poniedziałek, 28 listopada 2011

#911 - Bler #2: Zapomnij o przeszłości

Pierwszy tom „Blera” zostawiał czytelnika z wieloma pytania, drugi – daje odpowiedz na większość, jeśli nie na wszystkie z nich. Podobało mi się, w jaki sposób „Lepsza wersja życia” rozbudziło mój czytelniczy apetyt na to, co miało stać się dalej. Jednak po pysznej przystawce główne danie nie smakowało już tak dobrze.

Nie wiem czy Rafał Szłapa dobrze zrobił wyjawiając niemal wszystkie tajemnice związane z przeszłością krakowskiego superbohatera. Odpowiedzi, które otrzymałem wydają mi się nieco za proste, zbyt oczywiste. Oprócz tego Szłapa podjął się trudnego zadania powiedzenia czegoś oryginalnego o moralnym relatywizmie, o realnej skuteczności działań zamaskowanych herosów, o ich mocy i odpowiedzialności, nadużyciach tych, którzy są potężniejsi od zwyczajnych ludzi. Od dobrych trzydziestu lat zajmują się tym amerykańscy scenarzyści. Owoce ich pracy niekiedy wyrastają na arcydzieła, jak w przypadku „Strażników”, częściej – giną w natłoku dziesiątek innych tytułów. „Zapomnij o przeszłości” bliżej jest, niestety, tej drugiej grupy, choć drugi „Bler” nie jest komiksem do końca nieudanym.

Przede wszystkim udało się znakomicie pokazać, w jaki sposób zamaskowany superbohater funkcjonowałby w Polsce i z jakimi „łotrami” musiałby się mierzyć. Na szczególne uznanie zasługuje dramatyczna scena rozprawy z nieuczciwymi developerami. Wobec bezradności naszego systemu, nie potrafiącego ukarać żerujących na ludzkiej krzywdzie cwaniaczków, potrzeba kogoś, kto się tym zajmie. W takim kontekście Blera można interpretować, jako wentyl bezpieczeństwa dla sfrustrowanego bezradnością swoich władz społeczeństwa. Widząc, że legalne w majestacie prawa środki zawodzą, chciałoby się wymierzyć sprawiedliwość na własną rękę. Skutecznie, brutalnie, szybko. Tak, aby dać przykład tym, którzy chcieliby pójść w ślady owych mieszkaniowych biznesmenów. I Szłapa przekornie pokazuje jak bardzo nieskuteczne takie „superbohaterskie” działania są. Bler łapiąc bankowych rabusiów, powstrzymując ojca znęcającego się nad swoim dzieckiem nie potrafi przeciwdziałać złu. Nie usuwa przyczyn, a objawy powstrzymuje tylko na krótką metę. Bardzo pesymistyczna to wizja naszej rzeczywistości i, jak sądzę, mocno dyskusyjna.

Gdyby Szłapa trzymał się właśnie tego wątku, „Zapomnij o przeszłości” byłby jednym z najciekawszych polskich albumów wydanych w mijającym roku. „Wilq`iem” zrobionym na serio. Niestety, w okolicach połowy historii, a dokładnie w momencie, kiedy główny bohater próbuje odkryć źródło swojej niezwykłej mocy i rozwikłać tajemnicę tożsamości, fabuła nieprzyjemnie zgrzyta, quasi-realistyczna konwencja zaczyna się rwać, a mój czytelniczy zapał raptownie gaśnie. W niezrozumiały dla mnie sposób całkiem niegłupia opowieść schodzi na manowce szablonowej historyjki superbohaterskiej, uderzając w najniższe rejestry komiksowego kiczu. Rafale, dlaczego!?

W przeciwieństwie do fabuły, oprawa graficzna przez cały album utrzymana jest na równym poziomie. Rysunki Szłapy mile kojarzą się ze starą szkołą polskiego realizmu, w guście Wróblewskiego. Taki styl jednych będzie raził swoją topornością, a drugim przypadnie do gustu specyficzny retro-vibe. Warsztatu natomiast autorowi „Blera” odmówić nie można. Oprawa graficzna jest czytelna, komunikatywna, ale nie służalcza wobec narracji – da się wychwycić kilka smaczków. Oczywiście ja dalej będę się upierał, że wolę Szłapę malarskiego, bo w takiej wersji należy do czołówki polskich komiksiarzy (moim zdaniem), a w wydaniu „komiksowym” – jest tylko jednym z wielu.

Pierwszy tom zostawiał swojego czytelnika w zawieszeniu. W „Lepszej wersji życia” Rafał Szłapa zakończył opowieść takim cliffhangerem, dzięki któremu każdy komiksowy fan (no, przynajmniej ja) z niecierpliwością wyczekiwał kolejnego tomu. Po lekturze „Zapomnij o przeszłości” album odkładałem z uczuciem zirytowania i rozczarowania. W „Ostatnim wyczynie” Szłapa zostało 48 stron, żeby mnie przekonać, że nie miałem racji. Oby mu się udało.

niedziela, 27 listopada 2011

#910 - Trans-Atlantyk 164

Pogrążona w stagnacji komiksowa branża upatruje swojego ratunku w cyfrowej dystrybucji. Przekonanie o tym, że komiksy dostępne nie w sklepie komiksowym, ale na Iphonie czy iPadzie będą się lepiej sprzedawać urosło już do rangi dogmatu. Wkrótce, pewnie nawet w 2012 roku, większość premierowych zeszytów największych edytorów za Oceanem (w tym Marvela i DC) będzie można w dniu premiery przeczytać na ekranie. Scenarzysta Mark Millar przestrzega jednak przed przejściem z drukowanego na cyfrowe przypominając o roli sklepów komiksowych. To właśnie one, zwykle prowadzone przez fanbojów, są spoiwem i fundamentem komiksowego rynku. To one, a nie wydawcy, z wielką pasją i zaangażowaniem budują więź z klientem, nakręcają sprzedaż i są ważnym elementem podtrzymującym ten biznes przy życiu. Według autora „Wanted” i „Kick Assa” całkowite przejście na cyfrową dystrybucja po prostu zniszczy sklepy komiksowe, co w dłuższej perspektywie może negatywnie odbić się na całym rynku. Scenarzysta bardzo sobie chwali swoją współpracę z retailerami (nie wiem czy akurat dystrybutor albo sprzedawca spełni swoją rolę, jako polski odpowiednik), dzięki której jego prace cieszyły się naprawdę dobrą sprzedażą i zapewnia ich, że „Superior” czy „Kick Ass 2” będę dostępne wyłącznie w papierowej wersji podczas swoich premier. W całej tej nieco bezmyślnej pogoni za technicznym nowinkarstwem i równie bezmyślnymi próbami podnoszenia sprzedaży trudno nie brać pod uwagę tego, co mówi Millar.

W mijającym tygodniu do sklepów trafił 600. numerFantastic Four”. Scenarzysta Jonathan Hickman na łamach jubileuszowego numeru, który w dodatku uświetnia 50 rocznicę narodzin Pierwszej Rodziny Marvela, zaprezentował pierwszy epizod historii zatytułowanej „Forever”, będącej punktem kulminacyjnym jego pisarskiej przygody z Fantastyczną Czwórką. Oprócz tego, na łamach miesięcznika „FF”, który zadebiutował po śmierci Johnny`ego Stormem w numerze 587, pisanym również przez Hickmana, będziemy mogli oglądać te same wydarzenia pokazane z innej strony. Oczywiście nie zdradzę Wam czy Human Torch powrócił do życia, ale odpowiedz w tym wypadku nasuwa się sama. Hickman zapewnia, że wszystko, co pisał od #570 do chwili obecnej było częścią wielkiego planu odświeżenia konceptu stworzonego przez Stana Lee i Jacka Kirby`ego, którego zwieńczeniem (przynajmniej do tej pory) jest inwazja Kree. Dużą rolę w „Forever” odegrają zatem Inhumans, którzy powrócili właśnie na księżyc, a także Galactus, w związku z wydarzeniami w serii „Mighty Thor” Matta Fractiona, który ma tym razem do odegrania zupełnie inną rolę. W równolegle rozgrywającej się historii na łamach „FF” (pod tytułem „All Hope Lies in Doom”) pierwszoplanowe rolę odgrywają Franklin Richards oraz Doktor Doom, którego przecież nie mogło zabraknąć przy urodzinach rodziny Fantastycznych.

Image Comics zorganizuje trzydniowy konwent poświęcony autorskim projektom komiksowym. Oczywiście, jak sama nazwa wskazuje, lwia część Image Expo będzie zapewne poświęcona produkcjom własnym wydawnictwa, szczególnie, że w kalifornijskim Oakland pojawią się przede wszystkim twórcy związani z marką stworzoną w 1992 roku. Pojawią się zatem rządzący w Image Robert Kirkman, Erik Larsen, Todd McFarlane, Marc Silvestri, Jim Valentino, zobaczymy również Roba Liefelda i Whilce Portacio, a więc wszyscy ojcowie założyciele z wyjątkiem Jima Lee zjawią się w komplecie. Oprócz nich nie zabraknie innych gwiazd komiksowego firmamentu z Ameryki – Briana K. Vaughana, Joe`go Casey`a, Jonathana Hickmana, Ryana Ottley`a, Fiony Staples czy Richarda Starkingsa. Impreza będzie trwała od 24 do 26 lutego i odbędzie się w Oakland Convention Center.

Fani stworzonego przez Mike`a Mignolę uniwersum już powinni zacierać ręce na samą myśl o tym, co będzie się działo w 2012 roku. Dark Horse Comics zapowiedziało dosłownie cały szereg tytułów, które zmienią oblicze tej uznanej marki. Przede wszystkim ukaże się pięć nowych mini-serii „B.P.R.D.” pod wspólnym szyldem „Hell on Earth”. Wszystko rozpocznie się w lutym wraz z „The Long Death” autorstwa Mignoli (który będzie maczał palce w każdym kolejnym tytule) i Johna Arcudiego z rysunkami Jamesa Harrena. W marcu wystartuje dwuczęściowe „The Pickens County Horror” Scotta Alliego i Jasona Latoura, którym spotkamy klan wampirów, a maju w „The Transformation of J. H. O’Donnell” wyjawiący sekret jednego z członków Biura – pisze Allie, rysuje Max Fiumara. W tym samym miesiącu zadebiutuje również „The Devil’s Engine” (Arcudi i Tyler Crook), w którym powróci Zinco Corporation i wreszcie w czerwcu Cameron Stewart w „Exorcism” skupi się na postaci Ashley Stode. Ale to nie wszystko! Własną mini-serię dostaną również Lobster Johnson (w styczniu, „The Burning Hand”, pisze Arcudi, a Tonci Zonjic rysuje) oraz „Baltimore” (w czerwcu, „Dr. Leskovar`s Remedy”). Dużo tego. Oby w DHC nie zawiodła tylko kontrola jakości.

W obliczu kolejnych kasacji w Marvelu, pytania o sytuację słabiej sprzedających się serii i tytułów, które dopiero są zapowiadane, stały się bardzo, bardzo aktualne. W temacie „Miraclemana” panuje grobowa cisza, natomiast jeśli chodzi o pozycje pozyskane z upadłego wydawnictwa CrossGen Dom Pomysłów zaprzecza, że zrezygnował z ich odświeżenia. Zapowiedziane na kanadyjskim FanExpo „Kiss Kiss Bang Bang” i „Route 666” ukażą się, ale nie w grudnia i lutym. Oba projekty nie zostały skasowane, tylko wstrzymane i te czteroczęściowe mini-serie zadebiutują w 2012 roku. Inne tytuły z CrossGenu sprzedają się na tyle dobrze, że Marvel da szansę Peterowi Milliganowi i Romanowi Rosanasowi („Kiss Kiss Bang Bang”) ora Roberto Aquirre-Sacasce i Peterowi Nguyenowi („Route 666”).

sobota, 26 listopada 2011

#909 - Komix - Express 115

Komiksowych imprez namnożyło się ostatnio tyle, że trzeba je przekładać, aby nie zachodziły na siebie (serio serio!). Coś jak z celowym przekładaniem premier filmów. Wiadomo, że jak to kin wchodził "Władca Pierścieni", to dystrybutorzy chomikowali niektóre dzieła, aby wprowadzić je do kin w innym czasie. Odpowiednikiem "Lorda" jest BFK, a jak na razie tegorocznym zachomikowanym filmem, pozostaje festiwal Ligatura. W zeszłym roku oba festiwale odbyły się czerwcu i niestety przełożyło się to na małą frekwencję. Dlatego trzecia edycja odbędzie się także w Poznaniu, lecz w kwietniu. Dokładny termin to 19 - 22 kwietnia. Tym razem jednak, to Ligatura może być komiksowym "Władcą Pierścieni" A.D. 2012. Potwierdzony został przyjazd Anke Feuchtenberger a w związku z wizytą autorki, do Poznania przyjedzie wystawa jej prac. Feuchtenberger wygłosi prelekcję w ramach cyklu "Wykłady Mistrzowskie" a z okazji jej przyjazdu, Centrala wyda komiks "Somnambule". Do książki będzie dołączona płyta DVD z filmem animowanym, który powstał na podstawie tego komiksu (w tym momencie zacząłem marzyć o zbiorczym "Kocie Rabina" z dołączoną ekranizacją na DVD). Jednak aby związać wszystkie pierścienie w ciemności, Ligatura musi potwierdzić kolejną informację. Oto Centrala stara się, aby do Poznania przyjechał Howard Cruse, autor znakomitego "Stuck Rubber Baby". Podobno są na to spore szanse. Dlatego trzymajcie rękę na pulsie, bo kto wie, może niebawem K-E poda w tej materii potwierdzony przyjazd tego znakomitego gościa. W czasie trwania festiwalu zostanie rozstrzygnięta pierwsza edycja konkursu na "Długi Debiut" komiksowy a patronat medialny nad tym konkursem objęły "Ha!art" oraz "artPapier". Poza tym odbędzie się znowu Pitching. A oto okładka wcześniej wspomnianego komiksu Anke Feuchtenberger "Somnambule": (KC)




Stało się to, co stać się musiało. "Konstrukt" przy całej swojej rozbuchanej zajebistości przestanie wchodzić do Empików i kiosków (był w ogóle w kioskach?). Za dużo było gadki o tazosach i innych gadżetach, a za mało obiektywnego spojrzenia na komiksowy rynek. Ponieważ autor nadal żyje w alternatywnej rzeczywistości polskiego rynku, wrzucił do sieci takie oto info:

"Trwają prace nad internetową platformą do publikacji Konstruktu, dzięki której komiksy Czarnej Materii będą ukazywały się bez opóźnień i być może w większej ilości. Tak jest!"

Chyba: Tak jasne...

"Z różnych powodów, o których zostaniecie poinformowani w jakimś bardziej obszernym tekście Konstrukt zmienia się w publikację cyfrową."

Uwaga, tłumaczę na Polski: Z powodu złej sprzedaży i zbyt dużych zwrotów, "Konstrukt" na jakiś czas zmieni się w publikację cyfrową, a potem zniknie w czasoprzestrzeni, aby już nigdy się nie pojawić.

"Wsiedliśmy w wehikuł czasu i zmierzamy prosto z lat '90 XX wieku ku czasom obecnym."

Czyli nie będzie reliktu lat 90-tych i początku XXI wieku, czyli tazosów. Jaka szkoda. Pomijając fakt, że fajnie się śmieje z tego co konstruktowa załoga wrzuca czasem w sieć, nadal życzymy im wszystkiego dobrego, jak każdej komiksowej inicjatywie. (KC)

Dzieje się w Krakowie, dzieje się Poznaniu, Katowicach, Wrocławiu czy Warszawie (choć tam ostatnio jakby trochę mniej) - dlaczego ma się nie dziać w Opolu? Najbardziej superbohaterskie miasto w Polsce pod koniec listopada zamieni się ze Stolicy Polskiej Piosenki w Stolicę Polskiego Komiksu. Miejska Bibliotek Publiczna zaprasza na opolskie święto komiksu. W ramach (pierwszej?) Operacji Komiks, imprezie towarzyszącej IX Opolskiej Jesieni Literackiej, zaplanowano następujące atrakcje:

Piątek 25.11:

18:00 - pokaz filmu "Sin City - Miasto Grzechu" w reżyserii Roberta Rodrigueza. Przed pokazem o godzinie o 17:30 widzowie dzięki prelekcji filmoznawcy Małgorzaty Stasiak będą mieli okazję prześledzić romans komiksu i kina.

Wtorek 29.11:

18:00 - Wycięte z komiksu, czyli wernisaż wystawy poświęconej Wilq`owi.Ściany Galerii Zamostek zamienią się w tytułowe strony "Wycięte z komiksu". Wtedy też zostaną wręczone nagrody laureatom Ogólnopolskiego Konkursu na Komiksową Zakładkę do Książki. W trakcie spotkania wielbiciele sztuki komiksowej będą mieli szansę na zdobycie ciekawych nagród ufundowanych przez sponsorów.

Środa 30.11:

18:0 - Komiks nie jest tylko dla dzieci, czyli panel dyskusyjny z udziałem Bartłomieja Janickiego, Pawła Panica i Łukasza Słońskiego prowadzony przez Mariusza Jarzombka, który ma zwalczyć stereotyp wiążący komiks przede wszystkim z rozrywką dla dzieci, którym nie chce się czytać. (KO)

Nie dość że żydowska, to jeszcze kobieca! 15 grudnia swoją premierę będzie miała antologia "Złota pszczoła - Żydzi Międzywojennej Warszawy" i nie dość że będzie traktował o starozakonnych, to jeszcze w całości został przygotowany przez kobiety. Scenarzystka Monika Powalisz zaprosiła do współpracy zespół rysowniczek (w składzie: Zofia Dzierżawska, Olga Wróbel, Malwina Konopacka, Agata Nowicka, Joanna Jurczak, Anna Czarnota), aby odtworzyć żydowskie historie z międzywojennej Warszawy, ze świata, który przestał istnieć. Krótką zapowiedz Powalisz można przeczytać na przykład na Alei Komiksu , a sam album ukaże się nakładem Żydowskiej Gminy Wyznaniowej w Warszawie i kosztował będzie równe 0 złotych. (KO)

Listopad miesiącem "Thorgala" - nakładem wydawnictwa Egmont ukazały się dwa nowe albumy, które ucieszą fanów kruczowłosego Wikinga. Do sprzedaży trafiły "Statek miecz" (33. tom regularnej serii "Thorgal", ze scenariuszem Yvesa Sentego i rysunkami Grzegorza Rosińskiego) oraz "Raissa" (premierowy tom nowej, spin-offowej serii "Louve", pióra Yanna Pennetiera, z oprawą graficzną przygotowaną przez Romana Surżenko). Oba komiksy ukazały się w dwóch wersjach - z twardą i miękką okładką. Kosztują odpowiednio 29.99 i 22.99 złotych. Co nowego u Aegirssona i jego rodzinki?

Thorgal szuka swego syna Aniela, porwanego przez Czerwonych Magów. Aby dotrzeć do ich położonej daleko na wschodzie siedziby, zostaje najemnikiem na statku kupieckim, płynącym rzekami Rusi ku krajom Arabów. Po drodze będzie musiał walczyć ze stepowymi bandytami oraz drużyną pewnego wikińskiego króla. Spotka też znajdującą się w opałach dawno niewidzianą znajomą. Aby ją ratować, zdecyduje się na samobójczą misję.

Dziewczynka, która potrafi porozumiewać się ze zwierzętami, nie jest tolerowana przez rówieśników z wioski wikingów. Woli samotnie ćwiczyć strzelanie z łuku i włóczyć się po lesie. Pewnego razu trafia do stada krwiożerczych wilków, ale może uda się jej ocalić życie, wszak jej imię znaczy właśnie Wilczyca. To dopiero początek jej niezwykłych przygód w baśniowej krainie młodości, do której przejście znajduje się obok kryjówki wilczej hordy. (KO)

Na koniec jeszcze jedna informacja. Środa 30. listopada jest Dniem Darmowej Dostawy. W całej akcji weźmie udział m.in. Sklep Gildia, więc warto w tym dniu złożyć komiksowe zamówienie z darmową wysyłką i wysokim rabatem. A jest w czym wybierać. Ukazały się lub ukażą następujące albumy: "Thorgal" #33, "Louve" #1, "Long John Silver", "Liga Niezwykłych Dżentelmenów" #4, "Robot...", "Usagi" #24, "Tin Tiny" i wiele innych. Pytanie tylko, jakim cudem na tym interesie zarobi gildiowy sklep? Moim zdaniem rabat 25-procentowy i darmowa wysyłka to jakaś granica opłacalności. (KC)

czwartek, 24 listopada 2011

#908 - Czasem

Grzegorz Janusz oraz Marcin Podolec to twórcy, których nie ma konieczności nikomu specjalnie przedstawiać. W wypadku pierwszego wystarczy wspomnieć takie jego książki, do których napisał scenariusze, jak: dwa tomy „Przebiegłego dochodzenia Ottona i Watsona” czy wydany w ubiegłym roku album „Wykolejeniec”. Natomiast Marcin Podolec publikując swój długometrażowy debiut – album „Kapitan Sheer” – dał się poznać, jako jeden z najciekawszych rysowników „młodego pokolenia” (tfu, nie znoszę takich określeń, ale fakt faktem twórca jest młody, zdolny i ambitny, no i nade wszystko diabelnie pracowity). W bieżącym roku panowie połączyli swoje siły pod sztandarem Kultury Gniewu i opublikowali album „Czasem”. Komiks powstał w iście ekspresowym tempie. Marcin narysował go w ciągu 7 (słownie: siedmiu!) miesięcy.



Książka jest zbudowana w formie diariusza, spisanego post factum przez głównego bohatera. Narracja, przedstawiona na zasadzie retrospekcji z minionych wydarzeń, obejmuje cały rok życia trzydziestopięcio letniego Adama Ostatko – narrator w swoim sprawozdaniu kwestionuje/neguje zarówno swój wiek, jak i dane personalne – oraz jego małżonki. Nie ma innych bohaterów. Akcja rozpoczyna się w styczniu od kupna domu i próbie rozbudzenia nadziei, „że w nowym miejscu wszystko ułoży się lepiej”. Ale, jak nietrudno się domyśleć, wcale nie układa się między nimi lepiej – w życiu tak właśnie bywa. Adam odkrywa w domu „kanciapę” – znajdujące się pod schodami magiczne pomieszczenie – gdy jest wewnątrz, to czas na zewnątrz się zatrzymuje. Z biegiem kolejnych miesięcy zaczyna traktować to miejsce niczym azyl, do którego ucieka, gdy chce się ukryć przed rzeczywistością. Uciec przed żoną, pracą, obowiązkami domowymi. W swoim królestwie wolnego czasu może spać do woli, przeczytać wszystkie książki odłożone „na potem”, napisać planowaną powieść. Notabene zamiast powieści zaczyna pisać książkę pod tytułem „Śnię baśnie”.


Pomysł i sposób wizualizacji onirycznych opowieści spisywanych przez Ostatko, bardzo mi się podoba. W snach Ostatko, pojawia się biblijna opowieść o stworzeniu Ewy, utworzonej przez Boga w czasie snu Adama z jego żebra. Biblijnych odwołań jest więcej, imię i nazwisko bohatera przywodzi mi na myśl pewien cytat z 1 Listu do Koryntian – „Tak też napisano: Pierwszy człowiek Adam stał się istotą żywą, ostatni Adam stał się duchem ożywiającym. Wszakże nie to, co duchowe, jest pierwsze, lecz to, co cielesne, potem dopiero duchowe. Pierwszy człowiek jest z prochu ziemi, ziemski; drugi człowiek jest z nieba” (1 Kor 15:45-47). Cytat może i jest całkowicie nietrafiony, ale jak dla mnie tłumaczy, powołanie do życia bohatera o taki imieniu i nazwisku.


Mimo alternatywnej rzeczywistości dostępnej dzięki „kanciapie”, album nie jest opowieścią fantazy. Jest raczej dramatem obyczajowym, rozpisanym przez Grzegorza Janusza na parę bohaterów. Opowiada o kolejnych etapach rozpadu emocjonalnego związku partnerskiego. Można go potraktować jako studium przypadku samotności z wyboru. Próbę zrozumienia psychologicznych motywów, które kierują człowiekiem w sytuacjach granicznych. Scenarzysta stara się dać odpowiedzieć na pytania: Co powoduje, że ludzie odsuwają się od siebie? Dlaczego rezygnują z życia i wybierają samotność? Jakie emocje kierują ludźmi w najmroczniejszych chwilach?



Inny trop interpretacyjny podsuwa sam Janusz w odautorskim komentarzu, opublikowanym na stronie Kultury Gniewu: „Zawsze fascynowały mnie historie o bezludnych wyspach. Gdy byłem przedszkolakiem, ojciec czytał mi Robinsona Crusoe Defoe, a ja słuchałem z wypiekami na twarzy. (…) W wieku lat trzydziestu poznałem Wyspę dnia poprzedniego Eco. A gdy skończyłem czterdzieści lat, postanowiłem sam napisać coś o bezludnej wyspie. Owocem tego postanowienia jest scenariusz albumu Czasem. Coś mi się zdaje, że doszedłem do zupełnie innych wniosków niż Defoe”. Diagnoza jaką stawia twórca nie jest pozytywna, nie niesie ze sobą żadnego pocieszenia ani przyjaznego poklepywania. Autor próbuje wmówić nam, że w odpowiednich warunkach, czyli gdy człowiek będzie miał pod dostatkiem wolnego czasu, gdy będzie mógł przebywać cały czas jedynie sam ze sobą, to wtedy jego człowieczeństwo zanika. Zmysł empatii, solidarność, chęć niesienia pomocy, szlachetność i inne odruchy wyuczone podczas socjalizacji obumierają. Człowiek przestaje być zwierzęciem stadnym, zamienia się w niedźwiedzia-samotnika, który występując w obronie własnego terytorium, jest zdolny zabić.


Marcin Podolcec świetnie wczuł się w intymną narrację Grzegorza Janusza. Wyczuł eskapizm i ironię zawarte w scenariuszu. Komiks jest czarno biały, jednak ilość różnych odcieni szarości, jakie udało się Marcinowi wydobyć, jest imponująca. Miękką, rozedrganą kreską bardzo sprawnie ukazał fizyczną przemianę głównego bohatera, który ze zwykłego, niczym specjalnie nie wyróżniającego się człowieka, w finale zamienia się tłustego, obleśnego, zarośniętego i odpychającego neandertalczyka. Dodatkowym smaczkiem albumu jest zaprojektowanie przez rysownika okładek książek, etykiet lekarstw, napitków oraz paczek papierosów pojawiających się w kadrach. Intrygująca jest również “gęstość rysunkowa” – mamy wizualne cytaty z Polańskiego i Rembrandta, zakodowane wydarzenia sportowe z ligi NBA, a na stronie 46, gdy bohater ma problemy z ostrością widzenia, to na rękawku T-shirta jest Oko Opatrzności Bożej. Rysunkowych żartów Marcina jest jeszcze kilka, wystarczy dokładnie przyjrzeć się ścianie na stronie 56 – lista lektur od Prousta po Remarque’a, wycinek z gazety przedstawiający kapsułę czasu, ulotka maści na grzybicę o nazwie „Piętaszek”, etc. Bardzo dobrym przedsięwzięciem ze strony ilustratora jest także „udźwiękowienie” opowieści, poprzez umieszczenie w osobnych dymkach dużej ilości wyrazów onomatopeicznych. Ten pomysł przypadł mi do gustu.


„Czasem” jest nowelą graficzną, którą należy przeczytać, aby przyjąć albo zanegować punkt widzenia scenarzysty na kondycję człowieczeństwa. „Czasem” jest nowelą graficzną, którą należy przeczytać, aby zachwalać kreskę rysownika, bo nie zachwalać się nie da. Czekam na kolejną, wspólną książkę obu panów.

środa, 23 listopada 2011

#907 - Detektyw Fell: Zdziczałe miasto

Witajcie w Snowtown! To miasto, w którym diabeł mówi swoje przysłowiowe dobranoc, nocami dzikie psy zagryzają ludzi w samym centrum, a psychopaci faszerują tłuczonym szkłem banany w najbliższym spożywczaku. To nie Gotham, z galerią ubranych w kolorowe kostiumy wariatów, to nie przeestetyzowana Basin City, to nawet nie Opole, tylko opuszczone przez Boga siedlisko najobrzydliwszego zła. Nowoczesna Sodoma i Gomora, pogranicza naszej cywilizacji, etyki, prawa. Do Snowtown trafiają ludzie ze społeczenego marginesu, usunięci z "normalnego" świata, który w przestrzeni świata przedstawionego znajduje się za mostem.
Właśnie stamtąd przybywa do Snowtown tytułowy bohater, detektyw Fell. "Stąd jest wszędzie daleko. Zimniej tu niż w psiarni i cuchnie tu jak cholera" - tak wita go porucznik Beard. Fell nie jest żadnym rycerzem na śnieżnobiałym koniu. Nie wiemy dlaczego przybył na takie zadupie. Tłumaczy się, że na tle tak mizernych gliniarzy będzie mu łatwiej o awans, że podpadł swoim przełożonym zza mostu. Jakoś mu nie wierzę.

Choć "Detektyw Fell" w swojej konstrukcji może przypominać seriale traktujące o pracy gliniarzy i detektywów, to Fellowi bliżej do nieokreszanych szeryfów z (nota bene!) westernowych rubieży, niż eleganckim śledczym z "C.S.I.". Kiedy wyczerpią się legalne sposoby i zawiodą procedury, Fell wie, jak użyć pięści. Inaczej ciężko byłoby mu przetrwać w Snowtown, bo to nie jest zwyczajne miasto, tylko uniwersum surrealistycznej grozy, pełne budzącego niepokój zła czającego się w ulicznych zakamarkach. Miasto zamieszkują spedalone monstra prosto z sennych koszmarów, ale nie są to jakieś zombiaki czy wampiry, tylko "zwykli" ludzi zdolni do niewyborażalnych skurwysyństw. Tam, poza "normalnym" światem, gdzie ludzkie prawa, racjonalizm czy jakiekolwiek wartości nie obowiązują, czują się jak u siebie. A Fell, niczym Dante w "Boskiej Komedii", zapuszcza się coraz głębiej i głębiej w piekielne trzewia miasta.

Komiks utrzymany jest w bardzo przygnębiającym nastroju, choć nie brakuje w nim dziwacznego poczucia humoru. Warrenowi Ellisowi udało się wyczarować niesamowitą atmosferę grozy - niby opowieść utrzymana jest w realistycznej konwencji, ale w komiksie pojawiają się przedziwne elementy, których nijak (w owej konwencji) wytłumaczyć się nie da. Realne spotyka się z irracjonalnym. Świat przedstawiony tylko pozornie przypomina ten nasz, realny i czytelnik stale trzymany jest w niepewności co może wydarzyć się dalej. Czym są tajemnicze znaki mające chronić miasto przed złem? Kim jest groteskowa zakonnica w masce Richarda Nixona przemykająca na niektórych kadrach? W jakiś sposób taka konstrukcja "Fella" przypomina mi sensacyjne wydanie "Miasteczka Twin Peaks", w bardziej wielkomiejskim wydaniu.

Ellis biorąc na warsztat schemat popularnych proceduralnych tasiemców kształtuje go na własną modłę. Wbrew panującym w mainstreamie tendencjom do dekompresowania fabuły, rozciągania wątków na trejdy, a trejdów na ciągnące się jeszcze dłużej runy, scenarzysta maksymalnie ściska fabułę. Każdy epizod, każda sprawa zmieszczona została na 16 stronach, a scenarzysta narzuca dyscyplinę około 9 kadrów na stronę. To spora sztuka, aby upchnąć całą historię na takiej przestrzeni, ale w "Fellu" udało się to świetnie. Na początku nie mogłem się do takiej kompozycji przyzwyczaić (albo to Ellis się dopiero rozkręcał) i dopiero po dwóch, trzech takich epizodach złapałem odpowiedni rytm. Bardzo lakoniczny, ale nie pozbawiony pewnego kunsztu. Bo trzeba mieć jednak sporo talentu, aby za pomocą kilku kadrów opowiedzieć to, co innym autorom zajęłoby kilka stron, nie popadając przy tym w nadmierną skrótowość i nie roniąc nic z atmosfery.

Trudno wyobrazić mi sobie kogoś innego, kto mógłby zilustrować taką historię, niż Bena Templesmitha. Jego bardzo oszczędny, ocierający się wręcz o abstrakcje styl doskonale nadaje się do zobrazowania całej grozy Snowtown i jego mieszkańców. Podczas lektury komiksu czułem, że Templesmith i Ellis świetnie się rozumieli, co widocznie przełożyło się na efekt ich wspólnej pracy.

Kiedy, podobnie jak ja, zaczniecie tracić wiarę, że na amerykańskim, masowym rynku coraz trudniej trafić na jakąś perełkę, sięgnijcie po "Detektywa Fella". Do doskonały przykład, jak z ogranego do bólu schematu opowieści o tym, jak ten dobry łapie tych złych da się jeszcze wiele wycisnąć. Pomimo przeestetyzowania, pomimo podkreślenia komiksowej groteski bijącej z każdej strony "Fella", mieleniu klisz, komiksowi udało się zachować autentyczną świeżość. Najlepszy komiks od Muchy w tym roku i być może najlepsza rzecz, jaka wyszła spod prasy duńsko-polskiego edytora, a także kolejna produkcja Ellisa, która mnie nie zawiodła. To jeden z niewielu lubianych przeze mnie scenarzystów z USA, któremu (jeszcze?) udało się uniknąć skuchy.

poniedziałek, 21 listopada 2011

#906 - Assassin`s Creed #1: Desmond

W 2007 roku w montrealskich studiach Ubisoftu stworzono „Assassin`s Creed”. Gra przygodowa opowiadająca o zakonie zakapturzonych asasynów, potajemnie kształtujących bieg historii okazała się wielkim przebojem i dała początek całemu cyklowi przebojowych produkcji.

Zachwyceni gracze cmokali nad otwartością świata przedstawionego i wolnością w eksplorowaniu Jerozolimy z okresu III Krucjaty, renesansowej Florencji czy XVI-wiecznego Rzymu. Chwalili przepiękną grafikę i intrygującą fabułę. Krytycy natomiast narzekali na schematyczność kolejnych misji, niski poziom IQ komputerowych oponentów i prymitywny system walki. Tak czy siak, gra odniosła wielki sukces, stając się jednym z największych hitów 2007 roku, zbierając wiele branżowych nagród i nabijając kabzę Ubisoftowi (temu samemu, który tak pięknie zniszczył sagę „Heroes of Might & Magic”, czy jak tam teraz kultowa produkcja NWC się nazywa).

W listopadzie 2009 roku, na kilka dni przed premierę drugiej części „Assassin`s Creed”, na rynku kanadyjskim i frankofońskim miała swoją premierę komiksowa adaptacja przygód Desmonda. Tytułowy bohater za pomocą urządzenia zwanego Animusem, wciela się w swoich przodków, aby wykonywać misje zlecone przez tajemniczą Abstergo Corp. Fabuła serii komiksowej, zamykającej się do tej pory w trzech tomach (według zapowiedzi Sine Qua Non drugi „Aquilus” ukaże się na polskim rynku w 2012 roku), pozostaje dość wierna wydarzeniom przedstawionym na ekranie telewizorów i komputerów, skupiając się na wątkach znanych z pierwszych dwóch części. Dzięki temu „Assassin`s Creed” jest pełnowartościowym produktem, podobnie jak polski „Wiedźmin”, w przeciwieństwie do na przykład „Mass Efect: Odkupienie”, będącym fabularnie tie-inem gry, bez znajomości której bardzo trudno zrozumieć cokolwiek z treści komiksu. Opowieść stworzona przez Erica Corbeyrana i Djillaliego Defali bez zbędnych wstępów wrzuca swojego czytelnika na głęboko wodę, do świata stworzonego przez designerów Ubisoftu. I z jednej strony lubię to odnajdywanie się w całkowicie nowym i obcym do tej pory świecie, ale z drugiej mam to nieprzyjemne uczucie, że nie grając w żadną z gier, coś mi umknęło, czegoś brakuje, aby w pełni rozkoszować się lekturą.

Polskiemu czytelnikowi Corbeyran znany jest z spin-offowej serii „XIII Mystery” i cyklu „Pieśń Strzyg”. Nie jest to przypadkowy scenarzysta, tylko doświadczony fachura, który komiksy pisać potrafi, chociaż "Assassin`s Creed" brakuje nieco polotu. Dzieje zmagań pomiędzy Zakonem Templariuszy a asasynami to dość stereotypowa fabuła o wielkiej konspiracji, ukrytej przed oczami maluczkich i rozgrywce, w której stawką jest władza nad światem. W samym środku tego zamieszania znalazł się Desmond Miles, zwyczajny barman, nie zdający sobie sprawy, w co wdepnął. Nie wiem jak to wyglądało w grze, ale w wersji komiksowej to dość banalna klisza, rażąca mocnymi uproszczeniami, które boleśnie wychodzą choćby w porównaniu z nie mniej szablonową „Pieśnią”.

Oryginalny „Assassin`s Creed” jest jedną z najpiękniejszych współczesnych gier i ci, którzy spodziewają się po komiksowej adaptacji podobnych wizualnych delicji, mogą poczuć się zawiedzeni. Autor oprawy graficznej – Djillali Defali – ze swoją małą efektowną, kreską prezentuje się co najwyżej przeciętnie na tle francuskich wyrobników i znalazłbym kilku artystów znanych choćby z łam „Fantasy Komiks” znacznie sprawnie operujących ołówkiem i piórkiem. Nie sądzę, aby jego archaiczny, wręcz nudny styl mógłby kogoś zachwycić.

Wydawnictwo Sine Qua Non wchodzi na komiksowy rynek próbując podpiąć się pod premierę „Assassin`s Creed: Revelations”. Komiksowa wersja Corbeyrana i Defaliego to sprawnie zrobiona, rzemieślnicza robota, pozbawiona czegoś, co by mogło ją wyróżnić w natłoku innych albumów wydawanych w Polsce. Mnie, osoby, która nie miała przyjemności obcować z growym oryginałem – nie zachwyciła. Jak będzie z tym, którzy mają za sobą przygodę z „Assassin`s Creed”?

niedziela, 20 listopada 2011

#905 - Trans-Atlantyk 163

Po swoich dość odważnych wypowiedziach na temat terroryzmu i muzułmanów, Frank Miller nie omieszkał wyrazić swojego zdania na temat protestujących na nowojorskiej Wall Street okupantów. Autor "Powrotu Mrocznego Rycerza", "300" i "SinCity" nazywa ruch Occupy Wall Street bez ogródek "zadymiarzami, złodziejami i gwałacicielami, wychowanymi na hippisowskiej nostalgii, którzy w swoich działaniach kierują się pokręconym poczuciem słuszności". Dalej opisuje ich jako uzbrojoną w iPhone`y i iPady bandę rozpuszczonych bachorów, którym przypomina, że Ameryka znajduje się w stanie wojny z terrorem. Ruch OWS porównuje niemal do zdrajców, którzy zamiast wspierać swoją ojczyznę w tym trudnym dla niej momencie, nadużywają swoich praw do wolności wypowiadania się. I kończy - "wszystkim klaunom, którzy atakują Amerykę radzę, aby wrócili do swoich domów na przedmieściach i grali dalej w "Lords of Warcraft" (pisownia oryginalna), a jeśli mają odwagę i chcą naprawdę coś zmienić, to niech zaciągną się do wojska".

Nie takich wypowiedzi spodziewałem się po twórcy, który w latach osiemdziesiątych zasłynął z niezwykle przenikliwych i trafnych obserwacji społecznych obecnych w jego komiksach. Podobne zdanie mają zresztą inni ludzie związani z amerykańskim środowiskiem komiksowym. Na głowę Millera posypały się gromy, szybko stał się obiektem kpin. W jego obronie stanął Mark Millar. Scenarzysta "Wanted" i Kick-Ass" przyznaje, że kompletnie nie zgadza się z wypowiedziami jednego ze swoich ulubionych twórców, ale nie godzi się, aby z tego powodu wylewać na niego kubły pomyj i mieszać z błotem, albo wręcz odmawiać mu prawa do opinii, jakkolwiek głupia by ona nie była, jak to się dzieje na komiksowych forach za Oceanem. Bo tak naprawdę tymi wypowiedziami największą krzywdę Miller wyrządza sobie sam.

W ciągu ostatnich dni w Domu Pomysłów doszło do kilku, zaskakujących przetasowań. Oprócz reorganizacji struktury zarządu Marvel drastycznie ogranicza swoją ofertą chcąc najwyraźniej skupić się na swoich najpopularniejszych i najważniejszych seriach, kasując zapowiadane mini-serię i ograniczając liczbę on-goingów. Ofiarami tej polityki stały się serie kobiece - "X-23" i "Ghost Rider". Pozycja pisana przez Marjorie Liu skończy się w styczniu wraz z numerem 20, a ostatnie wcielenie Ducha Zemsty przetrwa jedynie 9 miesięcy i nie doczeka filmowej premiery "Ghost Rider: Spirit of Vengeance". Na pocieszenie Ghost Riderka ma dostać swoją rolę w crossoverze z Venomem w roli głównej. Los skasowanych serii podzielą "Iron-Man 2", "Black Panther: Man Without Fear", a więc komiksy z czarnoskórymi protagonistami. "Villains For Hire" zostało zredukowane tylko do mini, podobnie jak "Alpha Flight", które z serii limitowanej miało stać się on-goingiem, a "Destroyers", "Victor Von Doom" nie dostaną nawet szansy trafienia na rynek. W tym gronie tyko "PunisherMAX" w lutym dobiegnie swojego kresu w sposób naturalny, zgodnie z planem Jasona Aarona. Zdjęcie z ramówki miesięcznika z Pogromcą ma być początkiem dużych zmian w imprincie MAX. Wygląda na to, że imperium Joe Quesady robi czystki przed kontratakiem na pozycje DC Comics zaplanowanym na 2012 rok.

Pisząc o przetasowaniach w zapowiedziach Marvela, nie można jednak zapominać o rotacji wśród scenarzystów i rysowników w seriach Nowej 52. Wystarczy spojrzeć na ruchy kadrowe, które będą miały miejsce w lutym. Wiele z tych zmian wymuszonych jest napiętym grafikiem, ale niektóre ruchy sprawiają niepokojące wrażenie. Ideą rebootu DC Comics było odnowienie niektórych tytułów i bohaterów. Wiadomo, że takie operacje wymagają nieco czasu i nie da się ich zrealizować dosłownie kilkoma numerami, czego redaktorzy DC wydają się nie rozumieć, skoro tak szybko pogoniono Gail Simone z "Fury of the Firestorm", George`a Pereza z "Supermana", J.T. Krulowi odebrano "Green Arrowa", a twórców "Blackawks" zmienia się jak rękawiczki. Ronowi Marzowi w styczniu, po numerze piątym zostanie odebrany on-going "Voodoo", po którym schedę ma przejąć Josh Williamson i nadać serii nowy kierunek (czytaj - plotki o crossoverze z "Grifterem" i "Stormwatch" mogą się potwierdzić), bowiem dotychczasowy nie odpowiadał redaktorom.

Po serii trzech powieści graficznych, dwóch książkach i jednej filmowej adaptacji, znana także polskiemu czytelnikowi "Droga do Zatracanie" zmierza ku swojemu końcowi. W listopadzie ukazał się album będący ostatnim aktem sagi Maxa Allana Collinsa mającej swój początek w 1998 roku. W wydanym w imprincie Vertigo Crime "Return to Perdition" główne skrzypce grał będzie Michael Satariano Jr, wnuk znanego z pierwszej części Micheal O`Sullivana, który po powrocie z Wietnamu pracuje dalej dla rządu, jako specjalista od brudnej roboty. Jego zadaniem będzie wyeliminowanie szefa mafii, którym jest John Looney. Kiedy Satariano przeniknie do półświatka w bolesny sposób nauczy sie, że niemożliwa jest ucieczka od własnej przeszłości. Jakkolwiek byśmy próbowali zacząć od nowa, ona zawsze wróci i trzeba będzie spłacić stare długi. 192 czarno-białe stron w twardej okładce za prawie 20 dolców.

Walka o fotel prezydencki największego mocarstwa na świecie jeszcze się nie rozpoczęła - kandydaci do wyścigu pod tytułem Amerykańska Prezydencja 2012 z ramienia Demokratów i Republikanów nie są jeszcze znani, ale na scenie pojawił się ktoś spoza politycznego establishmentu, kto chciałby zająć miejsce Baracka Obamy w Białym Domu. Jest nim Scott Adams, twórca popularnego "Dilberta" i zapewnia, że jego potencjalni kandydaci nie muszą się martwić brakiem jego politycznego doświadczenia, całkowitej nieobecności kręgosłupa moralnego i ideowego oportunizmu. Ale zaraz - przecież to walor typowy dla każdego rasowego politikiera! Pamiętacie może jak w jego albumowych "Dilbertach" pojawiała się możliwość zapisów do jego kasty rządzącej? Mieliśmy swoją szansę...

I jeszcze coś na deser - w sieci zadebiutowały oficjalne teasery filmowych "Mścicieli" i nie mogę sobie odmówić przyjemności pokazania ich w pełnej krasie:

Pierwszy...

... i drugi:

sobota, 19 listopada 2011

#904 - Komix-Express 114

Świeżo, po spotkaniu z Robertem Sienickim i Łukaszem Okólskim, opuszczałem Małopolskie Studio Komiksu bardzo pozytywnie nastrojony. Nie tylko występem Belego, nie dezynwolturą Gordona i koszernymi docinkami, nawet nie dzięki ambitnym planom roztaczanym przez Michała Jankowskiego, który z Krakowa chce zrobić stolicę krajowego komiksu. Rzecz jasna idei wypada przyklasnąć, swoją cegiełkę przyłożyć, choć nie ze wszystkimi pomysłami się zgadzam. Największą dawkę optymizmu zapewniła mi jednak frekwencja - było żywo zdziwiony, że w moim mieście jest jeszcze tyle osób, które nie dość, że czytają komiksy, to jeszcze mają czas, aby chodzić na jakieś spotkania. Ale nie takie z Rosińskim czy Bisley`em, tylko z kimś, kto podejrzany jest o zabójstwo polskiego komiksu. I to jeszcze w sobotę. W bibliotece! Poznałem kilku ciekawych ludzi, którym chce się jeszcze i pokazali mi jak wielkim potencjałem Kraków może dysponować w materii komiksowej. A przecież wielu środowiskowych weteranów nie było - Repka, Karola Konwerskiego, przedstawicieli Postu, Fan-Komiksu, Janka "Grzybiarza" Sławińskiego, Lecha "El Tejona" Judy (poprawcie mnie jeśli się mylę i jeśli kogoś nie zauważyłem) i kilku innych. Plany, jak pisałem, są bardzo ambitne i co tu dużo mówić - ocierają się o Krakowski Festiwal Komiksu (KaFKa - all rights reserved!), o którym co roku, tak żywo dyskutujemy przy krakowskim stoliku na emefce. Oczywiście, nic konkretnego na razie napisać nie mogę, ale przymiarki przymiarek już trwają i coś konkretnego może z nich wyjść jeszcze w grudniu tego roku. Trzymajcie kciuki i rękę na pulsie... (KO)

Po ponad pięciu latach od polskiej premiery "Kurczaka ze śliwkami" Rutu Modan...przepraszam Marjane Satrapi, w polskich kinach będzie miał swoją premierę film na jego podstawie. Muszę przyznać, że przez dłuższy czas byłem pełen obaw o losy tego filmu w Polsce. Próżno było szukać daty naszej premiery na filmowych portalach a diablogłupi filmwebowi weryfikatorzy, trzy razy odrzucali moją zmianę tytułu z "Poulet aux prunes" na "Kurczak ze śliwkami". Nie pomagały nawet linki do strony krakowskiego Postu, który jak wiemy wydał u nas ten cudowny komiks. Ale wróćmy do meritum. Francuzi mogą podziwiać film "Kurczak ze śliwkami" już od września, a informacji o polskiej premierze jak nie było tak, ale... (KC)

...oto Szymon Holcman, znany ze swej działalności w wydawnictwie Kultura Gniewu, przyznał że będzie miał swój udział w pokazaniu filmu polskiemu odbiorcy, bowiem firma w której pracuje - CD Project - wprowadzi do polskich kin film Vincenta Paronnaud i Marjane Satrapi. A jakiś czas później fabularny "Poulet aux prunes" pojawi się na półkach z DVD. Dla mnie to informacja tygodnia (tak naprawdę to miesiąca). Daty jeszcze nie ma, ale Szymon obiecał że niebawem pojawi się więcej informacji. Najważniejsze, że film będzie, na to czekałem. Mam nadzieję, że ten sam los czeka animowanego "Kota Rabina". Premiera światowa filmu na podstawie powieści graficznej Joanna Sfara, odbyła się w czerwcu. Ileż można czekać na ten film na naszych ekranach?! Zwiastuny filmowe "Kurczaka ze śliwkami" i "Kota Rabina", sprawiają że o poziom tych filmów, możemy być spokojni. Może nawet powtórzą sukces genialnej ekranizacji mojej ulubionej powieści graficznej, czyli "Persepolis". Prapremiera "Kota Rabina" odbyła się wczoraj w Krakowie. Ktoś był, jak wrażenia? (KC)

Zostajemy w Postowych klimatach. Całkiem niedawno swoją premierę miała książka "MetaMaus" Arta Spiegelmana. Jest to istne opracowanie tematu "Mausa" i historii samego Arta i jego ojca. Zapiski, notatki, zdjęcia, krótkie komiksy, nieznane dotąd fakty i te sprawy. Do książki jest dołączona nawet CD. Widać, że wydawca zadbał o kolekcjonerów, bowiem książka jest wydana podobnie do samej powieści graficznej, więc całkiem nieźle prezentują się obok siebie na półce. Zalatuje trochę odcinaniem kuponów od historii Żydowskiej myszy, ale prawdziwi fani komiksu Spiegelmana z pewnością wyłożą ze swojej kieszeni te 35 amerykańskich zielonych. U nas "MetaMausa" można kupić np. w znienawidzonym przez komiksiarzy empiku. A cena jego to 74,90 zł. Zapowiedź książki można zobaczyć tutaj. (KC)

Kilka osób (w tym ja), musi posypać głowę popiołem. Nie wierzyliśmy, że Tadeusz Baranowski sprzeda swoje kosmiczne albumy za bagatela 5500 złotych jeden. A sprzedał! I to trzy egzemplarze! Mało tego "Antersolka Profesorka Nerwosolka" znalazła się w książce "1001 Comics You Must Read Before You Die" i to jako jeden z dwóch przedstawicieli z Polski! Teraz już wiem, że kolejne sześć albumów (Baranowski zapowiedział 9 sztuk) o miażdżącej jaja cenie, z pewnością znajdzie nabywców. Mistrz komiksu, bez dwóch zdań. Drugim wyróżnionym komiksem PL, jest "Achtung Zelig" Krystiana Rosińskiego i Krzysztofa Gawronkiewicza. Gratulujemy! A oto dwie fotki skradzione z facebookowego profilu Michała Blażejczyka, który jak sam się pochwalił, wybrał te dwie pozycje do wspomnianej wcześniej książki o długim tytule:




Udział w tworzeniu książki miał także m.in Radosław Bolałek z wydawnictwa Hanami, który zajął się przygotowaniem kilku recenzji komiksów japońskich. (KC)

Paweł Timofiejuk wrzucił na Youtube zapowiedź oczekiwanego od miesięcy "Robota...". Najnowszy album ze stajni Timofa, autorstwa Andrzeja Klimowskiego i Danusi Schejbal, będzie zawierać dwie adaptacje "Bajek Robotów" Stanisława Lema. Album zawierający „Zakład doktora Vliperdiusa” i „Uranowe uszy”, ukaże się jednocześnie w Polsce oraz w Wielkiej Brytanii (wydawca SelfMadeHero). Współwydawcą obu wersji językowych jest Instytut Adama Mickiewicza.

"Schejbal adaptuje opowiadanie „Uranowe uszy”, w którym siły podległe paranoicznemu władcy noszą świecące, zrobione z uranu zbroje. Czy młodemu wynalazcy Pyronowi uda się znaleźć sposób, żeby wyzwolić lud spod władzy zbrodniczego tyrana?"

"Klimowski rysuje „Zakład doktora Vliperdiusa” . Bohater opowiadania odwiedza placówkę doktora, której pacjenci wkrótce zwracają się przeciwko niemu. Czy zdoła salwować się ucieczką po tym, jak odkryje mroczne tajemnice zakładu?"

Robi wrażenie prawda? Premiera już w ten poniedziałek! (KC)

W zapowiedziach Mucha Comics znalazły się dwie nowe pozycje - "All Star Superman" i "Daytripper". Dwunastoczęściowa maxi-seria Granta Morrisona i Franka Quitely`ego to jedna z najciekawszych opowieści superbohaterskich ostatniej dekady, słusznie nagrodzona dwoma nagrodami Eisnera, dwoma Harvey`a i trzema statuetkami Eagle`a. Całość ukaże się w jednym tomie. "Daytripper" to świeżynka z 2010 roku, która ukazała się pod szyldem Vertigo. Komiks Fabio Moona i Gabriela Ba też może poszczycić się niezłą kolekcją wyróżnień - na koncie ma po jednym Harvey`u, Eagle`u i Eisnerze. "All Star Superman" będzie miał swoją premierę w maju 2012 na Warszawskich Targach Książki, a "Daytripper" zadebiutuje na Międzynarodowym Festiwalu Komiksu w Łodzi w październiku. Nie wiadomo jeszcze ile komiksy będą kosztować, wiadomo, że ukażą się w "muszym" standardzie, czyli na twardo. Mucha decydując się na tytuły ze stajni DC Comics sięgnęła po komiksy z najwyższej półki - mnie szczególnie cieszy "All Star", rzecz wybitna. (KO)

Był (i będzie?) "Konstrukt", jest Kaydan, a wkrótce będzie Orzeł. Bynajmniej nie na koszulkach piłkarskiej reprezentacji, polski, ale za (przysłowiowego) piątaka i w każdym kiosku (również przysłowiowym). "Biały Orzeł" to kolejna polska zeszytówka, utrzymana w konwencji amerykańskiego komiksu superboaterskiego, która będzie wydawniczym debiutem oficyny Wizuale. Seria pisana przez Macieja Kmiołka, z rysunkami Adama Kmiołka, ochrzczonego polskim Robem Liefeldem i kolorami Darii Wiedermańskiej-Spały zadebiutuje już w grudniu. Oficjalna zapowiedz numeru pierwszego prezentuje się następująco:

Jak to jest wypaść z 15 piętra i przeżyć? Aleks Poniatowski już zna odpowiedź na to pytanie. Jak i czemu do tego doszło? Tych odpowiedzi muszą dopiero poszukać Biały Orzeł i jego pomocnik Hudini. Poznaj bohaterów w ich pierwszej misji, która niespodziewanie zaprowadzi ich na trop afery mogącej przynieść śmiertelne zagrożenie nie tylko im ale i całej Polsce. Jaką rolę ogrywają w niej były przyjaciel Aleksa, Wiktor Ross, potężny Super Żołnierz i diaboliczna Czarna Śmierć? Sprawdź w pierwszej części trylogii "Pierwszy Lot".

Opowieść o Orle Białym, pierwszym (prawdziwym!) polskim superherosie strzegącym Warszawy będzie ukazywała się regularnie w formie 32-stronnicowych zeszytów w pełnym kolorze. Na jej potrzeby autorzy stworzyli całe komiksowe uniwersum, zamieszkiwane przez obdarzonych mocami superłotrów, z którym można się zapoznać na stronie wydawcy. (KO)

piątek, 18 listopada 2011

#903 - Stuck Rubber Baby

Czytanie notek na rewersach okładek stało się dla mnie ostatnimi czasy świetną zabawą. To, że ktoś napisał o tym komiksie, że jest epicki i porównał go do "Foresta Gumpa" sprawiło, że uśmiałem się setnie. Epickości nie ma tu za grosz, plansze są bardzo gęsto zarysowywane i podzielone na ciasne kadry, co sprawia, że panuje tu wręcz klaustrofobiczna atmosfera. Jeśli jest tu sentymentalizm - to na pewno nie ciepły i zabawny. To dziennik z czasów strachu i niepewności.

"Stuck Rubber Baby" to niemal dokumentalny zapis nastrojów społecznych panujących na południu Stanów Zjednoczonych wśród ludzi mniej lub bardziej związanych z ruchami wolnościowymi lat sześćdziesiątych i tego, jak te nastroje wpływały na ich światopogląd, życie i decyzje. Jest to też jednak obraz mocno subiektywny i spersonalizowany, zawierający wątki autobiograficzne, bo Howard Cruse podporządkowuje narrację swojemu alter-ego, osobie nie stojącej w centrum wydarzeń, ale wciągniętej przez kontakty towarzyskie w kręgi aktywistów. Tak się składa, że bohater od dziecka ma problemy ze swoją tożsamością seksualną. Wejście w to środowisko prowadzi do stopniowej akceptacji tych skłonności. Oczywiście nie dzieje się to bezboleśnie, to nie radosny coming out, wiąże się z rozterkami moralnymi i problemami, które zaczynają dotykać i krzywdzić również jego najbliższe otoczenie.

Jednak przyklejenie do "Stuck Rubber Baby" łatki "gejowskiej powieści graficznej" nie jest do końca trafne. Tak, są tu wątki związane homoseksualizmem - autor, tak jak bohater, jest w końcu gejem przez lata ukrywającym swoje skłonności - ale w żaden sposób nie decyduje to o ostatecznym targecie tego komiksu. Zapewne gdy publikacja ukazywała się w Stanach po raz pierwszy, niosła ze sobą pewien bagaż związany z nazwiskiem autora kojarzonego ze środowiskami gejowskimi, ale dla naszego komiksowego światka powinna być po prostu wartą uwagi powieścią graficzną. Ewentualnie tworem istotnym dla komiksowej kontrkultury. Wszystkie inne etykietki będą jej tylko szkodziły i pomniejszały krąg odbiorców. Najlepiej będzie, jeśli założymy, że Cruse podąża ścieżką, którą wytyczył Eisner.

Nie sposób oczywiście nie wspomnieć tu o "Fun Home", ale zamiast snuć oczywiste porównania wypada raczej podkreślić jak wiele dzieli te albumy. Opowieść Cruse'a nie jest tak intymna i impresyjna. Twór Bechdel był bardziej europejski i nie mówię tego w kontekście komiksowym, mam raczej na myśli europejską tradycję literacką. "Stuck Rubber Baby" jest na wskroś amerykańskie i tak naprawdę bliżej mu do "Black Hole" Burnsa czy komiksów Clowesa.

Przy pobieżnym kartkowaniu rysowane przez Cruse'a mongoloidalne postacie mogą wywoływać nie najlepsze wrażenie. Jest to jednak po prostu część konwencji graficznej jaką obrał autor i w żaden sposób nie powinno to wpłynąć na ocenę jego rzemiosła. Jeśli miałbym krótko opisać jego styl, powiedziałbym, że sytuuje się gdzieś między Crumbem, a Dore. Jego rysunki są mięsiste, niemal materialne, plansze gęsto zarysowane, poprzecinane ciasnymi kadrami. Widać, że z komiksem pracuje z wyboru - jego powieść graficzna nie jest ilustrowaną prozą, to komiks pełną gębą, tworzony przez kogoś, kto rozumie możliwości jakie daje to medium. Dużą wagę przykłada do poetyki swojej opowieści, po komiksowym czasie i przestrzeni porusza się bez trudu, stosuje przenikania, kadry w kadrze, po mistrzowsku prowadzi monolog głównego bohatera. Nawet gdy pojawiają się gadające głowy, to nie podaje sucho tekstu, tylko komponuje plansze tak, by narracja stała się ciekawa również od strony graficznej. Architektura i tła są narysowane bardzo pewnie. Nieliczne plan totalne przykuwają wzrok czytelnika na długi czas.

Na koniec muszę ze skruchą przyznać, że podchodziłem do "Stuck Rubber Baby" z dystansem. Co będę kłamał - nie miałem wcale na niego ochoty. Czuję przesyt komiksami o tematyce gejowskiej, ale też rozczarowanie całym nurtem obyczajowej powieści graficznej. Ale z racji tego, że na Kolorowych chyba ja najwięcej o tym piszę, to miałem poczucie (i koledzy chyba też), że powinienem się tym tytułem zająć. Na szczęście bardzo miło mnie zaskoczył i nie mam tej pozycji nic do zarzucenia. Zbyt łatwo jest rzucać słowami pokroju "arcydzieło", więc może sobie je w tym przypadku daruję... uznajmy za to, że to komiks ważny. Nie tylko względu na kontekst społeczny, historyczny czy wolnościowy, ale też ważny dla samego medium. Cruse jest mistrzem komiksu. Może hasełko z okładki "Maus spotkał równego sobie" jest odrobinę przesadzone, ale "Stuck Rubber Baby" to pozycja, która w moim rankingu powieści graficznych znajduje się wysoko i jeśli jesteście zainteresowani tym nurtem to jest Waszą lekturą obowiązkową.

czwartek, 17 listopada 2011

#902 - Nextwave

Co można dostać kiedy zmiesza się razem trzecioligowych, na poły zapomnianych bohaterów, psychopatyczną wersję Nicka Fury`ego, bandę najbardziej żenujących superłotrów, jakich możecie sobie wyobrazić i klony znalezione w kapuście? Nie, prawidłowa odpowiedz to "Nextwave: Agents of H.A.T.E.". Komiks, w którym Warren Ellis robi z bohaterami wszystko to, co chcieliby z nim zrobić stereotypowi fanboje komiksu w pelerynie i kalesonach po kilku piwkach, a co przy którejś z flagowych serii Marvela w typie Avengers spowodowałoby palpitację serca redaktora serii.

Seria do najświeższych nie należy, w zeszytach ukazywała się między 2006, a 2007 rokiem i zamknęła się w sumie 12 zeszytów zebranych w dwa trejdy ("This Is What They Want" i "I Kick Your Face"). Całkiem niedawno, w marcu 2010 roku ukazało się edycja Ultimate Collection zbierająca całość materiału w jednym tomie.

"Nextwave" nie jest kolejną "zwyczajną" grupa superherosów, którą możemy spotkać zaraz za rogiem, w komiksowym Nowym Jorku. To raczej przypadkowa zbieranina nieudaczników, których superbohaterskie kariery nie potoczyły się tak, jak to sobie wymarzyli. Jej liderem jest Monika Rambeu, znana lepiej jako Kapitan Marvel, która w swoim CV może wpisać sobie członkostwo w Avengers i udział w Secret Wars. W składzie znajduje się również Tabitha Smith, znana polskiemu czytelnikowi, jako Boom-Boom z X-Force, obecnie to "z-list celebrity", jak zgrabnie określa ją Kapitan **** (wykropkowane przekleństwo, prawdopodobnie "fuck"). Kolejny członek zespołu, którego "małe zielone ludziki" obdarowały kosmiczną mocą. Niestety, nie był to zbyt trafny wybór, bo nie przez przypadek jego koledzy z zespołu określają go mianem debila. Elsa Bloodstone`a to angielska łowczyni potworów, z typową dla mieszkańców Wysp pogardą dla wszystkiego, co amerykańskie i wielkimi spluwami, a Machine Man to android z problemami emocjonalnymi. Prawdziwą perełką w tym gronie jest Dirk Anger, przywódca organizacji H.A.T.E (Highest Anti-Terrorism Effort) walczącej z "niezwykłym" terroryzmem ze swoją genialną wejściowa gadką, którą częstuje nowoprzybyłych agentów.
Warren Ellis od kierownictwa Marvela otrzymał całkowitą swobodę w pracy nad "Nextwave" i postanowił pobawić się z konwencją i etosem superbohatera, jak dziesiątki scenarzystów przed nim. Właściwie cały komiks to jeden wielki, bardzo niewybredny dowcip. Agentom H.A.T.E przytrafiają się gafy, które "zwyczajnym" herosom zdarzyć się nie mają prawa. Komiks pełen jest ocenzurowanej golizny i wypikanych przekleństw, alkoholu, o który ciągle domaga się Machine Man i rubasznej niepoprawności politycznej. W każdym właściwie numerze nasi bohaterowie potykają się z jakimś wielkim, złym superłotrem, zagrażającym ludzkości. Może to być gigantyczna jaszczurka we fioletowych portkach, pozbawiona genitaliów, banda debili przebranych za żółte pterodaktyle uzbrojonych w lasery przecinające rzeczywistość (jeden z nich mówi po niemiecku) lub zwyczajne klony. Z kapusty.

No, ale nie samą walką przecież prawdziwy superbohater żyje! Chwilę odpoczynku członkowie zespołu poświęcają na refleksję nad orientacją seksualną Kapitana Ameryki, wspominają tragiczne wydarzenia, przez które weszli w posiadanie swoich nadludzkich zdolności, wreszcie dzielą się swoimi problemami moralnymi z kolegami z zespołu (w tym celuje Machine Man). Banał, klisza, wtórność? Jak najbardziej, ale Ellis jest scenarzystą takiej klasy, że nawet z marnych składników jest w stanie przyrządzić przepyszne danie.

Stuart Immonen rysuje pewną i czystą cartoonową kreską, na początku dokładniejszą, przy końcowych numerach – swobodniejszą, mniej szczegółową. Taka oprawa graficzna świetnie sprawdza się w komiksie, jest charakterystyczna i przykuwa uwagę. W scenach dialogowych Immonem mimiką i grą ciałem uzupełnia kwestie bohaterów, przez co nie pozwala się nudzić się czytelnikowi, zajętemu pochłanianiem dymków. Bo komiks jest dynamicznie napisany, doprawiony świetnymi dialogami i licznymi, fabularnymi smaczkami, które przedstawiają marvelowe mity z trochę innej strony. Dla miłośników kalesoniarzy mus!

środa, 16 listopada 2011

#901 - The Runaways

Amerykański przemysł komiksowy odmienia słowo "superhero" na wszelkie możliwe sposoby. Mieliśmy już bohaterów pulpowych, ludzkich herosów Stana Lee, antybohaterów lat osiemdziesiątych i post-herosów Alana Moore`a i Franka Millera. Klasyczny superbohater, mimo, iż został zdekonstruowany, odbrązowiony i moralnie skompromitowany, nadal trzyma się mocno. W 2003 roku zadebiutował heros godny epoki MTV, przeznaczony dla młodszego rodzeństwa komiksowych geeków, którego zawiłości continuity obchodzą tyle, co zeszłoroczny śnieg, a od komiksu wymagają fajnych historyjek i postaci, z którymi mogliby się identyfikować.

Historia rozpoczyna się w momencie, kiedy szóstka nastolatków odkrywa, że ich rodzice są superłotrami. Uchodzący za najbardziej szanowane w Los Angeles rodziny okazują się członkami organizacji zwanej Pride. Przypadkowi świadkowie rytualnego mordu Nico, Gertruda, Chase, Karolina, Molly i Alex postanawiają udaremnić diaboliczne plany swoich matek i ojców. Młodzieżowy bunt nabiera zupełnie innego wymiaru, kiedy pociechy nie będą chciały przyjąć mrocznego dziedzictwa swoich rodziców. Co zatem robią? Skrzykują zespół super-nastolatków!. Nico Minoru urodziła się córką mrocznych czarnoksiężników nie dziwi, więc, posługiwanie się magiczną różdżką. Staff of One pozwala jej na rzucanie zaklęć za pomocą mowy, jednak danego zaklęcia-słowo może użyć tylko raz. Przedstawicielka obcej rasy, Karolina Dean, potrafi latać i manipulować energią słoneczną. Najmłodsza z nich, Molly Hayes jest mutantem dysponującym nadnaturalną siłą. Alex Wilder nie posiada właściwie żadnych mocy, a w przeciwieństwie do Gertrudy Yorkes i Chase`a Steina, jego rodzice nie zostawili mu żadnego podarunku. Córka dwójki podróżujących w czasie złoczyńców posiada mentalną kontrolę nad dinozaurem, natomiast syn szalonych naukowców dostał cybernetyczne rękawice. Razem będą musieli udaremnić złowieszczy plan Pride, który jest ni mniej, ni więcej - panowanie nad światem (muahahahahaha - śmiech szaleńca w tle).

"The Runaways" łączy w sobie elementy typowej fabuły superbohaterskiej spod znaku Marvela z młodzieżową obyczajowością na poziomie nastoletnich reality shows rodem z MTV. Zbiegli ze swoich domów nastoletni prawie-bohaterowie oprócz tego, że walczą ze złem borykają się z typowymi objawami okresu dorastania. Nabuzowani hormonami zakochują się, odkrywają swoją seksualność i zaliczają "doły". Słowem - próbują jakoś odnaleźć swoje miejsce w dorosłym świecie. Świecie Marvela dodajmy, w którym nie brakuje Skrulli, mutantów, a tytułowi "Uciekinierzy" mają swoją tajną bazę, super-pojazd i tłuką się z New Avengers.

- Check out those costumes.
- Are you guys thinking what I’m thinking?
- Yeah, our parents are totally gay!

(Runawaysi w pełnym składzie, od lewej - Gertruda, Nico, Alex, Chase, Karolina i Molly)

Należy zwrócić uwagę na specyficzną rolę edukacyjną, jaką pełni seria "The Runaways". Młodzi czytelnicy oswajani są z dylematami dotyczącymi własnej orientacji seksualnej. Odkrywanie homoseksualizmu zostaje postawione na równi z kwestią tolerancji mutantów. Poważna temat i doniosła problematyka zostają sprowadzone do prostych pojęć rodem z nomen omen komiksu, o superbohaterach w kolorowych kostiumach. Ich obecność nie powinno dziwić i budzić kontrowersji, bo elementy współczesnego dyskursu humanistycznego są mile widziane w mainstreamie, bo wydatnie wypływają na sprzedaż i zainteresowanie. Najlepszym dowodem - pretekstowa etniczność obecna w nowym "Ultimate Spider-Manie", homoerotyczny związek Apolla i Midnightera w "Authority" i "Stormwatch".

Również działania młodych bohaterów mogą być moralną wykładnią, jak postępować w rzeczywistym życiu. Dotyczy to zarówno relacji między poszczególnymi członkami grupy, jak i ich decyzji względem rodziców. Banalne życiowe recepty oraz młodzieżowy kod spraw intymnych prezentują typ dydaktyki, budzącej oburzenie i zgrozę wśród niektórych wychowawców i nauczycieli. Nie wiem czy model kolorowej i prostej etyki sprawdza się w wychowaniu małoletnich amerykanów, ale na pewno jest dla nich atrakcyjny. Widać to po nagrodach, jakie komiks otrzymał i wynikach sprzedaży, jakie osiągnął.

Dziwi mnie, że dopiero w roku 2003 decydenci Marvela zdecydowali się na taką pozycję. Komiks Briana K. Vaughana (scenariusz) i Adriana Alphony (rysunki) jest świetną reinterpretacją motywu klasycznego superherosa, w stylu Spider-Mana. Czytelnicy w komiksie rozpoznają dylematy i problemy znane z własnego życia. Przeciwności losu, z którymi muszą się zmagać Runawaysi zdają się bliskie frasunkom przeciętnego, nastoletniego obywatela USA. Podane w sposób odpowiednio uproszczony, między jednym, a drugim starciem z kolejnym superłotrem, stanowią kompozycyjną oś spinającą kolejne przygody. Pełnią tą samą funkcję, co utopijna wizja Xaviera w "X-menach" czy powtarzana do znużenia mantra Petera Parkera o mocy i odpowiedzialności, o których jakby współcześni scenarzyści komiksowi zapomnieli, goniąc za kolejnymi eventami. Vaughan w znakomitym stylu wraca do komiksowych korzeni. Miałem przyjemność czytać pierwsza dwa haceki - pierwszy zbiera cała pierwszą serią, na którą składają się trzy trejdy - "Pride & Joy", "Teenage Wasteland" i "The Good Die Young". W kolejnym pomieszczona połowę drugiej - "True Believers" i "Escape to New York". I trzeba oddać wielki szacunek Vaughanowi, który trzymał pisarską formę do samego końca, czyniąc z "Runaways" komiks bez mała kultowy. Kiedy uznał, że jego robota jest skończona oddał pióro Jossowi Wheadonowi, który będąc wielki fanem komiksu, nie zmarnował szansy. Potem Marvel nieco się pogubił co zrobić z tą marką i potencjałem, ale to już temat na inny tekst.

- Bruiser, your parents are psychotic supervillains.
- Oh yeah. I’m keep forgetting…

Za rysunki odpowiedzialny jest głównie Adrian Alphona, w czterech numerach wyręczony przez Takeshiego Miyazawę. Oprawa graficzna to przyjemny dla mariaż niegdyś bardzo modnych wpływów japońskich z czystą, klasyczną amerykańską kreską. Posunąłbym się nawet do twierdzenia, że właśnie w takim stylu Steve Ditko posługiwałby się ołówkiem, gdyby stał obecnie u progu komiksowej kariery. W niektórych numerach Alphona znajduje się w nieco słabszej dyspozycji, operuje większym uogólnieniem, unika dynamicznych paneli. Trudno jednak wymagać od artysty, aby przy pracy nad regularną serią przez cały czas utrzymywał równy poziom, bo wiadomo, że czasem trafiają się słabsze zeszyty.

W "The Runaways" chodzi głównie o świetną, popkulturową zabawę, przeznaczoną dla osób w okolicach osiemnastego roku życia, ale przyznam, że bawiłem się przy nim setnie, doceniając kawał doskonałej roboty wykonanej przez Vaughana. Świetnie udało mu się stworzyć wrażenie, że czytelnik uczestniczy z bohaterami w akcji i przeżywa wraz z nimi przygody. Identyfikując się z Nico, Karoliną, Chase, Molly, Alexem i Gertrudą, którzy stają się naszymi alter ego w uniwersum Marvela, możemy "być" na Ziemi 616. Iść do chińskiej restauracji na pogawędkę ze Spidermanem, wdać się w pyskówkę z Wolverinem czy zająć się śledztwem w towarzystwie Cloaka. Zresztą sam Vaughan na taki mechanizm zwraca uwagę, pokazując jak Runawaysi odgrywają rolę herosów grając w MMORPG osadzone w uniwersum Domu Pomysłów...

Yeah, you’re a villain… and your rington is stupid.

Puszczając wodze fantazji, można się zastanawiać czy komiks taki, jak "The Runaways" mógłby odegrać na polskim rynku rolę "W.i.t.c.h" przeznaczonego dla małolatów płci męskiej. Dlaczego nie miałby się stać brakującym ogniwem pomiędzy "Kaczorem Donaldem", a choćby "Sandmanem"? Czy w dzisiejszy polski piętnastolatek tak wiele pod względem kulturowym różni się od swojego amerykańskiego odpowiednika? Skoro za Oceanem padł na podatnie komiksową glebę, dlaczego i u nas nie może powtórzyć edytorskiego sukcesu? Właściwie odpowiedz zawarta jest już w samym pytaniu, gdyż obawiam się, że w Polsce nie ma jeszcze tak ugruntowanej kultury komiksowej, by młodociani herosi święcili finansowe triumfy. Może kiedyś.

wtorek, 15 listopada 2011

#900 - Dark Avengers

„Civil War” miała potencjał stać się kolejnym kamieniem milowym w historii amerykańskiego przemysłu komiksowego. Gdyby do tego doszło, Mark Millar chodziłby dziś w glorii tego, który wprowadził obrazoburcze i rewolucyjne idee Alana Moore`a do największego świata zamieszkałego przez superbohaterów. Niestety, redaktorzy Domu Pomysłów rakiem wycofali się z większości radykalnych, ale bardzo odświeżających pomysłów przedstawionych na kartach „Wojny Domowej”. Zrezygnowali z programu Inicjatywy, ożywili Steve`a Rogersa i ponownie wsadzili go w trykot Kapitana Ameryki. Wyrzucili do kosza kilka ostatnich lat z życia Tony`ego Starka i kazali zapomnieć wszystkim, kto kryje się za maską Człowieka Pająka. W jaki sposób? „It`s magic!”

Podobnie stało się z kluczowym dla fabuły „CW” pomysłem rejestracji zamaskowanych herosów, który został ordynarnie zamieciony pod dywan na początku „Heroic Age”. Nieco wcześniej Brian M. Bendis podjął ten wątek w okresie, kiedy większość komiksów Domu Pomysłów opatrzona była szyldem „Dark Reign”. Pomysł był w swojej prostocie genialny – skoro to nie moralne imperatywy sankcjonują działalność superbohaterów, tylko rządowe i demokratyczne instytucje, to nic nie stoi na przeszkodzie, aby w obronie biednych i uciśnionych stawali ci, którzy skutecznie sobie z tym poradzą. Zakończenie „Secret Invasion” pokazało, że z inwazją zmiennokształtnych kosmitów, którzy chcą podbić naszą planetę, lepiej od Thora czy Iron-Mana poradzi sobie oddział trzymanych na krótkiej smyczy supervillainów z bogatą przeszłością kryminalną. Czy zatem o prawdziwym bohaterstwie może decydować skuteczność w działaniu, karność wobec przełożonych i kilku specjalistów, dbających o wizerunek w mediach, a nie pokręcony kodeks etyczny „herosów”, których wielka moc idzie w parze z wielką odpowiedzialnością? Dobre pytanie, które, jak sądziłem, Bendis spróbuje sobie zadać. Tak czy siak, pomysł na sytuację, w której wreszcie ci źli wygrywają, miał w sobie olbrzymi potencjał i stwarzał wielkie pole do popisu…

Flagowym tytułem „Mrocznych Rządów” mieli być „Dark Avengers”. Norman Osborn, jak zwykle grany przez Tommy Lee Jones`a, psychopata i przedsiębiorca, oryginalny Green Goblin, a obecnie szef Thunderbolts – grupy zreformowanych superprzestępców – podczas bitwy w nowojorskim Central Parku kilkoma strzałami ratuje ludzkość, zabijając królową Skrulli. Jego heroiczny czyn zapewnia mu stanowisko dyrektora S.H.I.E.L.D., na którym zluzował skompromitowanego Tony`ego Starka. Marzenia o władzy nad światem, które roi sobie każdy superłotr, spełniły się właśnie jemu. Wykorzystując czas, w którym najwięksi ziemscy bohaterowie przeżywają trudne chwile, nowy szef najpotężniejszej agencji wywiadowczej na świecie organizuje tajne stowarzyszenie najbardziej prominentnych supervillainów, z którymi zza kulis razem pociąga za sznurki globalnej geopolityki. To jednak ciągle mało dla największego wroga Człowieka-Pająka. Osborn zapragnął mieć swój własny zespół Mścicieli.

Z bazy Thunderboltsów w Kolorado zabrał do Nowego Jorku Mac Gargana, byłego Scorpiona, a obecnego nosiciela symbiontu Venoma oraz Moonstone, nie do końca zrównoważoną liderkę drużyny. W zespole znaleźli się również: syn Wolverine`a – Daken, Bullseye przebrany w strój Hawkeye`a, Noh-Varr udający Kapitana Marvela, a skład uzupełnili byli Mściciele – Ares i Sentry oraz funkcjonariuszka H.A.M.M.E.R. (bo tak wtedy nazywało się S.H.I.E.L.D.), Victoria Hand. Sam Osborn, grzejąc się w blasku fleszy i kamer, założył zbroję Iron Patriota i osobiście stanął na czele nowego zespołu, który ma pilnować porządku na świecie.

Niestety, akcenty na postacie zostały bardzo nierównomiernie rozłożone. Pierwsze skrzypce gra Osborn, w chórkach wtórują mu Ares i Hand, kilka niezłych one-linerów ma Bullseye, a średnio interesujący wątek Sentry`ego ciągnie się przez całą serię jak flaki z olejem. Reszta postaci stanowi jedynie kolorowe tło. W porównaniu z „Thunderboltsami” Warrena Ellisa, z którego pomysłów obficie czerpie się w „Dark Avengers”, wypada to bardzo blado. Powiem więcej – z ociekającego klaustrofobicznym klimatem, pełnego szaleństwa i perwersji komiksu, Bendis zrobił generic superhero comic book. Zwykłą, ordynarną nawalankę. W jego wykonaniu zwykle takie prace prezentują się nieco powyżej marvelowskiej przeciętnej i tak było w tym przypadku. Gołym okiem jednak widać, że scenarzysta wypracował sobie kilka schematów, które w nieco zmienionych konfiguracjach, stosuje w pisanych przez siebie komiksach. To strasznie irytująca maniera. Pisanie kilku serii równocześnie, panowanie nad całą Earth-616 i udzielanie się w animowanym oddziale Marvel Studios, nie sprzyja jakości tekstów Bendisa. Nie mnie wyrokować, czy obecny scenarzysta „Avengers” i „New Avengers” zwyczajnie się wypalił (przynajmniej na superbohaterskim poletku), ale faktem jest, że w tej roli prochu już raczej nie wymyśli.

W albumach „Assemble” (pierwszym) i „Molecule Man” (trzecim – pomiędzy nimi znajduje się jeszcze crossover „Utopia”) są potężne splashe i spektakularne walki z Morganą le Fay i Molecule Manem, a brakuje opowieści fabuły. W „Dark Avengers” mało jest komiksowego mięsa, a dużo niepotrzebnych, prowadzących ostatecznie donikąd dialogów, dużo jest podgrzewania atmosfery, efekciarskich cliffhangerów i tanich zagrywek. Balansowanie na granicy obłędu przez Osborna przypomina przemianę Anakina Skywalkera w Vadera w „Zemście Sithów”, a umierający w co drugim zeszycie Sentry to jakaś groteska. Gwoli sprawiedliwości są też momenty, gdzie Bendis pokazuje moc. Najlepszym tego przykładem telewizyjny wywiad, w którym Norman daje odpór zarzutom Clinta Bartona. Proste, świetnie rozegrane i łapiące za jaja.

Mike Deodato Jr. pasuje jak żaden inny komiksowy artysta do takiego komiksu, jak „Dark Avengers”. Brazylijski rysownik udowodnił to zresztą na łamach wspomnianych „Thunderbolts”. Często nazywa się go zaginionym, trzecim z braci Kubertów, nadużywającym tuszu i koloru czarnego, ale dla mnie to jeden z tych pogrobowców Jima Lee, którym udało się odnaleźć własny styl. Piekielnie zdolna bestia, która będąc w szczytowej formie zjada na śniadanie Davida Fincha i Leinila Francisa Yu. Tak się jednak składa, że podczas pracy nad „DA” po prostu mu nie szło. Znakomite kadry zbyt często przeplatał z ilustracjami na żenującym poziomie. Szczególnie fatalnie wychodziły mu tła i wszystkie elementy technologiczne (statki, zbroje, bronie). Nawet zabawa z przestrzennym komponowaniem kadrów nie była mu w stanie pomóc. Z kronikarskiego obowiązku wspomnę jeszcze, że w niektórych scenach w drugim trejdzie wspomagał go Greg Horn.

Mocno wierzyłem w „Mrocznych Mścicieli”. Możliwości były naprawdę olbrzymie. Osborn pod przykrywką superbohaterskiej działalności załatwiający sobie własne porachunki – czemu nie? Obraz nowego reżimu tropiącego i mordującego skrytych w podziemiu i organizujących ruch oporu herosów „starego systemu” – jak najbardziej! A wyszło, jak to zwykle wychodzi w przypadku pozycji szumnie zapowiadanych przez Marvela – pompowany kolejnymi zapowiedziami balonik oczekiwań pękł. I szkoda tylko naprawdę fajnego pomysłu, który zmarnował Bendis.