanach”, których przejął od George`a Pereza i Jose Luisa Garcii-Lopeza. Syn Barreto, Diego, poszedł w ślady ojca i rysuje znaną serię „The Irredeemable”, podobnie, jak jego córka Andrea, która jest kolorystką. Eduarto, spoczywaj w pokoju.
Dzięki sukcesowi „Batman: Arkham City” multimedialny oddział Warner Bros. z Montrealu będzie miał ręce pełne roboty. W niedalekiej przyszłości pojawi się jeszcze więcej gier opartych na licencji DC Comics, które powstaną (być może) kosztem filmów z tej samej stajni. Oprócz deklaracji nie padły żadne zapowiedzi konkretnych tytułów, wiadomo jednak, że developerzy współpracują bardzo blisko z ludźmi z komiksowego świecznika – konkretnie z Jimem Lee i Geoffem Johnsem. Reid Schneider, szef produkcji, słusznie zauważył, że segment gier z komiksowym rodowodem jest znacznie mniej zagospodarowany i w przeciwieństwie do branży filmowej nie trzeba konkurować z Marvel Studios, które obecnie utrzymują bardzo mocną pozycję.
napisał Kuba Oleksak o 19:00
Etykiety: Trans-Atlantyk 3 x skomentowali
niedziela, 18 grudnia 2011
#925 - Komix- Express 118
Aukcje stuffu wykonanego przez Karola są nie tylko "przedświąteczne". Jest jeszcze inny powód, dlaczego akurat teraz można wylicytować te cuda na allegro. Otóż autor "Łaumy", obchodzi tej zimy 10-lecie publikacji pierwszych komiksów a możliwość zakupu oryginalnych prac, to tylko jedna z atrakcji obchodów jubileuszu. Zimą 2001 roku na rynku pojawił się pierwszy numer zinu "Koks", gdzie po raz pierwszy wyszło kilka komiksów Karola, a w numerze 2/2002 "Produktu", pojawiły się Kaerelki. Jak łatwo obliczyć, tej zimy mija okrągłe 10 lat. Oto inne atrakcje: W święta staruje nowa seria Kaerelków, które teraz zwą się Karmelkami. Do sieci trafi też cyfrowe wydanie albumu "Kaerelki i inne takie". Pojawi się galeria rysunków gościnnych - stworzona przez komiksowych przyjaciół autora "Yoela", "LOPZ" i "Łaumy". A w okresie międzyświątecznym pojawi się też kilka informacji o pracach nad nowym albumem komiksowym i o innych projektach na przyszłość. (KC)
Wystartowała druga edycja plebiscytu "Komiks Roku" (dla niepoznaki nazwanej "Komiksy Roku"). Znowu nie obyło się bez kontrowersji. Jurorzy (poza Maciejem Pałką) zagłosowali między innymi na komiksy niewydane w Polsce. Czyżby nie czytali zbyt wielu polskich albumów? A może czytali, ale wolą zagraniczne? Wszystko jedno, jaka jest odpowiedź. Sporo osób jest pewnie tym faktem niepocieszona. A wystarczyłby taki maleńki zapisik w regulaminie, że można głosować tylko na albumy wydane w Polsce i (prawie) wszyscy byliby zadowoleni. Boli pominięcie najlepszego od lat albumu Thorgala. 50 albumów i nie znalazło się miejsce dla malarskich popisów Rosińskiego? (KC)
Polski filmowiec nakręci obraz na podstawie francuskiego komiksu? Jak podaje komiksowy oddział Gildii (powołując się na Stopklatkę) Xawery Żuławski zainteresowany jest przeniesieniem na ekran komiksu "Niebo nad Brukselą". Podobno podczas drugiej Komiksowej Warszawy polski reżyser rozmawiał o możliwościach realizacji takiego projektu z Bernarem Yslaire`m. Prace nad scenariuszem filmu trwają już od dwóch lat, a w założeniach Żuławskiego treść francuskiego utworu miałaby być jedynie częścią większej całości. Jeśli do prac nad polską adaptacją powieści graficznej Yslaire`a dojdzie będzie to wydarzenie bez precedensu i absolutna sensacja. (KO)
W sieci pojawił się nowy serwis komiksowy. Strona Independent Comics założona przez Krzysztofa Tymczyńskiego poświęcona jest głównonurtowym komiksom wydawanym przez mniejszych edytorów na amerykańskim rynku, zdominowanym przez gigantów - Marvela i DC Comics. Będzie zatem można poczytać o produkcjach Image Comics, Dark Horse Comics IDW Publishing, BOOM! Entertainment czy Dynamite Entertainment. Pomysł na realizację projektu IC.pl narodził się w głowie jej autora dzięki portalowi DCMultiverse, gdzie Lokus założył rubrykę "Nie Tylko DC". W końcu, zdecydowano się na założenie całkiem nowej witryny. Strona ma charakter eksperymentu, który wcale nie musi się zakończyć. Jeśli tylko przypadnie do gustu czytelnikom, to z pewnością będzie działać na wysokich obrotach. Ja osobiście cieszę się, że IC.pl nie będzie zaśmiecona streszczeniami poszczególnych zeszytów. (KO)
Znane są już wyniki V konkursu na komiks o Powstaniu Warszawskim. Zwyciężczynią edycji 2011 została Maria Rostocka, której praca została oparta na wspomnieniach Janiny Rożeckiej, pseudonim "Dora", która podczas walk służyła w szpitalu. Jury w składzie: Tomasz Kołodziejczak z wydawnictwa Egmont, Krzysztof Gawronkiewicz, Szymon Holcman z Kultury Gniewu, Karolina Korwin-Piotrowska, Rafał Skarżycki, Katarzyna Utracka oraz Ernesto Gonzales i Grzegorz Janusz, którzy triumfowali w zeszłym roku zdecydowało przyznać w swumie trzy nagrody oraz trzy wyróżnienia:
I nagroda (1500 euro): „Co jest czarne, co białe, a co jest bez sensu” Maria Rostocka
II nagroda (1000 euro): „Piwnicobajdurzenie” Karolina Walczak
III nagroda (500 euro): „Memento Mori” autorswa Mateusz Wiśniewski (scenariusz) Krystian Garstkowiak (rysunek)
Wyróżnienia otrzymali: Alesia Zawodzińska za komiks „Włosy”, Berenika Kołomyckia za pracę „Krystyna Krahelska, Warszawska syrenka” oraz Marcin Opiłowski za komiks „Łza”.
Jak widać w tym roku dziewczyny rzeczywiście pokazały, że umieją rysować komiksy. Przynajmniej te o Powstaniu. W sumie do konkursu zakwalifikowano 59 prac. W konkursie wzięły udział 73 osoby. Najstarszy uczestnik miał 49, a najmłodszy 14 lat. (KO)
napisał Krzysztof Cuber o 20:54
Etykiety: Komix Express 1 x skomentowali













