środa, 23 listopada 2011

#907 - Detektyw Fell: Zdziczałe miasto

Witajcie w Snowtown! To miasto, w którym diabeł mówi swoje przysłowiowe dobranoc, nocami dzikie psy zagryzają ludzi w samym centrum, a psychopaci faszerują tłuczonym szkłem banany w najbliższym spożywczaku. To nie Gotham, z galerią ubranych w kolorowe kostiumy wariatów, to nie przeestetyzowana Basin City, to nawet nie Opole, tylko opuszczone przez Boga siedlisko najobrzydliwszego zła. Nowoczesna Sodoma i Gomora, pogranicza naszej cywilizacji, etyki, prawa. Do Snowtown trafiają ludzie ze społeczenego marginesu, usunięci z "normalnego" świata, który w przestrzeni świata przedstawionego znajduje się za mostem.
Właśnie stamtąd przybywa do Snowtown tytułowy bohater, detektyw Fell. "Stąd jest wszędzie daleko. Zimniej tu niż w psiarni i cuchnie tu jak cholera" - tak wita go porucznik Beard. Fell nie jest żadnym rycerzem na śnieżnobiałym koniu. Nie wiemy dlaczego przybył na takie zadupie. Tłumaczy się, że na tle tak mizernych gliniarzy będzie mu łatwiej o awans, że podpadł swoim przełożonym zza mostu. Jakoś mu nie wierzę.

Choć "Detektyw Fell" w swojej konstrukcji może przypominać seriale traktujące o pracy gliniarzy i detektywów, to Fellowi bliżej do nieokreszanych szeryfów z (nota bene!) westernowych rubieży, niż eleganckim śledczym z "C.S.I.". Kiedy wyczerpią się legalne sposoby i zawiodą procedury, Fell wie, jak użyć pięści. Inaczej ciężko byłoby mu przetrwać w Snowtown, bo to nie jest zwyczajne miasto, tylko uniwersum surrealistycznej grozy, pełne budzącego niepokój zła czającego się w ulicznych zakamarkach. Miasto zamieszkują spedalone monstra prosto z sennych koszmarów, ale nie są to jakieś zombiaki czy wampiry, tylko "zwykli" ludzi zdolni do niewyborażalnych skurwysyństw. Tam, poza "normalnym" światem, gdzie ludzkie prawa, racjonalizm czy jakiekolwiek wartości nie obowiązują, czują się jak u siebie. A Fell, niczym Dante w "Boskiej Komedii", zapuszcza się coraz głębiej i głębiej w piekielne trzewia miasta.

Komiks utrzymany jest w bardzo przygnębiającym nastroju, choć nie brakuje w nim dziwacznego poczucia humoru. Warrenowi Ellisowi udało się wyczarować niesamowitą atmosferę grozy - niby opowieść utrzymana jest w realistycznej konwencji, ale w komiksie pojawiają się przedziwne elementy, których nijak (w owej konwencji) wytłumaczyć się nie da. Realne spotyka się z irracjonalnym. Świat przedstawiony tylko pozornie przypomina ten nasz, realny i czytelnik stale trzymany jest w niepewności co może wydarzyć się dalej. Czym są tajemnicze znaki mające chronić miasto przed złem? Kim jest groteskowa zakonnica w masce Richarda Nixona przemykająca na niektórych kadrach? W jakiś sposób taka konstrukcja "Fella" przypomina mi sensacyjne wydanie "Miasteczka Twin Peaks", w bardziej wielkomiejskim wydaniu.

Ellis biorąc na warsztat schemat popularnych proceduralnych tasiemców kształtuje go na własną modłę. Wbrew panującym w mainstreamie tendencjom do dekompresowania fabuły, rozciągania wątków na trejdy, a trejdów na ciągnące się jeszcze dłużej runy, scenarzysta maksymalnie ściska fabułę. Każdy epizod, każda sprawa zmieszczona została na 16 stronach, a scenarzysta narzuca dyscyplinę około 9 kadrów na stronę. To spora sztuka, aby upchnąć całą historię na takiej przestrzeni, ale w "Fellu" udało się to świetnie. Na początku nie mogłem się do takiej kompozycji przyzwyczaić (albo to Ellis się dopiero rozkręcał) i dopiero po dwóch, trzech takich epizodach złapałem odpowiedni rytm. Bardzo lakoniczny, ale nie pozbawiony pewnego kunsztu. Bo trzeba mieć jednak sporo talentu, aby za pomocą kilku kadrów opowiedzieć to, co innym autorom zajęłoby kilka stron, nie popadając przy tym w nadmierną skrótowość i nie roniąc nic z atmosfery.

Trudno wyobrazić mi sobie kogoś innego, kto mógłby zilustrować taką historię, niż Bena Templesmitha. Jego bardzo oszczędny, ocierający się wręcz o abstrakcje styl doskonale nadaje się do zobrazowania całej grozy Snowtown i jego mieszkańców. Podczas lektury komiksu czułem, że Templesmith i Ellis świetnie się rozumieli, co widocznie przełożyło się na efekt ich wspólnej pracy.

Kiedy, podobnie jak ja, zaczniecie tracić wiarę, że na amerykańskim, masowym rynku coraz trudniej trafić na jakąś perełkę, sięgnijcie po "Detektywa Fella". Do doskonały przykład, jak z ogranego do bólu schematu opowieści o tym, jak ten dobry łapie tych złych da się jeszcze wiele wycisnąć. Pomimo przeestetyzowania, pomimo podkreślenia komiksowej groteski bijącej z każdej strony "Fella", mieleniu klisz, komiksowi udało się zachować autentyczną świeżość. Najlepszy komiks od Muchy w tym roku i być może najlepsza rzecz, jaka wyszła spod prasy duńsko-polskiego edytora, a także kolejna produkcja Ellisa, która mnie nie zawiodła. To jeden z niewielu lubianych przeze mnie scenarzystów z USA, któremu (jeszcze?) udało się uniknąć skuchy.

11 komentarzy:

Marcin Zembrzuski pisze...

Bardzo się cieszę, że tak chwalisz Fella. Jeszcze bardziej się na to nakręciłem i mam ogromną nadzieję, że moja recenzja tego tworu będzie pod względem zachwytów zbliżona do Twojej.

Maciej Gierszewski pisze...

jeszcze nie przeczytałem, nawet nie kupiłem.
powoli dojrzewam do decyzji o konieczności kupna i przeczytania...

Krzysztof Ryszard Wojciechowski pisze...

Ja też chce:(

Anonimowy pisze...

Fajne recenzja ale:
1."Czym są tajemnicze znaki chroniące mające miasto przed złem?"
2. Ellis nie jest z USA.

tO mY: pisze...

Dobra rzecz. Klimatyczna i mocna, ale jeśli ktoś rysownika nie polubił do tej pory, to może mieć problem z przebrnięciem.

Kuba Oleksak pisze...

@Anonim

Ellis nie pochodzi z USA, ale jest jak najbardziej amerykańskim komiksiarzem bo - tworzy w amerykańskim formacie, robi to dla amerykańskiego wydawnictwa i pracuje na amerykańskim rynku.

O Ellisie, podobnie, jak o Ennisie, Morrisonie czy kilku innych piszemy w takim przypadku, jako o Amerykanach - tak się po prostu przyjęło i jakoś nikt z tym ma problemu.

Z Millarem jest nieco inaczej, bo wydaje się też na Wyspach, a Gaimana bardzo chętnie określam Brytyjczykiem.

Anonimowy pisze...

Nie wiem gdzie takie określenie niby się przyjęło ale nadal nie rozumiem jak można nazwać scenarzystą z USA kogoś z GB. Poza tym, w jego twórczości widać wyraźnie, że nie jest Amerykaninem.

Kuba Oleksak pisze...

Chętnie dowiem się co takiego w komiksach Ellisa jest brytyjskiego, to chętnie posłucham. Serio, serio. Chyba, że to kazus "charakterystycznej francuskiej narracji". Feel free to comment!

Jeśli nie rozumiesz dlaczego piszę o amerykańskich komiksach Ennisa, Morrisona czy Ellisa to nie widzę sensu żebym zmuszał Cię do mojego punktu widzenia.

Pewnie Mickiewicza też uważasz za litewskiego poetę, a Kopernika za niemieckiego astronoma?

Kuba Oleksak pisze...

No i tak jest z trollkami-anonimkami. Palną coś bez głebszego zastanowienia, a jak przyjdzie co do czego, tj., jakiegoś uzasadnienia dlaczego tak, a nie inaczej - znikają.

ConraT pisze...

ej wie ktoś może coś na temat planów wydawania hellblazera w polsce?

ConraT pisze...

a to zaraz kupuje ^ ^ po transmetropolitanie mam niedostyt ellisa : D