środa, 30 marca 2011

#728 - "Jestem ziomeczkiem z mega-ego, świadomym że niekoniecznie wszędzie powinienem się pchać" - wywiad z Łukaszem Okólskim

Już od dawna chciałem wziąć Łukasza Okólskiego na spytki, ale ciągle znajdowałem "powody" by przełożyć to na później. Na szczęście nasz patronat nad "Scientią Occultą" stał się świetną okazją i motywacją by w końcu zadać mu kilka nurtujących mnie pytań. Efekt poniżej. Jednak by pozwolić mojemu gościowi mieć "ostatnie słowo”, teraz napiszę to co normalnie pojawiłoby się na końcu. Tak więc Łukaszu dziękuję za rozmowę, życzę powodzenia, a naszych czytelników uprasza się o spełnienie jego marzeń, bo i on i komiksowo na to zasługuje....

Mocno irytuje Cię fakt, że za nowe pokolenie twórców komiksowych nadal uważa się między innymi Śledzia, a ta prawdziwa nowa fala, której Ty jesteś reprezentantem, jest niezauważana?
Nie sądzę, to raczej może działać w drugą stronę. Moje pokolenie ma na razie jeszcze, bądź co bądź, bardzo mały dorobek w porównaniu do produktowej generacji. Śledziu, który na komiksie zjadł już zęby, i żyje z tego, nie wiem, z 19 lat (specjalnie przesadzam, bo tak właściwie za krótko siedzę w temacie, żeby się orientować), może się czuć lekko spięty, że cały czas ktoś uważa go za młodzika (choć on to raczej wyluzowany jest i nie sądzę żeby o tym za dużo myślał). Ja miałem swój debiut w pierwszym "Kolektywie" i właściwie przez te 4 lata (tak, rysuję i czytam komiksy od 4 lat, wcześniej nie miałem pojęcia co to jest) tylko i wyłącznie tam miałem swoje rysunki. Praktycznie zero Web-komiksowych odsłon czy jakiegokolwiek innego rysowania. Teraz nagle okazuję się, że debiutuję albumowo. Dla mnie super, niemniej nie dziwię się, że ludzie mogą mnie nie zauważać.

Cztery lata i praktycznie zero Web-komiksowych odsłon - przyznam, że jestem tym zaskoczony, bo wydaje mi się, że bolączką Twojego komiksowego pokolenia jest właśnie internet. Dzięki niemu każdy może "zadebiutować" w dziesięć minut - wystarczy tylko konto na blogspocie i już "nas czytają". Oczywiście w żaden sposób nie umniejsza to samym komiksom, ale - mam wrażenie - zmniejsza "parcie na papier". Młode pokolenie istnieje w internecie (Ty masz swój blog, portfolio, blog Recours, gościnne występy), gorzej jest już z samodzielnymi publikacjami papierowymi. Nie uważasz, że brakuje Wam (chociażby) takiego "Azbestu" XXI wieku?
O widzisz, tu wychodzi moja "zieloność" w grajdołku. Nie chcę googlować. Wiem, że "Azbest" to legendarny zin i niestety nic więcej. Ja sam czuję się bardzo mocno związany z "Kolektywem", nie mam jednak pojęcia jak blisko/daleko mu do Azbestowego formatu. Dla mnie jest to jednak mój magazyn. Specjalnie mówię MÓJ, bo choć nie ja go wydaje, to brałem dość czynny udział w tworzeniu całej idei i jako chyba jeden z baaardzo niewielu jestem w każdym numerze (dzięki temu, że w momencie kiedy zaczęła się selekcja i walka o miejsca, akurat zacząłem z Robertem robić stałą serię, czyli Recours). Dodatkowo chłopaki z Dolnej Półki są jednymi z pierwszych ludzi ze środowiska z którymi nie tylko się poznałem, a autentycznie całkiem dobrze skumałem.

Od zawsze miałem parcie na papier. Przed "Kolektywem" miałem całkiem sporo porywów z internetowymi komiksami, ale rany, jaki ja byłem wtedy słabiutki. Już pomijam mój absolutny antytalent do wymyślenia jakiegokolwiek sensownego scenariusza, ale ja dopiero stosunkowo niedawno nauczyłem się wyjściowo rysować. Na szczęście miałem dość przyzwoitości, żeby albo w ogóle się nie wychylać z moimi głupotami na szersze wody Internetu, albo szybko je zamykać ze wstydu. Na dzień dzisiejszy moje galerie i blogi to raczej rozszerzenie kolektywowej działalności. Bonus. Bo rysowanie 2 razy do roku jakiegoś szorcika to trochę mało i warto mieć jakieś swoje internetowe podwórko (które i tak zaniedbuję). To "Scientia" miała być czymś moim w necie, w końcu. Jednak sam widzisz, ciągnie mnie papier jak magnes.

Powrócę jeszcze do tego co powiedziałeś wcześniej. Przez cztery lata rysowania publikowałeś tylko w "Kolektywie". Nie miałeś już wcześniej ochoty na coś większego na papierze? Tak do "postawienia na półce"?
Jasne, że miałem, ale się bałem. Taki komiks to właściwie był mój cel i marzenie. Jakkolwiek śmiesznie to brzmi. Chciałem pójść ze znajomymi do sklepu i pokazać im na półce grzbiecik z nazwiskiem "Okólski" i pękać z dumy. Zawsze. Nie miałem jednak jaj i umiejętności.

Jestem aroganckim ziomeczkiem z mega-ego, ale jestem też świadomy tego, że jako świeży samouk niekoniecznie wszędzie powinienem się pchać z "patrz jak bomba rysuję, wydaj mnie". Taka robota nad albumem wymaga od cholery czasu, zaparcia i dość żmudnej pracy. Teraz się starzeje (w sensie, że coraz mniej czasu mi zostaje na własne pasje, rodzice wiecznie utrzymywać nie będą) i jak nadarzyła się okazja wydania, to cieszyłem się jak mały dzieciak. Chciałbym wykorzystać ten okres, kiedy poza studiami, właściwie nie mam większych obowiązków i mogę poświęcać spory pakiecik godzin tygodniowo na rysowanie.

W takim razie porozmawiajmy o Twojej pracy nad albumowym debiutem - "Scientią". Na swoim blogu pisałeś, że po raz pierwszy siedziałeś nad komiksem jakbyś był "na etacie". Jakie wrażenia z tak ciężkiej pracy?
Niesamowite. Nie będę się szybko rwał do powtórki, ale człowiek robi w takim trybie pracy największy progres. Już nie chodzi mi nawet o to, że rysuje się ładniej czy bardziej efektownie. Po prostu rysuje się szybciej i łatwiej. Pamiętam, że rzeczy nad którymi potrafiłem siedzieć i siedzieć, przychodzą mi teraz naturalnie i szybko. Jednak jest to zabawa dość wymagająca systematyczności i dyscypliny. Sam naciskałem na wydanie w kwietniu, a nie dopiero w październiku na MFK, więc to była moja własna determinacja, pchająca mnie do takich maratonów rysowania i czasami było ciężko. Zwłaszcza gdy minie pierwszy entuzjazm, człowiek troszkę się wypali, a tu jeszcze 50 stron i pełno dodatkowych materiałów. Kilka miesięcy mówienia "sorki nie będzie mnie, muszę rysować" sprawiły, że teraz, gdy nagle skończyłem sesje i nie mam nic do rysowania, zacząłem szaleć mocniej niż na pierwszym roku studiów. Tak czy inaczej każdy powinien spróbować zrobić sobie albumowe pociśnięcie. Coś wspaniałego, to uczucie jak każdego dnia masz więcej namacalnego wyniku swojej pracy, robisz coś co liczy się dla ciebie i przy odrobinie szczęścia będzie się liczyło dla innych. Nie żałuje ani godziny spędzonej przy tablecie. Poza tym hej, przeprowadzają ze mną wywiady, nie? Totalnie się opłaciło (i mówię serio, taki maluteńki fame nieustannie umiejscawia mi uśmiech na japie).

Jak to się stało, że projekt mający być Waszym poletkiem w Web-komiksie został wydany? Paweł Sawicki sam się do was zgłosił, pomysł narodził się na jakimś towarzyskim spotkaniu metodą "od słowa do słowa", a może było jeszcze inaczej?
Tutaj sam do końca nie jestem pewien jak to się wykroiło, bo mnie nie było przy tej rozmowie. Niemniej na Komiksowej Warszawie, gdy już po kilku czy nawet kilkunastu opublikowanych w necie planszach, dostawaliśmy pozytywne komentarze i opinie, zaczęliśmy z Robertem pół żartem pół serio gadać, że musimy wydać jakiś album. "O wydajmy "Scientię", podoba się ludziom i fajna zamknięta historia." Pod koniec festiwalu Robert nakręcony naszą rozmową i festiwalem, poszedł zagadać z Pawłem Sawickim i okazało się, że Pawłowi podoba się to co widział w internecie i chętnie zobaczy więcej, plus zarys scenariusza. Jako, że rysując w przód miałem, co pokazać, całkiem szybko okazało się, że perspektywa wydania nabiera realności. Nie wiem jak dokładnie wyglądał cały proces, ale czekając na tramwaj pewnego ciepłego krakowskiego popołudnia, dostałem telefon od Roberta, że "Scientia" będzie wydana. Totalnie musiałem się powstrzymywać, żeby nie zacząć się jakoś cieszyć do ludzi w tramwaju za bardzo. To chyba właśnie głównie dzięki Pawłowi Sawickiemu, który od początku do końca nas chwalił i bardzo mu zależało na porządnym wydaniu, wszystko tak fajnie się poukładało.

Opowiedz jak wyglądała praca nad "Scientią" od momentu, kiedy było wiadomo, że zostanie wydana. Ile plansz miałeś już gotowych? Robiłeś dużo poprawek? Pod koniec osiągnąłeś prędkość dwóch plansz na dzień, zgadza się? To były dni poświęcone wyłącznie na rysowanie, czy też w trakcie były jeszcze studia i "inne" obowiązki?
Nie pamiętam dokładnie, ale prawie na bank mieliśmy skończony pierwszy rozdział. To był chyba maj 2010, niedługo po pierwszej Komiksowej Warszawie. Od tamtej pory leciało różnie, falami. Pod koniec sierpnia miałem lecieć do Holandii na Erasmusa i miałem mnóstwo różnych formalności do załatwiania ale wtedy i tak tylko rysowałem komiks. Wakacyjne miesiące to był najdłuższy okres codziennego wielogodzinnego napinania. Jednak, jako że całe dnie siedziałem w domu, kochana rodzinka nie traktowała rysowania komiksu jako pracy, tylko jako "siedzenie cały dzień w domu". Tak więc moje szalone umiejętności gotowania (jestem dobry, o tak), sprzątania i jeżdżenia samochodem były wykorzystywane. Zrzędziłem, ale jak tak na to patrzę, to i tak mogłem i powinienem pomagać więcej, a na pewno mniej zrzędzić. Później, jak okazało się w ostatniej chwili, że jednak nie jadę na Erasmusa, miałem małą załamkę ale i więcej czasu na rysowanie, więc odpuściłem napinanie. Okres kolejnego codziennego napinania od rana do wieczora powrócił w listopadzie i grudniu. W tedy okazało się, że moja sesja zaczyna się czwartego stycznia i ciągnie się aż do marca. Komiks więc musiał być narysowany do końca 2010 i był. Jednak moje tępo nawet w dniach największego ciśnięcia nie było takie wielkie. Od rana do wieczora skutkowało zazwyczaj jedną planszą. Bardzo rzadko udawało mi się zrobić półtorej planszy, a dwie plansze na dzień udało mi się osiągnąć tylko raz. Jednak w dniach mniejszej spinki, gdy wróciły studia, treningi, też rysowałem praktycznie codziennie, wieczorkami. I to właśnie dzięki tym wieczorkom i mojej systematyczności (i mówieniu, że nigdzie nie idę, bo muszę rysować) nie obudziłem się nagle z ręką w nocniku w czasie sesji. Początkowo bowiem planowałem oddać komiks w lutym. Teraz myślę, że dałbym radę robić więcej niż jedną planszę dziennie, ale takie rysowanie strasznie męczy, nie fizycznie, a psychicznie. Codziennie te same postaci, ten sam komiks. Dlatego wolałem kończyć stronę i mieć wolne do końca dnia, niż następnego dnia się obudzić i stwierdzić, że mam dość i nie siadam do rysowania w ogóle. Poprawek natomiast nie było. Świetnie się rysowało dla Mroii, bo Paweł Sawicki od początku bardzo polubił nasz komiks. Pamiętam jak o coś zadzwoniłem i specjalnie się zapytałem "Może coś poprawić, może rysować bardziej tak, a mniej tak? " i usłyszałem "Nie, słuchaj jest fajnie. Właśnie specjalnie chcę żebyście mieli pełną swobodę, bo mi się podoba." No to jak usłyszałem coś takiego od wydawcy, to szczęśliwy wróciłem do rysowania mojego komiksu.

A nabawiłeś się jakichś fizycznych dolegliwości przy biurku? Śledziu często rozpisuje się o tym jak wytężona praca nad komiksem skutkuje chociażby bólami pleców czy stawów. Przy pracy nad "Scientią" ucierpiało tylko Twoje życie towarzyskie, czy po skończeniu komiksu musiałeś również udać się na rehabilitację?
Haha, nie no żadnych dolegliwości. Raczej ucierpiało tylko życie towarzyskie, które bardzo mocno podupadło i ograniczyło się do sporadycznych pokerków. Ja to młody, wysportowany chłopak jestem, poza jakąś minimalną niechęcią do krzesła i ogólnie siedzenia nic więcej się nie działo. W kryzysowych momentach rysowania robiłem sobie kilka pompeczek, albo rzucałem wszystko w cholerę i leciałem pograć w kosza. Idealna mieszanka na stawy, plecy i wszystko. Choć cały czas ofiarą mojego rysowania padają oczy. Przez wielogodzinne ślęczenia przed ekranem, powolutku moja wada (jestem początkującym krótkowidzem z drobnym astygmatyzmem) się zwiększa. Nadal chodzę bez okularów, ale do samochodu, kina czy na wykład bryle to mus.

Przy początkowej fazie pracy nad "Scientią" - jeszcze z przeznaczeniem internetowym - mówiłeś, że pierwsze plansze z chęcią byś zmienił, poprawił, ale płynność aktualizacji na to nie pozwoliła. Jak się sprawa ma teraz - po zamknięciu komiksu do druku? Nadal masz zapędy dążenia do nieosiągalnego ideału, czy też zaakceptowałeś już ten komiks jako zamkniętą całość?
Zdecydowanie zaakceptowałem komiks taki jakim jest. Choć nadal w zależności od humoru dostaję lęków "Jezu, z czym do ludzi, przecież te plansze nie dorastają do pięt czemuś tam", albo dumy i euforii "łoo! ale kawał roboty odwaliliśmy, świetny komiks, ludzie oszaleją". Zmieniona została tylko pierwsza plansza (podmieniona również na stronie) ze względu na pewne drobiazgi scenariuszowe. Bardzo łatwo jest wpaść w taką paranoje, że "mógłbym to zrobić lepiej" i ja się o nią otarłem. Tylko to nie ma końca, kiedy poprawiłeś pierwsze 10 stron, kto wie, być może znów nauczyłeś się czegoś nowego, może następne kilka też byś poprawił. Pomoc niosą pozytywne komentarze pod pierwszymi planszami, które uświadomiły mi, że to co narysowałem, komuś się podoba.

Mocno będą Cię interesowały "słupki sprzedaży" komiksu? "Scientia" będzie dla Ciebie sukcesem już w momencie wydania, czy dopiero po dobrej sprzedaży i niezłym feedbacku w komiksowie uznasz ją za swój sukces?
To zależy. Lubię mówić o sobie, że mam naturalny talent do cieszenia się z małych rzeczy. Tym bardziej doceniam duże. Dla mnie samo wydanie jest mega sukcesem. Podobnie każde miłe słowo czy komentarz pod wpisem sprawia, że tego dnia idę spać uśmiechnięty. Jednak wiesz, apetyt rośnie w miarę jedzenia. Na początku skakałem ze szczęścia na sama myśl o wydaniu. Później zależało mi na twardej oprawie i wysokim standardzie wydania, bo szczerze mówiąc, mam w sobie wiele z kolekcjonera i bardzo dużą wagę przykładam do takich rzeczy. Po prostu bardzo to lubię. Teraz fakt, zależy mi na dobrym przyjęciu w środowisku jak i wszędzie indziej. Napracowałem się przy tym komiksie i bez owijania w bawełnę, chciałbym być docenionym. Co do słupków sprzedażowych, zależy mi na nich z troszkę innego punktu widzenia. Mam mały plan, żeby spróbować wypromować "Scientię" na uczelni, w środowisku studenckim. Już parę ruchów, jak pierwsze ustalenia, co do wystawy na kampusie czy wizycie w studenckim radiu i innych takich zacząłem robić. Jako, że jestem studentem uczelni ekonomicznej, a nie ASP, to fakt, że bądź co bądź, profesjonalnie zajmuję się rysowaniem jest dla wszystkich u mnie nie lada gratką i czymś ciekawym. Jeżeli uda mi się tym pokierować i zwiększyć sprzedaż, będę miał na koncie fajne doświadczenie marketingowe.

Opowiedz co nieco o współpracy z Robertem Sienickim. Nie jest to wasz pierwszy wspólny komiks, więc łatwo można się domyślić, że dobrze się wam razem tworzy. Ale jak to wygląda "od kuchni"? Robicie burze mózgów by wzajemnie twórczo się nakręcać, czy też jesteście "zimnymi profesjonalistami" i każdy z was robi swoją część?
Chyba żadne z powyższych. Najlepsze w naszej współpracy jest to, że właściwie absolutnie sobie ufamy pod względem dobrego wykonania roboty. Ja jestem fanem pomysłów Roberta, a on i tak cały czas potrafi mnie pozytywnie zaskakiwać. Robi historie właśnie w takich klimatach jakie lubię i przykłada wagę do tych rzeczy, które są istotne również dla mnie. Z kolei on, jako pierwszy naprawdę zaczął mnie chwalić i bardzo lubi moje rysunki. Dodatkowo mam wielką swobodę (albo jak na to patrzę czasami, od cholery roboty), bo scenariusze dostaje od Roberta bez żadnych wskazówek, co ma gdzie być, z której strony kamera, jakie ujęcie. Czasami zdarza mi się dodawać, czy ujmować kadrów, żeby pokazać zamysł Roberta. Mu się podoba i mi się podoba. Pewnie dlatego dość rzadko zdarzają się sytuacje, w których musimy się wzajemnie poprawiać. Oczywiście trafiają się momenty kiedy mówię "nie no stary, mi to nie gra zupełnie bo coś tam", albo "to czerstwe", ale to są sporadyczne przypadki. Co do rysowania jestem pewien, że Robert się do mnie przyczepił z raz czy dwa, ale autentycznie nie pamiętam kiedy i o co. To ja jestem ten bardziej zrzędzący. Niemniej na pewno razem się nakręcamy (najradośniejsze jest wymyślanie i wysyłanie, oraz otrzymywanie coraz to fajniejszych pochlebnych reakcji na nowy scenariusz/szkic planszy) Jednak jest również wyraźny podział, ja otrzymuję scenariusz, on otrzymuje gotowy szkic. Tak jak mówiłem, niemal nie zdarza się, żebym chciał zmieniać scenariusz lub żeby Robert nie akceptował szkicu. Jakoś tak nam się to ułożyło bezproblemowo.

Jak radziliście sobie z dystansem jaki was dzieli przy pracy nad "Scientią"? Regularnie się spotykaliście, czy też niczym Brian Azzarello i Eduardo Risso, przy pracy nad "100 Bullets", wszystko załatwialiście telefonicznie i mailowo?
No nie, nie spotykaliśmy się w ogóle, to znaczy tyle co na festiwalach w Warszawie i w Łodzi. Wszystko głównie przez GG, maile, telefony. Doszło już do tego, że rano budząc się i włączając kompa, od razu uruchamiałem GG i pisałem randomowe kilka liter z klawiatury do Roberta, żeby dać znać, że już jestem. Nawet jak nie mieliśmy nic komiksowego do ogarnięcia, to tak po prostu, pogadać. Staliśmy się przez moment internetową "gay couple" (jestem pewien, że ze mną klikał więcej i częściej niż ze swoją Agatą, kiedy nie mieszkali jeszcze razem). Pisanie z Robertem było moim tłem do robienia czegokolwiek na komputerze. Ech, good old times.

Nie namawiam Cię do "separacji" z Robertem, bo tworzycie świetny duet, ale czy jest ktoś w naszym komiksowie z kim chciałbyś coś stworzyć?
No i głupio się przyznać, ale sam nie wiem. Tak jak mówiłem, nie mam ulubionych scenarzystów. Jako literacki antytalent nie potrafię w pełni doceniać umiejętności pisania. Patrzę tylko na pomysł. Natomiast jako rysownik pasjonat, poświęcam 90 procent uwagi na obraz. Komiksy czytam głównie dlatego, żebym później już bez przeszkód mógł je oglądać i doceniać kunszt rysownika gdy przedstawił w niestandardowy sposób pewną sytuację i dzięki świetnej kompozycji przekazał jednym kadrem mnóstwo informacji. Bez znajomości literek takich rzeczy nie da się wyłapać. Wiem, że to nie fair względem scenarzystów, tak ich trochę pomijać, ale jako rysownik mam takie skrzywienie i już. Pewnie jakbym kiedyś napisał jakiś scenariusz, zacząłbym wyłapywać pewne rzeczy. Niemniej coś takiego raczej nie będzie miało miejsca, ja po prostu mam alergię na pisanie. Choć to dziwne, bo książki z kolei pochłaniam często i z przyjemnością. Dlatego tak bardzo podziwiam wszystkich ludzi, którzy z rękawa wyjmują te wszystkie niesamowite historie, nie ważne czy w książce, czy w komiksie. Podziwiam umiejętność wciągania innych w świat własnej wyobraźni. To niesamowite. Sam mam bogatą wyobraźnie i uwielbiam improwizować, wkręcać ludzi, wymyślać rzeczy. Niemniej zwarta historia z początkiem, środkiem i końcem to coś zdecydowanie ponad moje siły.

Wracając do pytania. Trochę czasu temu wymieniłem uprzejmości z Bartkiem Sztyborem i szczerze mówiąc, cieszy mnie bardzo ewentualna możliwość współpracy z nim. Jak to w końcu mówią „nie rysowałeś Sztybora, to nikogo nie rysowałeś” hehe. Więcej, Śledziu żali się czasami, że on ma mnóstwo historii, a tak naprawdę nie lubi rysować. Tylko to by pewnie była mega presja. Dajesz mu plansze do oceny wiedząc, że on zrobiłby to 18 razy lepiej, tylko nie ma na to czasu i musi się godzić na ciebie. Tak to naprawdę, sam nie wiem.

Co po "Scientii"? Wracasz do spokojnego dłubania swoich projektów, czy też planujesz już coś większego?
Oj nie mam planów. Na pewno chciałbym sobie odpimpować portfolio i może troszkę zarobić na tym moim rysowaniu - jakieś ilustracyjki, jakieś komiksy, co się trafi (życie towarzyskie kosztuje hehe). I na pewno chciałbym zrobić z jeden czy dwa szorty zanim znów rzucę się na album. Z tym, że do każdego mojego planu, będę potrzebował scenarzysty. Wiem, że zawsze mogę liczyć na Roberta, ale to nie oznacza, że tylko z nim chce współpracować - ile można?. Nie zastanawiam się nad tym wszystkim zbytnio. Na razie do FKW mam urlop. Piszę pracę licencjacką i korzystam z tego, że wiosna powoli idzie. Nie planuje żadnego poważnego rysowania aż do festiwalu (może poza jakimiś rzeczami dla siebie, rodzinki czy właśnie za pieniążki). Jak wyjdzie "Scientia", zobaczę jak to się wszystko potoczy i wtedy będę się zabierał za kolejne projekty. Nie wiem jakie jeszcze. Pewnikiem jest kolejny odcinek "Recours" do dziewiątego Kolektywu, dłuższy, wypasiony.

Często na swoim blogu piszesz jakiego rodzaju komiks chciałbyś kiedyś narysować. Jakie są przyczyny tej tematycznej poligamii? Chęć młodzieńczego wygrzewu i spróbowania wszystkiego co się da, czy też raczej uważasz się za człowieka na tyle uniwersalnego, że podołasz każdej opowieści?
Zdecydowanie chęć młodzieńczego wygrzewu, bardziej niż mniemanie uniwersalności. Dopiero się uczę. Tak naprawdę, to te konwencje, w których chciałbym się sprawdzić, są takimi które najchętniej pochłaniam. Po prostu chciałbym wypróbować się na poletku które daje mi tyle radości z czytania. Trochę na takiej zasadzie jak z młodymi fanami muzyki "łooo! jaki zarąbisty kawałek, totalnie chciałbym grać na jak oni". Co do uniwersalności, wiem, że nie jestem uniwersalny, ale mam ambicję, żeby sprawdzić granicę swojej elastyczności. Niemniej powolutku, jakieś szorciki, czy coś.

Skoro nie uważasz się za uniwersalnego rysownika to w takim razie w jakim temacie czujesz się najmocniej? Gdybyś miał wybierać to chciałbyś pracować na kontrakcie w Marvelu, Vertigo a może jakimś niezależnym, niszowym wydawnictwie?
Najmocniej czuję się w, jak to nazwał reprezentant podobnego stylu Kajetan Wykurz, cartoonaliźmie. Czymś pomiędzy. Staram się trzymać pewnych zasad anatomii, perspektywy i takich tam, ale uwielbiam uproszczoną, slapstickową mimikę, czystą kreskę (nad tym musiałem popracować) i skąpe tła. Choć te chciałbym właśnie trzaskać bardziej realistyczne i dopieszczone, niemniej to sporo ciężkiej pracy. Najlepiej czuję się w postaciach i nie do końca lubię się z architekturą, samochodami, czy większością zwierząt.

Co do wydawnictw, wszystkie największe. Ha, prestiż! Lubię komercje. Zawsze powtarzałem, że dla mnie komiksy dużo bliżej mają do rozrywki niż sztuki. Zdecydowanie darzę miłością Image Comics. Wydają naprawdę świetne tytuły i nie są tak bardzo napuszeni i patetyczni jak dwa kolosy. Plus jako jedyne, naprawdę duże wydawnictwo w Stanach, zostawiają autorom prawa do tytułu (teraz jest za oceanem dość spory boom i zamieszanie, co do właśnie creator owned comics i praktyk Marvela i DC).

Image Comics powiadasz? Co oprócz "Invincible" z tego wydawnictwa cię zafascynowało? Wcześniej było "100 Bullets", "Transmetropolitan" - oba tytuły z DC. Pojawiło się coś nowego na komiksowym horyzoncie czym całkowicie się "podjarałeś"?
Z Image chętnie jeszcze łykam "Walking Dead", którym zarażam, dzięki serialowi, powolutku niektórych znajomych. Plus bardzo polubiłem "Haunta". Niemniej to już nawet niekoniecznie fajne tytuły sprawiają, że lubię Image. Troszkę się pokręciłem po ich stronie, blogach, twittkach oraz stronkach Kirkmana i Ottleya i bardzo do mnie przemawia to, że całe wydawnictwo to chyba raptem kilkanaście osób które naprawdę uwielbiają komiksy. Mają zdroworozsądkowe podejście do wszystkiego i dzielą naszą pasje. Przynajmniej takie wyciągnąłem wrażenie. Nie chcę jakoś insynuować, że pracownicy DC i Marvela to niemi whitecollarsworkersi bo nie wiem jak jest, ale Image wydaje mi się przy nich taką rodzinną firmą. A przecież mają mnóstwo bardzo popularnych herosów, ekranizacje i wszystko. Full wypasik. Natomiast z absolutnie robiących mi tytułów to raczej nic nowego. Ostatnio bardzo zafascynowałem się "Irredeemable" z Boom Studios. Tak to czekam na festiwal, żeby się znów obkupić w komiksy.

Czyli nadal kupujesz głównie na konwentach, a potem skrupulatnie pochłaniasz komiksy "aż do następnej imprezy", czy też zrobił się z Ciebie stały klient jakiegoś komiksowego "źródełka"?
Moje jedyne źródła komiksów to festiwale i internet, choć to drugie rzadko, tylko od specjalnej okazji. Ostatnio na przykład zamówiłem z gildii pierwszy zeszyt Star Wars Clone Wars, bo jest to pierwsza wydana w Polsce rzecz ilustrowana przez mojego znajomego zza oceanu Ramona Pereza (autor "Kukuburi", "ButterNutSquash", ostatnio rysował Deadpoola i Kapitana Amerykę, ogólnie pełna profeska i praca dla wielkich amerykańskich wydawnictw). Koleś jest moim rysunkowym idolem, a fart chciał, że miałem okazję poznać go osobiście. Nawet nam do "Scientii" pin-upa strzelił. Niesamowicie miły gość, ale zawsze zawalony robotą. Taki jest dobry po prostu.

Co do festiwali natomiast jakoś tak się utarło, tam zacząłem kupować komiksy. Potem to ciągnąłem, bo taniej i większy wybór. Teraz natomiast jest to forma ograniczania swoich zakupów, bo jakbym kupował wszystko na co mam ochotę, to nie miałbym kurcze co jeść. Tak to mam swój uciułany festiwalowy budżet i listę tytułów. Niektórych rzeczy nie da się dostać, to czasami domawiam albo rezygnuję. Z kolei inne da się tylko tam znaleźć i są miłą niespodzianką (jeżeli jeszcze mi coś z budżetu zostało).

A co z polskimi "kolorowymi zeszytami"? Czy coś z rodzimego rynku zafascynowało Ciebie równie mocno jak wymienione wcześniej tytuły i autorzy z USA? Czy też jednak bardziej przemawia do Ciebie amerykański mainstream?

Ło, ciężkie pytanie. Chyba całe moje top 10 to jednak zagraniczne tytuły, choć nie tylko amerykański mainstream. Co nie oznacza, że polski rynek mnie nie interesuje. Wręcz przeciwnie, wiele rzeczy biorę w ciemno bo nasze. Mam swoich ulubionych rysowników (niestety nie mam ulubionych scenarzystów, moja wina, niemal zawsze pamiętam jedynie rysowników). Natomiast z ulubionych tytułów to na pewno "Esencja" i "Romantyzm" Janusza i Gawronkiewicza, to były pierwsze polskie albumy jakie przeczytałem i które wywarły na mnie wielkie wrażenie. Uwielbiam i bardzo często wracam do "Wartości rodzinnych" Śledzia. Głównie za niesamowite dialogi, bo dla mnie Śledziu jest niekwestionowanym mistrzem dialogów. Plus wspaniałe kolory. Kocham science fiction i mainstream, więc od razu polubiłem "Brakeoff" Adlera i Piątkowskiego, niestety nie udało mi się złapać jeszcze na allegro czy gdzieś indziej "Overloada". Bardzo czekam na kontynuację "Pierwszej brygady". Po pierwszym albumie zostałem pozostawiony z pewnością, że to będzie komiks, którym będę naprawdę mocno się jarał. Jednak ten jeden album, to za mało. Zawsze wszystkim chwalę i polecam "Boską tragedię" Łazowskiego. Maciek to bardzo śmieszny koleś.

Tak czy inaczej moim dość dużym problemem jest to, że tak późno odkryłem komiks. Nie wychowywałem się na Kajkach ani Tytusach i nie mam dla nich ani czci, ani sentymentu. Thorgal, czy Funky Koval to postaci znane mi jedynie z nazwy. Po prostu nigdy tego nie czytałem, a komiksów jest tak wiele, że jakoś specjalnie nie rwę się do nadrabiania zaległości. Wiem, że bluźnię i wiem, że powinienem, ale cóż młody i głupi jestem. Kłuje mnie w głowę myśl, że o jakimś tytule nie pamiętam, bo większość moich komiksów mam w Kielcach, a aktualnie siedzę w Krakowie i nie mam jak spojrzeć na półkę. Jednak sam fakt, że nie potrafię sobie przypomnieć chyba świadczy, że nie zrobiło to na mnie tak wielkiego wrażenia jak "Lupus", "Invincible" czy "Transmetropolitan", czyli moje nieśmiertelne top 3.

A jakbyś ocenił nasze środowisko komiksowe? Często można usłyszeć zarzuty, że wzajemnie głaszczemy się po główkach i poklepujemy po plecach, bo "to nasz kolega". Sam zresztą przed chwilą powiedziałeś - wiele rzeczy biorę w ciemno bo nasze. Nasze komiksowo jest klubem wzajemnej adoracji?
Nie wiem czy klub wzajemnej adoracji, to nie jest odrobinkę przesada, ale jak to napisał Janek Mazur "To oczywiście naturalne, że, wyciągnąwszy rękę w tym ciasnym pokoiku oznaczonym tabliczką "polski komiks", nie sposób nie trafić w plery kogoś znajomego. " I ja się z tym absolutnie zgadzam. Jak dla mnie to naturalne, że z przychylnym okiem patrzę na produkcje znajomych, ale to nie oznacza, że od razu je chwalę. Natomiast oznacza to, że dopóki nie jest to coś rażącego, wstrzymuję się z publicznym besztaniem. Jak ktoś mnie zapyta, to jasne, powiem co myślę, ale ubiorę to w bardziej miękkie słowa. Gnoić to mogę prosto w oczy i to tylko tych najlepszych znajomych (Robertowi jeżdżę o byle co, taki ze mnie typ kumpla, nie cackam się). Rozumiem, że może to być niekoniecznie prawidłowe zachowanie, ale ej, nie jestem członkiem jakiegoś środowiska opiniotwórczego, recenzentem, nie muszę być w 100 procentach obiektywny. Nasze środowisko jest pewnie jak każde inne małe środowisko. Trzymamy się razem, ale pełno u nas skandalików, flejmów i poruszeń prywatno – niewiadomo jakich. Ja sam lubię komiksy, lubię ludzi którzy lubią i robią komiksy i dopóki nie będę ofiarą jakiejś krzywej zagrywki, specjalnie nie zastanawiam się nad tym jak jest czy jak być powinno. Taki beztroski jestem sobie.

Gdzie widzisz siebie w komiksowie za pięć lat?
Oj, jak ja nie lubię takich pytań. Autentycznie mam lęki nad planami dłuższymi niż "do końca semestru". To przez to, że za niedługo będę musiał wkroczyć w dorosłość i nie wiem czy przeżyję taką metamorfozę. Komiksy rysować będę raczej na pewno. Czas pokaże czy będę tylko okolicznościowo wpadał z szortem na jakiś konkurs lub do antologii, czy powolutku będę dłubał kolejne albumy. Na pewno chciałbym jeszcze jakiś album zrobić. Na pewno chcę dalej ciągnąć Recours. Kto wie, może po kilku odcinkach zrobimy kilkudziesięciostronicową historię i zbierzemy wszystko z tego świata w jedną "complete edition". Wydaje mi się, że bardzo wiele zależy od tego jak zostanie przyjęta "Scientia". Jeżeli środowisko zaakceptuje mnie, jako pełnowartościowego rysownika, który ma coś do zaoferowania, a nie tylko samouka, który niby coś tam umie, ale się fartem wybił i poza śmiesznym debiutem nie ma się co w niego wgryzać, to na pewno będę miał parcie na jak największy progres. Kolejny album, próbowanie sił gdzieś za granicą, kto wie. Ja sam, cały czas uważam siebie za fartownego samouka i raczej nic więcej. Ogólnie mam i tak dość wygórowane mniemanie o sobie, ale staram się być realistą. Faktycznie z jednej strony nie mogę się doczekać, żeby samemu zobaczyć jak to będzie za kilka miesięcy, lat, a z drugiej, mam świetną zabawę debiutując, studiując i bawiąc się beztrosko troszkę na uboczu. W sumie, zawsze mógłbym siebie widzieć w tym miejscu, w którym jestem teraz. No albo być sławnym milionerem oczywiście.

wtorek, 29 marca 2011

#727 - Roboty (3): Statki

Po raz trzeci gościmy na naszych łamach Roberta Sienickiego (rysunki), Jakuba Dębskiego (scenariusz) i ich serię komiksową o perypetiach duetu sympatycznych robotów. W pierwszych dwóch odcinkach musieli oni zmierzyć się ze świętami Bożego Narodzenia, a w najnowszej odsłonie przyszedł w końcu czas na relaks i zabawę.
Zapraszamy do lektury!

poniedziałek, 28 marca 2011

#726 - Trans-Atlantyk 131b: raport z C2E2 201, część druga

Konwent C2E2 miał miejsce w zeszłym tygodniu, ale nie przeszkodziło to w tym, aby podczas ostatniego weekendu odbył się inny - co prawda skromniejszy, ale zawsze to dodatkowa impreza, na której pojawić się mogą ciekawe informacje dotyczące amerykańskiego rynku komiksowego. MegaCon trwał od piątku do niedzieli i pojawiły się na nim takie postaci jak Stan Lee, Frank Cho, Darwyn Cooke i wielu innych. A że nie tylko podczas takich wydarzeń coś się dzieje w superbohaterskim (i nie tylko) świecie, to druga część 131. Trans-Atlantyku jest miksem wieści z C2E2, MC i reszty. Zapraszamy do lektury! (ŁM)

Nie po raz pierwszy w kuluarach pojawiły się plotki, jakoby Geoff Johns miałby przejąć "JLA". I właściwie dziwię się czemu DC nie zdecyduje się na taki krok - mam nieodparte wrażenie, że w "Green Lanternie" się dusi i zbyt wiele z tego tytułu nie wyciśnie, czego najlepszym dowodem jest "Brightest Day", o którym fani jakby zapomnieli, ekscytując się nadchodzącymi "War of the Green Lanterns" i "Flashpoint". Oprócz tego wspomniano, że scena z villainem, który popełnia samobójstwo, aby dołączyć do Black Corps, nie została usunięta z "Blackest Night" z powodów cenzuralnych, tylko zwyczajnie się nie zmieściła. Znajdzie się dla niej miejsce w "Untold Tales of Blackest Night". Kończąc wątek Latarników - na pytanie o mini-serię z Niebieskim Korpusem odpowiedziano "czemu nie", a do nowego wydania "Secret Origin" przedmowę napisze Ryan Reynolds, odtwórca głównej roli w filmowym "GL". Brian Azzarello, który przygotuje tie-ina z Batmanem do "Flashpoint" na jednym z panelów szczerze powiedział, że nie lubi tego typu eventów. "Nigdy nie daje się namówić na udział w takich wydarzeniach, ale ten jest inny". Dodaje jeszcze, że "bylibyście idiotami, gdybyście kupili wszystkie zeszyty" i kończy - "Nienawidzę mówić, że nic nigdy nie będzie już takie samo, ale cholera, tym razem naprawdę tak będzie!". (KO)

Wspomniana przez mnie dwa tygodnie temu (#8) "Dark Angel Saga" rozpocznie się wraz z numerem dziesiątym serii "Uncanny X-Force" i trwać będzie przez osiem kolejnych numerów. Pod koniec wcześniejszej historii, "Before the Fall", umysłem skrzydlatego Warrena zawładnie osobowość Śmierci i aby pomóc swemu przyjacielowi z drużyny Logan, Deadpool i spółka będą musieli przenieść się do świata Age of Apocalypse. Przewodnikiem po tym świecie zostanie Dark Beast z którym drużyna zawsze swoisty pakt, a w rolach drugoplanowych wystąpią takie postaci jak Rogue, Magneto, Nightcrawler czy Sabretooth (w wersjach z AoA). Trzy pierwsze części historii zilustruje Mark Brooks, a pozostałe pięć Jerome Opena. Rick Remender, scenarzysta serii, zapowiada, że spotkanie regularnego uniwersum Marvela i świata Apocalypse'a będzie mieć znaczący wpływ na wydarzenia ze świata 616... Jak zawsze zresztą. (ŁM)

Wracając jeszcze do tematu "Brightest Day" - redaktor Eddy Berganza zapewnia, że finału "Najjaśniejszego Dnia" nie można przegapić. Wreszcie okaże się komu przypadnie posiadanie białej latarni mocy i kto zostanie obrońcą ziemi (hmm?). Wprowadzone zmiany mają trwale wpłynąć na krajobraz DC. Najlepszym dowodem na to będzie choćby "Flashpoint", w którego samych zapowiedziach da się dostrzec biały pierścień na palcu postaci ścigającej Wally'ego Westa. Na spotkaniu zaprezentowano okładkę komiksu "Brightest Day Aftermath: The Search" autorstwa Adriana Syafa, który ukaże się tuż po ostatnim, 24. numerze "BD". Scenariusz do niego napisze Jonathan Vankin, a oprawą wizualną zajmie się Marco Castiello. Pierwszy numer ma ukazać się w czerwcu. Berganza zdementował również plotki, jakoby White Lanternem miał się okazać Swamp Thing, którego powrót do DCU zapowiedziano jakiś czas temu. (KO)

Prezentacja kostiumu serialowej Wonder Woman odbyła się nieco na boku wydarzeń związanych z C2E2, ale wzbudziła nie mniej emocji, niż najciekawsze newsy z chicagowskiego konwentu. Kostium, w którym pokazała się odtwórczyni tytułowej roli, Adrienne Palicki, nawiązuje do ostatniego redesignu klasycznego wyglądu najbardziej chyba sławnej komiksowej superbohaterki. Autor nowego looku WW, Jim Lee, rezygnując z charakterystycznych, choć nieco niedzisiejszych, niebieskich majtek/gatek/szortów w białe gwiazdki, ubrał królowej Amazonek lateksowe spodnie. Podniósł tym samym rękę na ikonę, co spotkała się z ostrą reakcją fanów. Specjaliści od kostiumów poszli krok dalej, zmieniając kolor butów bohaterki z czerwonego na niebieski. I długo na reakcję czytelników nie trzeba było czekać... (KO)

Zbir powraca! Pod koniec czerwca, po ponad półtora roku (!!!) od wypuszczeniu poprzedniego zeszytu, ukaże się 34. część przygód wydawanego kiedyś i u nas pogromcy bestii wszelakich (z zombie na czele). Podczas jego długiej nieobecności świat tak zwanej grozy opanowały pokryte brokatem wampiry i kto inny jak nie Zbir może zrobić z nimi porządek? Eric Powell powraca do swojego najpopularniejszego tworu i kolejne części serii "Goon" pojawiać się mają co dwa miesiące! Już kiedyś słyszałem podobne zapewnienia, więc tym razem wstrzymam się z otwieraniem szampana i zobaczę jak to wyjdzie w rzeczywistości. Jednak co jak co, ale nowych przygód Zbira bardzo mi brakowało w ostatnich czasach. (ŁM)

Niezadowolony ze swojej sytuacji w Image Comics Greg Capullo jest łakomym kąskiem zarówno dla DC Comics, jak i konkurencyjnego Marvela. Artysta blisko współpracujący z Toddem McFarlane`m, rysujący "Haunt", a wcześniej "Spawna", czuje się mocno niedopieszczony przez czytelników i chciałby, żeby jego prace przyciągały więcej uwagi. Będzie to możliwe tylko wtedy, gdy zajmie się którymś z pierwszoplanowych tytułów wielkiej dwójki. Zarówno Joe Quesada, jak i Dan DiDio, chcieliby mieć twórcę z takim portfolio i rzeszą fanów u siebie. Którego z majorsów wybierze? W kuluarach wymienane są on-goingi "Batmana", "Supermana" czy "Wolverine`a" (do scenariusza Briana M. Bendisa?), a podobno DC szczególnie zależy na pozyskaniu Capullo. (KO)

Podczas sobotniego panelu DC na konwencie MegaCon ujawniono, że w tym roku pojawi się kolejna odsłona serii (już siódma!) z przygodami Aquamana. Scenarzystą tytułu został największy skarb wydawnictwa, czyli Geoff Johns, który pochwalił się tym faktem również na swoim twitterze. Seria ta (nie wiadomo póki co czy będzie to miesięcznik, mini czy kto będzie jej rysownikiem) będzie związana z zakończeniem "Brightest Day", które z impetem zawładnęło światem DC po Najczarniejszej z Nocy, aby z czasem stracić tempo i stać się nieco zapomnianą w oczach fanów serią (a przynajmniej nie tak "wielką i niesamowitą" jak to zapowiadano). Johns chce przywrócić Aquamanowi jego blask i należyty szacunek - patrząc na dokonania skryby nie jest wykluczone, że sprosta zadaniu. (ŁM)

Firma MAC Cosmetics wypuściła na początku tego roku linię kosmetyków, której motywem przewodnim jest wspomniana już wcześniej superbohaterka ze świata DC - Wonder Woman. Skierowana głównie do młodych wielbicielek komiksów i pierwszej heroiny DC kolekcja składa się ze szminek, błyszczyków, tuszów do rzęs, lakierów do paznokci i innych rzeczy z którymi nie mam za bardzo do czynienia. Zazwyczaj dostępność tego typu inicjatyw na naszym rynku jest marzeniem ściętej głowy, ale w tym wypadku jest nieco inaczej - ósmego marca kosmetyki Wonder Woman zadebiutowały w Polsce na specjalnie w tym celu zorganizowanej imprezie. Z tego co można dojrzeć na zdjęciach z eventu pojawiło się kilka celebrytek, które chętnie pozowały na tle promocyjnych standów przyozdobionych grafikami autorstwa Mike'a Allreda ("X-Statix", "Madman"). I korzystając z tej okazji, drugą w tym tygodniu...[i jeszcze dwa newsy wcisnę, dla podniesienia napięcia!] (ŁM)

Na panelu wydawnictwa Dynamite Entertainment redaktorzy chwalili się ostatnio nabytymi licencjami. Po zdobyciu praw do komiksowej adaptacji "Voltrona", kultowej animacji z lat osiemdziesiątych, która w tym roku powróciła na mały ekran, Nick Barrucci sięgnął po tytuły z wydawnictwa Chaos! Comics. Po upadku wydawnictwa w 2002 roku prawa do takich tytułów, jak "Lady Death" czy "Purgatori" błąkały się od wydawcy do wydawcy. Kultowe postacie, za których oryginalne przygody na rynku wtórnym kolekcjonerzy płacą spore sumki, były w rękach Avatar Press, Crossgenu czy Devil`s Due Publishing. Dynamamite rozpocznie od serii "Evil Ernie", która zadebiutuje w lecie. Największą gwiazdą panelu był rzecz jasna Garth Ennis, który potwierdził plotki o swojej nowej pracy dla Marvela. Wraz z Goranem Parlovem przygotuje nową mini-serię z Nickiem Fury`m w roli głównej. Komiks ukaże się oczywiście pod szyldem imprintu MAX. (KO)

W grudniu 2006 roku wystartowała nowa seria "Justice Society of America", opowiadająca o losach grupy klasycznych herosów DCU ze Złotej i Srebrnej Ery. Ekipą święcących przykładem weteranów zajęła się inna drużyna gwiazd - Geoff Johns (wtedy wkraczający z hukiem do pierwszej ligi) oraz Dale Eaglesham (ilustrujący obecnie dla Marvela tytuły z absolutnego topu) i Alex Ross (którego bliżej przedstawiać nie trzeba). Wraz z #44. numerem "JSA" zostało przejęte przez Marca Guggenheima i pod jego ręką seria dobije do 50 zeszytu. Scenarzysta zapewnia, że w jubileuszowym numerze o podwójnej objętości domknie stare wątki i otworzy zupełnie nowy rozdział w historii supergrupy. Jak najbardziej przy okazji tego typu jubileuszy, tego właśnie należy się spodziewać. Grafiką zajmą się George Perez, Howard Chaykin i inny artyści, pojawią się Challengers of the Unknown, powróci Per Degaton (KO)


"Geek Honey of the Week"
(...zostaje polsatowa pogodynka, Paulina Sykut!)

niedziela, 27 marca 2011

#725 - Trans-Atlantyk 131a: raport z C2E2 2011, część pierwsza

Na pierwszej edycji konwentu Chicago Comic & Entertainment Expo, która odbyła się w zeszłym roku 16-18 kwietnia, pojawiło się grubo ponad 20 tysięcy fanów komiksów, gier, mangi i szeroko pojętej kultury masowej. Impreza potocznie nazywana C2E2 okazała się wielkim sukcesem i z miejsca stała się jednym z największych komiksowych festiwalu za Oceanem. Tegoroczna edycja, która trwała od 18 do 20 marca okazała się chyba nie mniejszym sukcesem. Na imprezie pojawiły się takie komiksowe gwiazdy, jak Brian M. Bendis, Paul Cornell, Joe Quesada, Geoff Darrow, Mark Waid, Bill Willingham (w liberii lokaja - wynik przegranego zakładu z Danem DiDio) czy Garth Ennis. Na Kolorowych Zeszytach prezentujemy wybór najciekawszych naszym zdaniem informacji z Illinois i z zeszłego tygodnia. Dziś pierwsza porcja, poświęcona Marvelowi, a jutro - druga. (KO)

Podobnie, jak miało to miejsce w przypadku scenarzystów, także i w wśród rysowników ogłoszono sześciu Architetków Marvela, którymi zostali - John Romita Jr. ("The Avengers"), Mike Deodato Jr. ("The Secret Avengers"), Stuart Immonen ("The New Avengers", "Fear Itself"), Salvador Larroca ("Invincible Iron-Man"), Humberto Ramos ("The Amazing Spider-Man") i Mark Bagley ("Ultimate Spider-Man"). W świecie mutantów do stałej ekipy "X-Men: Legacy" Petera Carey'a, czyli Xaviera, Rogue i Magneto, dołączą Frenzy i Legion, postacie do tej pory znajdujące się na trzecim planie. Znakomity rysownik Daniel Acuna przejmie ołówek w on-goingu "Wolverinie" piora Jasona Aarona i być może w tym tytule właśnie zostanie pokazany powrót Sabretootha. "Secret Warriors" dobiją do 28, a nie 27 numerów, jak pierwotnie planowano. Oprócz tego są pewne plany dla członków grupy założonej przez Nicka Fury'ego po zakończeniu serii. Lista tie-inów do "Fear Itself" powiększyła się o "The Deep", pozycję skupiającą się na między innymi Namorze i Doktorze Strange'u. Jej autorami będą Cullen Bunn i Lee Gerbett. Natomiast w "Fearsome Four" Brandon Montclare, Micheal Kaluta i Ryan Bodenheim opiszą losy przedziwnego zespołu, w skład którego wejdą kaczor Howard, Nighthawk, Frankenstein i She-Hulk. (KO)

Na panelu dotyczacym Mścicieli brylował Brian M. Bendis. W #12.1 numerze "Avengers", rysowanym przez Bryana Hitcha, ma dojść do pojedynku zespołu największych ziemskich bohaterów z Intelligencią nad ciałem zmarłego Roma, Spaceknighta, którego powrotu domagali się fani. Będzie to prolog to kolejnej, dużej historii. Skład zespołu ulegnie sporym przetasowaniom, dojdzie również do niespodziewanego, "bitewnego" romansu pomiędzy pewnymi postaciami. Tie-iny do "FI" zilustruje Chris Bachalo, po czym na pokład powróci John Romita Jr, który według Bendisa szykuje coś naprawdę wielkiego. Nick Spencer na długo nie zagrzeje w "Secret Avengers", ponieważ czeka go znacznie większy projekt. Zajmie się nim po zamknięciu wątków organizacji H.A.M.M.E.R, która po upadku Normana Osborna nagle znikęła z uniwersum 616. W "Avengers Academy", które tak udanie wprowadziło młodych bohaterów, ma pojawić się Sinister Six. (KO)

Przygoda Grega Paka z zielonym olbrzymem dobiega końca. Wszystko zaczęło się w 2006 roku, wraz z "Planet Hulk", a skończy się wraz z "Heart of the Monster", która będzie finałową historią z jego runu w "The Incredible Hulks" i rozpocznie się w 630. numerze serii. Oprawą graficzną zajmie się Paul Pelletier, a sześcioczęściowa opowieść ma traktować o tym, jak zielona część osobowości Bruce'a Bannera wreszcie dostanie to, czego tak bardzo pragnie. Pojawi się również śmietanka hulkowych superłotrów (Fing Fang Foom, Bi-Beast, Wendigo czy Armageddon), ale scenarzysta obiecuje, że nie mniej uwagi poświęci scenom bardziej kameralnym. Pak przyznaje, że więcej nie mógłby wycisnąć z Hulka. W numerze #626 on-going wróci do swojej tradycyjnej nazwy, "The Incredible Hulk", ale nie wiadomo wciąż kto przejmie pałeczkę po Paku. (KO)

Maxi-seria "Supreme Power" z 2003 roku, w której J. Micheal Straczynski na nowo zreinterpetował klasyczny, marvelowy Squadron Supreme, okazała się wielkim sukcesem i jedną z najlepszych pozycji dekonstruujących superbohaterski mit. Szkoda, że obecnie wydaje się nieco zapomniana, ale nie ma się co dziwić, skoro Dom Pomysłów dość beztrosko roztrwonił kapitał tego komiksu, po odejściu JMS'a i Gary'ego Franka. Obecnie blask Hyperionowi, jego kolegom i koleżankom z supremeverse ma przywrócić Kyle Higgins w czteroczęściowej mini-serii zatytułowanej po prostu "Supreme Power". Pozycja ukaże się w marvelowym imprincie MAX. Rysunkami zajmie się Manuel Garcia, a historia ma być bezpośrednią kontynuacją wątków pozostawionych przez Straczynskiego, mieszając nieco w continuity. Higgins prawdopodobnie zignoruje wydarzenia przedstawione w "Ultimate Power" i to, co opowiedział Howard Chaykin w miernym "Squadron Supreme". (KO)

Zgodnie z obietnicą Brian M. Bendis zaprezentował swój nowy komiks z imprintu Marvel Icon, nad którym pracuje z Markiem Bagley'em. Duet twórców znanych z rekordowego runu w "Ultimate Spider-Manie" liczącego 111 zeszytów przygotowuje mini-serię "Brilliant". Całość planowana jest na siedem lub osiem zeszytów, z których pierwszy ukaże się w lipcu. Pozycja reklamowana przez Dom Pomysłów przez porównania z "Social Network" i "Klientem" ma opowiadać o grupie genialnie uzdolnionych studentów, którzy próbują odtworzyć w realnym świecie możliwości, jakimi dysponują komiksowi superbohaterowie. Mimo tego, że komiks utrzymany jest w konwencji science-fiction, owego "science", jak zapewnia Bendis, niekoniecznie będzie zbyt dużo. Scenarzysta chce skupić się na tym, jak praca, odkrycia głównych bohaterów wpłyną na ich wspólne, koleżeńskie relacje. Ciekaw jestem, jak z taką historią pod względem graficznym poradzi sobie Bagley, który do tej pory z mniejszym lub większym powiedzeniem rysował kolesi ubranych w kolorowe kostiumy. (KO)

Kilka dni temu Marvel zaprezentował tajemniczy teaser pod tytułem "Who are the Mystery Men?", promując tajemniczy, zalatujący noirem i pulpą projekt. Odpowiedz na to pytanie dadzą scenarzysta David Liss ("Black Panther: Man Without Fear") i grafik Patrick Zircher ("Spider-Man: Noir") w pięcioczęściowej mini-serii pod tytułem "Mystery Men". Dom Pomysłów może uchodzić za młodszego brata DC Comics i nie mogąc pochwalić się tak bogatą historią, sięgającą lat trzydziestych, sukcesywnie nadrabia te braki prezentując szereg komiksów powracających do tamtych czasów. Nowa pozycja będzie wpisywała się w tradycję takich tytułów jak "The Twelve", "Marvels Project" czy "The Invaders", wzbogacających marvelową historię o nowe postacie i wątki. "Mystery Men" zapowiada się na smakowitą, kryminalną ucztę, osadzoną w amerykańskich realiach lat trzydziestych, epoki Wielkiego Kryzysu. Projekty postaci prezentują się doprawdy obiecująco i mocno kojarzą się z "Cieniem". Niewiadomą pozostaje nazwisko Lissa, który do tej pory pisał (podobno przebojowe) thrillery polityczne i z komiksami nie miał zbyt wiele do czynienia. (KO)

Drugim projektem Lissa w Marvelu będzie opowieść o pewnym czarnoskórym księciu, który zamienił afrykańskie królestwo na nowojorską dżunglę. Prosto z Wakandy do Hell's Kitchen, od króla i genialnego wynalazcy do przejęcia dziedzictwa człowieka pozbawionego strachu - tak w skrócie można przedstawić ostatnie wydarzenia z życia T'Challi w jego nowym on-goingu "Black Panther: The Man Without Fear". W czerwcu będzie musiał on stawić czoła Kravenowi Łowcy, jednak przygoda Davida Lissa z serią zacznie się już w maju, wraz z numerem #518, w którym dokończy premierową historię przybycia Pantery do Wielkiego Jabłka. Oprawą graficzną w "Storm Hunter" zajmie się Jefte Palo i w porównaniu do poprzedniej fabuły, utrzymanej w bardziej noirowych klimatach, ta będzie kipiała dynamiczną akcją. Na kartach komiksu pojawi się również żona T'Challi, prominentna członkini X-Men, Storm. Liss na pokładzie nowego on-goinga zostanie prawdopodobnie na dłużej, gdyż zdradził, że przygody Black Panthera ma rozpisane aż do grudnia, więc powracający Daredevil dostanie po prostu nowy tytuł, a stary, z bijącym licznikiem, pozostawi swojemu zastępcy. (KO)

Ghost Rider powraca do świata Marvela. W 2009 roku jego ostatni on-going autorstwa Jasona Aarona dobił do 35 numerów i redaktorzy Domu Pomysłów jakby o nim zapomnieli (podobnie rzecz miała się na przykład z solówką "Iron-Fista", która wciąż zawieszona jest w komiksowym limbo). Teraz, w obliczu zbliżającej się premiery filmowej adaptacji przygód Ducha Zemsty, zaplanowanej na rok 2012, wystartuje nowa seria z Ghost Riderem w roli głównej. Zajmą się nią scenarzysta Rob Williams ("Daken: Dark Wolverine", "Cla$$war", napisał również tie-in "Shadowland: Ghost Rider") i rysownik Matthew Clark ("Inhumans", "Doom Patrol"), który niedawno związał się z Marvelem kontraktem na wyłączność. Głównym bohaterem ma pozostać Johnny Blaze, ale istnieją pewne plany dotyczące Daniela Ketcha. Williams bardzo ceni sobie robotę, jaką wykonał Aaron i obiecuje, że za jego kadencji mistyczny klimat zostanie podtrzymany. Premierowa historia nowego "Ghost Ridera" będzie powiązana z "Fear Itself". (KO)

"Geek Honey of the Week"
(Victoria - cosplayerka i wielbicielka komiksów - lubimy to!)

sobota, 26 marca 2011

#724 - Komix-Express 81

W następną sobotę, drugiego kwietnia, w Warszawie będzie mieć miejsce kolejna impreza związana z komiksowymi premierami! Po wczorajszym party związanym z szóstym numerem "Kartonu" przyszedł czas na potrójne uderzenie ze stajni timof comics - swoją uroczystą premierę będzie mieć "Scientia Occulta" Roberta Sienickiego i Łukasza Okólskiego (Mroja Press), "Cafe Budapest" Alfonso Zapico (timof) oraz ósmy numer magazynu "Kolektyw" (Dolna Półka). Wszystkie te tytuły będzie można zdobyć po promocyjnych cenach, a w przypadku dwóch polskich tytułów będzie szansa na uzyskanie rysografów od twórców maczających przy nich palce. Impreza mieć będzie miejsce w Tel-Avivie, kawiarni mieszczącej się na ulicy Poznańskiej 11 i rozpocznie się o godzinie 18.00. Cytując organizatorów premierowego party: "kto nie przyjdzie ten z policji", więc w niedzielę będzie wiadomo kto jest kim. Kolorowe zapraszają i na imprezę i do zakupu wspomnianych tytułów! (ŁM)

Co nas czeka w 2011? Po raz pierwszy w tym roku Egmont zaprezentował długofalowe zapowiedzi obejmujące okres od maja do sierpnia. Prezentują się one następująco:

Maj (premiera pakietu -16.05):
- "Amerykański wampir" (cykl "Obrazy grozy") - 200 stron/ 89,99 zł/ twarda okładka
- "Kroniki Armady" (cykl "Science Fiction") - 128 stron/ 59,99 zł/ miękka okładka
- "Armada" tom 13: "Poślizg kontrolowany" - 48 stron/ 29,99 zł/ miękka okładka
- "Star Wars: Dziedzictwo" tom 7 - 128 stron/ 39,99 zł/ miękka okładka
- "Antologia Powstanie '44 w komiksie: Morowe panny" – 128 stron/ 29,99 zł/ miękka okładka
- "Kenshin" tom 12 – 192 strony/ 19,00 zł/ miękka okładka.

Czerwiec (premiera pakietu - 06.06):
- "Carlos Gardel" (cykl "Zebra") - 120 stron/ brak ceny/ miękka okładka
- "Trolle z Troy" - tom 12: "Trolle w szkole" - 48 stron/ cena nieznana - czyżby więcej niż standardowe 29,99?/ miękka okładka
- "Asteriks" - tom 9: "Asteriks i Normanowie" - 48 stron/ cena nieznana/ miękka okładka
- "Asteriks" - tom 4: "Wyprawa dookoła Galii" - 48 stron/ cena nieznana/ miękka okładka
- "Wiedźmin" cześć druga ("Komiksowe Hity" 3/2011) - 52 strony/ 9,99 zł/ miękka okładka

Lipiec (premiera pakietu - 04/07)
- "Julia & Roem" Enkiego Bilala (cykl "Mistrzowie Komiksu") - 96 stron/ cena nieznana/ twarda okładka
- "Star Wars: Rycerze Starej Republiki" tom 6 - 144 strony/ cena nieznana/ miękka okładka

Sierpień (premiera pakietu - 01.08, z wyjątkiem "Lucky Luke`a" - 04.07)
- "Lucky Luke" - "W górę Missisipi", "Na tropie Daltonów", "W cieniu wież" - 144 strony/ cena nieznana/ twarda okładka
- "Lucyfer: Exodus" - 216 stron/ cena nieznana/ miękka okładka
- "Asteriks" - tom 10: "Asteriks Legionista" - 48 stron/ cena nieznana/ miękka okładka
- "Asteriks" - tom 5: "Asteriks i Kleopatra" - 48 stron/ cena nieznana/ miękka okładka
- "Miecz Nieśmiertelnego" tom 21 - 132 strony/ cena nieznana/ miękka okładka

Pełne zapowiedzi można znaleźć na oficjalnej stronie Klubu Świata Komiksu. Na potrzeby powyższego zestawienia pominąłem komiksy z Kaczorem Donaldem i kioskowe regularniki, takie jak "Fantasy Komiks" i większość pozycji ze świata "Gwiezdnych Wojen", które regularnie się ukazują. Nie widzę również sensu w komentowaniu odpowiedzi Tomasza Kołodziejczaka udzielonych na forum Alei Komiksu. Obawiam się nawet, że na jakiś czas wypadałoby sobie wręcz dać spokój z dopuszczaniem forumowiczów do szefa KŚK, bo wartość poznawcza z takich spotkań jest... no cóż, jest znikoma. I tyle w tym temacie. Co do samych zapowiedzi - bałem się, że będzie jeszcze gorzej. Egmont jak zwykle inwestuje w serie ("Armada", "Lucyfer", "Trolle z Troy") i autorów (Bilal, Carey) znanych polskiemu czytelnikowi, nie brakuje wznowień ("Asteriks"), a i fani mangi mogą czuć się usatysfakcjonowani. Nie brakuje jednak tytułów zupełnie nowych. Widocznie na fali popularności książek i komiksów Stephana Kinga wielki E sięgnął po zbierającą dobre recenzje za oceanem serię "American Vampire". Jak zwykle interesująco prezentuje się nowy komiks Enkiego Bilala i niemniej ciekaw jestem nowego komiksu z serii Zebra. (KO)

1 kwietnia 2011 roku odbędą się III Wągrowieckie Spotkania Komiksowe. W ramach imprezy organizowanej we współpracy z Centralą, Fundacją Tranzyt i komiksowym festiwalem Ligatura. W Miejskim Domu Kultury w Wągrowcu (ul. Kościuszki 55) odbędzie się wernisaż pod tytułem "Polski komiks kobiecy", który zostanie poprzedzony wstępem i prelekcją Michała Słomki. Niestety, organizatorzy nie wspomnieli czyje prace będą wystawiane w antyramach, wiadomo jedynie, że ma mieć charakter przekrojowy. Wstęp na wystawę będzie wolny, natomiast za możliwość zobaczenia filmowego "Jeż Jerzego" trzeba będzie zapłacić 10 złotych, co nie wydaje się sumą dość wygórowaną. (KO)

"Hałabała. Gazetka z komiksami" to nowa publikacja, która w ostatnich dniach objawiła się światu za sprawą ziniolowej mini-recenzji autorstwa Macieja Pałki. Za liczący sobie 32. strony zin odpowiada Jan Skarżyński i grupa "twórców mało znanych lub nieodkrytych", czyli Jakub Grabarczyk, Maciej Zaręba, jesykh, mazok, Mateusz Suchecki i ytron. Pomimo tego, że redakcja zachęca do kserowania tego "bezpośredniego i szczerego, jednak w undergroundowym charakterze" wydawnictwa, to będzie on prawdopodobnie dostępny na majowej Komiksowej Warszawie. I pomimo ostrzeżenia iż "czytanie grozi śmiercią" chętnie się z nim zapoznam.

Komiksowy oddział Poltera donosi, że Piotr Kowalski pracuje nad nowym projektem komiksowym. Na stronie francuskiego wydawnictwa Ventsdouest pojawiła się zapowiedz pierwszego albumu nowej serii pisanej przez znanego także na polskim rynku Erica Corbeyrana ("Pieśń Strzyg", "XIII Mystery"). "Urban Vampires" to niemal z całą pewnością ten sam wampirzy projekt, o którym Kowalski wspominał na pierwszej edycji Komiksowej Warszawy. Premierowy tom ma ukazać się już 25 maja i nosić tytuł "Une Affaire de famille". Na razie nie pokazano żadnych przykładowych plansz, więc trudno coś powiedzieć o formie naszego rodaka. (KO)

Instytut Filologii Angielskiej KUL oraz Koło Naukowe Anglistów KUL zaprasza na wykład p.t. "Komiks - tropy w popkulturze. Wstęp do historii komiksu brytyjskiego i amerykańskiego". Spotkanie odbędzie się 30 marca, w środę, o godzinie 18:30 w czytelni IFA, a wykład wygłosi Maciej Pałka. Artysta komiksowy, publicysta, redaktor i komiksowy działacz pełną gębą, którego wszędzie ostatnio pełno (w bardzo pozytywnym tego słowa znaczeniu). Jego wystąpienie zostanie poprzedzone krótkim wystąpieniem profesora Roberta Looby'ego i Macieja Czerniakowskiego dotyczące doświadczeń w tłumaczeniu tekstów na język angielski. Czerniakowski zajmował się przekładaniem pierwszego "Konstruktu" na mowę Szekspira. (KO)

Jak donosi Jacek Jastrzębski z Alei Komiksu pod koniec 2010 roku nakładem Wydawnictwa Poznańskiego Towarzystwa Przyjaciół Nauk ukazała się "Historia Polski w komiksowych kadrach". Książka, poruszająca zagadnienia historyzmu i historyczności przedstawionych na kartach opowieści z dymkiem i kadrem będzie zapewne łakomym kąskiem dla kolekcjonerów. Jej autorka, Justyna Czaja pisząc o wybranych pozycjach z Polski i zagranicy analizuje sposoby przedstawiania wydarzeń historycznych na łamach komiksu, zastanawia się nad schematami gatunkowymi i narracyjnymi, wykorzystanymi w tego typu utworach, często odwołując się do innych, filmowych czy literackich kontekstów. Okładkę książki przygotował znany komiksowy rysownik, Bartłomiej Kuczyński. Sprzedaż prowadzona jest w siedzibie PTPN (ul. Seweryna Mielżyńskiego 27/29, Poznań) i przez Internet. Cena – 36 złotych. (KO)

piątek, 25 marca 2011

#723 - Czy magia jest prawdziwa?

Już 4 kwietnia nakładem wydawnictwa Mroja Press ukaże się "Scientia Occulta" (oficjalna strona, strona facebookowa). Kolorowe Zeszyty objęły swoim patronatem album znanego z "The Movie" Roberta Sienickiego (scenariusz) i Łukasza Okólskiego (rysunki), prezentującego swój talent regularnie na łamach "Kolektywu". Tandem ten ma również na koncie inną serię, mianowicie "Recours". Pierwsze dwa rozdziały komiksu zostały udostępnione przez autorów w sieci, za darmo i polecam je tym, którzy jeszcze nie mieli przyjemności zapoznać się z tym wielce obiecującym projektem. Zawarta w pięciu rozdziałach historia opowiada o nietypowym dochodzeniu ponętnej pani detektyw i ulicznego iluzjonisty, ze specyficznym poczuciem humoru, które pełne będzie spotkań z prawdziwą magią. Czarno-biały album liczyć będzie 124 strony: w środku, oprócz wspomnianych pięciu rozdziałów, z których każdy będzie liczył 20 stron. W albumie znajdzie się również galeria pin-upów przygotowanych przez zaproszonych twórców. Całość, zamknięta w twardej oprawie, będzie kosztować 49 złotych.

Przytaczając opis wydawcy:

Ludzie zawsze pożądali wiedzy. Zjawiska nadnaturalne fascynowały ich i jednocześnie przerażały. Ale nie zostawiały nikogo obojętnym…

Kate Cooper nie ma najlepszego dnia. Odnalezienie zagubionej małej dziewczynki kończy się porażką, a jej brat rozpływa się w powietrzu na jej oczach. Na dodatek jedyna wskazówka prowadzi do Claytona Howarda – ulicznego magika, który wprowadza ją w świat o istnieniu którego nie miała pojęcia. Świat pełen magii i tajemnic...

Scientia Occulta to fantastyczna komedia kryminalna napisana przez Roberta Sienickiego (“The Movie”) i narysowana przez Łukasza Okólskiego (“Kolektyw”).


O "Wiedzy Tajemnej" (bo tak chyba można przetłumaczyć tytuł łaciński na język polski) popularny Bele opowiada na łamach Komiksomanii. Aby dowiedzieć się o tym, jak komiks powstawał, jak doszło do tego, że akurat Okólski zajął się oprawą graficzną i jak udało namówić się wydawcę do zainwestowania w komiks, sięgnijcie po wywiad przeprowadzony przez Tomka Pstrągowskiego. Natomiast w przyszłym tygodniu na łamach Kolorowych ukaże się przedpremierowa recenzja mojego autorstwa, na Komiksomanię swoje pięć groszy w tym temacie dorzuci Łukasz Mazur, a Janusz Topolnicki przepyta Łukasza Okólskiego. Na rozbudzenie apetytów prezentujemy kilka ekskluzwnych grafik:

czwartek, 24 marca 2011

#722 - Bydgoska Sobota z Komiksem 2011

Po miesiącach festiwalowej posuchy komiksowi fani mieli w końcu okazję spotkać się większym gronie podczas Bydgoskiej Soboty z Komiksem, która miała miejsce dziewiętnastego marca w Akademickiej Przestrzeni Kulturalnej. Zważywszy na przesympatyczne wspomnienia z edycji 2010 można się było spodziewać nader udanego początku komiksowo-festiwalowego roku. Pamiętając o ubiegłorocznym zmęczeniu związanym z kilkugodzinną podróżą w sobotni ranek, tym razem do Bydgoszczy ruszyliśmy z Warszawy w piątkowe popołudnie w sile czterech osób. Bez większych problemów (i w dobrych humorach) dotarliśmy do miasta Jerzego Wróblewskiego i połączywszy siły z Michałem Śledzińskim zrobiliśmy wieczorne "rozpoznanie terenu" - najpierw w Węgliszku, w którym dnia następnego miało się odbyć afterparty, a później w pizzerii Capri, służącej za miejsce "robienia bazy" pod wieczorne trudy i znoje.

Do APK dotarliśmy w sobotnie przedpołudnie o czasie, gdzie o godzinie 11:00 dano znak do rozpoczęcia kameralnego konwentu. Szczerze przyznam, że plan tego typu imprez z biegiem lat stracił dla mnie na znaczeniu i obecnie stanowi drugo- czy trzeciorzędną sprawę. Na pierwszy plan wysunęły się wszelkie spotkania z dawno (albo i nie) niewidzianymi komiksiarzami, poznawanie nowych osób, rozmowy na niekoniecznie komiksowe tematy czy środowiskowe ploteczki. Jeśli przy okazji można zahaczyć o spotkanie z ciekawym autorem czy obejrzeć miłą oku wystawę tym lepiej - aspekt towarzyski stoi jednak na pierwszym miejscu. Z tego też powodu patrząc na plan imprezy nie zawracałem sobie głowy kalkulacją czy warto telepać się przez kilka godzin pociągiem do Bydgoszczy - zapakowałem w tornister "Moe" Jaszcza (oraz kilka niezbędników) i ruszyłem w drogę. Nie było jednak tak, że całą imprezę przesiedziałem poza miejscem imprezy, nie zwracając uwagi na to co dzieje się w budynku Akademickiej Przestrzeni. Dwa punkty programu interesowały mnie szczególnie - prezentacja autorska prac Jakuba Kiyuca oraz pokaz dokumentu "Zakazany Owoc nr 6". Jeśli chodzi o tą pierwszą, to stanowiłaby ona znacznie lepszą atrakcję, gdyby twórcy "Konstruktu" towarzyszyła osoba prowadząca, która swoimi pytaniami mogłaby wyciągnąć coś ponad to co sam Kijuc chciał przekazać publice. Oczywiście można było samemu zadawać pytania i pierwsze z nich dotyczyło (niespodzianka) liczby sprzedanych egzemplarzy, co spotkało się z odpowiedzią, że ta jest zadowalająca i pozwalająca myśleć optymistycznie jeśli chodzi o powodzenie projektu, lecz nie padły jakiekolwiek liczby. Prezentacja polegała na pokazie slajdów z wczesnymi pracami Jakuba, konceptami "Konstruktu" czy zdjęciami z postapokaliptycznych instalacji, które swego czasu wykonywał w Lublinie (które - jeśli dobrze zrozumiałem - dały początek komiksowemym losom Filipa Stixa i spółki). Nie stanowiło to jednak zbyt atrakcyjnej (i np. zachęcającej do zakupu komiksu) formy - szkoda tym większa, że przygotowany materiał zdjęciowy miał w sobie potencjał i przy odpowiednim zaprezentowaniu całość mogła wypaść znacznie lepiej.

Pokaz "Zakazanego Owocu nr 6" poprzedzony był spotkaniem z jego sprawcami - triem Le Kolektiff Negatif i Dariuszem Palinowskim - na które niestety nie udało mi się dotrzeć. Jednak ze względu na słabą formę "Pały" (sponsorowaną zapewne przez wspomniane w drugim akapicie zmęczenie po podróży) - z tego co można było usłyszeć od osób, które w nim uczestniczyły - nie ma chyba czego żałować. Nic to jednak, bo wisienką na torcie tego dnia miał być wspomniany dokument. Po drobnych problemach technicznych na wielkim ekranie pojawiły się pierwsze kadry dokumentu i na półtorej godziny twórca legendarnego "Zakazanego Owocu" zawładnął salą. Mając w pamięci teaser oraz trailer produkcji spodziewałem się bezkompromisowej opowieści o muzycznych czy komiksowych dokonaniach "Pały" ubarwionych kwiecisty językiem i bon motami. I taką też w zasadzie dostałem, jednak po projekcji mój entuzjazm do "ZO#6" znacznie opadł - głównie z dwóch powodów. Przede wszystkim te półtorej godziny, to tak o połowę za dużo - kiedy minęło 30-40 minut produkcja zaczynała lekko nużyć i tylko co czas jakiś wybudzała z letargu. Drugą rzeczą, która znacząca przeszkadzała w odbiorze dzieła jest momentami kiepski dźwięk, uniemożliwiający czasem zrozumienie co też ciekawego ma do powiedzenia w danej chwili główny bohater opowieści. Rozumiem, że są to filmowe początki LKN, że wyszło to z początku całkiem spontanicznie, że punk i underground i tym podobne, ale gdyby poświęcić nieco więcej czasu na zgłębienie filmowych meandrów, bardziej przyłożyć się zarówno na etapie kręcenia dokumentu jak i montażu, to wyszłaby znacznie lepsza produkcja. Nie mówię, że jest źle, ale spodziewałem się czegoś znacznie lepszego i rozczarowanym po seansie byłem wielce. Żeby jednak nie było tak, że tylko narzekam, to na duży plus trzeba chociażby zaliczyć występy gościnne (np. Michał Śledziński, Jerzy Szyłak) czy włączenie do dokumentu archiwalnych video-nagrań Palinowskiego z jego kilkuletniego pobytu w Londynie. Tyle jeśli chodzi o plan imprezy. Nie był on co prawda tak atrakcyjny jak w roku ubiegłym, ale chodzą plotki, że edycja przyszłoroczna ma szansę prezentować się pod tym względem okazalej, za co naturalnie trzymam kciuki.

Frekwencyjnie Bydgoska Sobota z Komiksem wypadła poniżej (moich) oczekiwań. O ile na początku na terenie imprezy przechadzało się kilkadziesiąt - w dużej mierze spoza środowiska - osób, o tyle im ta dłużej trwała, tym na "placu boju" pozostawali sami weterani. Najmłodsi przybyli głównie na warsztaty komiksowe prowadzone przez Janusza Wyrzykowskiego, natomiast podczas późniejszych punktów programu na głównej sali było około dwudziestu, w porywach trzydziestu osób. Niezbyt wiele, nieprawdaż? Oprócz naszej grupy ze Stolicy Polski do Bydgoszczy przybyła również skromna delegacja z Łodzi i Poznania. Najliczniej prezentowała się ekipa z Gdańska, która niestety ruszyła w stronę domu przed wieczorną imprezą w Węgliszku. W porównaniu z zeszłym rokiem zabrakło głównie młodej komiksowej krwi, przez co na afterze średnia wieku była całkiem wysoka. Pomimo tego było całkiem sympatycznie - z początku wszyscy przybyli zgromadzili się głównie przy Dariuszu Palinowskim, ale gdy ten wraz z ekipą Le Kolektiff Negatiff ruszył w kierunku Torunia, pozostałe w Węgliszku towarzystwo rozpierzchło się po całym lokalu. I tam też zakończyła się tegoroczna Sobota z Komiksem.

Jeśli chcieć podsumować cały wyjazd jednym słowem, to można powiedzieć, że było poprawnie. Program imprezy nie powalał na kolana, ale można było znaleźć coś dla siebie. Towarzysko zaś prezentowało się to na zasadzie "programu obowiązkowego" - przybyli ci, którzy mieli przybyć. I nic ponadto. Rozumiem, że takiego bogactwa atrakcji jak na zbliżającej się Komiksowej Warszawie czy łódzkiej "międzynarodówce" próżno szukać w planie kameralnego bydgoskiego festiwalu, ale może stać się kiedyś tak, że zostaną jedynie te dwie największe imprezy i nic pomiędzy nimi. A wtedy będzie można pokusić się o parafrazę słów Dominika Szcześniaka z ostatniego (póki co) "Ziniola" i powiedzieć: "Drogi festiwalowiczu, nawaliłeś".

Oby to jednak nie nastąpiło.
Widzimy się w Bydgoszczy za rok.

wtorek, 22 marca 2011

#721 - Superman: Red Son

"Czy to ptak? A może samolot? Nie, to Superman, bolszewicka duma i symbol naszej siły militarnej. Awangarda klasy robotniczej, najdroższy towarzysz naszego Ukochanego Wodza Józefa Stalina, prowadzący nigdy niekończącą się walkę w imieniu realnego socjalizmu!"
Nie, to nie jest żart, to wyimek z elseworlda Marka Millara, Dave`a Johnsona, Kiliana Plunketta "Superman: Red Son". Historii odpowiadającej na pytanie, co by było gdyby Człowiek ze Stali wylądował na Ziemi o dwanaście godzin później, nie w Kansas, tylko na radzieckiej Ukrainie. Wśród złotych łanów zbóż i w środku Zimnej Wojny. Wydanie zbiorcze trzyczęściowej mini-serii wydanej w formacie prestige ujrzało światło dziennie w marcu 2004 i spotkało się z bardzo ciepłym przyjęciem zarówno wśród głosujących portfelami czytelników, jak i krytyków, którzy nominowali album do nagrody Eisnera.

Wierzący w socjalistyczną dialektykę historii Kal El gotów jest zbudować nowy, wspaniały świat własnymi rękoma. A ma ku temu jak najlepsze predyspozycje – "jest szybszy od pędzącego pocisku, mocniejszy od jadącej lokomotywy". Z jego pomocą Sowieci z łatwością zdobywają przewagę w zimnowojennym konflikcie. Gospodarka planowa okazuje się oszałamiającym sukcesem, a zwykłym ludziom z Kraju Rad nigdy nie żyło się lepiej. Wkrótce cały świat, z wyjątkiem USA i Chile, jednoczy się pod czerwonym sztandarem. Jednak wraz ze śmiercią ojca narodu Stalina i pojawieniem się tajemniczego terrorysty, Superman będzie zmuszony używać coraz bardziej radykalnych środków, aby utrzymać "porządek" w Związku Radzieckim.

"Red Son" to wielowątkowa opowieść, pełna elseworldowych smaczków, które ucieszą komiksowych maniaków. Mamy zatem Lexa Luthora, genialnego naukowca na usługach amerykańskiego rządu, przypuszczającego, że gdyby Kal-El wylądował w Stanach staliby się pewnie wielkimi przyjaciółmi. Mamy Stalingrad, odgrywający rolę zabutelkowanego Kandoru, jest Lana Lazarenko, jest Wonder Woman, sowiecka pani ambasador z Themiskiry, jest Forteca Samotności znajdująca się nie na Antarktydzie, ale na Syberii i nosząca dumną nazwę Pałacu Zimowego. Ale i tak wszystkich (jak zwykle zresztą) przebija Batman, cyniczny reakcjonista, szerzący terror anarchista w czapce uszatce, który ucieka się do najbardziej amoralnych i perfidnych środków w walce z systemem totalitarnym. Do klasycznego modelu "Mrocznego Rycerza" Franka Millera dodano kilka rysów Rorschacha i V dzięki czemu uzyskano znakomity efekt.

Mark Millar znakomicie podjął wątek millerowskiego "Super-żołnierza" z kart "DKR", który z bohatera całej ludzkości stał się zbrojnym ramieniem rządu USA. Ten naiwny wieśniak z Kansas jest ostatnią osobą na ziemi, która wierzy w amerykański system wartości, w american dream, a jest wykorzystywany do celów zupełnie sprzecznych z ideą, której pozostaje wierny. I takim samym bohaterem Clark stanie się po drugiej strony Żelaznej Kurtyny, bo w gruncie rzeczy jest tą samą osobą. Millar bardzo przekornie pokazuje, jak niewiele dzieli amerykańskie cnoty i hasła "truth, justice and american way of life" od komunistycznych komunałów i jak niedaleko jest od millerowskiego Nixona do millarowskiego Stalina. Kal El odebrał surowe wychowanie, ale nie na farmie w Smallville, tylko w kołchozie na Ukrainie. Jego moralność każe mu pomagać ludziom bez względu na to czy są Anglikami czy Ukraińcami, kapitalistami czy bolszewikami. Zmieniła się jedynie ideologia, a problemy zaczną się w momencie, kiedy postępować dobrze będzie oznaczało robić to, czego oczekuje od ciebie Partia...
I to jest drugi, niezwykle frapujący aspekt komiksu. Nowe spojrzenie na kilka rozdziałów z historii powojennych stosunków Stanów Zjednoczonych ze Związkiem Radzieckim, do którego świetnie nadawała się figura Supermana. Jako ostateczna superbroń, nadaje zimnowojennemu konfliktowi niezwykłej dynamiki. W tym momencie Millar trochę niedomaga. Nie podejmując szerzej wątku zasygnalizowanego przy okazji rozmowy Czerwonego Syna z ówczesnym szefem KGB. Człowiek ze Stali zawsze będzie stał w poprzek idei równości wszystkich ludzi, zawsze będzie ponad nimi. Szkoda, że nie pociągnięto tego dalej. Podobnie rzecz ma się z kontekstami politycznymi - "Red Son" zbyt często ślizga się po powierzchni i co ciekawsze kwestie zostają tylko zarysowane. Często znakomicie, jak w przypadku sceny prowincjonalnej obyczajowości z Marthą Kent w roli głównej, pokazującej nastrój ówczesnej amerykańskiej paranoi. Czasem nieco gorzej, jak przy okazji sukcesu politycznego Luthora i rozwoju utopii Supermana. Takich uproszczeń i skrótów jest w albumie więcej. Przyznam, że te przerysowania nie do końca mnie zadowalały. Temat jest tak wdzięczny, że aż prosi się o jak najgłębszą penetrację. Niestety nie da się zapomnieć, że w dużej części "Red Son" to opowieść o superbohaterach, pełna wybuchów i bijatyk, gdzie historiozofia jest tylko elementem dodatkowym. Lex dalej jest groteskowym geniuszem, potrafiącym równocześnie grać w szachy z kilkoma przeciwnikami i czytać Machievalliego w przerwie rozwiązując ekonomiczne problemy Stanów (co zajmuje mu tylko kilka godzin).

Nie zmienia to faktu, że komiks znakomicie się czyta, historia wciąga i intryguje. Red Son jest znakomicie narysowany, Dave Johnson sprawdza się nie tylko jako autor pięknych okładek, ale również jako regularny rysownik (dodać należy, że wydatnie przez Killiana Plunketta wspomagany). To wysokiej klasy produkt rozrywkowy, zadowalający miłośników gatunku, z naprawdę zaskakującym zakończeniem, a nie komiksowy esej filozoficzno-historyczny.