wtorek, 28 czerwca 2011
#795 - Relacja z "Ligatury", część pierwsza
napisał Maciej Gierszewski o 10:00
Etykiety: impreza, Ligatura, Ligatura 2011, lokalne, relacja 13 x skomentowali
poniedziałek, 27 czerwca 2011
#794 - Gotham Central
"Gotham Central" to z pewnością jeden z najciekawszych seriali, których akcja działa się w uniwersum Mrocznego Rycerza. Pomysł na całkiem oryginalną całość jest bardzo prosty - oto świat gothamskiej zbrodni widziany oczami zwykłych policjantów. No prawie zwykłych - są to detektywi wydziału śledczego, których rekrutował sam komisarz Gordon. Scenarzyści serii, Ed Brubaker i Greg Rucka, postanowili maksymalnie uwiarygodnić miasto Człowieka Nietoperza, uczynić je miejscem, w którego istnienie nikt nie mógłby wątpić.Zrezygnowali więc z ewentualnego futuryzmu czy gotyku znanego z filmowych adaptacji Tima Burtona - Gotham w ich wydaniu wygląda jak przeciętna amerykańska metropolia. Scenarzyści w towarzystwie Michaela Larka, rysownika słynącego z realizmu i drobiazgowości, skupili się na autentyczności procedur śledczych oraz psychologii postaci.
Historiom, które stworzyli daleko do typowych kryminałów czy obrazów sensacyjnych. Ich bohaterowie przeżywają rozterki, jakie wszyscy miewamy, po broń sięgają rzadko, na miejsce zbrodni przybywają za późno, a śledztwa, które prowadzą, są żmudne i pełne mylnych tropów. Tyle że na koniec często czeka ich spotkanie z demonicznym przestępcą pokroju Jokera. A że policjanci pozbawieni są nadludzkiej siły czy supernowoczesnego sprzętu, z takimi przeciwnikami mają niewielkie szanse. Ale jak się z tym czują? Jak bardzo i w jaki sposób wpływa to na ich życie, nie tylko zawodowe? Jaką mają motywację do dalszego działania? I wreszcie - co czują do Batmana, tak często wyręczającego ich w kryzysowych sytuacjach? Oto pytania, jakie zadaje "Gotham Central". Zaś odpowiedzi, których czytelnikowi udziela, dalekie są od banału.
Akcja serii dzieje się w czasach, kiedy James Gordon przeszedł już na emeryturę, kiedy Harvey Bullock od dawna łajdaczy się w kolejnych knajpach nie mając wiele wspólnego z policyjną robotą, a uznany za wariata Bruce Wayne nie pokazuje się już publicznie. Co ciekawe, Batman uchodzi tu za zwykłą miejską legendę - oficjalnie wcale nie istnieje, a korzystanie z batsygnału uznawane jest za straszak na przestępców, mający tylko podtrzymywać mit. Skomplikowana i jak zwykle dysfunkcyjna biurokracja, o której po części serial także opowiada, sprawia, iż uruchomienie słynnej lampy przez gliniarzy traktowane jest jako złamanie prawa. Więc, gdy zapada decyzja o poproszeniu Nietoperza o pomoc, uruchomić batsygnał może wyłącznie osoba niezwiązana z pracą w policji sensu stricte. Absurd z życia wzięty. Ale też detektywi wydziału śledczego wzywają swojego herosa raczej niechętnie, kiedy to już nie widzą większej nadziei we własnych działaniach.
Wiele o charakterze całości mówi już otwierająca ją dwuzeszytowa opowieść "In The Line of Duty". Oto dwóch detektywów udaje się do mieszkania, w którym - jak doniósł pewien średnio wiarygodny informator - znaleźć mogą jakieś wskazówki na temat porwania nastolatki. W związku z jej sprawą nie znajdują nic, za to mieszkanie okazuje się kryjówką Mr. Freeze'a. Owocem tego spotkania jest śmierć jednego z bohaterów, który na oczach drugiego, nie mogącego nic zdziałać, zostaje przez przestępcę zamrożony, a następnie powoli rozrywany na kawałki. Doprawdy makabryczna zbrodnia. Trauma, jaką przeżył ocalały detektyw Driver, będzie się za nim jeszcze długo ciągnąć. Znacząco wpłynie to też na morale całego zespołu, do którego należy.
To właśnie te psychologiczno-obyczajowe obserwacje są najmocniejszą stroną serii, która w swoich najlepszych odsłonach traktuje kryminał jako punkt wyjścia - środek, a nie cel sam w sobie. Świetne "In The Line of Duty" wyjątkowo zostało napisane przez obu scenarzystów. Bo z reguły tworzyli na zmianę: Brubaker zajął się historiami dziejącymi się głównie za dnia, a Rucka - nocą. Zdecydowali się na taki układ, gdyż obu interesowały trochę inne tematy, a także postaci, o których losach chcieli opowiadać. Tym samym ich scenariusze wzajemnie uzupełniają się, tworząc jednak spójną całość. Bo mimo pewnej różnorodności obaj skupiali się na tym samym - dokładnej obserwacji danych jednostek i ich pracy zawodowej, gdzie częściej od wystrzałów broni słychać niekończące się rozmowy na wszelkie możliwe tematy.
Bardzo istotnym elementem serii jest ambiwalentny stosunek funkcjonariuszy do Batmana. Heros często postrzegany jest nie tyle, jako ostatnia deska ratunku, co tzw. mniejsze zło. Czasem jest niemile widziany nawet wtedy, gdy ratuje sytuację, z którą bohaterowie nie mogliby sobie sami poradzić. Zadane zostaje pytanie: dlaczego mieliby okazywać mu wdzięczność, skoro większość jego działań przypomina im o ich bezsilności? Wprawdzie pojawiają się też postaci, na które działa on motywująco i które chętnie z nim współpracują, ale w większości wypadków ma wręcz destrukcyjny wpływ na policyjne ambicje i morale. Ta niejednoznaczność wespół z ciągle pojawiającymi się w komiksie dylematami moralnymi, a czasem też dosyć ponurą tonacją, przywodzi na myśl poetykę kina noir. Już sama legenda Mrocznego Rycerza doskonale się z nią komponuje, a w "Gotham Central" otrzymujemy bohaterów typowych dla najsłynniejszego modelu czarnego kryminału - detektywów teoretycznie znajdujących się na z góry przegranych pozycjach. Ludzi, którym często towarzyszy mieszanka romantyzmu i cynizmu.
Seria Rucki i Brubakera jest wprawdzie rzeczą bardziej gatunkową, a mniej ambitną, pozbawioną np. politycznej satyry, ale można odnaleźć sporo wspólnych cech oby pozycji. Będą to nie tylko te już wymienione, ale i choćby kreacja miejskiej legendy, brak jakiegokolwiek efekciarstwa (choć materiał byłby dlań wdzięczny), ogromna ilość świetnie napisanych dialogów, istotne tło społeczne, a nawet pewna konkretna postać wybuchowej policjantki-lesbijki i jej wynikających z tego problemów. Autorzy komiksu nie podali wprawdzie żadnego tytułu, którym by się inspirowali (a przynajmniej mi nie udało się na taką informację natrafić), ale chętnie opowiadają o swojej miłości do telewizyjnych seriali policyjnych. I nawet, jeśli określenie "serial policyjny" jest dla niezwykle skomplikowanego "The Wire" trochę krzywdzące, nie mam wątpliwości, że jeśli ktoś polubi jeden z tych tytułów, to polubi i drugi. Niezależnie od kolejności, w jakiej by je poznawał.
Gotham Central wydawane było w latach 2003-2006 i z miejsca podbiło serca komiksowych krytyków, szybko otrzymując szereg nominacji do statuetek Eisnera. Ale ten oczywisty sukces artystyczny nie przekładał się niestety na sukces komercyjny - wydawania kolejnych zeszytów stale oznaczało mniejszą czy większą finansową klapę. Na szczęście szefostwo DC Comics zachwycone pracami Brubakera, Rucki i Larka, ciągle publikowało kolejne zeszyty, obiecując nawet autorom, iż serial trwać będzie tak długo, jak długo będą chcieli nad nim pracować. A w międzyczasie zarabiać zaczęły wydania zbiorcze komiksu, który zaczął zyskiwać sobie grono oddanych fanów. Niestety po niespełna 30 zeszytach z zespołu odszedł Michael Lark, przez co poziom oprawy graficznej trochę spadł. Później zrezygnował Brubaker, pieczę nad kilkoma ostatnimi zeszytami zostawiając samemu Rucce.
I w tym niekoniecznie optymistycznym miejscu należałoby zaznaczyć, że cały serial jest jednak rzeczą dosyć nierówną, gdyż zdarzały się opowieści zaniżające jego ogólnie wysoki poziom. Były to te historie, w których kryminalne elementy odgrywały największą rolę. Zdarzała się wówczas autorom popadać w pewien schematyzm. Na szczęście przeważały historie zgrabnie łączące gatunkowość z obserwacją psychologiczno-obyczajową, a zdarzały się też takie, które całkowicie skupiały się na wewnętrznych przeżyciach danych postaci, jak na przykład niezwykłe "Daydreams and Believers". Jej bohaterka uzależniona jest od fantazjowania o romansie z Mrocznym Rycerzem. Choć nie obyło się bez potknięć, ciężko mi nie myśleć o "Gotham Central", jako o rzeczy bardzo udanej i godnej polecenia każdemu fanowi Batmana. Bo mimo, iż nie jest już novum w jego uniwersum, to po dziś dzień wcale się nie zestarzało. Ale przede wszystkim dlatego, że kultowy heros pojawiał się tam tak rzadko, a komiks nie tylko nic na tym nie trafił, ale i dużo zyskiwał.
napisał Marcin Zembrzuski o 23:46
Etykiety: Ameryka, Batman, Brian Hurtt, DC Comics, Ed Brubaker, Greg Rucka, Greg Scott, importowane, mainstream, Micheal Lark, recenzja, super-hero 11 x skomentowali
niedziela, 26 czerwca 2011
#793 - Trans-Atlantyk 143

napisał Kuba Oleksak o 17:00
Etykiety: Trans-Atlantyk 1 x skomentowali
#792 - Komix-Express 94
napisał Kuba Oleksak o 14:30
Etykiety: Komix Express 14 x skomentowali
piątek, 24 czerwca 2011
#791 - Paryż

napisał Krzysztof Ryszard Wojciechowski o 16:45
Etykiety: artystowskie, Czuły Barbarzyńca Press, Europa, Jean-Jacques Sempe, lokalne, nie-komiks, recenzja 0 x skomentowali
czwartek, 23 czerwca 2011
#790 - Kroniki Armady (po raz drugi)

napisał Kuba Oleksak o 10:00
Etykiety: antologia, Egmont, Europa, Jean-David Morvan, lokalne, mainstream, Philippe Buchet, recenzja, Science-Fiction 0 x skomentowali
środa, 22 czerwca 2011
#789 - Kroniki Armady (po raz pierwszy)

napisał Maciej Gierszewski o 10:00
Etykiety: antologia, Egmont, Europa, Jean-David Morvan, lokalne, mainstream, Philippe Buchet, recenzja, Science-Fiction 2 x skomentowali
wtorek, 21 czerwca 2011
#788 - Gdański rozkład jazdy, czli wszystkie atrakcje 4. Bałtyckiego Festiwalu Komiksu
napisał Kuba Oleksak o 11:00
Etykiety: Bałtycki Festiwal Komiksu, Bałtycki Festiwal Komiksu 2011, impreza, lokalne, zapowiedź 3 x skomentowali
poniedziałek, 20 czerwca 2011
#787 - "Pocztówki z Miloševićem i Myszką Miki" - wywiad z Aleksandrem Zografem
Tłumaczenie i korekta: Andrzej Szwatoński i Wioletta Wiśniewska. Zdjęcia: Marta Piasecka
Aleksandar Zograf: Odkąd zająłem się komiksem, starałem się przeskoczyć granice, w ten lub w inny sposób. W końcu próbowałem je unieważnić. Na początku lat dziewięćdziesiątych, kiedy moje komiksy publikowano już w USA, co prawda byłem tam uważany za Amerykańskiego twórcę, ale takiego, który mieszkał daleko - gdzieś na Bałkanach - i do roku 1999 w USA nawet się nie pojawił. Pojechałem tam po raz pierwszy w kilka miesięcy po tym, jak Stany Zjednoczone zbombardowały mój kraj i rodzinne miasto. Mój stosunek do kwestii granic jest złożony, z wszystkimi dobrymi i złymi konsekwencjami takiej relacji. Ta sytuacja ma w sobie coś absurdalnego i większość ludzi może uznać ją za niezwykłą – w tym samym czasie wierzyłem, że artysta powinien dążyć do rozwijania swojej działalności i wychodzić poza naturalne dla niego granice. Publikowałem w wielu krajach, i czułem, że każda książka adoptuje rzeczywistość, otwiera mój umysł na inne kultury i różne cele. Komiks zazwyczaj jest tym medium, które umożliwia przekraczanie granic w literaturze - myślę, że najbardziej ekscytujące jest to, że komiksy do opowiadania historii wykorzystują zarówno słowa, jak i obrazy.
Nawet, gdy myślimy tylko o komiksach, Pańskie nie są typowe, nie są zgodne z popularnymi tendencjami, sprowadzającymi się do tworzenia fikcyjnych światów, jak fantasy lub superbohaterzy o supermocach. Za to bliskie są prawdziwemu, czasem okrutnemu światu, ale z drugiej strony – ukazują siłę wyobraźni i życie wypełnione snami, myślami. Ten rodzaj refleksji kojarzy się z literaturą, szczególnie tą posługującą się poetyką surrealizmu...
Aleksandar Zograf: Tak, moje komiksy są realistyczne. Mam na myśli to, że nawet gdy mówię o snach, nie jest to po prostu fantazjowanie – opowiadam o snach, które rzeczywiście miałem, z wszystkimi ukrytymi znaczeniami, które przynoszą. Wierzę, że odgrywam w pewien sposób rolę szamana, budującego pomost pomiędzy tymi dwoma światami. Znaczna część dzisiejszej kultury, szczególnie obecnej w popularnych mediach, zaczyna się na fantasy i tam też się kończy. Przestałem chodzić do kina – większość mainstreamowych filmów nie ma już żadnego odniesienia do prawdziwego życia. Zachodni świat wydaje się bazować na tych płytkich projekcjach filmowych – i dobrze, ale ja tego nie kupuję.
Kolejną rzeczą, która zbliża Pana do literatury, jest uniwersalny punkt widzenia. Kiedy mówi Pan o konsekwencjach konfliktu w Serbii, takich jak niekończące się kolejki, hiperinflacja, przemyt, strajki i związane z tym reakcje ludzi (nagły zwrot ku wierze w cuda, obecność gorących politycznych sporów w codziennych rozmowach) przypomina mi to obraz Polski z czasów komunizmu. Nie unika pan również refleksji natury ogólnej, np. wojna w Jugosławii jest efektem zmieszania i przemocy, które biorą się z chaosu. Ten opis oddaje charakter wojny w ogóle. Czy taka była Pana intencja, aby ukazać poprzez komiks mechanizmy rządzące każdym konfliktem zbrojnym?
Aleksandar Zograf: To, co zdarzyło się w Jugosławii jest częścią uniwersalnego, ludzkiego doświadczenia. Doświadczenie to nie jest aż tak wyjątkowe, jakby się mogło wydawać i gdyby ludzie z innych części Europy byli zamieszani w podobny konflikt, tak jak my na Bałkanach i oni skoczyliby sobie do gardeł. Coś podobnego wydarzyło się w przeszłości, ale ludzie albo o tym zapomnieli, albo nie chcą o tym wiedzieć. Wojna polega na zabijaniu – to się przecież dzieje nawet teraz w Afganistanie, Iraku czy Libii. Parę lat temu zrobiłem komiks o wojownikach, noszących miecze. Współcześni ludzie nie zdają sobie nawet sprawy, czym one są. Miecz wygląda jak duży, rzeźnicki nóż. W dawnych wojnach musiałeś podejść do drugiego człowieka tak blisko, że można było spojrzeć mu w oczy. Później próbowałeś odciąć części jego ciała albo w jakiś inny sposób zakończyć jego życie. On także chciał pokroić cię na kawałki – jeden z was musiał umrzeć. Mam nadzieję, że uda nam się zakończyć walki wtedy, gdy uporamy się z wojną w ogóle i że w przyszłości my, ludzie, będziemy potrafili stworzyć kulturę, w której wojna nie będzie już potrzebna. A jeśli mówimy o rozpadzie Jugosławii, to wydaje mi się, że resztę naszego życia spędzimy na zastanawianiu się, co tak naprawdę się wydarzyło i dlaczego. Nie ma na to jednoznacznej odpowiedzi.
Tak, ukazanie pewnej uniwersalnej strony tej wojny nie oznacza, że była ona taka jak wszystkie. Bo nie była. Z powodu roli, którą odegrały w niej media i NATO. "Pozdrowienia... " rozpoczynają się w 1999r., ale przede wszystkim koncentrują się na bombardowaniach dokonanych przez NATO i na upadku dyktatury Miloševićia. Epilog opatrzony jest datą 11 września 2001- datą ataku terrorystycznego na WTC. Dlaczego wybrał Pan akurat te dni i jakie to ma znaczenie dla twórcy komiksu, a także dla Serba?
Aleksandar Zograf: Po prostu rzeczywistość odcisnęła na mnie silne piętno – żyłem na terenie objętym kryzysem i nie mogłem udawać , że nie widzę, co się dzieje dookoła. Duża część mojej pracy jest związana z obserwowaniem wydarzeń z bliska. Skupiam się na szczegółach i codziennym życiu. Media z kolei informacje na temat tych wydarzeń przekazywały w bardzo skondensowanej, bezosobowej formie. W telewizji próbowano powiedzieć prawdę w trzy minuty. To tak nie działa. Życie jest bardziej złożone, bogatsze w detale.
Aleksandar Zograf: Wierzę, że humor jest ważny, jeśli chce się zrozumieć ten świat. Brak poczucia humoru oznacza pustkę, zobojętnienie i znieczulenie. Mam przyjaciela, Włocha, który z zawodu jest klownem (pracuje w szpitalu w Mediolanie). Kiedy z nim rozmawiam, widzę jak mądrym jest człowiekiem. Jednak wykorzystywanie humoru jako środka ekspresji nie jest wcale łatwym zadaniem.
Kiedy zaczął Pan rysować "Pozdrowienia...", chciał Pan publikować je jeszcze w trakcie wojny czy raczej zachować dla siebie, jako prywatny dziennik? Czy myślał Pan o sobie jako o korespondencie wojennym, który tworzy popkulturowy przekaz?
Aleksandar Zograf: To po prostu się stało, nie miałem zbyt wiele czasu na myślenie. Tak jak wcześniej powiedziałem, pogodziłem się z rzeczywistością. Właśnie taka była moja rzeczywistość.
Wspomniał Pan już o roli mediów. Są one po części odpowiedzialne za chaos w Serbii. Czy to nie paradoksalne, że z drugiej strony pozwoliły one Panu publikować swoje komiksy i opowiedzieć inną, własną wersję tego konfliktu? Rozumiem, że miał Pan na myśli wybiórczość informacji, ale nawet podczas wojny media w Serbii pozostały dostępne dla intelektualistów i artystów... Jak więc postrzega Pan ich rolę i czy Serbowie potrafili właściwie odpowiedzieć na otwartość mediów i zrobili coś w tej kwestii?
Aleksandar Zograf: W trudnych latach 90-tych zacząłem pisać dla niezależnego tygodnika politycznego z Belgradu, który nazywał się "Vreme" (zajmował się głównie sztuką i kulturą). Od 2003 roku publikowałem tam również komiksy. Właściwie więc pracuję dla mediów, bo jestem zarówno rysownikiem, jak i dziennikarzem. Nie uważam, że współczesne media są złe per se, trzeba po prostu dokonywać właściwych wyborów. Problem pojawia się, gdy media zagęszczają i upraszczają informacje. Uwielbiam przebywać w środowisku dziennikarzy, ponieważ komentują oni bieżące wydarzenia i znają wiele niedostępnych dla innych informacji.
Wspomina Pan o tym, że Disney z powodu konfliktu cofnął licencję na swoje kreskówki, co Serbowie odebrali jako prawdziwą tragedię, bo Myszka Micky stanowi część ich tradycji. Czy komiks też do tej tradycji należy? Bo w Polsce nigdy nie był zanadto popularny...
Aleksandar Zograf: W Serbii komiks stał się popularny już w latach 30-tych Postacie Disney'a lubiane były już na samym początku, a serbscy artyści zaczęli tworzyć wariacje na temat Myszki Miki już w 1932 r., czyli zaraz po pojawieniu się tej postaci na rynku. Później bohaterowie Disney'a zadomowili się w takim stopniu, jakby były rodzimym pomysłem. Często je "udomawiano". W latach 60. Decije Novine, wydawca z małego miasteczka w środkowej Serbii, jako pierwszy z Europy Wschodniej otrzymał ekskluzywną licencję na wykorzystywanie postaci Disney'a. Walt Disney, tuż przed swoją śmiercią, osobiście napisał mu list polecający. Więc kiedy kryzys z lat 90. doprowadził do cofnięcia licencji, Serbowie byli bardzo zbulwersowani, bo kilka pokoleń wychowało się na tych kultowych bohaterach.
Na jednym z rysunków Pański bohater wyjaśnia przyjacielowi, że to co szkicuje to rodzaj realizmu fantastycznego, wywodzącego się z dobrej, rosyjskiej tradycji. Czy może Pan rozwinąć tę definicję?
Aleksandar Zograf: Czuję pokrewieństwo pomiędzy moją twórczością a realizmem pochodzącym z literatury rosyjskiej. Moje inspiracje odwołują się do wielu prądów, pochodzących z różnych części świata.
Dla mnie "Pozdrowienia..." przypominają takie filmy jak "Persepolis" czy "Walc z Baszirem". Jaka siła tkwi w tych małych, zabawnych, nierzeczywistych obrazkach, że potrafią one opowiedzieć przerażające historie, które miały miejsce w prawdziwym świecie?
Aleksandar Zograf: One są takie bezpretensjonalne. Od kreskówek nie oczekuje się prawdy zaklętej w kamień. To intymny, bardzo osobisty sposób wyrażania siebie.
Co rysuje Pan teraz? Jakieś nowe pomysły, projekty? Będąc w Poznaniu, wspomniał Pan, że zamierza zrobić komiks o naszym mieście – o czym dokładnie miałby on być? Co szczególnie spodobało się Panu podczas pobytu tutaj?
Aleksandar Zograf: Ciągle dopracowuję dwie strony w kolorze, które stanowią część cotygodniowej publikacji, ukazującej się we "Vreme". Zbiorcze wydanie tych komiksów ukazuje się też we Francji, Włoszech, Portugalii, Serbii, Chorwacji i na Węgrzech, pracuję też nad angielskimi oraz holenderskimi przekładami. To prawda, że zamierzam zrobić komiks o mojej podróży do Polski. Tutaj czuję się jak w domu. To zabawne – przemierzasz tyle kilometrów i spotykasz ludzi tak podobnych do ciebie. Poznań jest bardzo piękny. Jestem w trakcie pisania scenariusza, nie zdradzę więc żadnych szczegółów.
O autorze:
Aleksandar Zograf to pseudonim artystyczny Sašy Rakezica, serbskiego autora komiksów i ilustratora książki Vladimira Arsenijevića (Iszmail, Wydawnictwo Czarne, 2006). „Pozdrowienia z Serbii. Dziennik komiksowy z czasów konfliktu w Serbii” jest zbiorem powstałych i publikowanych w latach 1991- 2001 jednostronicowych „pocztówek”, które ukazują polityczne i społeczne tło rozpadu byłej Jugosławii z perspektywy małej, podbelgradzkiej miejscowości Pančevo. Na początku czerwca br autor odwiedził Poznań w związku z pierwszym, polskim wydaniem komiksu ( tłum. Monika Świerkosz, Central Europe Comics Art).
napisał Maciej Gierszewski o 09:00
Etykiety: Aleksander Zograf, artystowskie, Centrala, Europa, lokalne, wywiad 0 x skomentowali
niedziela, 19 czerwca 2011
#786 - Trans-Atlantyk 142
Zgodnie z przewidywaniami społeczność mutantów rozpadnie się na dwa rywalizujące ze sobą obozy. Reperkusje historii "Schism" zostaną również odwzorowane w układzie miesięczników z charakterystycznym X`em na okładce. Wierni Scottowi Summersowi bohaterowie będą występowali w zresetowanym "Uncanny X-Men", pisanym przez obecnego scenarzystę tej serii, Kierona Gillena, z rysunkami przygotowywanymi przez Grega Landa i Carlosa Pacheco. Renegatów pod wodzą Wolverine ugości Jason Aaron i Chris Bachalo w całkiem nowym on-goingu "Wolverine and the X-Men". Jak zapewnia redaktor Nick Lowe te dwa tytuły będą utrzymane w zupełnie innej tonacji. Gillen dodał, że podział pomiędzy tymi dwoma zespołami będzie znacznie głębszy, niż pomiędzy "Niebieską", a "Złotą" formacją w latach dziewięćdziesiątych. W jego serii akcent ma być położony na typową superbohaterszczyznę, natomiast Aaron opisując swoje skrypty w pierwszej kolejności wymienia skupienie się na charakterze poszczególnych postaci, dramat, miłość, seks i antymutancką histerię. Co ciekawe na pierwszym zaprezentowanym teaserze widać, że po stronie Logana stroi Emma Frost, kochanka Scotta Summera, a po drugiej znajduje się Psylocke, która do tej pory współpracowała z Loganem w X-Force. Zapowiedz głębokich zmian u mutantów, czy tylko zwykły, nic nieznaczący obrazek? Redaktor naczelny Domu Pomysłów, Axel Alonso mówi, że wydarzenia pod szyldem „Regenesis” ma przygotować mutantów i czytelników do tego, co stanie się w 2012 roku. Wtedy właśnie wydarzy się coś, co sprawi, że oczy wszystkich miłośników komiksów będą skierowane na X-Manów…(KO)
Ekipa pracująca nad miesięcznikiem "Haunt" została w komplecie wymieniona. Do Ryana Ottleya, który nieco wcześniej opuścił pokład, dołączyli teraz Robert Kirkman i Greg Capullo. Obaj twórcy nie mogę narzekać na nadmiar wolnego czasu. Kirkman pracuje nad drugą serią telewizyjnych "Żywych trupów" i trzyma piecze nad swoimi autorskimi projektami, a Capullo jest zaangażowany w projekt odnowienia Batmana. Ich miejsca zajmą scenarzysta Joe Casey i rysownik Nathan Fox. Todd McFarlane, główny pomysłodawca serii, pozostanie przy "Haunt" bardziej w roli redaktora pilnującego całości. Jeśli zajdzie taka potrzeba wesprze Foxa przy oprawie graficznej. (KO)
Marka Millara przygoda z uniwersum Marvela dobiega końca. Finałowy zeszyt mini-serii "Ultimate Comics Avengers vs. New Ultimates" ma być ostatnim, którzy wyszedł spod jego ręki dla Domu Pomysłów. Teraz scenarzysta chce skupić się na pracy nad swoimi autorskimi projektami, które święcą nie mniejsze sukcesy niż tytuły, które przygotował dla Marvela. A wpływ na największe komiksowe uniwersum Millar miał niebagatelny – był architektem prawdopodobnie największego crossovera dekady, czyli "Civil War", pracował przy Wolverinie czy Fantastycznej Czwórce, ocierając się o geniusz odnowił mit Mścicieli w dwóch pierwszych seriach "The Ultimates". Obecnie szlifuje skrypty między innymi do sequeli "Nemesis" i "Kick-Ass", projektów realizowanych wespół z Dave`m Gibbonsem i Frankiem Quitely`m i spin-offa z Hit-Girl w roli głównej. (KO)napisał Kuba Oleksak o 17:00
Etykiety: Trans-Atlantyk 2 x skomentowali
sobota, 18 czerwca 2011
#785 - Komix-Express 93


napisał Kuba Oleksak o 23:25
Etykiety: Komix Express 11 x skomentowali
piątek, 17 czerwca 2011
#784 - Mój Syn
Zawarte tu historie to surrealistyczne miniatury, których motorem napędowym są perypetie dwóch groteskowych indywiduów: eleganckiego ojca i karykaturalnego, zniekształconego fizycznie syna. Można je odczytywać na wielu poziomach - od biblijnego, przez psychologiczny (psychoanaliza) po socjologiczny. Najtrafniej jednak byłoby chyba usprawiedliwić ich treść onirycznością - w końcu największą inspiracją były tu komiksy wielkiego innowatora Winsora McCaya - twórcy, który ze snu uczynił główny pretekst do swobodnego, niczym nieskrępowanego opowiadania swoich obrazkowych historii. Ja osobiście uważam jednak, że powinniśmy całkowicie zostawić fabułę w spokoju, bo próbując szukać tu głębszych treści zbyt łatwo popadniemy w banał. Ten komiks to głównie zabawa formą i tylko ona jest tu tak naprawdę istotna... Oczywiście to zawęża grupę odbiorców do twórców poszukujących nowych sposobów wypowiedzi i czytelników żywo zainteresowanych językiem komiksu - ci w żadnym wypadku nie powinni przejść obok tej pozycji obojętnie. Co prawda nawet laik doceni wprawną rękę Schrauwena, ale jeśli jest przyzwyczajony do współczesnego stylu prowadzenia narracji, może - podobnie jak niewyrobiony widz stykający się z awangardowym filmem - poczuć się skonsternowany, bo omawiany album to przede wszystkim szalony eksperyment. Jakiś czas temu wysnułem tezę, że komiks tkwi obecnie w epoce, którą można porównać do kina klasycznego - eksperymentuje się tu naprawdę rzadko. W tym kontekście to album niezwykły. To cios wymierzony we współczesny komiks. Podkreślający to, jak bardzo medium skostniało, zatęchło i że od wielu dekad drepcze w miejscu. To dość zabawne, że formy związane z wczesnym komiksem, zastosowane przez współczesnych twórców stają się w oczach krytyki rzeczą skrajnie awangardową - tym bardziej, że w porównaniu z tym, co z językiem medium wyczyniał Winsor McCay, "Mój syn" to jednak dalej małe miki.
napisał Krzysztof Ryszard Wojciechowski o 17:20
Etykiety: artystowskie, Europa, lokalne, Olivier Schrauwen, recenzja, Timof i cisi wspólnicy 18 x skomentowali


