niedziela, 30 października 2011

#888 - Trans-Atlantyk 160a: New York Comic Con Special

Niewątpliwie jedną z najbardziej sensacyjnych wiadomości, jakie pojawiły się w Nowym Jorku jest powrót Extreme Studios. W latach dziewięćdziesiątych na komiksowym światku swoje piętno odcisnęło wydawnictwo Image Comics, które zostało założone przez najbardziej utalentowanych młodych rysowników pracujących do tej pory w Marvelu. Chcieli na własną rękę realizować swoje własne, oryginalne pomysły, a nie tworzyć niejako na zamówienie majorsów. W jakiejś części zawdzięczamy Jimowi Lee, Toddowi McFarlane`owi, Marcowi Silvestriemu i Ericowi Larsenowi dzisiejszy krajobraz amerykańskiego komiksowa, w którym Robert Kirkman, Ed Brubaker, Mark Millar czy Brian M. Bendis mogą poza Marvelem czy DC Comics realizować swoje projekty. Robowi Liefeldowi możemy podziękować natomiast za takie tytuły, jak "Team Youngblood", które do dziś uchodzą za synonim obciachu i superbohaterskiego ultra-kiczu. Ale Liefeld nigdy nie zrażał się opiniami swoich hejterów i wraz z pomocą Erica Stephensona przywraca do życia imprint Extreme Studios. I nie robią tego tylko z sentymentalnych powodów, bo okazuje się, że ludzie wciąż kochają przesadnie umięśnionych herosów obwieszonych futurystyczną bronią w kostiumach z dziesiątkami do niczego nie potrzebnych kieszeni. W przeciwieństwie do DC Comics re-launchu Extreme Liefeld chce uniknąć "#1" na okładkach - wiele serii podejmie wątki dokładnie w tym miejscu, w którym przerwano ich publikację, a inne zostaną zrebootowane.


Tak stanie się na przykład z on-goingiem "The Propet", którym zajmie się znanyn z "King City" Brandon Graham wraz z Simonem Roy`em. Nową wersją "Glory" przygotują Johne Keatinge, który do tej pory pracował w dziale PR Image Comics oraz rysownik Ross Campbell. Choć komiks zapowiada się na obfitującą w splasze superbohaterską nawalankę, Liefeld zapewnia, że to jeden z najciekawiej zapowiadających się tytułów nowego Extreme. Serią pod tytułem "Bloodstrike" zaopiekują się Tim Seeley i Franchesco Gaston, a flagowa produkcja Liefelda zostanie oddana w ręce John McLaughlin, scenarzysta oscarowego "Czarnego Łabędzia" wspomagany przez Jona Malina. Ale i tak nie jest to najbardziej sensacyjna wiadomość związana z Extreme - znacznie bardziej elektryzujące jest wskrzenie "Supreme". Od jakiegoś czasu Erik Larsen pracował nad tajnym projektem i w Nowym Jorku okazało sie, że ojciec Savage Dragona będzie ilustrował skrypty Alana Moore`a! Publikacja "Supreme" została przerwana wraz z numerem 56., a wraz z nią nigdy nie została zakończona historia rozpoczęta w 41. zeszycie. Z zapewnien Liefelda wynika, że jest on w posiadaniu scenariusza ciągu dalszego rozpoczętej w 41. numerze i teraz Larsen wraz z Cory`m Hamscherem ma dokończyć dzieła.

John Ostrander i Jan Duursema, duet twórców znanyny doskonale każdemu fanowi Gwiezdnych Wojen, pracuje nad kolejną historią umieszczoną w kosmicznym uniwersum stworzonym przez George`a Lucasa. "Star Wars: Dawn of the Jedi" ma być cyklem pięcioczęściowych mini-serii, który skupi się na losach pierwszych Jedi. Opowie o świecie, w którym nie było jeszcze mieczy świetlnych, nikt nie słyszał o Mocy, nie istniał Zakon Jedi. Ostrander chce opowiedzieć, jak to wszystko się zaczęło. W jaki sposób pierwsi użytkownicy mistycznej siły spajającej cały wszechświat uczyli się jej używać? Jak kształtowały się zasady używania Mocy, które znamy dziś? Na wiele z tych pytania "Świt Jedi" ma dać odpowiedz. Akcja komiksu będzie działa się dokładnie 25,793 lat przed bitwą o Yavin i obejmie okres około dziesięciu lat. Główne wątki będą się splatać z planetą Tython, leżącą w głębokim jądrze, z Nieskończonym Imperium Rakatan i z Force Wars (Wojną Mocy), która ma dać początek rozłamowi wśród użytkowników Mocy, na tych, którzy korzystają z jej Jasnej Strony, i tych którzy są wierni Ciemnej. Niewiele z komiksowych serii spod znaku "SW" wydaje mi sie interesujących, ale muszę przyznać, że "Dawn of the Jedi" zapowiada się interesująco.

Przygody Conana w serii "Conan: Road of Kings" w lutym dobiegną końca, a pałeczkę po scenarzyście, Roy Thomasie, przejmie Brian Wood, który wraz z Becky Clonan wystartuje z nowym on-goingiem zatytułowanym po prostu "Conan the Barbarian". Komiks wydany pod szyldem Dark Horse ma być adaptacją "Queen of the Black Coast", w której autorzy będą chciał położyć nacisk na związek Conana z Belit. Choć wybranie Wooda na scenarzystę klasycznej opowieści spod znaku heroic fantasy może dziwić, jeśli popatrzymy, jakie komiksy do tej pory robił, to autor "DMZ" i "Northlanders" przyznaje, że już w 2010 miał pewne sygnały z Dark Horse. Wood przyznaje, że jako autor realizujący swoje pomysły opowiedział wszystkie historie które chciałby opowiedzieć i osiągnął sukces. Teraz, chciałby spróbować zmierzyć się ze znanymi markami – stąd jego współpraca z Marvelem, stąd nowy Conan. Całość ma zamknąć się w 25 zeszytach.

Dan Slott opowiadając o "Spider-Island", które z wolna dobiega swojego końca, chciał aby każdy poszczególny zeszyt składający się na ten crossover nie był kawałkiem fabuły, pchającym opowieść do przodu, ale również pełnoprawną całością. W czasach, kiedy komiksy na amerykańskim rynku są naprawdę drogie, trzeba dbać o czytelników, którzy wspierają rynek i sprzedawać im pełnowartościowe produkty. A co z przyszłością Pajęczaka? Redaktor spider-tytułów Steve Wacker zapowiedział przede wszystkim powrót Sinister Six w ich klasycznym składzie i renesans klasycznych łotrów, takich jak Norman Osborn, Hobgoblin i Lizard. Rok 2012 ma należeć do symbiontów – seria "Venom" spotkała się z bardzo entuzjastycznym przyjęciem fanów i po zakończeniu "Spider-Island" Flasha Thompsona czekają kolejne przygody. Nie można również zapominać o "Carnage USA" Zeba Wellsa i Claytona Craina, kontynuacji niespodziewanego hitu z 2011 roku. W styczniu dojdzie do spotkania dwóch kumpli, Petera Parkera i Matta Murdocka, w historii pisanej przez Marka Waida z rysunkami Emmy Rios i Kano opowiadającej o powrocie Black Cat do życie Człowieka-Pająka.

Postać Scarlet Spidera jest doskonale znana także polskim czytelnikom z kontrowersyjnej "Clone Sagi". W połowie lat dziewięćdziesiątych Ben Reilly, zastąpił Petera Parkera w pełnieniu jego obowiązków, Człowiek Pająk, dopóki nie został pozbawiony życia przez Normana Osborna w 1996 roku. I być może Reilly pozostanie martwy (albo i nie), lecz Szkarłatny Pająk powraca na łamach nowego tytułu pisanego przez Chrisa Yosta z rysunkami Ryana Stegmana. Sądząc po reakcjach, jakie nowy on-going "Scarlet Spider" budzi, okazuje się klon Pajęczaka wciąż cieszy estymą wśród komiksowych fanów. Zapowiedzi jego powrotu można szukać w trwającym właśnie "Spider-Island". Yost nie mógł zdradzić zbyt wiele z historii, nad którą pracują, oprócz tego, że odkurzy superłotrów, o których nawer Steve Wacker, redakt rodziny spider-tytułów zapomniał, a akcja komiksu ma rozgrywać się w Houston.

Daniel Way chce sprawdzić czy Deadpoola da się zabić. Historia zatytułowana wymownie "Dead" rozpocznie sie w jubileuszowym, 50. numerze serii, kiedy najbardziej znany najemnik w uniwersum Marvela będzie próbował popełnić... samobójstwo. Po co? No cóż, Deadpool nigdy do najprzystojniejszych nie należał i raczej niespecjalnie wychodziło mu z dziewczynami. Po śmierci ma nadzieję, że będzie miał szansę u... Śmierci. Tej samej, której serce próbował zdobyć Thanos, anihilując całą rzeczywistość. Ciekawe czym Deadpool chce jej zaimponować. Odebranie sobie życia to nie łatwa sprawa, szczególnie kiedy posiada się czynnik samogojący. Do tej pory nawet Hulk nie był w stanie wyprawić go na łono Abrahama, ale Wade Wilson ma plan. Jaki? Tego będzie można się dowiedzieć już w lutym. Rysunkami w "Dead" zajmie się Carlo Barberi.

Hulk miażdzy! Przy okazji premiery filmowych Avengers ukaże się pięcioczęściowa mini-seria będąca kroniką spotkań Hulka z Avengers. W "Hulk Smash Avengers" będzie można przeczytać o pięciu klasycznych starciach zielonego monstrum z największymi ziemskimi bohaterami. Akcja pierwszego numeru będzie nawiązywać do istorycznej chwili zawiązania się Avengers w latach sześćdziesiątych, a ich autorem będą Tom DeFalco i Ron Frenz. Fabuła drugiego rozgrywać się będzie w noc przed wydarzeniami przedstawionymi na kartach "Avengers" #181-#187. Joe Casey i Max Fiumura pokażą, jak Hulk okłada się z Iron Manem, Wasp, Visionem i Beastem. Wraz z trzecim zeszytem, stworzonym przez Rogera Sterna i Karla Molinę, przeniesiemy się w lata osiemdziesiąte, a w czwartym stworzonym przez Jima McCanna zobaczymy starcie Joe Fixita ze składem West Coast Avengers. Finałowy zeszyt będzie historią osadzoną w czasac współczesnych, a skrypt Freda Van Lente i Michaela Avon Oeminga dotyczy walki Mighty Avengers z Rulkiem.

Seria "Fatale" miała być kolejnym autorskim projektem zrealizowanym w ICON przez obsypywaną nagrodami spółkę Eda Brubakera i Seana Phillipsa. Komiks jednak nie ukaże się w marvelowskim imprincie, ale pod szyldem Image Comics. Ten zaskakujący transfer nie oznacza jednak końca współpracy Bru z Domem Pomysłów, a wręcz przeciwnie. Ed i Sean chcą odpocząć nieco od serii "Criminal", której kolejne części z pewnością powstaną i zrobić coś w nieco innym klimacie. Poza tym dobrych kilka lat temu obiecali Robertowi Kirkmanowi i Ericowi Stephensonowi, że zrobią coś dla nich. W 12-częściowej opowieści Brubaker da upust swoim horrorowym ciągotkom i będzie chciał nieco ożywić kryminalne klisze. W tej epickiej historii rozgrywającej na przestrzeni kilkudziesięciu lat gangsterzy i seksowne femme fatales będą pojawiać się w towarzystwie lovecraftowych potworów. Scenarzysta przyznaje, że w "Fatale" pojawią się pomysły, które siedziały mu w głowie od czasu, kiedy skończył "Sleepera".

sobota, 29 października 2011

#887 - Komix-Express 111

Już pod koniec roku ukaże się gra komputerowa oparta na motywach kultowego komiksu "Kajko i Kokosz". Polski dystrybutorem pozycji "Kajko i Kokosz: Twierdza czarnoksiężnika" będzie Cenega. Gra będzie klasyczną przygodówką point`n`click, nawiązującą do klasyki gatunku. Przeznaczona na PC pozwoli dzieciom i ich rodzicom wcielić się w znanych komiksowych bohaterów i rozwiązać problemy grodu Mirmiłowo. Fabuła będzie opowiadała o nowych przygodach bohaterów wymyślonych przez Janusza Christę. Do ich wioski przybędą kupcy z zachodu, a pomiędzy nimi podstępny Hodon, który wyolbrzymiając ambicje mieszkańców próbuje osiągnąć znane tylko sobie niecne cele. Aby poznać tajemnice Hodona gracz wcielający się w postać dzielnych wojów będzie musiał wykazać się bystrością i zręcznością w cykli mini-gier. Twórcy "Twierdzy czarnoksiężnika" zapewniają, że w swojej produkcji uchwycili niepowtarzalnego ducha oryginału i zachowali specyficzny, wielopoziomowy humor Christy

Kinowa adaptacja "Przygód Tintina" zawitała już na ekrany kin całego świata (oprócz Ameryki, jak podpowiada w komentarzach Robert Sieniecki), a w Polsce pojawi się 4 listopada. Swoich głosów głównym bohaterów użyczyli między innymi Jamie Bell (w roli tytułowego bohatera), Andy Serkis (jako Kapitan Haddock), Daniel Craig, Simon Pegg i Nick Frost. Budżet komiksowo-filmowej superprodukcia, w którą zaangażowali się Steven Spielberg, Peter Jackson i Edgar Wright przekroczył 130 milionów dolarów, a "Tajemnica jednorożca" będzie zaledwie pierwszą częścią planowanej trylogii. Scenariusz drugiej - "Więźniów słońca" - jest już gotowy. Jeśli pierwszemu filmowi uda się odnieść wymierny sukces Jackson i Spielberg z pewnością znajdą czas w swoich napiętym kalendarzu, aby wziąć się za realizację kontynuacji. (KO)

Warsztaty "Trust nobody!" na których rysownik Przemysław Truściński i scenarzysta Bartosz Sztybor będą wtajemniczali młodych adeptów sztuki komiksowej w arkana tworzenie opowieści obrazkowych odbędą się 26 i 27 listopada 2011 roku w galerii Znaczy się w Krakowie. (przy ulicy Kościuszki 37). Zajęcia skierowane są do wszystkich osób zainteresowanych komiksem, grafiką, do ilustratorów i twórców. Warunkiem wzięcia udziału w warsztatach jest przesłanie do 10 listopada jednej strony szkicu planowanego komiksu lub pomysłu na scenariusz pod adres truscinski@wp.pl lub kesek@znaczysie.pl. Wstęp wolny, choć liczba miejsc jest ograniczona. Zapraszamy! (KO)

W bieżącym miesiącu do działu "Składnica naukowa", w którym zamieszczane są prace naukowe dotyczące komiksu – doktorskie, magisterskie, licencjackie, roczne, semestralne, zaliczeniowe, a także referaty, wygłoszone podczas konferencji naukowych itp., dodano aż osiem nowych tekstów. W tym m.in. rekonstrukcję pracy magisterskiej Wojciecha Birka pt.: „Poetyka opowieści rysunkowej. Zagadnienie potencjalności tworzyw” z 1988 roku, a także pracę licencjacką Joanny Mazur pt.: "Znaczenie i rola festiwali komiksowych w Polsce jako formy promocji komiksu i zrzeszania się fanów"", jak również kilka artykułów Krzysztofa Skrzypczyka. Więcej szczegółów na stronie Projekt "Zeszyty Komiksowe". (MG)

czwartek, 27 października 2011

#886 - Criminal vol. 01: Coward

Gdy pobieżnie przeglądamy "Criminal", z kart buchają na nas zgaszone jesienne barwy, kojarzące się z kinem lat siedemdziesiątych. To dobre skojarzenie. Gdy wgłębiamy się w lekturę, odnajdujemy silne związki choćby z "Ucieczką Gangstera" w reżyserii Sama Peckinpaha. "Takich filmów już się nie robi", chciałoby się powiedzieć. Ale zaraz wypadałoby dodać "dobrze, że tworzy się takie komiksy"...


Nie ma chyba współczesnego tworu, który tchnąłby więcej pary w noir niż "Sin City". To bardzo fajna sprawa, że gatunki filmowe przeszczepione na komiks (jak niegdyś z literatury na film), rozwijają się, żyją własnym życiem. "Criminal" w jakiś sposób również bazuje na tej tendencji, ale podąża w zupełnie innym kierunku niż komiks Franka Millera. To trochę tak, jakby z noir zdjąć całą zasłonę teatralności i skupić się na jego egzystencjalnym aspekcie. Na pewno dobrym, obrazującym istotę rzeczy stwierdzeniem będzie - nadużywane ostatnio, ale w tym przypadku trafne - porównanie z serialami ze stajni HBO. Komiks Brubakera nie stawia bowiem na szybką akcję, nie ma tu herosów z karabinem maszynowym w jednej ręce i mieczem samurajskim w drugiej. Stawia za to na spójną, przemyślaną fabułę i dobrze, wiarygodnie napisane postacie, w których istnienie jesteśmy w stanie uwierzyć.

Jest takie ćwiczenie z kreatywnego pisania - wymyślanie fabuły do najsłynniejszego obrazu Edwarda Hoppera. Zapewne powstały już tysiące opowiadań wysnutych z nostalgicznego wizerunku mężczyzny siedzącego samotnie przy barze. "Criminal", jak i kilka innych komiksów Brubakera, jest jak niezwykle udany efekt tego typu treningu. Mamy oto człowieka. Załóżmy, że przestępcę. To wyjątkowo niewdzięczny zawód, którego raczej nikt o zdrowych zmysłach nie ima się z własnego wyboru. Kryminaliści nie mają ubezpieczeń na życie, płatnych urlopów, emerytury i w razie wpadki nikt nie bierze za nich odpowiedzialności. Są zazwyczaj samotni, bo jaka kobieta wytrzymałaby presję bycia żoną bandziora? Świat kryminalistów Brubakera jest niezwykle gorzki. To nie jest środowisko wydreszonych małp, czy eleganckich psycholi wsadzonych w drogie, dobrze skrojone garnitury. Autor uzmysławia nam ważną rzecz - kryminalista to nie tylko silnoręki gangster, to również kieszonkowcy, drobni oszuści, narkomani zmuszani przez nałóg do przestępstw.

Jednak nie jest to komiks obyczajowy, próbujący być dokumentem, znakiem epoki ze starannie zarysowanym kontekstem społeczno-politycznym. Są tu wyraźnie wyczuwalne prawa i poetyka gatunku. To klisze. Przepisane na współczesność szekspirowskie tragedie. Mimo wyeksploatowania nie wydają się jednak karykaturalne i są mniej "komiksowe", niż niejeden współczesny Hollywoodzki film. To paradoks, że to, co w kinie dziś podawane jest już niemal wyłącznie jako niestrawne i bełkotliwe blockbustery, w komiksie wypada dużo wiarygodniej niż na celuloidzie.

Dużo w tym zasługi rysunków Seana Philipsa. Nie ma w nich zbędnych fajerwerków, powiedziałbym wręcz, że jest bardzo klasycznie, a narracja odnosi się właśnie do sprawdzonych, filmowych sposobów opowiadania obrazem. Ludzie za tym tęsknią - dowodem niech będzie komercyjny sukces "Drive", bazujący na nostalgii za dobrym, starym kinem sensacyjnym. Początkowo myślałem, że rysunki - w których rola czerni jest ogromna, bo często tusz nakładany jest grubym patykiem - wyglądałyby lepiej, gdyby nie babrać ich tymi komputerowymi kolorami. Potem jednak doszedłem do wniosku, że dobrze, iż plansze nasycono tymi jesiennymi barwami, bo pomaga to nam uwierzyć, że nie czytamy przejaskrawionego, ekspresjonistycznego noir.

Na początku wspomniałem o związkach z filmami Sama Peckinpaha. Jeśli idzie o ilość goryczy, połączoną z konwencją sensacyjną, trudno będzie o lepszy przykład. Pierwszy tp: "Coward" garściami czerpie zarówno z "Ucieczki Gangstera", jak i z "Przynieście mi głowę Alfredo Garcii". Co prawda wartością artystyczną nie dorasta do pierwowzorów, ale wydaje mi się, że wyszło nadzwyczaj udanie i "Criminal" z powodzeniem wejdzie do komiksowego kanonu. Pozostaje ubolewać, że tak jak w przypadku recenzowanego przez Marcina "Scalped", żaden wydawca nie jest zainteresowany opublikowaniem u nas serii tak istotnej dla współczesnego mainstreamowego komiksu.

Kiedyś inny Hopper - Dennis (świeć Panie nad jego duszą) powiedział, że Tarantino to Mark Twain naszych czasów. Według mnie Tarantino ma za mało do powiedzenia na temat - odwiecznie kiepskiej - kondycji ludzkiej. Wiem, że tym razem ja bym przesadził, mam jednak ochotę sparafrazować te słowa i powiedzieć to samo o Brubakerze...

środa, 26 października 2011

#885 - The Goon vol.4: Virtue and the Grim Consequences Thereof

Jeden z najbardziej różnorodnych stylistycznie tomów o przygodach Goona - od dramatu sportowego i gangsterskiego (tak jest, dramatu, sportowego i gangsterskiego jednocześnie), przez slapstickową parodię literatury klasycznej, po pulpowe science fiction. A na deser jeszcze kilkustronicowa komedia przygodowa w formie prozy (!), gdzie główny bohater jest jedynie postacią epizodyczną. Tym samym istne spektrum emocji. Inna sprawa, że równocześnie jest to też jeden z najbardziej nierównych jakościowo tomów - od scenariopisarskich wyżyn Erica Powella, po fragmenty niedopracowane, popadające nawet w sztampę.


Pierwsza opowieść dzieje się w czasach, kiedy to Miasto nie niepokoiły jeszcze trupie oddziały Bezimiennego Kapłana, a gang Labrazia dzielił się władzą wraz z trzema innymi rodzinami mafijnymi. Pod koniec tej epoki w rodzinne strony powróciła legenda futbolu amerykańskiego, Harley Labeau, celem założenia własnej drużyny. Problem polegał na tym, że w tej wyjątkowo smutnej mieścinie ciężko było o odpowiednich zawodników. Zmieniło się to, gdy świeżo upieczonemu trenerowi udało się pozyskać Goona, który na swój specyficzny sposób rekrutował zawodników spośród miejscowych bandziorów.

Historia legendarnych The Fighting Fish Canners opowiedziana jest poprzez dwie różne narracje. Klamrę stanowi sentymentalny artykuł poświęcony wspomnianej drużynie, napisany przez lokalnego dziennikarza lata po przedstawionych wydarzeniach. Kolejne fragmenty jego tekstu wraz z fotografiami ukazującymi zawodników czy fragmenty meczów, przeplatane są z opowiadaniem stricte obiektywnym. Bo tam, gdzie dziennikarz snuje domysły na temat szczegółów wybranych wydarzeń, tam Powell zabiera czytelnika do samego ich centrum, wyjaśniając wszystko, co trzeba. To wzajemne uzupełnianie się narracji tworzy niezwykłą całość, płynnie przechodząc z historii sportowej w gangsterski dramat czerpiący z klasyki kina spod znaku Ojca chrzestnego. Powell unika tu jednak cytowania, skupiając się na spójności historii, a w kilku miejscach sprytnie podpierając się podstawami psychologii społecznej. Efektem tego otrzymujemy dramaturgiczny majstersztyk. Najpierw rozbawia do łez, następnie łamie serce.

Kolejna opowieść to już zupełnie inna tonacja. Jest to bowiem całkowicie popieprzona parodia" "Opowieści wigilijnej", której sam podtytuł mówi sporo o jej charakterze: "A Complete Bastardization of a Piece of Classic Holiday Literature". Cała prześmiewcza parafraza polega tu na obsadzeniu bohaterów "Goona" w rolach postaci z dzieła Dickensa. Zmiana ta z reguły nie ma jakiegoś większego wpływu na ich (postaci powellowskich, nie dickensowskich) pierwotne charaktery, co oczywiście doprowadza do mocnej deformacji oryginału. Ebenezera Scrooge'a gra tu sam Kapłan Zombie, zmarłego Jakoba Marley'a odgrywa dr. Hieronymous Alloy, a w kolejne Duchy Świąt wcielają się Franky, Goon oraz... No tego ostatniego nie wypada zdradzać. Za to należałoby wspomnieć, że charyzmatycznych postaci z uniwersum Powella jest tu więcej. I co z tego powstaje? Coś naprawdę chamskiego, ale jednocześnie piekielnie zabawnego. No może pomijając średnie zakończenie.Trzeba jednak zaznaczyć, że opowieść ta charakteryzuje się powalającą oprawą wizualną.


Niestety lwią część tego tomu stanowi jego najsłabszy element - trzyczęściowa historia pt. "The Dimension of the Flesh-Eating Eye!" (sic!)*. A zaczyna się całkiem obiecująco. Oto pewnego dnia Dr. Alloy budzi się i z przerażeniem odkrywa, że jego sztuczne ciało rozpada się na kawałki. Aby zatrzymać ten proces potrzebuje kryształu znanego jako lewisiam. Szkopuł polega na tym, że zaopatrzyć można się w niego tylko w równoległej rzeczywistości, w której to armia robotów Alloy'a nie jest w stanie funkcjonować. Szalony geniusz prosi więc o pomoc swojego niedawnego wroga, tj. - oczywiście - Goona. Bohater w towarzystwie Franky'ego rusza w podróż, która szybko okaże się surrealistyczną jazdą bez trzymanki. A to dopiero początek, bo dzieje się tu naprawdę dużo. Niestety za dużo.

Historia próby ocalenia Dr. Alloy'a, oraz tego zaskakujące konsekwencje, to właściwie jakościowa równia pochyła. Trzon pełnej akcji fabuły stanowią ostre punkty zwrotne. Wcześniej wielokroć zachwycałem się niewątpliwym darem Powella do improwizacji, jednak tutaj ta prowizorka ewidentnie zaprowadziła go na manowce - kolejne przewrotki prowadzą nas w coraz dalsze tereny, znacznie penetrując bogaty świat komiksu, ale jednocześnie sprawiają wrażenie zrobionych na siłę. Powell zamiast skupić się na konkretnym wydarzeniu, czym prędzej przeskakuje do następnego, tak jakby bał się, że zanudzi czytelnika. Tym sposobem nie nudzi, niestety równocześnie wprawia w zobojętnienie. Wprawdzie historia niepozbawiona jest mocnych plusów, jak przezabawne dialogi czy orzeźwiające epizody (to tutaj debiutuje** jedna z najfajniejszych postaci komiksu - pacyfistyczny zombiak imieniem Willy Nagel, później zaś urocza ekipa łobuziaków znana jako The Unholly Bastards), ale im bliżej końca, tym większe rozczarowanie. Co ze świetnych elementów, jakie się po drodze pojawiają, skoro najważniejsza pozostaje główna fabuła, a ta okazuje się niedopracowana, zaś ostatecznie - przeciętna, pozbawiona odpowiedniej dawki oryginalności i wiarygodności. Cóż, autor niewątpliwie podczas tworzenia jej miał akurat słabszy okres.

Na szczęście "Virtue and the Grim Consequences Thereof" kończy się rzeczą zdecydowanie bardziej udaną, mianowicie opowiadaniem pt. "Jimmy Turtle and the Legendary Boxcar of Well-Made Ladies Shoes". Zostało ono napisane na prośbę Powella przez niejakiego Thomasa Lennona. Tyle, że miał to być materiał wyjściowy do scenariusza komiksowego, ale panowie się zwyczajnie nie do końca zrozumieli. Twórcy "Goona" na tyle się to jednak spodobało, iż postanowił już w żaden sposób w jego formę nie ingerować (pomijając ozdobienie opowiadania kilkoma ilustracjami). No i nie ma czego żałować, bo spłodzona przez Lennona historyjka broni się sama. Nie dość, że jest bardzo sprawnie napisana - autor poszczycić się może zarówno pisarską dyscypliną oraz elokwencją, jak i darem lekkiego pióra - to jeszcze stanowi świetne uzupełnienie universum Goona. Głównym bohaterem jest tu bowiem sam Franky, wyprawiający się w niezwykłą przygodę ku czci odpowiednio wielkiej fortuny. Od dawna marzyła mi się lektura historii opowiadanej właśnie z jego perspektywy i wreszcie się doczekałem. A rzecz to nie byle jaka - ironiczna, zabawna, zaskakująca i urocza. Tyko krótka. Mam nadzieję, że sam Powell jeszcze do umiejscowienia Franky'ego na pierwszym planie wróci. Kolega Lennon - wcale przecież nie ingerując w konstrukcję postaci - udowodnił, że pomocnik Goona bez jakichkolwiek problemów sam jest w stanie udźwignąć daną historię.


* Opowieść ta w rzeczywistości nie ma żadnego tytułu. Ten wspomniany, to jedynie napis, jaki znalazł się na okładce pierwszego tworzącego ją zeszytu (typowo powellowska stylizacja na pulpowy plakat filmowy). Na okładce drugiego zeszytu widnieje z kolei "The Diabolical Dr. Alloy Rises Again!", zaś na "trójce" nie ma już nic.

** Tak naprawdę pojawił się już w poprzednim tomie, kapitalnym "Heaps of Ruination", ale ciężko go tam nazwać inaczej, niż tylko statystą.

sobota, 22 października 2011

#884 - Komix-Express 110

Rynek komiksowy wymusił na Tadeuszu Baranowskim wydawanie własnym sumptem swoich pożegnalnych komiksów. W 2005 roku ukazało się "Tffffuj! Do bani z takim komiksem!" w liczącym 550 egzemplarzy nakładzie i zdefiniowało pojęcie "kolekcjonerska edycja". Już wkrótce w podobnym standardzie oficyna Orient Men i Spółka w koprodukcji z Ongrysem wypuszczą "Na wypadek wszelki woda, soda i Bąbeleki (oraz Kudłaczki)". Ale przedtem jeden z nestorów polskiego komiksu przygotował absolutnie unikatową reedycję komiksu "Skąd się bierze woda sodowa?" w nakładzie... 9 sztuk! Każdy z albumów jest nieco inny - różnią się kolorem okładki, oryginalnym rysunkiem na niej zamieszczonym i układem typograficznym. Plansze wydrukowane zostały w skali 1:1, nie są zmniejszane, jak miało to miejsce w innych albumach. Czerpany papier, mosiężne okucia, tłoczona czcionka na okładce - czego jeszcze trzeba, żeby doprowadzić do orgazmu komiksowego kolekcjonera? Cena tego rarytasu? Autor czeka na propozycję, ale pojawiła się informacja, że za sztukę należy zapłacić 5500 złotych. I trzeba się spieszyć - dwie pierwsze sztuki znalazły już swoich szczęśliwych nabywców. (KO)

Michał Antosiewicz wytrwale pracuje nad 38. numerem "Krakersa".Udało mu się znaleźć setkę (a nawet więcej) chętnych do zamówienia jubileuszowego wydania komiksowego periodyku. Do zapowiadanych wcześniej komiksów dołożył kolejne prace autorstwa Macieja Pałki, Jarosława Gacha, Marka Turka, Aleksandra Jasińskiego, duetu Daniel Gizicki-Mikołaj Ratka, a także (jeśli wszystko dobrze pójdzie) Jarosława Ejsymonta. Jednak prawdziwym hitem może okazać się "Wielesław" Romana Surżenki (rysownika thorgalowej serii "Louve") i Wiktora Agafonowa, trzy nowele rozpisane w sumie na 70 stron. Na chwilę obecną "Krakers" ukaże się w formacie A4, będzie liczył 180 stron i kosztował nie więcej niż 50 złotych. Magazyn będzie dostępny tylko na zamówienie u swojego wydawcy. (KO)

Nowy sezon Poznańskich Spotkań Komiksowych zainauguruje przybycie samego Michała Śledzińskiego. Nietypowo, bo w sobotę (a nie w czwartek) 29 października o godz. 11:30 Wyższa Szkoła Języków Obcych na ulicy Piekary 5 (sala 401) będzie gościła redaktora "Produktu", autora "Osiedla Swoboda", "Na Szybko Spisane" i "Wartości Rodzinnych". Na spotkaniu będzie można kupić albumy Śledzia. Natomiast zaraz po, w godzinach 14:00-15:30, w sklepie komiksowym KiK (ul. Św. Marcin 25) nasz gość będzie rozdawał autografy. Wstęp oczywiście wolny. (KO)

Miejska biblioteka publiczna w Opolu, zorganizowała konkurs na - tego jeszcze chyba nie było - komiksową zakładkę do książki. We wprowadzeniu do regulaminu konkursu, przyjemnie łechce ego komiksiarza:

W XXI wieku komiks stanowi istotne i pełne potencjału, nieustannie rozwijające się medium. Kiedyś niedoceniany, dziś stał się jedną z najpopularniejszych i najszybciej rozwijających się działalności artystycznych, techniką, do której najchętniej sięgają młodzi twórcy.

Po takiej zachęcie, ciężko jest nie poczuć się dumnym z bycia komiksowym twórcą. Pewnie niejeden wyśle jakąś pracę, choć nagrody są raczej skromne. Dwie stówy za najniższy poziom na pudle, trzy banknoty z Władysławem II Jagiełło za zajęcie miejsca drugiego i 500 zł za wiktorię. Akcję wspierają m.in krakowskie wydawnictwo Post i Japonica Polonica Fantastica. Pełny regulamin na stronie opolskiej biblioteki. (KC)

9. listopada odbędzie się szósta już edycja, jedynej wrocławskiej komiksowej inicjatywy z prawdziwego zdarzenia, czyli Komiksofonu. Jak dobrze pamiętamy, od strony technicznej Komiksofon był często dramatyczny. Jak zapewniają organizatorzy, wina leżała jeno po stronie klubu Puzzle, gdzie już pięć razy wrocławska publiczność podziwiała świetne filmiki rodzimych komiksiarzy. Myślano nawet nad zmianą miejscówki, ale jak widać lokal obiecał poprawę, dlatego tydzień po święcie zmarłych tłumnie zjawimy się w samym sercu Miasta Spotkań, aby znowu w Puzzlach - w końcu - zobaczyć technicznie profesjonalny w 100% Komiksofon. Tego Wam i sobie życzę. Na twórców wiadomo, że można liczyć. Tym razem - jak zwykle zajebiste - filmiki przygotują wrocławianin Jakub Sysło i poznaniak Bartek Kuczyński. Goście są doprawdy fascynujący. Jakub słynie z bardzo charakterystycznej kreski (takiej jeszcze Komiksofon nie widział!) a Bartek z zawodu jest - cytuję - "specjalistą chirurgii ogólnej i adeptem medycyny estetycznej", lecz z zamiłowania rysuje komiksy. Nieźle prawda? Po pokazach filmowych, publiczność będzie mogła jak zwykle zadać pytania. Spotkanie poprowadzi Paweł Wojciechowicz. 09.11.11 - odnotować datę w kalendarzyku. To rozkaz. (KC)

czwartek, 20 października 2011

#883 - Diefenbach

Pierwszy zeszyt „Diefenbacha”, który ukazał się w 2002 roku w koprodukcji wydawnictw Zin Zin Press oraz Kultury Gniewu, był skromną broszurką w formacie B5, licząca sobie 36 stron i wydaną w znamiennym nakładzie 666 egzemplarzy. Kolorowa okładka odwołuje się do estetyki Marilyna Mansona, twarz postaci na okładce łudząco przypomina sceniczny wizerunek Briana Hugh Warnera. Można wskazać jeszcze kilka innych, bardziej odległych, odwołań do tego artysty w komiksie Benedykta Szneidera.

W warstwie fabularnej komiks opowiada o wyprawie nieznanych z imienia dwóch joannitów, chociaż tylko jeden z nich nosi strój z krzyżem maltańskim na piersiach. Zostali oni wysłani w poszukiwaniu Czarnej Kroniki, która to księga zawiera „zapis nawracania tych ziem na chrześcijaństwo według miary sprzed około 200 lat”. Wysłał ich mistrz Vikernes (jestem przekonany, że autor nadał mistrzowi to imię bardzo świadomie, odwołując się norweskiego muzyka black-metalowego Varga Vikernesa) do wsi o nazwie Skytten (nazwa również „znacząca” – ze szwedzkiego zodiakalny Strzelec). Stroje, język stylizowany na staropolski (niestety niekonsekwentnie), architektura budynków, to wszystko sugeruje, że akcja dzieje się gdzieś okolicach średniowiecza.

Zakonnicy chcieli odebrać księgę od miejscowego proboszcza. Jednakże ten informuje ich, że spłonęła 6 lat temu w pożarze starej kaplicy. W tym miejscu na plan pierwszy wysuwa się sensacyjno-kryminalny wątek opowieści, związany ze śmiercią dziewczyny o imieniu Agata, której pogrzeb zakonnicy widzieli, gdy wkraczali do wioski. Nie chcę zdradzać całej fabuły, ale fakt faktem dwaj Kawalerowie Maltańscy z powodu swej niezdrowej ciekawości, wpakowali się w niezłą kabałę z udziałem sług Szatana, inkwizytora oraz żądnego krwi wampira. Powraca także sprawa Czarnej Kroniki – budowa tego wątku przywodzi mi na myśl powieść „Klub Dumas” Arturo Péreza-Reverte, która jest bardziej znana z filmowej adaptacji Romana Polańskiego pt.: „Dziewiąte wrota”.

To nie scenariusz, który, jak starałem się wykazać, oparty jest na kilku popkulturowych kalkach, stanowi o wartości tej książki. Warstwa narracyjna jest jedynie pretekstem dla rysunkowych popisów Benedykta Szneidera, tym co najważniejsze i najciekawsze w pierwszym zeszycie „Diefenbacha” są ilustracje. Wykonane z dużą precyzją rysunki w czerni i bieli, nadają komiksowi mroczny i klimatyczny charakter. Bardzo dobrze autor przedstawił, odwzorował postaci, które są w ruchu. Szneiderowi udało się oddać ekspresję, „nagłość” tych sytuacji, które rozgrywają się z zaskoczenia, np. atak na strażnika w lochu i ucieczkę joannitów. Do moich ulubionych scen należą także te, które rozgrywają się podczas ulewy. Ciemne i wypełnione szczegółami kadry, aż „po same brzegi”, potęgują nastrój grozy. Układ kadrów na stronie w całym zeszycie jest dobrze przemyślany, oko nie ma wątpliwości, który jest następny, sprawnie się po nich „ślizga”. Wąskie prześwity między nimi porządkują planszę, skromny pasek bieli wprowadza ład.

Ciekawym zabiegiem ze strony autora, jest okazjonalne wprowadzanie czcionki gotyckiej, podoba mi się użycie jej szczególnie w pisowni wykrzykników i pytajników. Niestety w większości dymków liternictwo pozostawia wiele do życzenia. Odręczny krój pisma, tzw. pisanka, jest miejscami mały i niewyraźny, słowa zlewają się ze sobą.

Z pewnością warto zapoznać się z tą pozycja przed przeczytaniem „Diefenbach. Zanim wzejdzie świt”, aby przekonać się, jak w ciągu dekady rozwinął się rysunek Benedykta Szneidera, a także jak zmieniło się jego podejście do fabuły.

środa, 19 października 2011

#882 - Człowiek bez Szyi

Parodiowanie ogranych do bólu motywów znanych z komiksów superbohaterskich to jeden z najbardziej eksploatowanych tematów, nie tylko w ojczyźnie komiksu. Polska, w której ubrani w kolorowe trykoty herosi panowali niepodzielnie na rynku jedynie przez dekadę, doczekała się kilku naprawdę znakomitych realizacji tego pomysłu – żeby wymienić tylko kultowego Wilq`a braci Minkiewiczów czy Orient-Mena Tadeusza Baranowskiego. Im więcej pojawia się tego typu pozycji, tym trudniej wymyślić coś świeżego, nowatorskiego i naprawdę ciekawego. A jak poradzili sobie autorzy „Człowieka bez Szyi”?

Przygody bezszyjnego superherosa to kolejna obok „Henryka Kaydana” czy „Konstruktu” seria stylizowany na poczciwe semikowe wydawnictwo, nawiązujące jednocześnie do amerykańskiego stylu publikowania kolorowych zeszytów. W komiksie znajdą się zatem strony klubowe, kolumna z listami od czytelników, fikcyjne zapowiedzi innych pozycji z uniwersum „CbSa”. Autorzy grają na sentymentach swoich czytelników, ale bez jakiegoś konkretnego celu i z zabawy formą edytorską nic nie wynika.

Wyświechtane opowiastki o superherosach momentami aż proszą się o szyderę, ale twórcy – Rafał Kołsut, autor niesławnego „Szramy”, wspomagany przez Adama Czernatowicza i oddział rysowników – idą po linii najmniejszego oporu. Podnoszą poziom patosu do absurdalnych poziomów, topią schemat w groteskowym przerysowaniu i uciekają się do bardzo tanich chwytów. Jeśli idzie o typ humoru to myślę, że adekwatnym byłoby zestawienie „CbS`a” z parodystycznym tonem „Kleszcza”, ale to jeszcze nie ta liga. „Człowiekowi bez Szyi” brakuje lekkości, polotu, większej oryginalności. Komiks pozbawiony jest charakteru – nie ma w nim krztyny finezji (jakkolwiek rozumianej), o formalnych fajerwerkach nie wspominając. Ot, to taki komiks, który robi się na nudnym wykładzie z kumplem obok.

Pierwszy zeszyt „Człowieka bez Szyi” ukazał się w dwóch odmianach. W wersji A swoje talenty pokazali Biram Ba i Kajetan Wykurz. Temu pierwszemu przypadło narysowania najciekawszej według mnie historii, czyli „Angielskiej roboty”, epatującej mocno brytyjskim humorem. Miał szansę błysnąć, ale nie do końca mu się to udało. Wydaje mi się, że Biram nie może zdecydować się w jakim kierunku rozwijać swoją kreskę – czy pójść w kierunku przerysowania, czy może próbować swoich sił stylistyce super-hero. Mocno cierpią na tym jego prace, a rezultat dodatkowo psują nieudolnie nałożone komputerowe efekty – Biramie, nie idźcie tą drogą! Na odwrót jest we „Włóknach grozy”, w których Wykurz pokazał, że może aspirować do ścisłej czołówki rodzimych cartoonistów. Ma wszystko, czego, potrzeba w komiksowych fachu – lekką rękę, wyczucie, fajne pomysły i solidny warsztat. Jeśli będzie rozwijał się w podobnym tempie to jeden, może dwa albumy dzielą go od najlepszych. Niestety, nawet jemu nie udało się uratować dość przeciętnego scenariusza.

W wersji B Jacka Kuziemskiego rastrowe zabawy bardzo szybko zaczynają irytować. O ile początek „Dusznej sprawy” może się podobać, to im dalej, tym gorzej. W rysunkach Tomasz Kwietnia jest jeszcze dużo amatorszczyzny, poczynając od wielkości dymków, przez kompozycję kadrów czy dynamikę (a raczej jej brak). Rysownika czeka jeszcze dużo pracy w doskonaleniu swoich komiksowych umiejętności. Jak zwykle kawał dobrej roboty odwalił Igor Wolski, który jest autorem kilkustronicowego originu herosa pozbawionego części ciała łączącej korpus z głową. Wolski przyzwyczaił mnie już do pewnego poziomu swoich rysunków i nie zwykł schodzić poniżej niego.

Generalnie pod względem oprawy graficznej komiks przedstawia średnie stany polskiej produkcji zinowej, wyjąwszy Wykurza (przede wszystkim!) i Wolskiego. Nie sądzę jednak, aby ktoś kupował te zeszyty dla zapierających w dech piersiach wizualiów. Szkoda zatem, że „Człowiek bez Szyi” nie broni się humorem, który powinien być atutem produkcji Kołsuta i Czernatowicza.

wtorek, 18 października 2011

#881 - Scalped #2: Casino Boogie

To od tego tomu rozpoczyna się prawdziwy popis scenopisarskiego rzemiosła i talentu Jasona Aarona. Konstrukcja scenariusza nie jest już świetna, lecz mistrzowska, podobnie jak dramaturgia, na którą określenie "mocna" będzie tym razem zdecydowanie zbyt delikatne. Społeczno-obyczajowe tło wzbogaca historię już niemalże na każdym kroku, ale co ważniejsze - znacznemu pogłębieniu uległy psychologiczne rysy bohaterów, od tego momentu stając się najwyrazistszym atutem komiksu. Tym samym na jaw wychodzi, że sama fabuła jest do pewnego stopnia tylko pretekstowa, a gatunek jest jedynie narzędziem w rękach twórców. Ciągle ważnym, ale cel znajduje się wyżej.


Całość składa się z sześciu epizodów, w których na plan pierwszy wychodzą zupełnie inne postaci. To ich charaktery owe epizody kształtują, a więc z racji odmienności bohaterów, dane historie wpisane zostają w różne stylistyki. Cała fabuła rozgrywa się, jak sam tytuł wskazuje, wokół długo oczekiwanego otwarcia kasyna należącego do bezwzględnego Red Crowa. Szybko jednak okazuje się, że ogromne znaczenie tego wydarzenia jest pozorne, bo wcale nie dochodzi do spodziewanego punktu kulminacyjnego z nim związanego. Widowiskowe otwarcie już na starcie staje się nie bardziej niezwykłe niż któryś z dni tygodnia. Wtorek, czwartek, sobota - co z tego? Oczekiwane odnośnie kasyna emocje porównać można do takiej oto hipotetycznej podróży na wakacje: docieramy do celu podróży, ale na miejscu okazuje się, że najciekawsze są książki, które akurat wzięliśmy ze sobą.

Ta neutralizacja spodziewanej atrakcyjności jest oczywiście zabiegiem jak najbardziej celowym, bezpośrednio związanym z pozostałymi elementami "Casino Boogie". Tyle, że tych nie można już nazwać tak zwyczajnymi. W tym miejscu należałoby wrócić do bohaterów. Pierwszą historia nie charakteryzuje się jeszcze narracją stricte subiektywną, jednakże opowiedziana jest głównie z punktu widzenia Dashiella Bad Horse'a. Jej zadaniem jest popchanie całej fabuły do przodu. Jest więc elementem bardziej klasycznym, zwłaszcza, jeśli weźmie się pod uwagę jej mocno gatunkowy charakter. Celem kolejnych jest już pewna penetracja psychiki następnych postaci, a są nimi osoby o różnych statusach społecznych, reprezentujące skrajnie odmienne postawy. Są to: Red Crow, tradycjonalistyczny socjopata Diesel Engine (w jego przypadku mamy chwilowy zwrot w stronę gatunku), enigmatyczny szaman Catcher, rozmarzony nastolatek bez perspektyw imieniem Dino Poor Bear oraz pewna persona, o której lepiej zanadto nie wspominać, aby nie psuć ewentualnym przyszłym czytelnikom zabawy.

Część z tych epizodów stanowi zamkniętą całość, dobrze radząc sobie i bez pozostałych historii. Ale osobno nie miałyby oczywiście takiej siły rażenia. A ta jest ogromna. Wszystkie utrzymane są w duchu czarnego kryminału, charakteryzując się tym samym, co wcześniej pesymistycznym wydźwiękiem, mroczną atmosferą i wszechobecną brutalnością, jednak jeśli się im przyjrzeć, to każda zasługuje już na inną szufladkę - od dramatu gangsterskiego, przez dramat obyczajowy i sięgający po kino Sama Peckinpaha quasi-western, po dramat polityczny (sic!). Jedna wypełniona będzie nostalgicznymi retrospekcjami, inna częściowo wpisana zostanie w poetykę oniryzmu. W większości z nich pojawiają się te same wydarzenia, jednakże z racji odmiennych punktów widzenia, przedstawiane są, rzecz jasna, inaczej. Aaron bardzo inteligentnie bawi się tu narracją - pokazuje jedynie fragmenty danych scen, na ich stopniowe uzupełnianie każąc czekać do następnych historii. Tym samym nie tylko doskonale się one uzupełniają, ale obfitują również w ogromną dawkę suspensu. Postać X nie wie przecież tego, co wie postać Y, o czym czytelnik został poinformowany już wcześniej, a co odgrywa w danym momencie kluczową rolę, etc. Nie mam wątpliwości, że Alfred Hitchcock byłby dumny, choć napięcie w swoim kinie osiągał z reguły nieco innymi metodami.


Jeszcze dumniejszy byłby jednak klasyk literatury amerykańskiej, William Faulkner, z którego Aaron czerpie pod tym kątem najwięcej. Oto właśnie owy pisarz zasłynął jako ten, który wzbogacił literacką narrację o niezwykłą elastyczność, poprzez częste retrospekcje, obiektywne skoki czasowe czy regularne zmiany punktów widzenia, co razem tworzyło mocno rozbudowaną całość. Aaron, który studiował przecież filologię angielską, sam przyznaje, iż Faulkner jest jednym z jego ulubieńców. I w "Casino Boogie" owocuje to nie tylko sporą różnorodnością, ale też niezwykle dopieszczoną dramaturgią. Warto też w tym miejscu zaznaczyć, że główny watek fabularny zostaje tu niejako zamrożony. Historia idzie do przodu bardzo leniwie, jednak w sposób tak ciekawy, iż słowo "nuda" ani razu nie przeszło mi przez myśl. Tempo to silnie za to działa na dramatyzm fabuły. W końcu pod koniec "Indian Country" jedna z najważniejszych postaci została zamordowana. I co w związku z tym? To samo co z kasynem. Z taką różnicą, że scenarzysta powoli, ale bardzo konsekwentnie (bardzo umiejętnie) podsyca towarzyszące naszym oczekiwaniom napięcie. Droczy się z czytelnikiem w taki sposób, że temu nie wypada nic innego, jak mu tylko za to dziękować.

W tym tomie oglądamy kolejne zakątki rezerwatu Prairie Rose, dobrze poznając też przeróżnych jego mieszkańców. W końcu co bohater, to inne otoczenie, za każdym razem tak samo wiarygodnie sportretowane. Twórcy bezkompromisowo przedstawiają patologie wyrosłe na beznadziejnych warunkach, w jakich żyje spora ilość współczesnych czerwonoskórych, zgrabnie kontrastują to jednak ze szczegółowym ukazaniem kultywowania przez niektórych z nich indiańskich tradycji. Tym samym wskazują na autentyczną, powszechną we współczesnych rezerwatach sytuację - tam, gdzie najgorsza oświata i opieka zdrowotna, a największy wskaźnik alkoholizmu, narkomanii, bezrobocia i przestępczości, tam też najbardziej pielęgnuje się indiańskie wartości. Paradoks z życia wzięty. Ale to też nie wszystko - komiks wzbogacony zostaje egzystencjalną wymową, wzorce czerpiąc z kontestującego filmu drogi lat 70., jak również ze wspomnianej wcześniej twórczości Peckinpaha. Kilka tytułów filmów zostaje tu nawet wymienionych wprost, aczkolwiek zupełnie nienachalnie (o postmodernistycznej żonglerce mowy nie ma, nawet w momencie cytatu).

Co już wcześniej było sugerowane - dobrze poznajemy tu motywacje kolejnych postaci, jak również wybrane epizody z ich życia, które je ukształtowały. Tym samym Red Crow nie jest już tylko bezlitosnym gangsterem, a Dino Poor Bear jakimś podlizującym się głównemu bohaterowi niedojdą. Każdy ma własne uczucia, każdy ma własne życie. Niemal wszyscy stają się tu ludźmi z krwi i kości, a wraz z nimi prawdziwą staje się ziemia, po której stąpają. "Casino Boogie" nie tylko znacznie wzmacnia plusy poprzedniego tomu, ale przynosi też serii nowy atut, od tej pory nieodłącznie z nią związany - szczerość.

poniedziałek, 17 października 2011

#880 - Miłość, przyjaźń i kolorowe obrazki

Kolejny, 22. z kolei Międzynarodowy Festiwal Komiksu i Gier w Łodzi za nami. Jak było? Jak zwykle – fantastycznie! Łódzki konwent niewątpliwie zasługuje na miano najlepszej komiksowej imprezy, której scenariusz z roku na rok jest podobny. Spotkania, prelekcje, wystawy, warsztaty, giełda, autografy – to też, ale przede wszystkim wspaniała atmosfera komiksowego święta. Gdzie, jak nie w Łodzi można snuć się Piotrkowską i przypadkowo wpaść to na Przemka Pawełka, a to na Jacka Gdańca.

Pójście po piwo na stację benzynową z Ojcem Rene kończy się spotkaniem Krzysztofa Gawronkiewicza, wypatrywanie perełek na giełdzie owocuje dłuższą rozmową z Tomkiem Pstrągowskim, a wieczorem przy odrobinie szczęścia można wziąć się za łby z samym Simonem Bisley`em. Niezobowiązujące rozmowy w niedzielny poranek przy kawie w ŁDKu, lawirowanie od jednej koterii do drugiej na sobotniej gali, podsłuchiwanie nad czym to komiksiarze pracują i gadanie, gadanie i jeszcze raz gadanie o wszystkim z bliższymi i dalszymi znajomymi. Piękna sprawa! Choć nad wszystkim cieniem kładło się widmo kryzysu, wróciłem z Łodzi z maksymalnie naładowanymi bateriami, pełen pozytywnej energii, która powinna wystarczyć przynajmniej do trzeciej edycji Komiksowej Warszawy. Nie wszystko oczywiście mogło się podobać i właśnie od pewnych niedoróbek chciałbym rozpocząć tą relację.

Z roku na rok poziom zadęcia na sobotniej gali rośnie, choć tym razem odbyło się bez beatboxerów i głosu Tadeusza Knapika. Jak zwykle pojawił się szereg dostojników, Pan „niania też może być fachowcem!” Sponsor i tłumacz, który fachowcem najwyraźniej nie był, symultanicznie przekładający sceniczne dialogi na język angielski. Mam wrażenie, że im bardziej rynek komiksowy się kurczy, tym większej pompy można spodziewać się na eMeFce, tym bardziej organizatorzy pękają z dumy (słusznie, czy niesłusznie – to sprawa dyskusyjna), odgrażając się, że już wkrótce w Łodzi powstanie polskie centrum komiksu. Trwa to przynajmniej od czasu, kiedy uroczystość rozdania nagród przeniosła się do Wytwórni i już chyba nic się z tym nie da zrobić. Podobały mi się akcenty growe podczas (świetny podkład muzyczny!) i szturmowcy pilnujący wejścia na scenę. Nie podobało mi się prowadzenie gali i niezręczna cisza, która zapadała, co jakiś czas. Przemek Pawełek podpowiada, że warto by zatrudnić kogoś, kto mógłby poprowadzić rozdanie nagród i to z pewnością mogłoby rozwiązać ten problem.

Daniel Gizicki na swoim blogu słusznie wytykał potraktowanie wystawy konkursowej po macoszemu. Właściwie, co roku prace nadesłane nie tylko z Polski stłaczane są bez składu i ładu na niewielkiej przestrzeni. Bez pomysłu i byle jak. Rozwieszane w ten sposób, aby zmuszać potencjalnych czytelników do nadrabiania gimnastycznych zaległości (raz i dwa, przysiad-wyprost-przysiad-wyprost, raz i dwa). Inna sprawa, że chyba trzeba zastanowić się nad sensownością organizowania konkursu na krótką formę, który stanowi relikt dawnych, komiksowych czasów. Może warto, aby MFKiG wzorem „Długiego Debiutu” Centrali, Pitchingów Ligatury albo komiksowego Stypendium Sklepu Nowej Gildii pomyślało o jakiejś możliwości ufundowania wydania albumu? Skoro inni, o znacznie bardziej ograniczonych możliwościach finansowych potrafią, to czemu największy ponoć festiwal w Europie środkowo-wschodniej by nie mógł?

Jak co roku dochodziło do dantejskich scen przy okazji rozdawania autografów. Jak zwykle największe oblężenie przeżywał Grzegorz Rosiński. Najzagorzalsi łowcy oryginalnych rysunków mieli ze sobą ponoć do dziesięciu albumów polskiego mistrza. W tym roku porządku w ogonkach miały pilnować komitety kolejkowe, ale jak wynika z wielu wypowiedzi na blogach i forach nic z tego dobrego nie wyszło. Nie mniejszą popularnością cieszyły się zagraniczne gwiazdy, w tym Simon Bisley, który nie dość, że wprowadził kolejkowiczów w konsternację, to jeszcze traktował swoich fanów jak bydło obrażając ich i rzucając komiksami.

I właśnie spotkanie z Bisley`em przejdzie do historii i legendy łódzkich konwentów. O niektórych mówi się, że są duszą towarzystwa – Biz może uchodzić za prawdziwego towarzyskiego demona! Brytyjski artysta komiksowy zachowywał się jak przebrzmiała gwiazda rocka z poprzedniej epoki podczas spotkania, na którym Duże Kino pękało w szwach. Nie dawał dojść do słowa prowadzącemu i tłumaczowi, a jego wypowiedzi zwykle ograniczały się do niewybrednych odzywek. Słowem – odwalał bucówę. Widocznie ilość fanów mocno uderzyła mu do głowy, bo na kameralnym spotkaniu Gdańsku było podobno zupełnie inaczej. Nie lepiej było na imprezie w Wytwórni, gdzie o bełkoczącym przez te swoje krzywe zęby Bizie chodzą najróżniejsze historie.

Kiedy przeprowadzałem wywiad z inną gwiazdą tegorocznej eMeFKi, Brianem Azzarello, miałem wrażenie, że jest bardzo wymagającym rozmówcą. Puści parę z gęby, tylko wtedy, jeśli pytający włoży sporo wysiłku w to, co robi i ruszy głową. Trzeba wiedzieć, kiedy pocisnąć, a kiedy odpuścić. Jak mi się to udało – już wkrótce będziecie mogli to ocenić sami, natomiast niedzielnego spotkania ze scenarzystą „100 Naboi” i „Loveless” nie można zaliczyć do udanych. Na pewno było lepiej niż rok temu na Normie Breyfogle`u (bo gorzej być nie mogło), ale nie było też dobrze. Dowodem reakcje publiczności i zdziwiona mina samego Azzarello, który nie bardzo wiedział, o co prowadzącemu chodzi i najczęściej odpowiadaj prostym „tak”, „nie” lub „sam wiesz lepiej, jaka ma być odpowiedz, więc po co pytasz?” Natomiast Eduardo Risso to taki typ twórcy, który uwielbia opowiadać o swojej pracy, o komiksach, o Carlosie Trillo, Brianie, pracy dla DC – często zdarza mu się przy powiedzieć więcej niż powinien, często ucieka w anegdotki i dygresje. Wiecznie uśmiechnięty, bardzo życzliwy i otwarty człowiek. Miałem odczucie, że spotkanie z nim mogło być jeszcze lepsze, gdyby pozwolono mu mówić w jego ojczystym języku, po hiszpańsku, a nie po angielsku, w którym często brakowało mu słów. Bardzo sympatycznie było również na spotkaniu z Ramonem Perezem, który opowiadał o komiksowej realizacji jednego z niedokończonych scenariuszy legendarnego Jima Hensona.

Jeśli idzie o rodzime gwiazdy to zgodnie z łódzką tradycją nie udało mi się dotrzeć na spotkanie z Rosińskim. Co roku obiecuje sobie, że nadrobię tą zaległość, bo nie być na Rosie na eMeFce, to jak być w Krakowie i nie zobaczyć Wawelu. Obiecuje, że w przyszłym się uda. Bardzo dobre wrażenie zrobił na mnie Śledziu, który przyjechał na festiwal tylko dla swoich fanów, aby podpisać im drugie wydanie „Osiedla Swoboda”. Kto, jak kto ale Michał Śledziński mógłby chodzić w koronie zbawcy polskiego komiksu i wybrzydzać na autobus pełen fanowskiej tłuszczy, domagając się jazdy taryfą do Wytwórni. Ale to nie ten typ. To bezpretensjonalny i skromny koleś, który podejdzie do Ciebie w kolejce po piwo i zagai, nawet jeśli nie należysz do żadnej komiksowej kliki (albo nie wie, że do niej należysz, bo jesteś tak dobrze zakonspirowany).

Przymykając jednak oko na te niedociągnięcia, organizatorom Międzynarodowego Festiwalu Komiksu (i Gier) trzeba jednak oddać sprawiedliwość – z łódzkiej imprezy udało im się zrobić niemal perfekcyjnie działający mechanizm. Myślę, że od kilku dobrych lat (od roku 2005? 2006?) kolejne eMeFKi nie schodzą poniżej pewnego, bardzo wysokiego, poziomu – żadnych salek potu, podpisywanie autografów przy toaletowych zapachach czy chowanie się z komiksikami po szatniach i piwnicach. Oczywiście, zawsze znajdzie się coś, co można dopracować, poprawić, zrobić lepiej i więcej, pomyśleć przede wszystkim jak z komiksem docierać do jak najszerszego grona odbiorców. Ale myślę, że z formuły, na jaką Adam Radoń i jego współpracownicy się zdecydowali, więcej wycisnąć po prostu się nie da. Co zatem zrobić można? Fajnie by było gdyby w Łodzi odbyła się uroczysta premiera lub przedpremiera którejś z zapowiadanych kinowych wersji rodzimych komiksów – „Thorgala”, „Łaumy” albo „Funky Kovala”. Myślę, że czerwony dywan, ekipa z filmowego planu i dziesiątki paparazzich dodaliby jeszcze więcej blichtru łódzkiej imprezie, podnosząc jej rangę w mainstreamowych mediach i przyciągając jeszcze więcej fanów. Ale, jak piszę, to tylko moje pobożne życzenia i jeden z pomysłów, który wpadł mi w drodze powrotnej do Krakowa.

niedziela, 16 października 2011

#879 - Trans-Atlantyk 159

Craig Thompson myślał, że praca nad "Habibi" zajmie mu maksymalnie dwa lata, a cała historia zamknie się na dwustu stronach. Był przekonany, że "Blankets" było jego "dużą książką" i teraz zajmie się mniejszymi projektami. W praktyce okazało się, że to właśnie "Habibi" jest jego najambitniejszym, najbardziej wymagającym i największym komiksowym dziełem. Thompson po latach pracy może wreszcie odetchnąć i napawać się dumą - jego najnowsze dzieło w opinii amerykańskich recenzentów uchodzi za najlepsze, co wyszło spod jego ręki. Komiks osadzony jest w literackiej tradycji kultury arabskiej. Przede wszystkim nawiązuje do "Baśni z 1001 nocy", ale jej autor mocno czerpał ze islamskiej sztuki, architektury i ornamentyki nasycając "Habibi" niepowtarzalnym wschodnim klimatem. W swojej pracy chciał być świadom postkolonialnego dziedzictwa Ameryki i starał się unikać stereotypowego myślenia, starając się opowiedzieć historię, najlepiej, jak potrafi. Skąd u Thompsona tak nagła zmiana estetyki i tematyki? Po narysowaniu "Blankets" komiksiarz miał dość rysowania samego siebie i tego, co widzi na co dzień. Wielką inspiracją w jego "ucieczce" był komiks "Zabime Sisters" Aristophane`a. Co dalej po "Habibi"? Thompson ma już pomysły na trzy kolejne powieści graficzne, ale jest jeszcze zbyt wcześnie, aby o nich mówić. Na razie miejmy nadzieję, że wydawnictwo Timof i cisi wspólnicy szybko uwinie się z przysposobieniem komiksu Thompsona polskim czytelnikom.

Na konferencji prasowej zorganizowanej przez wydawnictwo IDW Publishing i firmę Hasbro opowiadano o przyszłości wielkich robotów zamieniających sie w różnego rodzaju pojazdy i urządzenia. Już wkrótce uniwersum Transformerów czekają wielkie zmiany - wraz z finałem historii "Chaos" seria "Transformers" zostanie zamknięta. W grudniu ukaże się one-shot o wielce wymownym tytule - "The Death of Optimus Prime" autorstwa scenarzysty Jamesa Robertsa, Johna Barbera, nowego redaktora w IDW i rysownika Nick Roche. One-shot, który zostanie wydany zamiast jubileuszowego, #125 zeszytu regularnej serii, da początek dwóm on-goingom: "Transformers: More Than Meets the Eye" i "Transformers: Robots in Disguise". Ten pierwszy tytuł będzie tworzony przez Robertsa i Roche`a, a drugi - przez Barbera i Andrew Griffitha.

W zeszłym roku przez karty tytułów wydawanych przez IDW Publishing przetoczyła się inwazja popularnych zombiaków. Ten dość nietypowy crossover okazał się tak dużym sukcesem, że zapowiedziano jego kontynuację. Głównym zagrożeniem "Infestation 2" nie będę tym razem nieumarli, ale istoty znacznie groźniejsze. Z przebudzeniem Wielkich Przedwiecznych będą musieli poradzić sobie bohaterowie takich serii, jak "Transformers", "Dungeon & Dragons", "Teenage Mutant Ninja Turtles" czy "G.I. Joe". Główną mini-serię napisze Duane Swierczynski, a rysunkami zajmie się David Messina. Historia rozpocznie się już w styczniu, a głównej mini-serii będzie towarzyszył spin-off zatytułowany "Infestation 2: Team-Up". Zapowiada się nie lada jatka.

Po nieudanym romansie z DC Comics bohaterowie marki Red Circle wracają na stare śmieci, czyli do Archie Comics. Pojawią się oni na kartach nowej serii "New Crusaders", która będzie dostępna jedynie w cyfrowej dystrybucji, w formie krótkich, sześciostronnicowych historii pisanych przez Iana Flynna z grafikami Bena Batesa. Autorzy znani z serii "Sonic the Hedgehog" zapowiadają całkowicie nowe ujęcie tych klasycznych postaci. Dodatkowo do premierowych historii, za pewną opłatą, będą dodawane stare opowieści z herosami z Red Circle - zarówno te z lat czterdziestych, z lat sześćdziesiątych, kiedy ich przygody publikowało wydawnictwo Radio Comics, jak i z dziewięćdziesiątych, kiedy prawa posiadało Impact Comics. Seria wystartuje w pierwszym kwartale 2012 roku, a pierwszy sezon ma liczyć sobie około 25 odcinków.

W sieci zadebiutował pierwszy trailer "Avengers" i cóż można powiedzieć oprócz tego, co zostało już powiedziane - zapowiada się kawał świetnego kino dla miłośników super-hero. Przy okazji premiery marvelowej super-produkcji jak bumerang powraca kwestia zresetowania komiksowej serii "Avengers". Całkiem niedawno z okazji "Heroic Age" odnowiono całą linię tytułów z Mścicielami, ale to wcale nie oznacza, że w maju Brian M. Bendis i Axel Alonso nie zrobili by tego znowu. Szczególnie jeśli weźmie się pod uwagę wielki sukces re-bootu w DC Comics. Być może jakieś szczegóły pojawią się jeszcze na New York Comic Conie, który właśnie dobiega końca. Obszerna relacja z NYCC pojawi się jak zwykle w przyszłym tygodniu. A na razie zapraszam na jeszcze jeden "seans" trailera "Mścicieli":



sobota, 15 października 2011

#878 - Komix-Express 109

Na wznowieniu zbiorczej reedycji wszystkich odcinków znanych z "Produktu" historia kultowego "Osiedla Swoboda" się nie skończy. Śledziu zapowiedział nie jedną, ale dwie kontynuacje. W pewnym sensie. Jeszcze w grudniu tego roku wystartuje seria opowiadająca o dalszych losach swobodnej ekipy. "To wyszło spod ziemi", bo taki tytuł będzie nosił sequel, będzie web-komiksem dostępny za darmo na stronie Osiedla Swoboda. Z początku będą ukazywało się dwa odcinki w przeciągu tygodnia, potem - aż trzy. że autor się będzie wyrabiał. Nie wiadomo jeszcze na ile epizodów Śledziu zaplanował "TWSZ". Natomiast drugą pozycją ze świata "OS" ma być solowym spin-off z Kundziem w roli głównej. "Centrum" będzie nawiązywało do historii przedstawionej na łamach zeszytowo-kolorowej serii, kiedy Szopa przeprowadził się do tytułowego centrum. Zobaczymy jak zwykły chłopak ze Swobody radzi sobie w wielkim mieście.

Funky Koval powróci, ale się trochę spóźni. Czwarty tom przygód największego polskiego herosa (super-herosa?) trafi do sprzedaży 27 października. "Wrogie przejęcie" będzie zbiorczym wydaniem odcinków "Funky`ego" publikowanych na łamach "Nowej Fantastyki" przez kilka ostatnich miesięcy. Po latach przerwy Bogusław Polch i Maciej Parowski zdecydowali się dopisać kolejny (ostatni?) epizod jednego z najpopularniejszych seriali komiksowych. Wreszcie poznamy zakończenie jednej z najwspanialszych opowieści w dziejach polskiego komiksu. Spadną wszystkie maski, wyjdą na jaw skrywane sojusze, a ludzkość i drolle stoczą ostateczną rozgrywkę. Album zostanie wydany przez Prószyńskiego i S-ke, będzie liczył 48 stron i kosztował 21,90 zł.

W listopadzie mija rok od rozpoczęcia działalności Wydawnictwa Czarna Materia. Z tej okazji Jakub Kiyuc przygotował nie lada gratkę dla fanów komiksowej serii "Konstrukt". Już wkrótce będzie można zdobyć wyjątkowe, pojedyncze egzemplarze "Konstruktu" w specjalnych wersjach - z limitowanymi okładkami z nowym logo i oryginalnymi rysunkami autora. Może ukaże się również kolejny zeszyt serii i coś ruszy w temacie tazosów, które swego czasu były prawdziwą marketingową lokomotywą "K"? W każdym razie - Kolorowe Zeszyty życzą wszystkiego najlepszego Czarnej Materii z okazji pierwszych urodzin!

W zeszłą środę, 12 października Małopolskie Studio Komiksu w Krakowie zainaugurowało swoją działalność! W Wojewódzkiej Bibliotece Publicznej na ulicy Rajskiej w specjalnie zaadaptowanej części Wypożyczalni Głównej dostępne będą połączone zbiory MSK i największej krakowskiej biblioteki. Kolekcja Studia Komiksu liczy już około 1300 albumów i cały czas się powiększa przy wsparciu wydawnictw: Atropos, Post, Ongrys, Taurus Media, Timof, Hanami, Waneko, Zin Zin Press, Kultura Gniewu i Egmont. Studio w najbliższym czasie poszerzy swoją ofertę również o dary pozyskane na tegorocznym 22. Międzynarodowym Festiwalu Komiksu i Gier w Łodzi. Ale MSK to nie tylko komiksowa wypożyczalnia, ale również miejsce integracji środowiska komiksowego, spotkań z artystami, warsztatów dla dzieci - takie przynajmniej są plany, za które mocno trzymam kciuki.

Na wiosnę 2012 roku zaplanowano wydanie 13. numeru "Zeszytów Komiksowych". Tym razem tematem głównym periodyku redagowanego przez Michała Błażejczyka i Michała Traczyka będzie manga. I jak piszą w zapowiedzi: "Komiks japoński od dawna fascynuje fanów "klasycznego" komiksu, co ma swoje źródła nie tylko w odmiennym stylu graficznym i narracyjnym, ale - w dużej mierze - w tym, jak łatwo manga podbiła serca i portfele Polaków, wytwarzając przy tym subkulturę całkowicie niemal odrębną od środowiska komiksowego. W trzynastym numerze naszego pisma chcielibyśmy się przyjrzeć mandze i jej obecności na polskim rynku, dać głos jej badaczom, wydawcom, fanom i twórcom, mając nadzieję, że uda nam się dzięki temu uchylić rąbka przynajmniej niektórych tajemnic otaczających ten gatunek w oczach zwolenników komiksu klasycznego."

czwartek, 13 października 2011

#877 - Tajemnice Poznania - prasowy film rysunkowy z lat 1948 - 1949

Czytając "Tajemnice Poznania" nietrudno rozgryźć intencje wydawcy. Biorąc pod uwagę kontekst historyczny, polityczny i obyczajowy - w który znakomicie wprowadza nas wstęp Adama Ruska - to twór wart ocalenia i mimo swej archaiczności robiący spore wrażenie.

"Tajemnice Poznania" to publikowany między 1948 a 1949 rokiem "prasowy film rysunkowy". Świadomość istnienia tego typu publikacji wdzięcznie uzupełnia pewną lukę w naszej "kulturze obrazkowej". W tamtym okresie w polskich gazetach codziennych pojawiało się sporo tego typu cyklicznych komiksów, ale było to zjawisko stricte komercyjne, kojarzone ze "zgniłym zachodem", które już za chwilę zostanie silnie tępione przez komunistyczne władze. Spośród kilku podejmujących tematykę wojenną pozycji, wydawcy wybrali rzekomo najdojrzalszego i najciekawszego przedstawiciela tego nurtu.

Wbrew pozorom fabuła - oprócz dość marginalnego motywu rodzinnego skarbu - nie skrywa żadnej kryminalnej czy szpiegowskiej "tajemnicy". Genezy tytułu Justyna Czaja, autorka posłowia, dopatruje się natomiast w słynnej powieści w odcinkach "Tajemnice Paryża". Konwencja opowieści o wojennych losach trójki poznaniaków wpisuje się raczej w schematy tanich przygodowych rozrywek - jak trafnie spostrzega Adam Rusek, w tamtym okresie rekordy popularności święciła amerykańska produkcja "Znak Zorro", do której później będzie nawiązywał również Tyrmand (swoją drogą, "Znak Zorro" jest bardzo istotny dla komiksowej mitologii z zupełnie innego powodu... ale ja nie o tym). To też - oprócz wartości historycznej rzecz jasna - jest największą siłą tego komiksu, bo z punktu widzenia przypadkowego czytelnika najciekawsze jest to, że to rzecz podejmująca tematykę wojenną w sposób charakterystyczny dla powieści sensacyjno-awanturniczej. Istota zbrodni niemieckich zostaje potraktowana tu po macoszemu i na pierwszy plan wysuwają się wątki sensacyjne. Co prawda mamy w fabule poznańską katorżnię - fort VII, mamy też Powstanie Warszawskie, ale główny antagonista volksdeutsch Strobel nastaje raczej na prywatę. Interesują go nie plany Hitlera, a rodzinny majątek jednego z bohaterów i cnota jednej z bohaterek.

Dla badaczy i historyków kultury to zapewne dużo większa gratka, niż dla przeciętnych czytelników. We wstępie Adam Rusek wskazuje między innymi na kontekst związany ze stalinowską rewolucją kulturalną, niepoprawność polityczną i silne powiązanie fabuły z Poznaniem. Mnie z ciekawostek najbardziej zaintrygowało to, że anonimowy autor scenariusza zawarł tam wątki autentyczne, związane z historią poznańskiej siatki konspiracyjnej - rozbitej przez współpracującego z gestapo polskiego konfidenta. W komiksie pada nawet jego prawdziwe nazwisko! Mało tego - fakty, które autor zawarł w scenariuszu, historycy byli w stanie potwierdzić dopiero jakiś czas po publikacji "Tajemnic"! O takich szczegółach musiał się więc dowiedzieć w poznańskich kuluarach...

Wydaje mi się, że patrzenie na "Tajemnice Poznania" tylko od strony komiksowej byłoby jednak nieporozumieniem. Mimo, że czasem pojawia się sekwencyjność, to warstwę graficzną trzeba jednak postrzegać jako ilustracje do tekstu. Henryk Derwich - później uznany rysownik satyryczny - nie rozgryzł jeszcze komiksowej formy: nie rozumie możliwości jakie daje kadr, stosuje niemal wyłącznie plan amerykański i nie do końca wie, jak radzić sobie z wielowątkowością (o "czasie i przestrzeni" nawet nie wspomnę). Zamknięte w jednym pasku sceny niezgrabnie się urywają, a zaczynają inne. Nie oznacza to, że jest to rzecz nieczytelna - dla mnie wszystko jest klarowne, a zastrzeżenia stawiam z perspektywy dzisiejszego spojrzenia na język komiksu. "Tajemnice Poznania" nie są jakimś kuriozum, a sama historia skonstruowana jest bardzo sprawnie i efektownie (stopniowanie napięcia, spora galeria postaci). Jednak to, że wiele rzeczy dzieje się poza ilustracją, a dowiadujemy się o nich z - uwzględniającego również dialogi - podpisu, marginalizuje znaczenie grafik w tym tworze. Warto o tym pamiętać, gdy będzie się sięgać po tę pozycję.

Gdy siadałem do "Tajemnic Poznania", myślałem, że trudno je będzie jednoznacznie ocenić. Okazało się być zupełnie inaczej. Połknąłem je za jednym posiedzeniem, nawet przez chwilę nie czując znużenia. Dla kolekcjonerów jest to oczywiście pozycja obowiązkowa, ale czytelnikom również ją polecam - ot, niedroga ciekawostka, która ostatecznie okazała się być miłą, niezobowiązującą lekturą.

środa, 12 października 2011

#876 - Tata ucieka z cyrkiem

W ostatnim numerze „Magazynu Literackiego” (nr 8-9/2011), dodatku o książkach do „Tygodnika Powszechnego”, Sebastian Frąckiewicz w felietonie pod tytułem „Skazani na Tytusa” ubolewał nad tym, że „polski komiks dzieciakom właściwie niczego nie oferuje. (…)rodzimy komiks dla dzieci trzeba właściwie zbudować od nowa, mając rzecz jasna w pamięci dokonania takich nestorów, jak Butenko. Twórcy, którzy podejmą wyzwanie, będą musieli rywalizować o małego czytelnika i portfel rodzica z awangardowymi i graficznie wysmakowanymi książkami obrazkowymi”.

Właściwie nie pozostaje mi nic innego, jak tylko zgodzić z Sebastianem. Nie znam właściwie żadnych polskich, współczesnych komiksów przeznaczonych dla dzieci. Dlatego miast sięgnąć po komiks stricte dla dzieci, sięgam po „wysmakowaną książkę obrazkową”, czyli po pozycję pod tytułem „Tata ucieka z cyrkiem”. Książeczka ta autorstwa Etgara Kereta (tekst) oraz Rutu Modan (ilustracje) została niedawno wydana przez warszawskie wydawnictwo Nisza.

Cenię sobie prozę Etgara Kereta, kiedyś już pisałem o powodach, dla których ją lubię, dlatego nie będę się powtarzał. A „Rany wylotowe” Rutu Modan uważam, za jeden z najlepszych, jeśli nie najlepszy komiks wydany w ubiegłym roku w Polsce. Ich wspólna produkcja, nawet jeśli w założeniu jest to powiastka przeznaczona dla dzieci, wydawała mi się na tyle ciekawym pomysłem, że ją sobie kupiłem.

Tekstu w tej książce jest niewiele, ot kilka prostych, oznajmujących zdań, właściwie tyle co kot napłakał. Akcja zarysowana jest schematycznie. W warstwie narracyjnej jest to opowieść o tym, że nie należy porzucać swoich marzeń, nawet jeśli zdają się być absurdalne. „Absurdalne” z punktu widzenia dorosłego, dojrzałego, odpowiedzialnego człowieka, który „się dorobił” - założył rodzinę, ma żonę i dzieci, kupił dom, ma pracę. Gdyż zrealizowanie dziecięcego czy też młodzieńczego marzenia w dorosłym wieku, może spowodować polepszenie jakości życia w rodzinie, uszczęśliwiając nie tylko osobę, która realizuje swoje marzenie (to jest ojca), ale również wszystkich pozostałych członków rodziny.
Dużo więcej w tej książce dzieje się na przestrzeni obrazu, ponieważ narracja ze słów została przełożona na ilustracje, to one „pchają” opowieść do przodu. To rysunki otwierają znaczenia. Dopowiadają tekst. Właściwie one są nadrzędne, gdyż kompetentnie zastępują słowa. Ilustracje są wspaniałe. Bardzo duże, całostronicowe, niezwykle kolorowe o jasnych, ciepłych barwach. Swoją kolorystyką oraz płaską kreską bez światłocienia, ale z wyraźnym konturem odcinającym od tła, przypominają trochę plakaty. Charakterystyczna dla Rutu Modan, znana skądinąd z „Ran wylotowych”, prostota i schematyczność ujęcia postaci w tej książeczce sprawdza się wyśmienicie. Widać to wyraźnie na ogromnej rozkładówce, która przedstawia cyrkowe wyczyny taty. Na żółtym tle zaprezentowano go jako połykacza ognia, clowna, prestidigitatora, woltyżera, siłacza – cały czas jest uśmiechnięty (szeroko, od ucha do ucha) i szczęśliwy. Dzieci, które przyglądają się jego wyczynom przez czarne dziury „w tle”, również mają emocje wypisane na twarzach: od przerażenia po dumę wynikającą z posiadania „takiego” ojca.

Zakończę ten tekst także cytatem z felietonu wspomnianego powyżej: „Komiks dla dzieci, szczególnie jego bardziej awangardowa odmiana, to w Polsce kompletnie zaniedbana nisza wydawnicza. (…)Pytanie, czy jakiś wydawca pokusi się, by zająć tę jeszcze niezagospodarowaną niszę”.

#875 - Crying Freeman

Nie mam zamiaru spoilerować fabuły tego komiksu. Ale uważam, że przed sięgnięciem po tę pozycję warto wiedzieć, z czym będzie się miało do czynienia. Nie każdy fan sensacji lubi przynależne do lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych tendencje wywodzące się z gangsterskiego kina Hongkongu. A to, co (według mnie) najlepsze w "Crying Freeman", korzenie ma właśnie tam.

Nurt kopano - strzelanego kina gangsterskiego, po wielkim boomie w swojej ojczyźnie, przesiąknął skutecznie do innych krajów. Co w tej chwili dla nas istotne - nawet do posiadającego swoje tradycje gangsterskie kina japońskiego. W Stanach tendencja trafiła na szczególnie żyzny grunt i rozwijała się samodzielnie, została nawet na nowo ochrzczona - wtórnie wobec samej estetyki, lecz jakże trafnie - gun fu. Do tego nurtu możemy włączyć, wykorzystujący najlepsze motywy owej mangi film, w którym maczał palce, stojący w cieniu Quentina Tarantino, utalentowany James Avary.



(Trailer z czasów VHS - łezka się w oku kręci)

"Wybrany" - bo tak funkcjonuje w naszej TV - okroił nie tylko mitologię Freemana ( w którego wcielił się Mark Dacascos ) ale i fabułę. Film okazuje się tak naprawdę adaptacją pierwszych trzech tomów, na których dla własnego dobra komiks powinien się skończyć. Jestem święcie przekonany, że kolejne części napędzane były już tylko komercyjnym sukcesem ...

Umówmy się, że pierwsze trzy tomy, które w kilku słowach mogę określić jako krwawy, okrutny kryminał o tajemniczym płaczącym asasynie, od początku nie był rzeczą, która celowałaby powyżej poprzeczki "sex and violence". Wydaje mi się, że sam pomysł na tytułową postać odbija się od innego klasycznego japońskiego komiksu - "Golgo 13" ( który ma już 160 tomików i to musi być dopiero telenowela! ) opowiadającego o przygodach japońskiego zabójcy w Hongkongu. Koncepcję Freemana z tematycznie bratnich mu pozycji wyróżnia chyba tylko mocno zarysowany wątek romansu, który zapewne miał poszerzyć target czytelniczy o płeć piękną. Z ckliwością, charakterystyczną dla taniego harlekina, autor nakreśla portret kobiety gotowej zrobić wszystko dla seryjnego mordercy w którym się zadurzyła. Proporcje gangsterskiej opowieści zostają przez to w pewien sposób zaburzone, bo rozgrywki między japońską a chińską mafią ostatecznie stanowią efektowne tło dla tego niezwykłego romansu. W rezultacie otrzymujemy bardzo udany, brutalny, wymykający się klasyfikacjom komiks rozrywkowy. Mówiąc o zmienianiu punktu ciężkości, zapewne warto wspomnieć o filmach Tarantino czy Miike, jednak nie ma co się zapędzać w tych porównaniach, bo autorowi scenariusza ostatecznie zabrakło jaj i talentu mistrzów filmowego postmodernizmu.

Przypomnę teraz, że do tej pory pisałem o pierwszych tomach. W trzecim dość nieudolnie zostają domknięte główne wątki związane z poszukiwaniem Freemana przez Yakuzę i zaczyna się z tego robić zupełnie inny komiks. Krwawa historia mafijnej wojny przeistacza się w quasi-szpiegowską opowieść o superłotrze, której nie powstydziłoby się najgłupsze fumetti neri. Freeman z mrocznego, owianego tajemnicą płatnego zabójcy przeradza się w niepokonanego skośnookiego kuzyna Diabolika - śmiga po świecie łodzią podwodną, niweczy zamiary zapanowania nad Japonią sekty, wierzącej, że człowiek pochodzi od niedźwiedzia, pojedynkuje się z gościem walczącym zabójczymi sandałami, a gdy akurat nie wykonuje jakiegoś zlecenia, to ryćka się z szefem konkurencyjnej organizacji mafijnej. Od razu podpowiadam, że nie ma tu wątków gejowskich. Tak jakoś się składa, że "szefem konkurencyjnej organizacji mafijnej" nad wyraz często okazuje się być atrakcyjna kobieta. To tylko część z parady niedorzeczności jakie tu znajdziecie. Nawet tematyka klonowania wykorzystana została jako pretekst do niezwykle długich scen seksu. Kanwa każdego z następnych epizodów zdaje się być coraz bardziej naciągana i pretekstowa, a fabuła z dna podnosi się zaledwie kilka razy ( albo jeden raz - historia przeklętego samurajskiego miecza ). Trochę przykro mi to pisać, bo Kazuo Koike to przecież renomowany scenarzysta...


Standardowe stwierdzenie, że "rysunki zasługują na osobny akapit" to w tym wypadku mało powiedziane. Po trzecim tomie Ryōichi Ikegami staje się jedynym bohaterem tego show. Jego rysunki ostatecznie pozwoliły mi uwierzyć w to, że usprawiedliwiana kulturową konwencją manga do opowiadania historii gatunkowych nadaje się wyśmienicie ( już nie mogę się doczekać momentu, gdy finanse pozwolą mi na zakup - prezentującej się bajecznie pod względem grafiki - serii "Miecz Nieśmiertelnego"). Jasne, że to, co tworzy to kicz, i pewnie nie można mówić o nim jako o artyście, ale rzemieślnikiem jest świetnym. Co prawda widać w jego pracach pośpiech, przez który wali czasem jakieś buble ( uproszczenia powodujące nieczytelność, olewanie estetyki, pomijanie tła), ale mam wrażenie, że nawet nogą rysowałby lepiej, niż większość dzisiejszych mainstreamowych wyrobników. Gdybym kiedykolwiek tworzył komiks tego gatunku, to życzyłbym sobie, żeby mój scenariusz rysował ktoś, kto ma przynajmniej połowę z tego pałera, który w drzemie w łapie Pana Ikegami. Tylko dzięki niemu nie olałem sprawy, przewracałem kartki dalej i równie mocno, jak przestawałem wierzyć w jakość tej historii, zaczynałem wierzyć w jego talent.

Warto zaznaczyć, że "Crying Freeman" jest pierwszym długim mangowym cyklem który skończyłem. Pewnie to dość niefortunna pozycja na początek, ale w pełni rozumiejąc prawa jakie rządziły tą serią domyślam się, że wykończyła ją nadmierna eksploatacja materiału. Pierwsze trzy tomy - już ze względu na to, że to niedroga, a dająca masę frajdy pozycja - mogę polecić każdemu, kto się lubuje w tanim kinie gangsterskim i kopankach z Hongkongu. Fani filmu z Markiem Dacascosem też powinni ustawić je na swojej półce. Natomiast nie wiem, komu mógłbym rekomendować następne siedem tomów... mam wielu wrogów, ale nawet im czegoś takiego nie życzę.