środa, 12 października 2011

#875 - Crying Freeman

Nie mam zamiaru spoilerować fabuły tego komiksu. Ale uważam, że przed sięgnięciem po tę pozycję warto wiedzieć, z czym będzie się miało do czynienia. Nie każdy fan sensacji lubi przynależne do lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych tendencje wywodzące się z gangsterskiego kina Hongkongu. A to, co (według mnie) najlepsze w "Crying Freeman", korzenie ma właśnie tam.

Nurt kopano - strzelanego kina gangsterskiego, po wielkim boomie w swojej ojczyźnie, przesiąknął skutecznie do innych krajów. Co w tej chwili dla nas istotne - nawet do posiadającego swoje tradycje gangsterskie kina japońskiego. W Stanach tendencja trafiła na szczególnie żyzny grunt i rozwijała się samodzielnie, została nawet na nowo ochrzczona - wtórnie wobec samej estetyki, lecz jakże trafnie - gun fu. Do tego nurtu możemy włączyć, wykorzystujący najlepsze motywy owej mangi film, w którym maczał palce, stojący w cieniu Quentina Tarantino, utalentowany James Avary.



(Trailer z czasów VHS - łezka się w oku kręci)

"Wybrany" - bo tak funkcjonuje w naszej TV - okroił nie tylko mitologię Freemana ( w którego wcielił się Mark Dacascos ) ale i fabułę. Film okazuje się tak naprawdę adaptacją pierwszych trzech tomów, na których dla własnego dobra komiks powinien się skończyć. Jestem święcie przekonany, że kolejne części napędzane były już tylko komercyjnym sukcesem ...

Umówmy się, że pierwsze trzy tomy, które w kilku słowach mogę określić jako krwawy, okrutny kryminał o tajemniczym płaczącym asasynie, od początku nie był rzeczą, która celowałaby powyżej poprzeczki "sex and violence". Wydaje mi się, że sam pomysł na tytułową postać odbija się od innego klasycznego japońskiego komiksu - "Golgo 13" ( który ma już 160 tomików i to musi być dopiero telenowela! ) opowiadającego o przygodach japońskiego zabójcy w Hongkongu. Koncepcję Freemana z tematycznie bratnich mu pozycji wyróżnia chyba tylko mocno zarysowany wątek romansu, który zapewne miał poszerzyć target czytelniczy o płeć piękną. Z ckliwością, charakterystyczną dla taniego harlekina, autor nakreśla portret kobiety gotowej zrobić wszystko dla seryjnego mordercy w którym się zadurzyła. Proporcje gangsterskiej opowieści zostają przez to w pewien sposób zaburzone, bo rozgrywki między japońską a chińską mafią ostatecznie stanowią efektowne tło dla tego niezwykłego romansu. W rezultacie otrzymujemy bardzo udany, brutalny, wymykający się klasyfikacjom komiks rozrywkowy. Mówiąc o zmienianiu punktu ciężkości, zapewne warto wspomnieć o filmach Tarantino czy Miike, jednak nie ma co się zapędzać w tych porównaniach, bo autorowi scenariusza ostatecznie zabrakło jaj i talentu mistrzów filmowego postmodernizmu.

Przypomnę teraz, że do tej pory pisałem o pierwszych tomach. W trzecim dość nieudolnie zostają domknięte główne wątki związane z poszukiwaniem Freemana przez Yakuzę i zaczyna się z tego robić zupełnie inny komiks. Krwawa historia mafijnej wojny przeistacza się w quasi-szpiegowską opowieść o superłotrze, której nie powstydziłoby się najgłupsze fumetti neri. Freeman z mrocznego, owianego tajemnicą płatnego zabójcy przeradza się w niepokonanego skośnookiego kuzyna Diabolika - śmiga po świecie łodzią podwodną, niweczy zamiary zapanowania nad Japonią sekty, wierzącej, że człowiek pochodzi od niedźwiedzia, pojedynkuje się z gościem walczącym zabójczymi sandałami, a gdy akurat nie wykonuje jakiegoś zlecenia, to ryćka się z szefem konkurencyjnej organizacji mafijnej. Od razu podpowiadam, że nie ma tu wątków gejowskich. Tak jakoś się składa, że "szefem konkurencyjnej organizacji mafijnej" nad wyraz często okazuje się być atrakcyjna kobieta. To tylko część z parady niedorzeczności jakie tu znajdziecie. Nawet tematyka klonowania wykorzystana została jako pretekst do niezwykle długich scen seksu. Kanwa każdego z następnych epizodów zdaje się być coraz bardziej naciągana i pretekstowa, a fabuła z dna podnosi się zaledwie kilka razy ( albo jeden raz - historia przeklętego samurajskiego miecza ). Trochę przykro mi to pisać, bo Kazuo Koike to przecież renomowany scenarzysta...


Standardowe stwierdzenie, że "rysunki zasługują na osobny akapit" to w tym wypadku mało powiedziane. Po trzecim tomie Ryōichi Ikegami staje się jedynym bohaterem tego show. Jego rysunki ostatecznie pozwoliły mi uwierzyć w to, że usprawiedliwiana kulturową konwencją manga do opowiadania historii gatunkowych nadaje się wyśmienicie ( już nie mogę się doczekać momentu, gdy finanse pozwolą mi na zakup - prezentującej się bajecznie pod względem grafiki - serii "Miecz Nieśmiertelnego"). Jasne, że to, co tworzy to kicz, i pewnie nie można mówić o nim jako o artyście, ale rzemieślnikiem jest świetnym. Co prawda widać w jego pracach pośpiech, przez który wali czasem jakieś buble ( uproszczenia powodujące nieczytelność, olewanie estetyki, pomijanie tła), ale mam wrażenie, że nawet nogą rysowałby lepiej, niż większość dzisiejszych mainstreamowych wyrobników. Gdybym kiedykolwiek tworzył komiks tego gatunku, to życzyłbym sobie, żeby mój scenariusz rysował ktoś, kto ma przynajmniej połowę z tego pałera, który w drzemie w łapie Pana Ikegami. Tylko dzięki niemu nie olałem sprawy, przewracałem kartki dalej i równie mocno, jak przestawałem wierzyć w jakość tej historii, zaczynałem wierzyć w jego talent.

Warto zaznaczyć, że "Crying Freeman" jest pierwszym długim mangowym cyklem który skończyłem. Pewnie to dość niefortunna pozycja na początek, ale w pełni rozumiejąc prawa jakie rządziły tą serią domyślam się, że wykończyła ją nadmierna eksploatacja materiału. Pierwsze trzy tomy - już ze względu na to, że to niedroga, a dająca masę frajdy pozycja - mogę polecić każdemu, kto się lubuje w tanim kinie gangsterskim i kopankach z Hongkongu. Fani filmu z Markiem Dacascosem też powinni ustawić je na swojej półce. Natomiast nie wiem, komu mógłbym rekomendować następne siedem tomów... mam wielu wrogów, ale nawet im czegoś takiego nie życzę.

4 komentarze:

godai pisze...

10 tomów to nie jest "długi cykl". To taka mikro-seria trochę jak na mangę, gdzie przykładowe Norauto ma już z 50 albo i lepiej, a standardem jest po 25-30 tomów.

A sama seria całkiem jest zacna, jeżeli się weźmie poprawkę na estetykę i gatunek (w końcu to nie Allen).

Odsyłam zresztą do mojego tekstu na KL, gdzie obszedłem się z nią nieco łagodniej niż ty: http://kulturaliberalna.pl/2010/08/03/biedrzycki-nieswieci-garnki-lepia-o-serii-komiksow-%e2%80%9ecrying-freeman%e2%80%9d/

Paweł Deptuch pisze...

Akurat mam cztery tomy, a przeczytałem tylko pierwszy i widzę, że podświadomie zrobiłem dobrze. Mnie bardziej wciągnął "Heat" do scenariusza Buronsona, pamiętam, że kilka lat temu chyba z 6-7 tomów wciągnąłem na raz i byłem cholernie kontent.

Krzysztof Ryszard Wojciechowski pisze...

@Bartek: Racja, "pierwszym cyklem jaki skończyłem" byłoby bardziej adekwatnie. Wiem, że 10 tomów to małe miki. Mam zaczętych kilka większych - "niedozbierany" Eden, Akirę, Samotnego Wilka i aktualnie pierwsze tomy One Piece na tapecie. Ale "Freemana" akurat skończyłem.

"A sama seria całkiem jest zacna, jeżeli się weźmie poprawkę na estetykę i gatunek"

Czytałem Twój tekst. Możliwe, że jestem nieobiektywny - mimo, że brałem poprawkę pulpową konwencję. Według mnie to tam przede wszystkim padła dramaturgia. Pamiętam, że po pierwszych tomach pisałem do Marcina wychwalając "Freemana", potem coś w tej serii się rozlazło ... zresztą napisałem w recenzji co i jak. Spadek jakości jest wg mnie duży.

Mam w planach te ekranizacje z Hongkongu o których piszesz. Freemana gra tam zresztą jeden z etatowych aktorów Johnny'ego To. Bardzo go lubię. Ja uszczupliłem wątek filmowy, bo mi pożerał tę recenzję.

@Paweł: Przeczytaj te tomy. W porównaniu do reszty są wg mnie naprawdę w porządku. Ostrzę zęby na "Heat".

godai pisze...

HEAT jest niezły, ale to taka gangsterska telenowela. Mnie potrzebna jest przy każdym tomie ściąga z postaci, bo niektórzy kolesie są tak do siebie podobni i wyglądem i charakterem, że się gubię. Zresztą tam dużo w ogóle postaci jest.