wtorek, 13 września 2011

#855 - Tarcza kontra Latarnia

W te wakacje byliśmy świadkami filmowych narodzin dwóch superbohaterów – Green Lanterna i Kapitana Ameryki. Tym samym rywalizacja między DC, a Marvelem weszła w nową fazę. Opisuje Łukasz Gręda.


Marvel Studios pod kierownictwem Kevina Feige`a skrupulatnie realizuje strategię drobnych kroczków. Żaden z wyprodukowanych przez nich filmów nie odniósł spektakularnego sukcesu, ale każdy osiągnął satysfakcjonujący wynik, który gwarantował stabilny rozwój studia. Marvela jako młodego gracza na rynku nie było stać na wystawne superprodukcje. Koszty na tle konkurencji nie były wysokie – Marvel zatrudniał reżyserów cieszących się opinią sprawnych rzemieślników i aktorów, którzy swoje najlepsze lata mieli za sobą (Mickey Rourke, Robert Downey Jr.) lub nie udało im się przebić do gwiazdorskiej ekstraklasy (Chris Hemsworth, Chris Evans). Wydawałoby się, że w czasach, kiedy budżety superprodukcji sięgają kwot rzędu 200 milionów dolarów nikt nie zwróci uwagi na filmy Marvela. Stało się jednak inaczej.

Paradoksalnie to, co uchodziło za ich największą wadę okazało się źródłem sukcesu. Ogromne koszty blockbusterów doprowadziły do sytuacji, w której tylko nieliczni mogą pozwolić sobie na ich wyprodukowanie. Mniejsi gracze nie mogą z nimi konkurować. Marvel miał jednak coś, czego nie miała konkurencja – galerię znanych i lubianych bohaterów tworzących bogate uniwersum. Siła Marvela leży w ilości i znalazło to swoje odzwierciedlenie w strategii ich firmy produkcyjnej - filmy są ze sobą ściśle powiązane i tworzą nieformalną całość jak, nie przymierzając, komiksowe uniwersum. Przynosi to same korzyści. Raz, jako w pełni samodzielne produkcje wymagałyby większych środków, a tak rozkładają się one na poszczególne części. Dwa, sukcesywnie zbliżają widzów do zawiązania akcji w „The Avengers”. W efekcie wszystkie utrzymują równy poziom zarówno, jeśli chodzi o wpływy i walory artystyczne – w grupie ich niedostatki się równoważą.

„Kapitan Ameryka: Pierwsze starcie” jest zwieńczeniem dotychczasowej kampanii Marvel Studios. To ostatnie ogniwo dzielące nas od „The Avengers” i ostatni film z cyklu o „narodzinach”. W dodatku bardzo udany. To niczym nieskrępowana zabawa w stylu retro. Johnston zadbał o wartkie tempo akcji, co było bolączką poprzednich filmów Marvela i stworzył najbardziej udany, obok Iron Mana, film studia.


Sukces Marvela dowiódł, że możliwe jest uniezależnienie się od wielkich wytwórni. Do tej pory wydawnictwa udzielały tylko praw do ekranizacji, pozbywając się przy tym części zysków. Dom Pomysłów formując własne studio zatrzymał większość wpływów przy sobie. Czy DC nie zechce pójść w jego ślady? Stworzenie studia na wzór konkurenta wydaje się niemożliwe z uwagi na powiązania DC z koncernem Timer Warner – właścicielem wytwórni Warner Brothers, która zajmuje się produkcją filmów na licencji DC. Dla obu stron to doskonałe rozwiązanie. Wytwórnia finansuje film i inkasuje wpływy. Sukces filmu napędza sprzedaż komiksu i wzmacnia markę bohatera z korzyścią dla wydawnictwa. Każdemu wedle zasług, bo DC nie byłoby w stanie sfinansować takiego filmu jak choćby „Mroczny Rycerz”. Wytłumaczenie jest prozaiczne – Batman to zbyt kosztowny bohater, podobnie jak Superman. Obaj są gwarantami sukcesu, ale ma on swoją cenę – filmy z ich udziałem wymagają dużego udziału efektów specjalnych, gwiazdorskiej obsady itp. Gigantyczne przedsięwzięcia DC i Warner Brothers trudno porównywać do średnio budżetowych filmów Marvela. Dla wielu mogłoby to przypominać walkę między Dawidem, a Goliatem. Mimo to szala zwycięstwa przesuwa się dziś na stronę Domu Pomysłów.

Choć DC dysponuje bogatą galerią postaci to kojarzone jest głównie z Batmanem i Supermanem. Jeszcze dziesięć lat temu w podobnej sytuacji był Marvel, ale sukcesy trylogii o Spider-Manie i X-men na stałe wpisały go we współczesną popkulturę. Od tamtego czasu sukcesywnie przenosił na ekran kolejnych bohaterów, budując od podstaw swoje filmowe imperium. Dziś podobny cel przyświeca DC, a „Green Lantern” ma być pierwszą cegiełką filmowego uniwersum wydawnictwa. Ewentualny sukces filmu oznaczałby zielone, nomen omen, światło dla reszty mniej rozpoznawalnych bohaterów. Krótko po ogłoszeniu przystąpienia do realizacji filmu o Halu Jordanie w internecie zawrzało. Wszyscy wydawali się wierzyć w ten projekt, podzielając tym samym nadzieje DC. Jednak wraz z pojawianiem się kolejnych informacji dotyczących szczegółów produkcji nastroje stopniowo opadały. W międzyczasie Marvel wystartował z kampanią promocyjną Thora i Kapitana Ameryki skutecznie odciągając uwagę od premiery „Green Lanterna”.


DC nie myliło się wybierając Hala Jordana na pierwszego bohatera swojej filmowej ofensywy. Wśród fanów komiksów należał do jednego z najbardziej popularnych herosów. Kolejny raz jednak sprawdziła się zasada, że filmy o superbohaterach nie powstają dla fanów. Stanowią oni jedynie część publiczności gotowej wydać pieniądze na bilet. Nie wystarczą nawiązania do historii bohatera, ani postacie znane z kart komiksu. Film musi się bronić i bez tego. „Green Lantern” z kolei przywodzi na myśl okres, kiedy adaptacje komiksów spotykały się z miażdżącą krytyką z racji ich niedostatków scenariuszowych i dominacji efektów specjalnych. Wydawałoby się, że dzięki produkcjom Marvela i sukcesowi Batmanów Nolana czasy „Elektry” i „Fantastycznej Czwórki” odeszły na dobre do przeszłości. Film Martina Campbella dowodzi, że nigdy nie należy chwalić dnia przez zachodem słońca. „Green Lantern” to wysokobudżetowy kicz, którego przed całkowita porażką bronią, paradoksalnie, efekty specjalne.

Niezależnie jednak od wartości filmu przegrywa on z produkcjami Marvela jeszcze na jednym polu. Trudno nie ulec wrażeniu, że „Green Lantern” powstał jako film, który nie ma wiele wspólnego z uniwersum DC. Marvel konsekwentnie szpikuje swoje filmy ukrytymi nawiązaniami do komiksów - u Campbella próżno ich szukać. Dzieje się tak, ponieważ przygody Jordana w założeniu skierowane były dla szerokiej publiczności, dla której podobne nawiązania byłyby nieczytelne. Takie rozwiązanie nie dziwi, jeśli uświadomić sobie, że za produkcją filmu stoi wytwórnia, a udział DC jest tylko częściowy. W przypadku Marvela to byłoby nie do pomyślenie, co jeszcze raz dowodzi, że pozbycie się pośredników może wyjść wszystkim na dobre.

Green Lantern i Kapitan Ameryka to nie tylko starcie dwóch strategii marketingowych, ale przede wszystkim dwie wizje superbohatera. Wojskowy eksperyment uczynił ze Steve'a Rogersa (Chris Evans) super żołnierza, ale wewnątrz pozostał on tym samym chłopcem, który zbierał cięgi w ciemnych uliczkach Brooklynu. Tylko ktoś, kto przez całe życie był słaby i poniżany będzie w stanie odczuć prawdziwą wartość siły – tak tłumaczy swój wybór Erskine. Co charakterystyczne dostrzegł to dopiero uchodźca z hitlerowskich Niemiec. Dopiero w oczach Europejczyka pozorna słabość objawiła swój prawdziwy charakter. Dla pułkownika Phillipsa (Tommy Lee Jones) Rogers nie przedstawia większej wartości. Jak sam przyznaje na jego widok chce mu się płakać. Jego kandydatem jest atletycznie zbudowany osiłek, który zmiótłby Rogersa swoim prawym sierpowym. Wybór nie przypadkowy, bo przyglądając się historii Stanów Zjednoczonych jawią się one jako kraj siłą wywierający wpływy na innych. Silny i szlachetny Rogers ucieleśnia, więc taką Amerykę, za jaką chciałaby ona uchodzić. Niekoniecznie taką, jaka jest w rzeczywistości.


Hal Jordan (Ryan Reynolds) stanowi fizyczne zaprzeczenie Rogersa – jest świetnie zbudowany, w dodatku jest pilotem myśliwca, prawdziwym okazem zdrowia. Gdyby o pozycji społecznej decydowały warunki fizyczne, oblatywacz Ferris Air należałby do wąskiej elity nadludzi. W porównaniu do innych członków Korpusu Zielonych Latarni jest jednak słabeuszem. O byciu superbohaterem zdecyduje coś innego. Hal otrzymuje nadludzką moc z rąk Abina Sura, ale tym, co czyni go herosem nie jest pierścień, ale jego człowieczeństwo. Członkowie Korpusu Zielonej Latarni każą nazywać się nieustraszonymi i jakby na przekór temu Jordan reprezentuje odwrotne założenie - boję się, więc mogę być nieustraszony. Tylko wiedząc czym jest strach jestem w stanie się mu przeciwstawić. Jeszcze raz to, co uchodziło za słabość przerodziło się w największą zaletę.

Jordan i Rogers są dziećmi swoich czasów. Pierwszy z nich jak przystało na obywatela XXI wieku obciążony jest traumatycznym wspomnieniem – w tym przypadku śmierci ojca. Drugi wychowany w czasach kryzysu ma obsesję na punkcie powinności wobec ojczyzny. Każdy z nich reprezentuje inną epokę w historii Ameryki, na których cieniem kładą się krach na giełdzie i zamach z 11 września. Obaj są żołnierzami – Rogers walczy na froncie drugiej wojny światowej, Jordan bierze nieformalny udział w wojnie z terrorem. Parallax jest wcieleniem idei terroryzmu – karmi się strachem swoich przeciwników. Red Skull jest mniej wyrafinowanym przeciwnikiem – jego celem jest „tylko” władza nad światem, ale droga do niej, jak wiadomo, wiedzie przez Amerykę. Obaj superbohaterzy pomimo wielu podobieństw różnią się jednak diametralnie, jeśli chodzi o sposób bycia. Rogers jest odrobinę staroświecki, ale w dobrym tego słowa znaczeniu. Jordan to nieodpowiedzialne duże dziecko, które nie potrafi dorosnąć. Nic dziwnego, że sympatię widzów zdobywa Kapitan Ameryka. Duża w tym zasługa Chrisa Evansa, który przekonująco pokazał przemianę swojego bohatera z normalnego chłopaka w superbohatera. Reynoldsowi ta sztuka się nie udała.

Trudno powiedzieć jak klęska „Green Lanterna” wpłynie na rywalizację między Marvelem, a DC. Z jednej strony zapowiedziano już kontynuację przygód Jordana. Z drugiej nikt nie ma chyba złudzeń, co do triumfu Marvela. Tegoroczne starcie gigantów to jednak tylko preludium do tego, czego świadkami będziemy w przyszłym roku – na swoje premiery czekają „The Dark Knight Rises”, „The Avangers” i „The Amazing Spider Man”. Kto będzie wygranym? Marvel jak zwykle ma przewagę liczebną, ale prognozowane zyski ostatniej części trylogii Nolana to miliard dolarów. I to tylko przy założeniu, że film nie sprzeda się gorzej niż „Mroczny Rycerz”. Pytanie czy będzie to triumf DC, czy Warner Brothers? Marvel, w odróżnieniu od swojego konkurenta, może być pewien, że ewentualny sukces zapisze się złotymi cyframi na jego koncie.

4 komentarze:

Anonimowy pisze...

Bardzo ciekawie ujęte porównanie. Ciekaw jestem jak zdaniem autora mieści się w tym zestawieniu "X-Men" Pierwsza klasa"...

Marcin Zembrzuski pisze...

O ile powrót Rourke'a po latach ograniczył się ostatecznie do tylko jednego większego sukcesu, tak Downey Jr. od kilku lat przeżywa najlepszy okres w swoim życiu. W tym roku znalazł się w ścisłej czołówce najlepiej zarabiających aktorów Hollywood. I bynajmniej nie ze względu na Iron Mana;)

pstraghi pisze...

Pisanie o niskich budżetach produkcji Marvel Studios to jakieś kolosalne nieporozumienie i ignorancja. Chyba, że autor uważa, że filmy za 150 (thor, the incredible hulk), 140 (kapitan ameryka, x-men first class) 200 (iron-man 2) czy 258 milionów (spider-man 3) dolarów to produkcje niskobudżetowe.

Podobnie idiotyczny jest argument o obsadzie - ok, Mikey Rourke może jest tańszy niż kiedyś (choć ostatnio ma znów świetny czas), ale Robert Downey Jr., Scarlett Johansson, Gwyneth Paltrow i Edward Norton to nie są płotki (zwłaszcza w porównaniu do Ryana Reynoldsa).

Nie wiem też, jaką miarę sukcesu stosuje autor, ale matematyka podpowiada mi, że filmy, które zarabiają po 400-600 milionów dolarów to jednak coś więcej niż "satysfakcjonujący wynik".

Radzę nie dobierać nazwisk pod tezę, bo łatwo ją wtedy obalić. Dalej nie czytałem, bo pierwszy akapit mnie odstraszył.

FULL SOFTCORE MOVIES pisze...

Ja gdzieś na comicvine.com czytałem artykuł, że sukcesy kasowa danych ekranizacji wcale nie wpływaja na większą sprzedaż komiksów niestety i złote czasy gdy komiksy spzedawały sie w milonach egzemplarzy nie powrócą 140 tys. sztuk to juz jest mega wynik.

P.S. osobiście po obejrzeniu filmu animowanego Plane Hulk kupuje TPB z Hulkiem i tą saga:)