środa, 16 listopada 2011

#901 - The Runaways

Amerykański przemysł komiksowy odmienia słowo "superhero" na wszelkie możliwe sposoby. Mieliśmy już bohaterów pulpowych, ludzkich herosów Stana Lee, antybohaterów lat osiemdziesiątych i post-herosów Alana Moore`a i Franka Millera. Klasyczny superbohater, mimo, iż został zdekonstruowany, odbrązowiony i moralnie skompromitowany, nadal trzyma się mocno. W 2003 roku zadebiutował heros godny epoki MTV, przeznaczony dla młodszego rodzeństwa komiksowych geeków, którego zawiłości continuity obchodzą tyle, co zeszłoroczny śnieg, a od komiksu wymagają fajnych historyjek i postaci, z którymi mogliby się identyfikować.

Historia rozpoczyna się w momencie, kiedy szóstka nastolatków odkrywa, że ich rodzice są superłotrami. Uchodzący za najbardziej szanowane w Los Angeles rodziny okazują się członkami organizacji zwanej Pride. Przypadkowi świadkowie rytualnego mordu Nico, Gertruda, Chase, Karolina, Molly i Alex postanawiają udaremnić diaboliczne plany swoich matek i ojców. Młodzieżowy bunt nabiera zupełnie innego wymiaru, kiedy pociechy nie będą chciały przyjąć mrocznego dziedzictwa swoich rodziców. Co zatem robią? Skrzykują zespół super-nastolatków!. Nico Minoru urodziła się córką mrocznych czarnoksiężników nie dziwi, więc, posługiwanie się magiczną różdżką. Staff of One pozwala jej na rzucanie zaklęć za pomocą mowy, jednak danego zaklęcia-słowo może użyć tylko raz. Przedstawicielka obcej rasy, Karolina Dean, potrafi latać i manipulować energią słoneczną. Najmłodsza z nich, Molly Hayes jest mutantem dysponującym nadnaturalną siłą. Alex Wilder nie posiada właściwie żadnych mocy, a w przeciwieństwie do Gertrudy Yorkes i Chase`a Steina, jego rodzice nie zostawili mu żadnego podarunku. Córka dwójki podróżujących w czasie złoczyńców posiada mentalną kontrolę nad dinozaurem, natomiast syn szalonych naukowców dostał cybernetyczne rękawice. Razem będą musieli udaremnić złowieszczy plan Pride, który jest ni mniej, ni więcej - panowanie nad światem (muahahahahaha - śmiech szaleńca w tle).

"The Runaways" łączy w sobie elementy typowej fabuły superbohaterskiej spod znaku Marvela z młodzieżową obyczajowością na poziomie nastoletnich reality shows rodem z MTV. Zbiegli ze swoich domów nastoletni prawie-bohaterowie oprócz tego, że walczą ze złem borykają się z typowymi objawami okresu dorastania. Nabuzowani hormonami zakochują się, odkrywają swoją seksualność i zaliczają "doły". Słowem - próbują jakoś odnaleźć swoje miejsce w dorosłym świecie. Świecie Marvela dodajmy, w którym nie brakuje Skrulli, mutantów, a tytułowi "Uciekinierzy" mają swoją tajną bazę, super-pojazd i tłuką się z New Avengers.

- Check out those costumes.
- Are you guys thinking what I’m thinking?
- Yeah, our parents are totally gay!

(Runawaysi w pełnym składzie, od lewej - Gertruda, Nico, Alex, Chase, Karolina i Molly)

Należy zwrócić uwagę na specyficzną rolę edukacyjną, jaką pełni seria "The Runaways". Młodzi czytelnicy oswajani są z dylematami dotyczącymi własnej orientacji seksualnej. Odkrywanie homoseksualizmu zostaje postawione na równi z kwestią tolerancji mutantów. Poważna temat i doniosła problematyka zostają sprowadzone do prostych pojęć rodem z nomen omen komiksu, o superbohaterach w kolorowych kostiumach. Ich obecność nie powinno dziwić i budzić kontrowersji, bo elementy współczesnego dyskursu humanistycznego są mile widziane w mainstreamie, bo wydatnie wypływają na sprzedaż i zainteresowanie. Najlepszym dowodem - pretekstowa etniczność obecna w nowym "Ultimate Spider-Manie", homoerotyczny związek Apolla i Midnightera w "Authority" i "Stormwatch".

Również działania młodych bohaterów mogą być moralną wykładnią, jak postępować w rzeczywistym życiu. Dotyczy to zarówno relacji między poszczególnymi członkami grupy, jak i ich decyzji względem rodziców. Banalne życiowe recepty oraz młodzieżowy kod spraw intymnych prezentują typ dydaktyki, budzącej oburzenie i zgrozę wśród niektórych wychowawców i nauczycieli. Nie wiem czy model kolorowej i prostej etyki sprawdza się w wychowaniu małoletnich amerykanów, ale na pewno jest dla nich atrakcyjny. Widać to po nagrodach, jakie komiks otrzymał i wynikach sprzedaży, jakie osiągnął.

Dziwi mnie, że dopiero w roku 2003 decydenci Marvela zdecydowali się na taką pozycję. Komiks Briana K. Vaughana (scenariusz) i Adriana Alphony (rysunki) jest świetną reinterpretacją motywu klasycznego superherosa, w stylu Spider-Mana. Czytelnicy w komiksie rozpoznają dylematy i problemy znane z własnego życia. Przeciwności losu, z którymi muszą się zmagać Runawaysi zdają się bliskie frasunkom przeciętnego, nastoletniego obywatela USA. Podane w sposób odpowiednio uproszczony, między jednym, a drugim starciem z kolejnym superłotrem, stanowią kompozycyjną oś spinającą kolejne przygody. Pełnią tą samą funkcję, co utopijna wizja Xaviera w "X-menach" czy powtarzana do znużenia mantra Petera Parkera o mocy i odpowiedzialności, o których jakby współcześni scenarzyści komiksowi zapomnieli, goniąc za kolejnymi eventami. Vaughan w znakomitym stylu wraca do komiksowych korzeni. Miałem przyjemność czytać pierwsza dwa haceki - pierwszy zbiera cała pierwszą serią, na którą składają się trzy trejdy - "Pride & Joy", "Teenage Wasteland" i "The Good Die Young". W kolejnym pomieszczona połowę drugiej - "True Believers" i "Escape to New York". I trzeba oddać wielki szacunek Vaughanowi, który trzymał pisarską formę do samego końca, czyniąc z "Runaways" komiks bez mała kultowy. Kiedy uznał, że jego robota jest skończona oddał pióro Jossowi Wheadonowi, który będąc wielki fanem komiksu, nie zmarnował szansy. Potem Marvel nieco się pogubił co zrobić z tą marką i potencjałem, ale to już temat na inny tekst.

- Bruiser, your parents are psychotic supervillains.
- Oh yeah. I’m keep forgetting…

Za rysunki odpowiedzialny jest głównie Adrian Alphona, w czterech numerach wyręczony przez Takeshiego Miyazawę. Oprawa graficzna to przyjemny dla mariaż niegdyś bardzo modnych wpływów japońskich z czystą, klasyczną amerykańską kreską. Posunąłbym się nawet do twierdzenia, że właśnie w takim stylu Steve Ditko posługiwałby się ołówkiem, gdyby stał obecnie u progu komiksowej kariery. W niektórych numerach Alphona znajduje się w nieco słabszej dyspozycji, operuje większym uogólnieniem, unika dynamicznych paneli. Trudno jednak wymagać od artysty, aby przy pracy nad regularną serią przez cały czas utrzymywał równy poziom, bo wiadomo, że czasem trafiają się słabsze zeszyty.

W "The Runaways" chodzi głównie o świetną, popkulturową zabawę, przeznaczoną dla osób w okolicach osiemnastego roku życia, ale przyznam, że bawiłem się przy nim setnie, doceniając kawał doskonałej roboty wykonanej przez Vaughana. Świetnie udało mu się stworzyć wrażenie, że czytelnik uczestniczy z bohaterami w akcji i przeżywa wraz z nimi przygody. Identyfikując się z Nico, Karoliną, Chase, Molly, Alexem i Gertrudą, którzy stają się naszymi alter ego w uniwersum Marvela, możemy "być" na Ziemi 616. Iść do chińskiej restauracji na pogawędkę ze Spidermanem, wdać się w pyskówkę z Wolverinem czy zająć się śledztwem w towarzystwie Cloaka. Zresztą sam Vaughan na taki mechanizm zwraca uwagę, pokazując jak Runawaysi odgrywają rolę herosów grając w MMORPG osadzone w uniwersum Domu Pomysłów...

Yeah, you’re a villain… and your rington is stupid.

Puszczając wodze fantazji, można się zastanawiać czy komiks taki, jak "The Runaways" mógłby odegrać na polskim rynku rolę "W.i.t.c.h" przeznaczonego dla małolatów płci męskiej. Dlaczego nie miałby się stać brakującym ogniwem pomiędzy "Kaczorem Donaldem", a choćby "Sandmanem"? Czy w dzisiejszy polski piętnastolatek tak wiele pod względem kulturowym różni się od swojego amerykańskiego odpowiednika? Skoro za Oceanem padł na podatnie komiksową glebę, dlaczego i u nas nie może powtórzyć edytorskiego sukcesu? Właściwie odpowiedz zawarta jest już w samym pytaniu, gdyż obawiam się, że w Polsce nie ma jeszcze tak ugruntowanej kultury komiksowej, by młodociani herosi święcili finansowe triumfy. Może kiedyś.

Brak komentarzy: