wtorek, 28 czerwca 2011

#795 - Relacja z "Ligatury", część pierwsza

Na tegorocznym Międzynarodowym (i to pełną gębą!) Festiwalu Kultury Komiksowej "Ligatura" w Poznaniu zjawił się Maciej Gierszewski. Na potrzeby Kolorowych Zeszytów Giera przygotował relację z imprezy w dość nietypowej, dziennikowej formie. Dziś zapraszamy do lektury pierwszej części, a już wkrótce zaprezentujemy część drugą.
Poniedziałek, 2011-05-30, czyli prolog:

Przydałaby mi się ulotka z programem "Ligatury", dlatego poszedłem do "Meskaliny". Pomyślałem sobie, że skoro w tej knajpie ma się odbyć "Komiksofon" i bankiet kończący festiwal, to pewnie w okolicach baru lub gdzieś na stolikach znajdę leżące jakieś ulotki informacyjne. Akurat był koncert, więc nie miałem możliwości, aby wejść do środka. Na bramce stał Benek, więc zapytałem go, czy są ulotki "Ligatury". W odpowiedzi usłyszałem: "Organizator jeszcze nie dostarczył". Pomyślałem, że może są już w "Dragonie", więc poszedłem do "Dragona", ale tam także nie było. Wróciłem do domu z pustymi rękami. W domu przekopiowałem szczegóły programu, wkleiłem do worda i wydrukowałem.

Przyznaję, nie uczestniczyłem we wszystkich imprezach, spotkaniach, wykładach, wystawach i innych iwentach tegorocznego, 2-go Międzynarodowego Festiwalu Kultury Komiksowej "Ligatura", który odbywał się w dniach od 1 do 4 czerwca w Poznaniu. Idea przewodnia minionego festiwalu została przez organizatorów streszczona w bardzo chwytliwym haśle: "Czasy się zmieniają – wyjdź z ramek". To bardzo atrakcyjna myśl. Może w swojej pierwszej części nazbyt banalna. Natomiast intrygujące "wyjdź z ramek" przyświecało organizatorom przy konstruowaniu programu, który był bardzo rozbudowany i różnorodny. Z racji ograniczeń czasowych, wynikających z zadań pracowniczych, wybrałem dla siebie tylko niektóre jego elementy. Dlatego moja relacja będzie wybiórcza i szczątkowa.

Środa, 2011-06-01:

Agnieszka Piksa: "Clue Clouds"

Spóźniłem się na wernisaż, który odbył się w najbardziej zasłużonej/wysłużonej galerii Poznania - "Arsenale". Spóźniłem się niewiele, ale jednak. I dlatego nie miałem okazji wysłuchać słów wstępu kuratora wystawy, w którym pewnie zostało wytłumaczone, co przedstawiają prezentowane prace, na co należy zwrócić szczególną uwagę, jak należy je interpretować oraz dlaczego zostały pokazane w czasie trwania festiwalu komiksowego. Mój ograniczony aparat pojęciowy, który nie liznął ani grama klasycznego wykształcenia artystycznego, nie pozwolił mi zrozumieć rysunków z cyklu "chmury pojęciowe". Na wystawie pokazane zostały także słowne ready-made’y, których ideę jak najbardziej rozumiem. Miałem okazję zapoznać się z podobnymi utworami, pisanymi przez współczesnych poetów, takich jak Andrzej Sosnowski, Darek Foks czy Marta Podgórnik. Jeśli mam być szczery, to ich utwory, które zostały zbudowane na takiej samej zasadzie, znaczą. Znaczą w warstwie komunikatu i sensu tego komunikatu. Słowne ready-made’y Agnieszki Piksy odebrane zostały przeze mnie jako różnokolorowe strzępy zdań, które nie łączyły się w całość.

Wieczorem, gdy wróciłem do domu, przeczytałem ze stronie "Ligatury" kilka słów, które mają przybliżać autorkę i jej prace: "prace tekstowe, w których klasyczna literacka narracja zastąpiona została przez formę eseju wizualnego, podobnego aleatorycznej partyturze. Tym samym projekt "Clue Clouds" w bezpretensjonalny sposób odwołuje się do tradycji konceptualnej, wzbogacając ją o ekspresyjną formę graficzną i nietuzinkowe poczucie humoru". Te zdania, może i ładne, pojemne, wcale nie pomogły mi w zaakceptowaniu faktu, iż prace wystawione w "Arsenale" zostały zaprezentowane w ramach festiwalu "kultury komiksowej".
Maciej Sieńczyk: "Polisario"

Na wystawie w Galerii ON zostało zgromadzonych około 40 prac – rysunków, szkiców, obrazów, kolorowych grafik, ilustracji, krótkich, kilkuplanszowych komiksów. Obok tych, stricte autorskich produkcji, wystawiono także zbiór eksponatów z "gabinetu kolekcjonera", czyli z prywatnej kolekcji namiętnego zbieracza, jakim okazał się być Maciej Sieńczyk. Rekwizyty zbierane przez niego, to w głównej mierze przedmioty-odrzuty, przedmioty-buble. Przedmioty, które kiedyś do czegoś konkretnego służyły, które należały do sfery użytkowej, a teraz są to w głównej mierze śmieci. Umieszczenie ich w galerii, miedzy oryginalnymi, autorskimi pracami, wydobyło z tych "martwych" przedmiotów drugie i trzecie dno. Ukazało, jak niedaleko jest od prac Sieńczyka do zbieranych przez niego osobliwych i absurdalnych ready-made’s. Wymienię kilka z nich: duże, kartonowe, kolorowe plansze do przysposobienia obronnego – "Zasady strzelania do celów powietrznych", "Materiały wybuchowe", "Znaki topograficzne". Nietypowe, socjalistyczne druki, ulotki, broszury, książeczki, podręczniki – "Z biblioteki toromistrza kolejowego", tom 4, pod tytułem "Walka z pełzaniem szyn", autorstwa Marcelego Rosta. Plastikowe zabawki, kosmiczne, księżycowe, kolorowe łaziki. Dziecięcy, wykonany z plastiku, stetoskop.

Przemieszanie autorskich prac z przedziwnymi eksponatami, rekwizytami rodem z wysypiska śmieci, okazało się być bardzo trafnym i "płodnym" zabiegiem. Dzięki takiej prezentacji prac wyszło na jaw, że obiekty i sytuacje zaczerpnięte z życia codziennego, leżakują przez jakiś czas w pamięci Sieńczyka, aby następnie powrócić na łamy jego prac. Ale "powrót" nie jest dosłownym cytatem z rzeczywistości, następuje surrealistyczne przetworzenie i dzięki temu stają się one zabawne i straszne. Smutne, ale i zarazem absurdalnie komiczne. Wystawa "Polisario" zasadniczo zmieniła mój punkt widzenia i oceny prac Macieja Sieńczyka.


Wernisaż prac konkursowych: SILENCE

W holu kina Muza spotykam pierwszych dziś znajomych, którzy nie należą do "światka komiksowego". Oni także przyszli pooglądać wywieszone prace. Dużo nie ma do oglądania. W słowie wstępnym Michał Słomka mówi, że na konkurs przysłono ponad 200 prac z 36 krajów. Zastanawiające jest, dlaczego zaprezentowano jedynie 9 z nich. Mało, bardzo mało, za mało. Fakt, kino Muza to kameralne miejsce, ale zmieściłoby się jeszcze co najmniej drugie tyle prac. Michał w swoim wystąpieniu nie powiedział, dlaczego zaprezentowano tak mało autorów z tych 79, których zakwalifikowano do konkursu.

Zrobić ciekawy komiks bez słów, nawet na niewielu stronach, to trudna sztuka. Opowiedzieć zajmującą historię za pomocą samego obrazu, aby nie popaść w anegdotyczność przedstawienia, to nie lada wyzwanie. Mi najbardziej podobały się dwa komiksy: Juanity Kellner z Niemiec oraz Marty Długołęckiej z Polski. Bardzo różne od siebie. Plansze Juanity Kellner opowiadały historię dziewczynki, która bawi się z misiem, a następnie miś bawi się dziewczynką. Fascynujące w tych planszach były kolory oraz ekspresjonistyczna kreska. Z tych kadrów biły silne emocje, jakby całość została narysowana z nienawiścią. A komiks Marty Długołęckiej ostatecznie wygrał cały konkurs Silence.

Czwartek, 2011-06-02:

Niestety jestem w pracy do wieczora, dlatego nie mam okazji uczestniczyć w żadnym punkcie programu. Najbardziej żałuję, że nie byłem na wernisażu pierwszego numerku kwartalnika artystycznego "Gili Gili", który poświęcony jest w całości ilustracji. Bohaterem prac dziewiętnastu autorów bieżącego numeru jest islandzki wulkan Eyjafijallajökull. Z opisu zamieszczonego na stronie, wnioskuję, że wspomniany kwartalnik ma więcej wspólnego ze sztuką niż z komiksem, rozumianym nawet jako "kolorowe historie". Osobiście się o tym nie przekonałem, ponieważ nigdzie nie natknąłem się na informację, jak i do kiedy czynna jest ta wystawa.

poniedziałek, 27 czerwca 2011

#794 - Gotham Central

Wraz z przybyciem na pokład Kolorowych Zeszytów Marcina Zembrzuskiego (które w swoim wpisie Ryszard kilka dni temu zaspoilerował) nowy skład "all new, all different" melduje się w komplecie! Marcin debiutuje nie byle czym, bo świetnym tekstem, o nie mniej świetnej serii. Zapraszam również do odwiedzania jego blogów - filmowego i komiksowego. (KO)

"Gotham Central" to z pewnością jeden z najciekawszych seriali, których akcja działa się w uniwersum Mrocznego Rycerza. Pomysł na całkiem oryginalną całość jest bardzo prosty - oto świat gothamskiej zbrodni widziany oczami zwykłych policjantów. No prawie zwykłych - są to detektywi wydziału śledczego, których rekrutował sam komisarz Gordon. Scenarzyści serii, Ed Brubaker i Greg Rucka, postanowili maksymalnie uwiarygodnić miasto Człowieka Nietoperza, uczynić je miejscem, w którego istnienie nikt nie mógłby wątpić.

Zrezygnowali więc z ewentualnego futuryzmu czy gotyku znanego z filmowych adaptacji Tima Burtona - Gotham w ich wydaniu wygląda jak przeciętna amerykańska metropolia. Scenarzyści w towarzystwie Michaela Larka, rysownika słynącego z realizmu i drobiazgowości, skupili się na autentyczności procedur śledczych oraz psychologii postaci.

Historiom, które stworzyli daleko do typowych kryminałów czy obrazów sensacyjnych. Ich bohaterowie przeżywają rozterki, jakie wszyscy miewamy, po broń sięgają rzadko, na miejsce zbrodni przybywają za późno, a śledztwa, które prowadzą, są żmudne i pełne mylnych tropów. Tyle że na koniec często czeka ich spotkanie z demonicznym przestępcą pokroju Jokera. A że policjanci pozbawieni są nadludzkiej siły czy supernowoczesnego sprzętu, z takimi przeciwnikami mają niewielkie szanse. Ale jak się z tym czują? Jak bardzo i w jaki sposób wpływa to na ich życie, nie tylko zawodowe? Jaką mają motywację do dalszego działania? I wreszcie - co czują do Batmana, tak często wyręczającego ich w kryzysowych sytuacjach? Oto pytania, jakie zadaje "Gotham Central". Zaś odpowiedzi, których czytelnikowi udziela, dalekie są od banału.

Akcja serii dzieje się w czasach, kiedy James Gordon przeszedł już na emeryturę, kiedy Harvey Bullock od dawna łajdaczy się w kolejnych knajpach nie mając wiele wspólnego z policyjną robotą, a uznany za wariata Bruce Wayne nie pokazuje się już publicznie. Co ciekawe, Batman uchodzi tu za zwykłą miejską legendę - oficjalnie wcale nie istnieje, a korzystanie z batsygnału uznawane jest za straszak na przestępców, mający tylko podtrzymywać mit. Skomplikowana i jak zwykle dysfunkcyjna biurokracja, o której po części serial także opowiada, sprawia, iż uruchomienie słynnej lampy przez gliniarzy traktowane jest jako złamanie prawa. Więc, gdy zapada decyzja o poproszeniu Nietoperza o pomoc, uruchomić batsygnał może wyłącznie osoba niezwiązana z pracą w policji sensu stricte. Absurd z życia wzięty. Ale też detektywi wydziału śledczego wzywają swojego herosa raczej niechętnie, kiedy to już nie widzą większej nadziei we własnych działaniach.

Tym samym jest on postacią nawet nie drugoplanową, a epizodyczną (w niektórych historiach nie pojawia się wcale). Sprawia to, że jest bardziej tajemniczy niż kiedykolwiek wcześniej, a pozbawiony policyjnego przyjaciela pokroju komisarza Gordona - zaskakująco szorstki. Ciekawie też potraktowano super-złoczyńców. Otóż, wbrew pozorom, twórcy nie starali się ich wcale uczłowieczyć, ograniczając ich niezwykłość. Two Face, Kobieta Kot czy Szalony Kapelusznik pozostają takimi, jakimi ich znamy. Skoro jednak kolejne historie ukazywane są z punktu widzenia policjantów, to złoczyńców oglądamy tak samo rzadko, jak Batmana. Dzięki temu potencjalne zagrożenie, jakie niosą, staje się prawdziwe. W tym miejscu pochwalić też trzeba rysującego ich Larka - mimo groteskowego charakteru pasują do zwyczajnie wyglądającego Gotham tak samo, jak ścigający ich stróże prawa.

Wiele o charakterze całości mówi już otwierająca ją dwuzeszytowa opowieść "In The Line of Duty". Oto dwóch detektywów udaje się do mieszkania, w którym - jak doniósł pewien średnio wiarygodny informator - znaleźć mogą jakieś wskazówki na temat porwania nastolatki. W związku z jej sprawą nie znajdują nic, za to mieszkanie okazuje się kryjówką Mr. Freeze'a. Owocem tego spotkania jest śmierć jednego z bohaterów, który na oczach drugiego, nie mogącego nic zdziałać, zostaje przez przestępcę zamrożony, a następnie powoli rozrywany na kawałki. Doprawdy makabryczna zbrodnia. Trauma, jaką przeżył ocalały detektyw Driver, będzie się za nim jeszcze długo ciągnąć. Znacząco wpłynie to też na morale całego zespołu, do którego należy.

To właśnie te psychologiczno-obyczajowe obserwacje są najmocniejszą stroną serii, która w swoich najlepszych odsłonach traktuje kryminał jako punkt wyjścia - środek, a nie cel sam w sobie. Świetne "In The Line of Duty" wyjątkowo zostało napisane przez obu scenarzystów. Bo z reguły tworzyli na zmianę: Brubaker zajął się historiami dziejącymi się głównie za dnia, a Rucka - nocą. Zdecydowali się na taki układ, gdyż obu interesowały trochę inne tematy, a także postaci, o których losach chcieli opowiadać. Tym samym ich scenariusze wzajemnie uzupełniają się, tworząc jednak spójną całość. Bo mimo pewnej różnorodności obaj skupiali się na tym samym - dokładnej obserwacji danych jednostek i ich pracy zawodowej, gdzie częściej od wystrzałów broni słychać niekończące się rozmowy na wszelkie możliwe tematy.

Bardzo istotnym elementem serii jest ambiwalentny stosunek funkcjonariuszy do Batmana. Heros często postrzegany jest nie tyle, jako ostatnia deska ratunku, co tzw. mniejsze zło. Czasem jest niemile widziany nawet wtedy, gdy ratuje sytuację, z którą bohaterowie nie mogliby sobie sami poradzić. Zadane zostaje pytanie: dlaczego mieliby okazywać mu wdzięczność, skoro większość jego działań przypomina im o ich bezsilności? Wprawdzie pojawiają się też postaci, na które działa on motywująco i które chętnie z nim współpracują, ale w większości wypadków ma wręcz destrukcyjny wpływ na policyjne ambicje i morale. Ta niejednoznaczność wespół z ciągle pojawiającymi się w komiksie dylematami moralnymi, a czasem też dosyć ponurą tonacją, przywodzi na myśl poetykę kina noir. Już sama legenda Mrocznego Rycerza doskonale się z nią komponuje, a w "Gotham Central" otrzymujemy bohaterów typowych dla najsłynniejszego modelu czarnego kryminału - detektywów teoretycznie znajdujących się na z góry przegranych pozycjach. Ludzi, którym często towarzyszy mieszanka romantyzmu i cynizmu.

Wbrew pozorom (?) serial nie jest tytułem jednoznacznie pesymistycznym - wówczas byłby jednowymiarowy, a i nie miałby większych szans na sprzedaż (w końcu wydawany był przez wiadomego giganta amerykańskiego rynku, który choć zachwycony pracami autorów "Gotham Central", stale pilnował, by nie przekroczyli pewnej granicy). To, co przygnębiające stale równoważone jest pewną dawką optymizmu - okazjonalną przebojowością i humorem, przede wszystkim zaś idealistyczną wiarą scenarzystów w tzw. cholernie dobrych gliniarzy. Bowiem wszyscy bohaterowie wydziału śledczego są postaciami stuprocentowo pozytywnymi. Może się to wydawać dosyć naiwne, ale postacie są przy tym nie pozbawione wad. Pamiętać też należy, iż są to głównie ludzie, których wybierał osobiście komisarz Gordon, chcący w mieście umierającym przez korupcję stworzyć zespół, któremu bierność czy przekupstwo byłoby całkiem obce. I udało się. Wszystkie postaci, z jakimi bliżej zapoznają nas twórcy, są bardzo wiarygodne, o własnym, wyraźnie zarysowanym charakterze. Część z nich czytelnik poznaje tak dobrze, iż stają się ludźmi z krwi i kości, pozbawionymi jakiejkolwiek umowności. To oraz fakt, że zamiast jednego głównego bohatera otrzymujemy zbiorowy portret całego wydziału, a po części i samego miasta Gotham, przywołuje na myśl zupełnie inny tytuł: kryminalno-obyczajowy serial "The Wire", największe arcydzieło telewizji ostatnich lat (jeśli nie w całej jej historii).

Seria Rucki i Brubakera jest wprawdzie rzeczą bardziej gatunkową, a mniej ambitną, pozbawioną np. politycznej satyry, ale można odnaleźć sporo wspólnych cech oby pozycji. Będą to nie tylko te już wymienione, ale i choćby kreacja miejskiej legendy, brak jakiegokolwiek efekciarstwa (choć materiał byłby dlań wdzięczny), ogromna ilość świetnie napisanych dialogów, istotne tło społeczne, a nawet pewna konkretna postać wybuchowej policjantki-lesbijki i jej wynikających z tego problemów. Autorzy komiksu nie podali wprawdzie żadnego tytułu, którym by się inspirowali (a przynajmniej mi nie udało się na taką informację natrafić), ale chętnie opowiadają o swojej miłości do telewizyjnych seriali policyjnych. I nawet, jeśli określenie "serial policyjny" jest dla niezwykle skomplikowanego "The Wire" trochę krzywdzące, nie mam wątpliwości, że jeśli ktoś polubi jeden z tych tytułów, to polubi i drugi. Niezależnie od kolejności, w jakiej by je poznawał.

Gotham Central wydawane było w latach 2003-2006 i z miejsca podbiło serca komiksowych krytyków, szybko otrzymując szereg nominacji do statuetek Eisnera. Ale ten oczywisty sukces artystyczny nie przekładał się niestety na sukces komercyjny - wydawania kolejnych zeszytów stale oznaczało mniejszą czy większą finansową klapę. Na szczęście szefostwo DC Comics zachwycone pracami Brubakera, Rucki i Larka, ciągle publikowało kolejne zeszyty, obiecując nawet autorom, iż serial trwać będzie tak długo, jak długo będą chcieli nad nim pracować. A w międzyczasie zarabiać zaczęły wydania zbiorcze komiksu, który zaczął zyskiwać sobie grono oddanych fanów. Niestety po niespełna 30 zeszytach z zespołu odszedł Michael Lark, przez co poziom oprawy graficznej trochę spadł. Później zrezygnował Brubaker, pieczę nad kilkoma ostatnimi zeszytami zostawiając samemu Rucce.

I w tym niekoniecznie optymistycznym miejscu należałoby zaznaczyć, że cały serial jest jednak rzeczą dosyć nierówną, gdyż zdarzały się opowieści zaniżające jego ogólnie wysoki poziom. Były to te historie, w których kryminalne elementy odgrywały największą rolę. Zdarzała się wówczas autorom popadać w pewien schematyzm. Na szczęście przeważały historie zgrabnie łączące gatunkowość z obserwacją psychologiczno-obyczajową, a zdarzały się też takie, które całkowicie skupiały się na wewnętrznych przeżyciach danych postaci, jak na przykład niezwykłe "Daydreams and Believers". Jej bohaterka uzależniona jest od fantazjowania o romansie z Mrocznym Rycerzem. Choć nie obyło się bez potknięć, ciężko mi nie myśleć o "Gotham Central", jako o rzeczy bardzo udanej i godnej polecenia każdemu fanowi Batmana. Bo mimo, iż nie jest już novum w jego uniwersum, to po dziś dzień wcale się nie zestarzało. Ale przede wszystkim dlatego, że kultowy heros pojawiał się tam tak rzadko, a komiks nie tylko nic na tym nie trafił, ale i dużo zyskiwał.

niedziela, 26 czerwca 2011

#793 - Trans-Atlantyk 143

23 czerwca 2011 po ciężkiej chorobie zmarł Gene Colan dożywszy sędziwego wieku 84 lat. Urodzony 1 września 1926 roku już w wieku trzech lat wziął do ręki kredki i zaczął rysować. I właściwie do samego końca nie przestał. Uchodzący bez mała za legendę amerykańskiego przemysłu komiksowego artysta swoją karierę rozpoczynał jeszcze w latach czterdziestych, zanim Timely Comics stało się Marvelem. Jak więc łatwo policzyć Colan tworzy komiksy od dobrych siedemdziesięciu lat. Wśród jego mistrzów wymienia się Syda Shoresa, Coultona Waugha i Miltona Caniffa. Pochodzący z nowojorskiego Bronksu rysownik ma na swoim koncie setki, jeśli nie tysiące kolorowych zeszytów. W Marvelu bardzo długo ilustrował klasycznego "Daredevila", przygotował siedemdziesiąt numerów "Tomb of Dracula", ma w swoim dorobku ilustracje do "Doktora Strange`a", "Avengers", "Kapitana Ameryki" czy "Tales of Suspense" z Iron-Manem w roli głównej. Dla DC Comics rysował między innymi "Batmana" i "Detective Comics". Jest współtwórcą (wraz ze Stanem Lee) Falcona, pierwszego czarnoskórego superherosa. W 2005 roku został wprowadzony do eisnerowskiej Hall of Fame. Niech spoczywa w pokoju. (KO)

14 czerwca na siódmej edycji festiwalu Calgary Comic & Entertainment Expo rozdano kanadyjskie nagrody komiksowe imienia Joe`go Shustera, jednego z współtwórców postaci Supermana. Za wybitnego rysownika komiksowego uznano Francisa Manapula, znanego z takich pozycji, jak "The Flash" czy "Adventure Comics", a w kategorii cartoonu laur powędrował na ręce kolektywu Tin Can Forest, czyli Pata Shewchuka i Marka Coleka, twórców komiksu inspirowanego mitologią słowiańską "Baba Yaga and the Wolf". Wśród scenarzystów triumfowała Emilie Villeneuve, autorka "La fille invisible" (Glénat Québec), a Julie Rocheleau, która nałożyła barwy do tego komiksu, została uznana za najlepszą kolorystkę. Najlepsze okładki robi Fiona Staples, najlepszą autorką web-komiksów została Emilly Caroll, a wydawnictwem – Koyama Press. Do hali sław kanadyjskiego komiksu zostali wprowadzeni Chester Brown i Todd McFarlane. Jak widać sporo wyróżnień zgarnęły przedstawicielki płci pięknej. Pełna lista nagrodzonych znajduje się pod tym adresem. (KO)

Nie ma chyba lepszego kandydata na scenarzystę komiksu o zespole bohaterów rodem z Vertigo, niż Peter Milligan. Pisarz związany jest z imprintem kierowanym przez Karen Beger prawie od dwudziestu lat i świetnie czuje się w jego mrocznych zakamarkach. W zrekonstruowanym uniwersum DC oddano mu pod opiekąJustice League Dark” tytuł, w którym wspólnie będą występować John Constantine, Madame Xanadu, Deadman, Shade, Zatanna i Mindwarp zupełnie nowa postać, która zadebiutowała w "Flashpoint: Secret Seven". I owe "Dark", które z początku było tylko roboczym określeniem nowego on-goinga, dobrze określa charakter tej pozycji. Constantine i inni będą musieli mierzyć się z problemami, o których istnieniu "zwyczajni" superherosi nie mają często pojęcia. W kompetencjach JLD będą leżały wszelkie okultystyczne i magiczne sprawy. Pod względem klimatu komiks będzie balansował pomiędzy duszną atmosferą Vertigo, a przygodowym duchem DCU, co stwarza Milliganowi wielkie możliwości. Podobnie, jak wewnętrzna dynamika zespołu pełnego tak silnych indywidualności. Wypada mieć tylko nadzieję, że pracując nad komiksem z super-grupą w roli głównej Milligan zaprezentuje się w formie znanej z łam "X-Statix", a nie w dyspozycji, jaką zaprezentował na łamach "X-Men". (KO)

Paula Cornella wciąż można uznawać za wschodzącą gwiazdę amerykańskiego komiksu. Pomimo tego, że takimi tytułami, jak "Captain Britain and MI: 13" czy robotą wykonaną na łamach "Action Comics", pokazał się krytykom z jak najlepszej strony, to wciąż spod jego ręki nie wyszło dzieło, które trwale zapisałoby się w historii amerykańskiego komiksu. A takiego właśnie oczekuje od scenarzysty już porównywanego do Briana M. Bendisa czy Geoffa Johnsa. Czyżby takim dziełem miałaby się okazać seria "Stormwatch"? Tytuł, którego współautorem jest Jim Lee zadebiutował na rynku w 1993, w czasach, kiedy Wildstorm było jeszcze częścią Image Comics. Cornell zapewnia, że nowe wcielenie "Stormwatch" będzie dalekie od zwykłej, superbohaterskiej papki, głównie ze względu na rolę jaką zespół będzie pełnił w odświeżonym DCU. Jaką - nie wiadomo jeszcze. Wiadomo już, że w jego skład wejdą znani z kart "The Authority" Jack Hawksmoor, Apollo, Midnighter oraz Martian Manhunter, oryginalny członek Justice League. Zbyt wiele scenarzysta zdradzić nie może, ale zapewnia, że J`onn J`onnz nie został do Stormwatch wepchnięty na siłę, tylko w roli pomostu łączącego stare Wildstorm z nowym uniwersum DC, ale będzie pełnił kluczową rolę w tym komiksie. (KO)

Jeff Lemire pośród swoich ulubionych twórców wymienia Granta Morrisona, a wśród komiksów – "Animal Mana" jego autorstwa. Nic dziwnego, że w nowym DC dostał szansę na odnowienie Buddy`ego Bakera (a także "Frankensteina", przy którym palce również maczał szalony Szkot). Lemire jest niezwykle dumny, że wraz z Snyderem, Milliganem i Cornellem dostał szansę przywrócenia blasku klasycznym bohaterom z pogranicza Vertigo i DC. Autor znany z "Opowieści z hrabstwa Essex" cieszy się, że wrześniowy revamp będzie świeżym startem dla władającego mocami zwierząt bohatera, bo pogodzenie poprzednich wersji Morrisona, Jamiego Delano i Jerry`ego Prossera w jednym, spójnym originie byłoby iście herkulesowym zadaniem. Lemire nie może jeszcze zbyt wiele zdradzić z fabuły swojego nowego projektu, ale zapowiada, że będzie eksplorował wszystkie aspekty życia Animal Mana nie tylko, jako superbohatera, ale również jako zwykłego człowieka, męża i ojca. (KO)

#792 - Komix-Express 94

Dzisiejsze wydanie Komix-Expressu trzeba zacząć od ogłoszenia triumfatora naszego fejsbukowego konkursu. A zatem - na drodze losowania zwycięzcą konkursu został czytelnik ukrywający się pod nickiem M A. Za wszystkie odpowiedzi bardzo dziękuje, choć nie zebrało się ich na tyle dużo, żeby móc utworzyć notkę z najlepszymi kawałkami zaserwowanymi przez naszych czytelników. Nagrody ufundowane przez sklep Nextwave.pl i wydawnictwo Blik Studio zostaną przesłane pocztą.

Nieco ponad pięć lat temu, dokładnie 23 czerwca 2006 roku, w sieci pojawił się pierwszy pasek web-komiksowej serii "The Movie". Jest co świętować, bowiem jest on jednym z najstarszych polskich komiksów internetowych, który w dodatku cieszy się niesłabnącym powodzeniem wśród swoich czytelników. Do dziś opublikowano ponad 250 odcinków. Jego autor, Robert Sienicki, zaczynał od trzy, czterokadrowych stripów, w czasach kiedy ukrywał się jeszcze pod pseudonimem "Grzegorz Krajewski". Początkowo "The Movie" opowiadało o starciach trójki krytyków (Krzyśka, Juliana i Ryszarda) z kinowymi produkcjami. Bele umieszczając akcję w redakcji magazynu filmowego dopisał do "The Movie" wątki obyczajowe i odszedł nieco od przyjętej na początku formy. Obecnie komiks został rozbity na dwie serie. Na łamach serwisu filmowego Stopklatka Sienicki pisze i rysuje kolejne paski, w których rozprawia się z kolejnymi multipleksowymi blockbusterami. Natomiast "The Movie Theater" jest bardziej obyczajową historią, skoncentrowaną nie na filmach, ale ekipie krytyków oraz pracowników kina. Bele piszę do niej tylko scenariusze, zaś rysunkami zajmuje się Krzysztof Małecki. Całkiem niedawno swój finał miał pierwszy odcinek. Nieco więcej o piątych urodzinach "The Movie" można przeczytać na Komiksomanii, a Kolorowe Zeszyty dokładają się do wszystkich życzeń! (KO)

Na zakończonym 18 czerwca pierwszym Festiwalu Komiksu Historycznego przyznano dwie nagrody "za całokształt pracy twórczej i artystycznej". Trafiły one na ręce nestora polskiego komiksu, czyli Henryka Jerzego Chmielowskiego, ojca "Tytusa, Romka i A`Tomka" oraz Zygmunta Similaka, rysownika serii "Triumwirat" oraz autora albumów "Zawisza Czarny" i "Bitwa pod Grunwaldem". Obie te pozycje ukazały się pod szyldem "Strefy Komiksu" nakładem Wydawnictwa Roberta Zaręby podczas pierwszej edycji FKH. Oprócz tego na konwencie swoją premierę miały również "Zygmunt", pierwszy tom serii "Wilcze tropy" autorstwa Sławomira Zajączkowskiego i Krzysztofa Wyrzykowskiego oraz czwarta część "Epizodów z Auschwitz" zatytułowana "Nosiciele Tajemnicy" Michała Gałka i debiutującego w pełnym metrażu Michała Pyterafa. (KO)

Już w najbliższą środę, 29 czerwca 2011 roku w krakowskiej księgarni komiksowej Fankomiks odbędzie się spotkanie ze scenarzystą Michałem Gałkiem ("Alma", "Deduktor", "Epizody z Auschwitz") i rysownikiem Arkadiuszem Klimkiem ("Epizody z Auschwitz", "Strażnicy Orlego Pióra", "Słynni Polscy Olimpijczycy") autorami nowego wcielenia "Wiedźmina". Na miejscu, to jest przy ulicy Grodzkiej 2, będzie można kupić jeszcze ciepły piąty numer magazynu "Komiksowe Hity", zawierający drugą część historii "Racja stanu" i zdobyć autograf któregoś z twórców. Spotkanie rozpoczie się o godzinie 18:00. Zapraszamy! (KO)

Na forum Alei Komiksu Tomasz Kołodziejczak kolejny raz udzielił odpowiedzi na pytania czytelników. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że przynajmniej na razie, taka forma kontaktu z fanami się wyczerpała. Szef komiksowego oddziału Egmontu nie powiedział właściwie niczego nowego, co nie byłoby powszechnie wiadome. Pierwsze zapowiedzi wydawnicze obejmujące ostatnie miesiące roku 2011 pojawią się pod koniec wakacji. Klub Świata Komiksu ze względu na trudną sytuację rynku komiksowego nie planuje nowych serii, wciąż ograniczą swoją ofertę, choć z żadnego z rozpoczętych tytułów nie rezygnuje. Kołodziejczak nie sądzi, aby kryzys skończył się w tym roku. Jesienią swoją premierę ma mieć album "Joker" Briana Azzarello i Lee Barmejo oraz kolejne integrale "Tintina". Również pod koniec roku miał pojawić się "Yans" w kolekcji dzieł wybranych Grzegorza Rosińskiego, jednak pojawiły się problemy z dostępnością materiałów do druku. Wydawnictwo kontynuuje wznawianie swoich największych hitów ("Thorgal", "Asteriks", "Kajko i Kokosz", "Jeż Jerzy", "Tytus", "Sandman" czy "Sin City"), a w przyszłym roku może pojawią się reedycje brakujących "Calvina i Hobbesa". (KO)

Jak podaje Jakub Syty z bloga Thorgalverse scenarzysta Jean Van Hamme sprzedał swoją część praw autorskich do Thorgala firmie Média-Participations. Jest ona właścicielem znanej oficyny wydawnicznej Le Lombard. Drugi z ojców kruczowłosego wikinga, Grzegorz Rosiński, rozważa czy w przyzłości nie oddać serię pod opieką swojemu synowi, Piotrowi Rosińskiemu, oraz Yves`owi Sentemu, obecnemu scenarzyście "Thorgala". Jaka przyszłość czeka więc kultowego bohatera, gdyby obaj jego twórcy zostawią go w obcych rękach? (KO)

piątek, 24 czerwca 2011

#791 - Paryż

Współcześni komiksowi twórcy, szukając nowych form ekspresji, zwracają się najczęściej w stronę narracji filmowej - to dla nich bliskie i naturalne. Zazwyczaj nie pochwalam tego, a może raczej wypadałoby rzec, że jestem tym zmęczony… W każdym razie dlatego tak zaintrygował mnie album Jean-Jacques`a Sempégo, który - jak zrozumiałem po recenzji Maćka Gierszewskiego - robi coś wręcz odwrotnego: odchodzi od narracji sekwencjami obrazów i wraca formalnie do wymowy grafiki…

Plansza, tłum ludzi, miasto. Karykaturalne, bardzo umownie narysowane ludki wtapiają się w dość pieczołowicie odtworzoną architekturę. Co ciekawe, nie ma tu znaczącego dysonansu pomiędzy tymi dwoma światami. Światami, które utkane są jakby z setek filigranowych, giętych drucików. Te pociągnięte cienką stalówką, nieśmiałe i anemiczne kreseczki (spod których nieraz wyziera niewymazany ołówek) charakteryzują niepowtarzalny styl Sempégo. Francuz najbardziej znany jest z pracy nad serią książeczek o przygodach Mikołajka. Jego rysunki, mimo, że kojarzą się z typowymi prasowymi żartami, to posiadają wielki potencjał narracyjny. Artbook "Paryż" o którym piszę, to zbiór scen z życia wielkiej, europejskiej metropolii. Jako, że są to niemal wyłącznie gęsto zarysowane plany totalne, teoretycznie powinniśmy szukać tu wielowątkowości znanej z obrazów Bruegla. Jednak okazuje się, że w większości przypadków, nawet gdy na planszy znajduje się wiele postaci, fabuła (czy treść zakodowana w danej planszy) kieruje się ku jednemu miejscu, wyraźnej poincie. Czasami treścią jest rysunek per se, np. spostrzeżenie rysownika, że rama okna może pełnić funkcję kadru. Cały czas jednak są to formy graficzne w jakiś sposób bliskie komiksowi i mimo braku charakterystycznej dla medium sekwencyjności zawierające w sobie jakąś - mniej lub bardziej wyraźną - opowieść.

Maciej napisał, że po przejrzeniu tego albumu nie jest pewien, czy chciałby pojechać do Paryża. Ja znalazłem tu tyle czułości wobec tego miasta, że trochę dziwi mnie to stwierdzenie... Paryż w pracach Sempégo to może groteskowe, ale ogólnie chyba dość urokliwe miejsce. Gdyby pominąć kilka charakterystycznych symboli, to właściwie artbook można by było zatytułować nazwą każdego innego dużego miasta do którego ktoś podchodzi z sentymentem.

czwartek, 23 czerwca 2011

#790 - Kroniki Armady (po raz drugi)

Wraz z komercyjnym sukcesem "Armady" wydawcy serii autorstwa Phillipe`a Bucheta i Jeana Davida Morvana postanowili naciągnąć czytelników na cykl odpryskowy. To powszechna praktyka po obu stronach oceanu. "Kroniki Armady" to antologia krótkich, dosłownie kilkustronicowych obrazkowych etiud w komplecie napisanych przez tandem Buchet-Morvan, z rysunkami przygotowany przez zaproszonych do projektu twórców.

Spodziewałem się, że "Kroniki" będą miały klasyczną, antologijną formę drobnych opowieści, rozwijając świat Armady. Utrzymanych w różnorodnych stylach graficznych, nawiązujących do zróżnicowanych estetyk. Dostałem natomiast szereg historyjek w większości bardzo ściśle powiązanych z tomami oryginalnej serii. Tak ściśle, że aby móc je czytać trzeba mieć poszczególne albumy pod ręką i co chwila zerkać, do czego odnoszą się kolejne szorciaki. Buchet i Morvan zdecydowali się dopisać kilka wątków do fabuł, które stworzyli wcześniej. Niekiedy dodają epilog, czasem pokazują historię z innej perspektywy, skupiając się na innej, niż Navis postaci. Mnie taka forma nie przekonuje. Dodanie trzech epizodów do "W trybach rewolucji" nie sprawiło, że jeden z najlepszych tomów serii stał się jeszcze lepszy. Dopowiadanie niedopowiedzianego niekiedy warto pozostawić odbiorcy. I tak też jest w tym przypadku.

Rozumiem, że Morvan i Buchet dbają, aby świat wykreowany na kartach "Armady" był spójny i koherentny, ale w porównaniu z choćby uniwersum Gwiezdnych Wojen (które w tym względzie może uchodzić za wzór) nie jest to chyba najlepsze rozwiązanie. Opowieści z galaktyki George`a Lucasa nie są tylko fragmentami większej całości, ale sprawdzają się również, jako samodzielne opowieści. Tego samego nie można powiedzieć, że komiksach z "Kronik". Często bez odpowiedniego tomu pod ręką satysfakcjonująca lektura nie jest możliwa. I nawet wyjaśnienia Bobo, który pełni rolę narratora i przewodnika po wątkach tego zbiorku, niewiele są w stanie pomóc.

Oczywiście trafiają się wyjątki od tej reguły i to właśnie one należą do najmocniejszych stron albumu. Do te grupy trzeba zaliczyć pocieszne "Polowanie na trawie" znane już czytelnikom "Świata Komiksu", znakomicie narysowane przez Jose Luisa Munuerę, "Hayo i bliskie spotkania trzeciego stopnia" z ilustracjami Severine Lefebvre i przyprawiający o napady spazmatycznego śmiechu "Trafiony prezent", który pomimo swoich związków z niepublikowanym w Polsce albumem "Le Collectionneur", umiejętnie broni się swoim humorem. Kosmiczni piraci, jako żywo kojarzących się ze swoimi odpowiednikami znanymi z kart "Asteriksa", są zresztą prawdziwą ozdobą "Kronik". Każde ich pojawienie się jest warto zauważenia.

Pod względem oprawy graficznej komiks jest bardzo zróżnicowany. Od dokładnej, wycyzelowanej kreski charakterystycznej dla głównonurtowych pozycji spod znaku science-fiction (Steven Lejeune czy Pierre-Mony Chan) przez dość swobodny, rozedrgany styl (Chang), aż po estetykę ciążącą ku cartonoowi mniej (Julien Lois, Bengal, Francis Porcel) lub bardziej (Thomas Labourot, Severine Lefebvre czy wręcz mangujący Benoit Springer). Za wyjątkiem Sylvaina Savoi wszyscy twórcy prezentujące swoje talenty w "Kronikach" są mi nieznani, ale pokazali się naprawdę z dobrej strony. Wizualnie rzecz biorąc antologia prezentuje się naprawdę solidnym poziomie, żaden twórca nie odstaje od pozostałych.

Na rynku francuskim "Kroniki Armady" zaczęły się ukazywać od 2004 roku i do tej pory światło dzienne ujrzało w sumie sześć tomów. W każdym znajduje się pięć historyjek, co daje w sumie liczbę 30 komiksów. W polskiej edycji zebrano w sumie czternaście opowiadań. W komplecie przetłumaczono dwa pierwsze albumy i wzbogacono je epizodami z woluminów numer 4 i 6. Wypada mieć nadzieję, że w drugich "Kronikach Armady" zebrane zostaną pozostałe szorciaki.

środa, 22 czerwca 2011

#789 - Kroniki Armady (po raz pierwszy)

Wraz z Gierą zdecydowaliśmy się na mały trójkącik z Navis. Czysto recenzencki, oczywiście. Dzisiaj on weźmie na swój warsztat "Kroniki Armady", natomiast jutro ukaże się tekst mojego autorstwa. (KO)

Na wstępie muszę coś wyznać. Czas najwyższy, abym się wreszcie przed kimś, nie tylko przed samym sobą, do tego przyznał. Dłużej już nie wytrzymam, ciężko żyć z takim sekretem, ukrywać go, dusić w sobie, dbać o to, aby się żadnym słowem czy gestem nie zdradzić. Przez prawie 10 lat nikomu o tym nie mówiłem. Więc w końcu wypada, abym to głośnio wszem i wobec powiedział: Kocham Navis!

Zdaję sobie sprawę z tego, że nie jestem jedyny, że nie tylko ja się w niej kocham. Jest wielu mężczyzn, których porusza do głębi jej tarzańska żywiołowość i upór, jej waleczność i niezgoda na zło świata, w którym przyszło jej żyć, zło "Armady" – ekspansywny kolonializm, korupcję, małostkowość, pragnienie władzy. Jest wielu mężczyzn, którym nie jest obojętny jej urok, czar i powab. Są i tacy, którzy mają kosmate myśli, gdy oglądają rysunki ją przedstawiające. Dla nich wszystkich (dla nas wszystkich) Wydawnictwo Egmont opublikowało "Kroniki Armady".

Oryginalne, francuskie wydanie "Les chroniques de Sillage" to zestaw sześciu albumów. W każdym albumie znajduje się pięć ośmiostronicowych opowiadań. Szkoda, że polski wydawca nie zdecydował się opublikować całości. Album, który się ukazał kilka tygodni temu, jest wyborem i składa się na niego czternaście historii, czyli niecała połowa. W antologii przygód Navis zamieszczone zostały wszystkie historie z dwóch pierwszych tomów oraz po dwa z tomu czwartego i szóstego, nie zamieszczono żadnego opowiadania z zeszytu trzeciego i piątego. Dlaczego tak? Nie mam pojęcia.

Zaprezentowane w "Kronikach Armady" historie nie układają się w jakąś spójną całość, która uzasadniałaby dokonanie takiej a nie innej selekcji. Co prawda opowiadania ujęte są w klamrę, pierwsze z nich przedstawia Navis jako małego szkraba, biegającego z procą po sawannie, a ostatnie jako starą, ale nadal kochającą Clemente’a Vildieu, kobietę. Tym co łączy wszystkie przedstawione w tym albumie historie, jest narracja prowadzona przez Bobo, wieloletniego towarzysza i wiernego przyjaciela Navis. I gdyby nie ten zabieg wprowadzenia narratora, który spisuje kronikę życia swojej przyjaciółki, całość rozpadałaby się na luźne, nie powiązane ze sobą epizody. A tak zostają wypełnione białe plamy w jej biografii, opowiadanej w głównym cyklu przygód nieustraszonej agentki.

Scenariusze do wszystkich opowieści zostały napisane przez Philippe’a Buchetta i Jeana Davida Morvana. Natomiast za rysunki i kolory odpowiadają różni artyści. Widać, nie tylko czytelnicy kochają się w Navis, ale także rysownicy i koloryści, wielu artystów. Stąd ogromna różnorodność grafik i rysunków. Niektóre z nich są bardzo intrygujące i ciekawe. Inne, te odwołujące się do konwencji gier komputerowych czy też kreskówek typu "Atomówki", są mało atrakcyjne, a nawet irytujące. Zaproszenie różnych artystów do współtworzenia "Kronik Armady" należy uznać za duży plus całego projektu. Jest co oglądać. Wizualnie najbardziej spodobały mi się następujące epizody: "Oczy" (rys. Ignacio Noé), "Późne przebudzenie" (rys. Pierre-Mony Chan), "Szpieg na mrozie" (rys. Sylvain Savoia), "Cena komfortu" (rys. Javier N.B. {właśc. Javier Barrengo Nawarro}).

Z zupełnie innych powodów podoba mi się historia "Nieudana symulacja", bo czasem również mam kosmate myśli z Navis w roli głównej.

wtorek, 21 czerwca 2011

#788 - Gdański rozkład jazdy, czli wszystkie atrakcje 4. Bałtyckiego Festiwalu Komiksu

Kolorowe Zeszyty zapraszają na czwartą edycję Bałtyckiego Festiwalu Komiksu - GDAK, którego główna część odbędzie się w dniach 25-26.06.2011 w Wojewódzkiej i Miejskiej Bibliotece Publicznej im. Josepha Conrada-Korzeniowskiego w Gdańsku. Oto jakie atrakcje przewidziano:

Piątek (24 czerwca 2011)

Ci, którym uda się dotrzeć nad morze już w piątek, będą mieli okazję do wzięcia udziału w wernisażu otwierającym wystawę "Spotkanie w Kioto". W Centrum Sztuki Współczesnej Łaźnia w Gdańsku (na ulicy Jaskółczej 1) od godziny 19:00 swoje prace będę prezentowały artystki związane z Uniwersytetem Seika. Na ścianach będzie można oglądać prace Bon Won Koo (Korea Południowa), RongRong Luo (Chiny) i Angeli Moreno (Wenezuela). Drugim preludium do Bałtyckiego Festiwalu Komiksu będzie koncert Grupy Producenckiej Lud Hauza połączony z premierą drugiego zeszytu "Wiedźmina" Michała Gałka, Arkadiusz Klimka i Łukasza Pollera (dwaj ostatnich będzie można spotkać równieżna spotkaniach weekendowych) . Zabawa rozpocznie się o godzinie 21:00 w Gdańskim Archipelagu Kultury Wyspa Skarbów (na ulicy Turystycznej 3). Wstęp na obie imprezy wolny.

Sobota (25 czerwca 2011)

Tradycyjnie sobota zarezerwowana jest dla największych atrakcji festiwalu. Na GDAKu z pewnością do takich trzeba będzie zaliczyć w pierwszym rzędzie Simona Bisley`a, wybitnego brytyjskiego artystę, który miał ogromny wpływ na komiksową estetykę początku lat dziewięćdziesiątych. Spotkanie z autorem "Lobo", "Slaine`a" czy przygód sędziego Dredda rozpocznie się o godzinie 12:40 i potrwa aż do 14:00. Wtedy właśnie na scenę wkroczą "produktywni", czyli grupa twórców, która na przełomie wieków dokonała prawdziwej rewolucji w polskim światku komiksowym. Wśród potwierdzonych gości Michał "Śledziu Śledziński i Karol "KRL" Kalinowski. Jak zwykle bardzo ciekawie zapowiada się panel dyskusyjny "Mówić i pisać o komiksie", który na stałe wpisał się w plan GDAKa. Tym razem rozmowa będzie dotyczyła granic twórczej swobody wśród komiksowych artystów. W kontekście afery wokół przeklinającego Chopina w komiksie i obecność gościa z Chin Ludowych dyskusja o tym, w imię czego można artystyczną wolność skracać, zapowiada się szalenie frapująco.

Sala 1:

09:30 - 10:00 Uroczyste otwarcie festiwalu
10:00 -11:00 Panel dyskusyjny "Mówić i pisać o komiksie" - "Co wolno artyście?" ze specjalnym udziałem RongRong Luo
11:00 - 11:40 Premiera komiksu "Młody Heweliusz"
11:40 - 12:40 Spotkanie z wydawcami komiksowymi
12:40 - 14:00 Spotkanie z gwiazdą festiwalu, Simonem Bisley`em
14:00 - 15:00 Wspomnienie o "Produkcie" - spotkanie z komiksiarzami, którzy współtworzyli legendarny magazyn
15:00 - 16:00 Spotkanie z redakcją magazynu "Karton"
16:00 - 17:00 Jak powstaje komiksowy świat wiedźmiński? Własna kreacja vs. uniwersum stworzone przez innego autora na podstawie komiksu? "Wiedźmin: Racja Stanu" - Arkadiusz Klimek
17:00 - 17:30 Rozdanie GDAK-ów i oficjalne zamknięcie pierwszego dnia festiwalu

W sali numer dwa będzie nieco skromniej, choć ci, którzy będą chcieli przyjrzeć się warsztatowi swoich ulubionych artystów, powinni być usatysfakcjonowani. O ewolucji swojego stylu będzie opowiadał Nikodem Cabała, a o pracy nad scenariuszem Edvin Volinski, autorzy znani z serii "Biocosmosis". Nie mogę również nie wspomnieć o spotkaniu z chłopakami z wydawnictwa ATY, którzy będą rozmawiać o meandrach wydawania komiksów na trudnym, polskim rynku. Finałowym aktem soboty będzie rozdanie GDAK-ów (godzina 17:00).

Sala 2:

10:00 - 11:00 Od czego by tu zacząć? Od zina - Łukasz Kowalczuk
11:00 - 12:00 Ewolucja kreski - Nikodem Cabała
12:00 - 13:00 Alexandro Jodorowsky w komiksie i na ekranie - Przemysław Zawrotny
13:00 - 14:00 Przypadki tarota pośród mang - Joanna Zaręmba-Penk
14:00 - 15:00 Seria "Epizody z Auschwitz" albo ile swobody ma twórca w trakcie pracy nad komiksem historycznym - Michał Pyteraf i Łukasz Poller
15:00 - 16:00 O scenariuszu komiksowym słów kilka - Edvin Volinski
16:00 - 17:00 Wydawanie komiksów dla opornych (na przykładzie wydawnictwa ATY) - Jacek "Ystad" Jastrzębski i Mateusz "TeO" Trąbiński vs. Łukasz "Arcz" Mazur

Drugi dzień festiwalu zwieńczy interparty, które odbędzie się w Mieście Aniołów (na ulicy Chmielnej 26). Nocne szaleństwo rozpocznie się o 20:30, a jeśli dobrze zrozumiałem, będzie miało miejsce również na.. barce.

Niedziela (26.06.2011)

Gwiazdą drugiego dnia festiwalu będzie przybyła z Chin RongRong Luo, która opowie o losie twórczyni komiksów w państwie środka. Spotkanie z autorką rozpocznie się o godzinie 11:00. Bardzo ciekawie zapowiada się również prelekcja dotycząca filmowych adaptacji komiksów spod znaku super-hero, którą poprowadzi znany z łam "Kazetu" Marcin Andrys (godz.: 12:00).

Sala 1:

10:00 - 11:00 Kalkomiks – kreatywne wykorzystanie fotografii i innych pomocy w procesie tworzenia komiksu - Daniel Chmielewski
11:00 - 12:00 Komiksy alternatywne w kraju bez narodowego mainstremu - "Niezależna manhua" w czasach globalizacji - RongRong Luo
12:00 - 13:30 Zakręcony żywot celuloidowych bohaterów, czyli kto chce przywdziać kostium herosa z szeregu wystąp! - Marcin Andrys
13:30 - 14:00 Blok inicjatyw komiksowych
14:00 - 15:00 Jak powstaje komiks historyczny w Polsce

W sali numer dwa o komiksowej poetyce rozprawiać będą Wojciech Birek i Grzegorz Janusz, a więc z jednej strony wybitny komiksoznawca, specjalista od komiksu frankofońskiego, a z drugiej jeden z najznakomitszych komiksowych skrybów. Do głosu będą dopuszczeni również inni, bok Janusza, praktycy - Łukasz Poller, który opowie o pracy kolorysty i Olga Wróbel, która poprowadzi spotkanie pod tytułem "Puszczeni z dymkiem". Imprezę zakończy projekcja filmu "Comic Book Confidential".

Sala 2:

10:00 - 11:00 Jak powstaje komiksowy świat wiedźmiński? Poradnik dla kolorystów komiksowych na podstawie komiksu "Wiedźmin: Racja Stanu" - Łukasz Poller
11:00 - 12:00 Ekwiwalencja graficzna jako środek ekspresji w komiksie - Wojciech Birek
12:00 - 13:00 Puszczeni z dymkiem - Olga Wróbel
13:00 - 14:00 Garść obserwacji i refleksji na temat roli onomatopei w komiksie - Grzegorz Janusz
14:00 - 15:00 Comic Book Confidential - projekcja filmu

poniedziałek, 20 czerwca 2011

#787 - "Pocztówki z Miloševićem i Myszką Miki" - wywiad z Aleksandrem Zografem

"Wierzę, że odgrywam w pewien sposób rolę szamana, budującego pomost pomiędzy tymi dwoma światami". Z Aleksandrem Zografem rozmawia Wioletta Wiśniewska. Wywiad z serbskim twórcą przeprowadzony na poznańskiej Ligaturze, pierwotnie ukazał się na łamach czasopisma studentów specjalizacji krytycznoliterackiej Uniwersytetu Adam Mickiewicza w Poznaniu "Pogranicza".

Tłumaczenie i korekta: Andrzej Szwatoński i Wioletta Wiśniewska. Zdjęcia: Marta Piasecka

Wioletta Wiśniewska: Myślę, że Pańska działalność, jako twórcy komiksów, znosi podział pomiędzy literaturą i formami pozaliterackimi, ale także – szczególnie po "Pozdrowieniach z Serbii" - pomiędzy sztucznymi granicami wyznaczanymi przez politykę. Bariery te są znacznie trwalsze, niż to się wydaje mieszkańcom krajów Zachodu. Jaki jest Pański stosunek wobec tej dwojako rozumianej granicy?
Aleksandar Zograf: Odkąd zająłem się komiksem, starałem się przeskoczyć granice, w ten lub w inny sposób. W końcu próbowałem je unieważnić. Na początku lat dziewięćdziesiątych, kiedy moje komiksy publikowano już w USA, co prawda byłem tam uważany za Amerykańskiego twórcę, ale takiego, który mieszkał daleko - gdzieś na Bałkanach - i do roku 1999 w USA nawet się nie pojawił. Pojechałem tam po raz pierwszy w kilka miesięcy po tym, jak Stany Zjednoczone zbombardowały mój kraj i rodzinne miasto. Mój stosunek do kwestii granic jest złożony, z wszystkimi dobrymi i złymi konsekwencjami takiej relacji. Ta sytuacja ma w sobie coś absurdalnego i większość ludzi może uznać ją za niezwykłą – w tym samym czasie wierzyłem, że artysta powinien dążyć do rozwijania swojej działalności i wychodzić poza naturalne dla niego granice. Publikowałem w wielu krajach, i czułem, że każda książka adoptuje rzeczywistość, otwiera mój umysł na inne kultury i różne cele. Komiks zazwyczaj jest tym medium, które umożliwia przekraczanie granic w literaturze - myślę, że najbardziej ekscytujące jest to, że komiksy do opowiadania historii wykorzystują zarówno słowa, jak i obrazy.

Nawet, gdy myślimy tylko o komiksach, Pańskie nie są typowe, nie są zgodne z popularnymi tendencjami, sprowadzającymi się do tworzenia fikcyjnych światów, jak fantasy lub superbohaterzy o supermocach. Za to bliskie są prawdziwemu, czasem okrutnemu światu, ale z drugiej strony – ukazują siłę wyobraźni i życie wypełnione snami, myślami. Ten rodzaj refleksji kojarzy się z literaturą, szczególnie tą posługującą się poetyką surrealizmu...
Aleksandar Zograf: Tak, moje komiksy są realistyczne. Mam na myśli to, że nawet gdy mówię o snach, nie jest to po prostu fantazjowanie – opowiadam o snach, które rzeczywiście miałem, z wszystkimi ukrytymi znaczeniami, które przynoszą. Wierzę, że odgrywam w pewien sposób rolę szamana, budującego pomost pomiędzy tymi dwoma światami. Znaczna część dzisiejszej kultury, szczególnie obecnej w popularnych mediach, zaczyna się na fantasy i tam też się kończy. Przestałem chodzić do kina – większość mainstreamowych filmów nie ma już żadnego odniesienia do prawdziwego życia. Zachodni świat wydaje się bazować na tych płytkich projekcjach filmowych – i dobrze, ale ja tego nie kupuję.

Kolejną rzeczą, która zbliża Pana do literatury, jest uniwersalny punkt widzenia. Kiedy mówi Pan o konsekwencjach konfliktu w Serbii, takich jak niekończące się kolejki, hiperinflacja, przemyt, strajki i związane z tym reakcje ludzi (nagły zwrot ku wierze w cuda, obecność gorących politycznych sporów w codziennych rozmowach) przypomina mi to obraz Polski z czasów komunizmu. Nie unika pan również refleksji natury ogólnej, np. wojna w Jugosławii jest efektem zmieszania i przemocy, które biorą się z chaosu. Ten opis oddaje charakter wojny w ogóle. Czy taka była Pana intencja, aby ukazać poprzez komiks mechanizmy rządzące każdym konfliktem zbrojnym?
Aleksandar Zograf: To, co zdarzyło się w Jugosławii jest częścią uniwersalnego, ludzkiego doświadczenia. Doświadczenie to nie jest aż tak wyjątkowe, jakby się mogło wydawać i gdyby ludzie z innych części Europy byli zamieszani w podobny konflikt, tak jak my na Bałkanach i oni skoczyliby sobie do gardeł. Coś podobnego wydarzyło się w przeszłości, ale ludzie albo o tym zapomnieli, albo nie chcą o tym wiedzieć. Wojna polega na zabijaniu – to się przecież dzieje nawet teraz w Afganistanie, Iraku czy Libii. Parę lat temu zrobiłem komiks o wojownikach, noszących miecze. Współcześni ludzie nie zdają sobie nawet sprawy, czym one są. Miecz wygląda jak duży, rzeźnicki nóż. W dawnych wojnach musiałeś podejść do drugiego człowieka tak blisko, że można było spojrzeć mu w oczy. Później próbowałeś odciąć części jego ciała albo w jakiś inny sposób zakończyć jego życie. On także chciał pokroić cię na kawałki – jeden z was musiał umrzeć. Mam nadzieję, że uda nam się zakończyć walki wtedy, gdy uporamy się z wojną w ogóle i że w przyszłości my, ludzie, będziemy potrafili stworzyć kulturę, w której wojna nie będzie już potrzebna. A jeśli mówimy o rozpadzie Jugosławii, to wydaje mi się, że resztę naszego życia spędzimy na zastanawianiu się, co tak naprawdę się wydarzyło i dlaczego. Nie ma na to jednoznacznej odpowiedzi.

Tak, ukazanie pewnej uniwersalnej strony tej wojny nie oznacza, że była ona taka jak wszystkie. Bo nie była. Z powodu roli, którą odegrały w niej media i NATO. "Pozdrowienia... " rozpoczynają się w 1999r., ale przede wszystkim koncentrują się na bombardowaniach dokonanych przez NATO i na upadku dyktatury Miloševićia. Epilog opatrzony jest datą 11 września 2001- datą ataku terrorystycznego na WTC. Dlaczego wybrał Pan akurat te dni i jakie to ma znaczenie dla twórcy komiksu, a także dla Serba?
Aleksandar Zograf: Po prostu rzeczywistość odcisnęła na mnie silne piętno – żyłem na terenie objętym kryzysem i nie mogłem udawać , że nie widzę, co się dzieje dookoła. Duża część mojej pracy jest związana z obserwowaniem wydarzeń z bliska. Skupiam się na szczegółach i codziennym życiu. Media z kolei informacje na temat tych wydarzeń przekazywały w bardzo skondensowanej, bezosobowej formie. W telewizji próbowano powiedzieć prawdę w trzy minuty. To tak nie działa. Życie jest bardziej złożone, bogatsze w detale.

Opisywał Pan cierpienie, a mimo to, wciąż był Pan w stanie śmiać się paradoksów wojny. Jak udało się osiągnąć ten dystans i czy nie oskarżano Pana o trywializowanie przekazu? Aleksadar Zograf, bohater komiksu, zarzuca sobie w pewnym momencie, że jest zbyt śmieszny...
Aleksandar Zograf: Wierzę, że humor jest ważny, jeśli chce się zrozumieć ten świat. Brak poczucia humoru oznacza pustkę, zobojętnienie i znieczulenie. Mam przyjaciela, Włocha, który z zawodu jest klownem (pracuje w szpitalu w Mediolanie). Kiedy z nim rozmawiam, widzę jak mądrym jest człowiekiem. Jednak wykorzystywanie humoru jako środka ekspresji nie jest wcale łatwym zadaniem.

Kiedy zaczął Pan rysować "Pozdrowienia...", chciał Pan publikować je jeszcze w trakcie wojny czy raczej zachować dla siebie, jako prywatny dziennik? Czy myślał Pan o sobie jako o korespondencie wojennym, który tworzy popkulturowy przekaz?
Aleksandar Zograf: To po prostu się stało, nie miałem zbyt wiele czasu na myślenie. Tak jak wcześniej powiedziałem, pogodziłem się z rzeczywistością. Właśnie taka była moja rzeczywistość.

Wspomniał Pan już o roli mediów. Są one po części odpowiedzialne za chaos w Serbii. Czy to nie paradoksalne, że z drugiej strony pozwoliły one Panu publikować swoje komiksy i opowiedzieć inną, własną wersję tego konfliktu? Rozumiem, że miał Pan na myśli wybiórczość informacji, ale nawet podczas wojny media w Serbii pozostały dostępne dla intelektualistów i artystów... Jak więc postrzega Pan ich rolę i czy Serbowie potrafili właściwie odpowiedzieć na otwartość mediów i zrobili coś w tej kwestii?
Aleksandar Zograf: W trudnych latach 90-tych zacząłem pisać dla niezależnego tygodnika politycznego z Belgradu, który nazywał się "Vreme" (zajmował się głównie sztuką i kulturą). Od 2003 roku publikowałem tam również komiksy. Właściwie więc pracuję dla mediów, bo jestem zarówno rysownikiem, jak i dziennikarzem. Nie uważam, że współczesne media są złe per se, trzeba po prostu dokonywać właściwych wyborów. Problem pojawia się, gdy media zagęszczają i upraszczają informacje. Uwielbiam przebywać w środowisku dziennikarzy, ponieważ komentują oni bieżące wydarzenia i znają wiele niedostępnych dla innych informacji.

Wspomina Pan o tym, że Disney z powodu konfliktu cofnął licencję na swoje kreskówki, co Serbowie odebrali jako prawdziwą tragedię, bo Myszka Micky stanowi część ich tradycji. Czy komiks też do tej tradycji należy? Bo w Polsce nigdy nie był zanadto popularny...
Aleksandar Zograf: W Serbii komiks stał się popularny już w latach 30-tych Postacie Disney'a lubiane były już na samym początku, a serbscy artyści zaczęli tworzyć wariacje na temat Myszki Miki już w 1932 r., czyli zaraz po pojawieniu się tej postaci na rynku. Później bohaterowie Disney'a zadomowili się w takim stopniu, jakby były rodzimym pomysłem. Często je "udomawiano". W latach 60. Decije Novine, wydawca z małego miasteczka w środkowej Serbii, jako pierwszy z Europy Wschodniej otrzymał ekskluzywną licencję na wykorzystywanie postaci Disney'a. Walt Disney, tuż przed swoją śmiercią, osobiście napisał mu list polecający. Więc kiedy kryzys z lat 90. doprowadził do cofnięcia licencji, Serbowie byli bardzo zbulwersowani, bo kilka pokoleń wychowało się na tych kultowych bohaterach.

Na jednym z rysunków Pański bohater wyjaśnia przyjacielowi, że to co szkicuje to rodzaj realizmu fantastycznego, wywodzącego się z dobrej, rosyjskiej tradycji. Czy może Pan rozwinąć tę definicję?
Aleksandar Zograf: Czuję pokrewieństwo pomiędzy moją twórczością a realizmem pochodzącym z literatury rosyjskiej. Moje inspiracje odwołują się do wielu prądów, pochodzących z różnych części świata.

Dla mnie "Pozdrowienia..." przypominają takie filmy jak "Persepolis" czy "Walc z Baszirem". Jaka siła tkwi w tych małych, zabawnych, nierzeczywistych obrazkach, że potrafią one opowiedzieć przerażające historie, które miały miejsce w prawdziwym świecie?
Aleksandar Zograf: One są takie bezpretensjonalne. Od kreskówek nie oczekuje się prawdy zaklętej w kamień. To intymny, bardzo osobisty sposób wyrażania siebie.

Co rysuje Pan teraz? Jakieś nowe pomysły, projekty? Będąc w Poznaniu, wspomniał Pan, że zamierza zrobić komiks o naszym mieście – o czym dokładnie miałby on być? Co szczególnie spodobało się Panu podczas pobytu tutaj?
Aleksandar Zograf: Ciągle dopracowuję dwie strony w kolorze, które stanowią część cotygodniowej publikacji, ukazującej się we "Vreme". Zbiorcze wydanie tych komiksów ukazuje się też we Francji, Włoszech, Portugalii, Serbii, Chorwacji i na Węgrzech, pracuję też nad angielskimi oraz holenderskimi przekładami. To prawda, że zamierzam zrobić komiks o mojej podróży do Polski. Tutaj czuję się jak w domu. To zabawne – przemierzasz tyle kilometrów i spotykasz ludzi tak podobnych do ciebie. Poznań jest bardzo piękny. Jestem w trakcie pisania scenariusza, nie zdradzę więc żadnych szczegółów.


O autorze:

Aleksandar Zograf to pseudonim artystyczny Sašy Rakezica, serbskiego autora komiksów i ilustratora książki Vladimira Arsenijevića (Iszmail, Wydawnictwo Czarne, 2006). „Pozdrowienia z Serbii. Dziennik komiksowy z czasów konfliktu w Serbii” jest zbiorem powstałych i publikowanych w latach 1991- 2001 jednostronicowych „pocztówek”, które ukazują polityczne i społeczne tło rozpadu byłej Jugosławii z perspektywy małej, podbelgradzkiej miejscowości Pančevo. Na początku czerwca br autor odwiedził Poznań w związku z pierwszym, polskim wydaniem komiksu ( tłum. Monika Świerkosz, Central Europe Comics Art).

niedziela, 19 czerwca 2011

#786 - Trans-Atlantyk 142

Zgodnie z przewidywaniami społeczność mutantów rozpadnie się na dwa rywalizujące ze sobą obozy. Reperkusje historii "Schism" zostaną również odwzorowane w układzie miesięczników z charakterystycznym X`em na okładce. Wierni Scottowi Summersowi bohaterowie będą występowali w zresetowanym "Uncanny X-Men", pisanym przez obecnego scenarzystę tej serii, Kierona Gillena, z rysunkami przygotowywanymi przez Grega Landa i Carlosa Pacheco. Renegatów pod wodzą Wolverine ugości Jason Aaron i Chris Bachalo w całkiem nowym on-goingu "Wolverine and the X-Men". Jak zapewnia redaktor Nick Lowe te dwa tytuły będą utrzymane w zupełnie innej tonacji. Gillen dodał, że podział pomiędzy tymi dwoma zespołami będzie znacznie głębszy, niż pomiędzy "Niebieską", a "Złotą" formacją w latach dziewięćdziesiątych. W jego serii akcent ma być położony na typową superbohaterszczyznę, natomiast Aaron opisując swoje skrypty w pierwszej kolejności wymienia skupienie się na charakterze poszczególnych postaci, dramat, miłość, seks i antymutancką histerię. Co ciekawe na pierwszym zaprezentowanym teaserze widać, że po stronie Logana stroi Emma Frost, kochanka Scotta Summera, a po drugiej znajduje się Psylocke, która do tej pory współpracowała z Loganem w X-Force. Zapowiedz głębokich zmian u mutantów, czy tylko zwykły, nic nieznaczący obrazek? Redaktor naczelny Domu Pomysłów, Axel Alonso mówi, że wydarzenia pod szyldem „Regenesis” ma przygotować mutantów i czytelników do tego, co stanie się w 2012 roku. Wtedy właśnie wydarzy się coś, co sprawi, że oczy wszystkich miłośników komiksów będą skierowane na X-Manów…(KO)

Bohaterem ostatniej poniedziałkowej konferencji prasowej "Marvel Next Big Thing" został Człowiek Pająk. Już w listopadzie ubrany w czerwono-niebieski trykot heros dostanie nowy miesięcznik zatytułowany "Avenging Spider-Man". Komiks tworzony przez scenarzystę Zeba Wellsa i rysownika Joe`ego Madureirę wygląda na reinterpretację klasycznego konceptu team-upu. W każdej kolejnej historii Pajęczak będzie łączył swoje siły z innym bohaterem/bohaterami, aby powstrzymać zagrożenie, które przerasta jego możliwości. Pierwszym przeciwnikiem mają być (między innymi?) przybywający spod ziemi moloidzi, z którymi Spider-Man zmierzy się z pomocą Red Hulka. Wells zapewnia, że "Avenging Spider-Manie" został wręcz stworzony dla porażających swoją dynamiką i rozmachem, typowych historii spod znaku super-hero. Nowy on-going raczej nie będzie krzyżował się z "Amazing Spider-Manem", pisanym przez Dana Slotta, który chce skupić się na codziennych problemach Petera Parkera. (KO)

Ekipa pracująca nad miesięcznikiem "Haunt" została w komplecie wymieniona. Do Ryana Ottleya, który nieco wcześniej opuścił pokład, dołączyli teraz Robert Kirkman i Greg Capullo. Obaj twórcy nie mogę narzekać na nadmiar wolnego czasu. Kirkman pracuje nad drugą serią telewizyjnych "Żywych trupów" i trzyma piecze nad swoimi autorskimi projektami, a Capullo jest zaangażowany w projekt odnowienia Batmana. Ich miejsca zajmą scenarzysta Joe Casey i rysownik Nathan Fox. Todd McFarlane, główny pomysłodawca serii, pozostanie przy "Haunt" bardziej w roli redaktora pilnującego całości. Jeśli zajdzie taka potrzeba wesprze Foxa przy oprawie graficznej. (KO)

Marvelowski Kosmos wreszcie przybędzie na ziemię. W sześcioczęściowej mini-serii "Annihilators: Earthfall" dojdzie do spotkania grupy Najpotężniejszych Herosów mieszkających na naszej planecie z galaktycznym zespołem dowodzonym przez Silver Surfera. Będzie to na pewna świetna okazja, aby fani zwrócili uwagę na peryferyjne zakątki Marvel, gdzie często mają miejsce bardzo ciekawe historie. Startującą we wrześniu historię przygotuje duet scenarzystów Dan Abnett i Andy Lanning, okładkami zajmie się John Tyler Christopher, a oprawą graficzną Tan Eng Huat. Nie zabraknie również dodatkowej historii z Rokcet Raccoonem i Grootem autorstwa Timothy`ego Greena. (KO)

Marka Millara przygoda z uniwersum Marvela dobiega końca. Finałowy zeszyt mini-serii "Ultimate Comics Avengers vs. New Ultimates" ma być ostatnim, którzy wyszedł spod jego ręki dla Domu Pomysłów. Teraz scenarzysta chce skupić się na pracy nad swoimi autorskimi projektami, które święcą nie mniejsze sukcesy niż tytuły, które przygotował dla Marvela. A wpływ na największe komiksowe uniwersum Millar miał niebagatelny – był architektem prawdopodobnie największego crossovera dekady, czyli "Civil War", pracował przy Wolverinie czy Fantastycznej Czwórce, ocierając się o geniusz odnowił mit Mścicieli w dwóch pierwszych seriach "The Ultimates". Obecnie szlifuje skrypty między innymi do sequeli "Nemesis" i "Kick-Ass", projektów realizowanych wespół z Dave`m Gibbonsem i Frankiem Quitely`m i spin-offa z Hit-Girl w roli głównej. (KO)

sobota, 18 czerwca 2011

#785 - Komix-Express 93

Dzisiejsze wydanie Komix-Expressu będzie trochę nietypowe. Trzeba ogarnąć kilka spraw organizacyjnych, nadrobić zaległości sprzed dwóch tygodni, no i nie może braknąć zwyczajowej porcji wiadomości z mijającego tygodnia. Przede wszystkim chciałbym jeszcze raz powitać na pokładzie Kolorowych Zeszytów Macieja Gierszewskiego i Krzysztofa Ryszarda Wojciechowskiego. O tym, że mają coś ciekawego do powiedzenia w temacie komiksu mogliście się przekonać czytając ich teksty. Mam cichą nadzieję, że to jeszcze nie koniec "debiutów", jak i występów gościnnych... A z tego miejsca chciałbym zaprosić wszystkich, którzy chcieliby zmierzyć się z szeroko pojętą okołokomiksową publicystyką - zapewniam, że Kolorowe to świetne miejsce na tego typu działalność. Przypominam i zachęcam do udział w naszym małym konkursie. Zapraszam również w gościnne progi Poltera, gdzie pojawił się tekst mojego autorstwa o najlepszym w swoim fachu, czyli Wolverinie. Niektórzy zapewne zauważyli, że nastąpiło małe przemieszanie w linkach. Kilka odnośników zniknęło, pojawiły się nowe. Niech to będzie pierwsza jaskółka zmian. Stary wygląd KZ nieco mi się opatrzył i stronę w (nie)dalekiej przyszłości czeka gruntowny redesign, o którym na razie trudno coś konkretnego powiedzieć. Wkrótce również zrezygnujemy z domeny kolorowezeszyty.pl i na witrynę będzie można dostać się tylko via blogspot, więc już teraz wyregulujcie swoje odbiorniki (kolorowezeszyty.blogspot.com). (KO)

Zaczynam więc od nadrabiania zaległości. Gościem specjalnym francuskiego festiwalu "Strasbulles 2011" była polska reprezentacja komiksowa. Od 4 do 5 czerwca w Strasburgu można było spotkać grupę komiksiarzy znad Wisły w składzie Grażyna Fołtyn-Kasprzak, Zbigniew Kasprzak, Tomasz Leśniak, Marek Turek, Piotr Nowacki, Jarosław Ejsymont i Wojciech Birek. Polskie Stowarzyszenie Komiksowe i Stowarzyszenie Twórców "Contur" przygotowało polskie stoisko, na którym prezentowano najlepsze przysmaki rodzimej kuchni komiksowej. Był filmowy "Jeż Jerzy", nieme albumu Mateusza Skutnika, klasyka spod znaku "Kajko i Kokosza", nowy "Wiedźmin", antologie i katalogi z łódzkiej MFKi. Jeśli wierzyć obszernej relacji Marka Turka Polacy pokazali się w bardzo korzystnym świetle. (KO)

Natomiast w Lublinie bardzo skutecznie zaprzęgnięto komiks do promowania miasta w ramach starań o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury 2016. Specjalny, 51. numer "Ziniola" był rozdawany za darmo 13 czerwca na placu Litewskim. W tym czterostronnicowym wydaniu specjalnym zawarto kilka ciekawych tekstów dotyczących komiksu i Lublina. O ile można było przegapić tą publikację, o tyle znacznie trudniej było nie zauważyć wielkiej inicjatywy zamalowywania billboardów ze starymi banerami reklamowymi na ulicy Jana Karskiego. W akcji brał między innymi Maciej Pałka. Jak widać w mieście dzieje się sporo "komiksowego". Komiksiarze z lubelskiego skutecznie wprowadzają sztukę obrazkową w kulturalny obieg swojego miasta, potrafią wykorzystać koniunkturę i chwała im za to. (KO)

Z okazji polskiej prezydencji w Unii Europejskiej w Japonii zostanie przygotowana specjalna wystawa polskiej sztuki komiksowej. W Tokio będzie można zobaczyć zarówno klasyków, jak i współczesnych mistrzów polskiego komiksu. Prace będzie można zobaczyć w dniach 3-15 sierpnia w galerii "Uplink". Ekspozycji będzie towarzyszył katalog wydany w języku polskim, japońskim i angielskim. Dalekowschodnia wystawa zostanie przygotowana przez organizatorów łódzkiego festiwalu - Łódzki Dom Kultury, Stowarzyszenie Twórców "Contur" i Urząd Miasta Łodzi, którzy zabiegali o to od dawna. Teraz, dzięki rządowemu wsparciu udało się zrealizować ten zamiar. (KO)

Tak się dziwnie złożyło, że tydzień przed gdańską BeeFKą odbędą/odbyły/odbywają się dwie mniejsze, lokalne imprezy. W Warszawie o godzinie 19:30 w Białej Kartce na Emilii Plater 9/11 będzie miała miejsce kolejna potyczka komiksowa. Wezmą w niej udział (a raczej biorą właśnie w tej chwili) lokalne gwiazdy i wschodzące talenty warszawskiej sceny. Będzie głośno, będzie groźnie, będzie grubo. Uwaga! Program przewiduje tanie napoje alkoholowe! Natomiast w Poznaniu, w ramach Spotkań Komiksowych, o godzinie 9:00 (tak, rano) Wyższa Szkoła Języków Obcych ugościła Radosława i Magdalenę Bolałków z Hanami, którzy, jak przypuszczam, opowiadali o gdańskim festiwalu, pracy w komiksowym wydawnictwie i trudnościach z przekładem japońskich mang na język polski. (KO)

Z okazji przyjazdu Simona Bisley`a do naszego pięknego kraju Hanami zdecydowało się na publikację "Biblii" jego autorstwa. Album ten jest zbiorem ilustracji nawiązujących do motywów znanych z ksiąg Starego i Nowego Testamentu utrzymanych charakterystycznym dla brytyjskiego artysty stylu. Będzie to idealny komiks, na którym Biz będzie mógł złożyć swój podpis na sesji autografów podczas BeeFKi. Szkoda tylko, że jego nakład będzie ściśle reglamentowany i "Biblii" ma starczyć zaledwie do 530 szczęśliwców, którzy pojawią się w Gdańsku i stać ich będzie na wyłożenie 105 złotych na to cacuszko. Nie mam zwyczaju narzekać na ceny polskich wydań i nakładów, ale akurat tym razem uważam, że Hanami nieco przegięło. Nawet nie chce myśleć, jaki ceny będą osiągały egzemplarze bisley`owskiej "Biblii" na allegrowym rynku wtórnym... (KO)

Na poznańskiej Ligaturze swoją premierę miał jedenasty numer "Zeszytów Komiksowych", który niemal w całości został poświęcony sztuce komiksu w krajach Europy Środkowo-Wschodniej, od Estonii po Grecję i od Słowenii po Rosję. Długo trzeba było czekać na opracowanie tego tematu, ale magazyn wreszcie ujrzał światło dzienne. Warto było czekać - redakcji "ZK" udało się zgromadzić szereg tekstów autorstwa zagranicznych korespondentów, które razem tworzą komiksową panoramę niemal całej "naszej" Europy. Oprócz tego oprawa graficzna "Zeszytów" uległa gruntownej modernizacji dzięki wysiłkom Dennisa Wojdy i teraz prezentuje się doprawdy znakomicie. (KO)

"Degrengoland" zbliża się do półmetka. Web-komiksowa seria autorstwa Dominika Szcześniaka (scenariusz), Macieja Pałki i Pawła Wojciechowicza (rysunki) dotarła do dwudziestej piątej strony. Od 17 czerwca ze strony projektu można pobrać pierwszą część historii w formie cyfrowej całkowicie za darmo. Całość wzbogacona jest o galerię wykonaną przez śmietanką polskich komiksowych artystów (w sumie aż 24 alternatywne covery!). "Degrengoland" został zaplanowany na 100 stron, więc jak łatwo policzyć do końca pozostało jeszcze kolejne 75. Komiks można ściągnąć również w wersji angielskiej (tłumaczeniem zajął się Robert Looby). (KO)

piątek, 17 czerwca 2011

#784 - Mój Syn

Z pewnym poślizgiem Kolorowe Zeszyty, który wyniknął z mojej winy, wszem i wobec chciałbym powitać na naszym pokładzie kolejnego redaktora, którym jest Krzysztof Ryszard Wojciechowski, autor Rękopisu znalezionego w Arkham (bardzo zacne miejsce w polskiej blogosferze, polecam zaglądać). Mam nadzieję, że pomimo tej początkowej niezręczności pozostanie na Kolorowych nieco dłużej! (KO)

Przeciętny współczesny twórca komiksowy, gdy chce być uznany za awangardowego, zrobić komiks skrajnie artystyczny - niepokojący tak w formie, jak i w treści - odwoła się do Lyncha i Cronenberga (wymiennie: Burnsa i Clowesa), obskurnego undergroundu, albo jakiejś obscenicznej mangi... krótko mówiąc, do rzeczy, które mu współcześni powszechnie uznają za "dziwne". Olivier Schrauwen postanowił pójść pod prąd i inspiracji dla estetyki swoich osobliwych prac szuka w gazetowych stripach z początku XX wieku, kiedy język komiksu dopiero się kształtował.

Zawarte tu historie to surrealistyczne miniatury, których motorem napędowym są perypetie dwóch groteskowych indywiduów: eleganckiego ojca i karykaturalnego, zniekształconego fizycznie syna. Można je odczytywać na wielu poziomach - od biblijnego, przez psychologiczny (psychoanaliza) po socjologiczny. Najtrafniej jednak byłoby chyba usprawiedliwić ich treść onirycznością - w końcu największą inspiracją były tu komiksy wielkiego innowatora Winsora McCaya - twórcy, który ze snu uczynił główny pretekst do swobodnego, niczym nieskrępowanego opowiadania swoich obrazkowych historii. Ja osobiście uważam jednak, że powinniśmy całkowicie zostawić fabułę w spokoju, bo próbując szukać tu głębszych treści zbyt łatwo popadniemy w banał. Ten komiks to głównie zabawa formą i tylko ona jest tu tak naprawdę istotna... Oczywiście to zawęża grupę odbiorców do twórców poszukujących nowych sposobów wypowiedzi i czytelników żywo zainteresowanych językiem komiksu - ci w żadnym wypadku nie powinni przejść obok tej pozycji obojętnie. Co prawda nawet laik doceni wprawną rękę Schrauwena, ale jeśli jest przyzwyczajony do współczesnego stylu prowadzenia narracji, może - podobnie jak niewyrobiony widz stykający się z awangardowym filmem - poczuć się skonsternowany, bo omawiany album to przede wszystkim szalony eksperyment.

W mojej opinii, jako całość eksperyment nie do końca udany, bo mimo, że wszystkie zawarte tu historie są dość intrygujące, to jedynie przewrotnie czerpiąca z brueglowskiej wizji końca świata - "W antwerpskim zoo" - jest dopełniona dorastającą do wirtuozerskiego warsztatu fabułą. Owy epizod to dwadzieścia kilka stron zaskakujących i bardzo owocnych zabaw formalnych, które w ostatecznym wydźwięku stają się niepokojącym, apokaliptycznym przedstawieniem. To zdecydowanie najmocniejsza część albumu, dobitnie pokazująca jaki potencjał tkwi w tym autorze, gdy odważy się rozwinąć skrzydła i zaangażuje się w dłuższą historię. Całkiem możliwe, że oderwanie jej od innych epizodów mogłoby nadać jej większą wartość. Bo wydaje mi się, że gdybym dostał cały album wypełniony materiałem tak wysokiej jakości, to mówiłbym o nim w kategoriach rzeczy ocierającej się o geniusz. A tak komiks ten pozostaje w mej pamięci bardzo intrygującą, ale nierówną pracą dobrze rokującego eksperymentalnego artysty, którego innej twórczości być może nigdy w Polsce nie poznamy...

Jakiś czas temu wysnułem tezę, że komiks tkwi obecnie w epoce, którą można porównać do kina klasycznego - eksperymentuje się tu naprawdę rzadko. W tym kontekście to album niezwykły. To cios wymierzony we współczesny komiks. Podkreślający to, jak bardzo medium skostniało, zatęchło i że od wielu dekad drepcze w miejscu. To dość zabawne, że formy związane z wczesnym komiksem, zastosowane przez współczesnych twórców stają się w oczach krytyki rzeczą skrajnie awangardową - tym bardziej, że w porównaniu z tym, co z językiem medium wyczyniał Winsor McCay, "Mój syn" to jednak dalej małe miki.