piątek, 19 sierpnia 2011

#837 - Wolverine: Wróg publiczny, t.2

We wstępie do pierwszego tomu Garth Ennis pochwalił robotę, jaką Mark Millar odwalił przy Wolverinie. Irlandzki scenarzysta nie przepada, delikatnie mówiąc, za komiksami masowo schodzącymi z taśmy Marvela czy DC, ale akurat "Wróg Publiczny" miał prezentować inny poziom. I tymi pochwałami Ennis zrobił Millarowi niedźwiedzią przysługę zawyżając moje oczekiwania w stosunku do tej całkiem przeciętnej superbohaterskiej opowiastki, która zamiast pozytywnie zaskoczyć – rozczarowuje.

Zupełnie wbrew temu, co twierdzi autor "Kaznodziei" i "Hellblazera", "Wróg publiczny" to rzecz bardzo sztampowa. Poskładana z oklepanych fragmentów i do bólu ogranych chwytów. Pełna "kostiumowych bzdetów", których Ennis tak nie lubi, wyginających się w efektownych pozach herosów, niespodziewanych gościnnych występów, łotrów marzących o zniszczeniu świata i z pędząca na złamanie karku akcją, docierającą w drugim tomie do swojego wybuchowego finału. Loganowi z pomocą specjalistów z S.H.I.E.L.D. udaje się odwrócić efekty programowania Hand. Nic już nie stoi na przeszkodzie, aby mógł dotrzymać słowa danego Ichiro. Oprócz tych pięćdziesięciu tysięcy żądnych krwi ninja, mutantów i zabójców na usługach Świtu Białego Światło z zabijającym wzrokiem Gorgonem na czele. Ale staruszek Logan wciąż jest najlepszy w tym co robi, a jak wiadomo to, co robi, do przyjemnych nie należy…

Markowi Millarowi nie można odmówić jednego – rozmachu. Wiele komiksowych eventów, chcących uchodzić za epickie, nie może się równać pod tym względem z "Enemy of the State", które jest naprawdę wielką historią. Szczególnie widać to w drugim tomie, kiedy superbohaterska rozwałka osiąga maksymalny poziom i do ostatniego kadru nie daje chwili wytchnienia. Bardzo często scenarzyści od superbohaterszczyzny nie potrafią satysfakcjonująco wykończyć napoczętych wątków. Millar jest wyjątkiem od tej niepisanej reguły, bo zarówno we "Wrogu Publicznym", w "Ultimates" czy często krytykowanym właśnie za finał "Marvel Civil War" – moim zdaniem zupełnie niesłusznie – umie zwieńczyć komiks naprawdę mocnym akcentem.

W porównaniu do poprzedniego tomu nieco gorzej prezentuje się oprawa wizualna. Mam wrażenie, że Romita Junior podszedł do rysowania "Wroga Publicznego" z marszu. Nie włożył w swoją robotę serducha i widać to gołym okiem po grafikach. Do drugiego albumu dołączona została również krótka historia rysowana przez Kaare Andrews, "Więzień numer zero". Umieszczenie nieśmiertelnego mutanta z niezniszczalnymi pazurami zbudowanymi z zmyślonego metalu w hitlerowskim obozie zagłady w Sobiborze było bardzo ryzykownym zagraniem. Skutki łączenia konwencji super-hero z tak poważnym tematem zwykle są opłakane, ale Millarowi udało się wybrnąć bardzo zgrabnie, choć nie ustrzegł się klisz i schematów.

Cena "Wroga Publicznego" jest porażająca – za oba tomy trzeba zapłacić 148 złotych i nawet uwzględniając przeróżne zniżki jest to kwota bardzo ciężka do przełknięcia. Szczególnie, że za oryginalną, jednotomową wersję trzeba zapłacić zaledwie 35$, a jego cena w popularnym sklepie sprowadzającym komiksy zza Oceanu (co prawda w miękkiej okładce) jest prawie dwa i pół razy niższa. Inna sprawa, że coraz trudniej jest przyczepić się do jakości albumów wydawanych przez Muchę, a wcześniej bywało z tym różnie. Oj, ciężki jest los fana superhero w Polsce…

… szczególnie, że nie potrafię rozgryźć czym polsko-duńskie wydawnictwo kieruje się przy doborze kolejnych tytułów. Zgoda, "New Avengers" przy odpowiedniej promocji to murowany kandydat na bestseller. Ale dlaczego akurat "Wróg Publiczny", a nie na przykład "Old Man Logan"? Też Marka Millara, też efektywny, też przebojowy, ale w mojej opinii znacznie ciekawszy, także dla czytelników niekoniecznie przepadających za trykotami. Czemu "Thor: Wikingowie", a nie run J. Micheala Straczynskiego, przywracający blask marvelowskiemu bogowi gromów i błyskawic, który stanowił jedną z inspiracji dla twórców filmowego "Thora"?

7 komentarzy:

Anonimowy Grzybiarz pisze...

Bardzo dobre pytanie.

Lokus pisze...

Z prostego powodu: koszta licencji na te tytuły są nieporównywalnie wyższe niż te, które oferuje Mucha. Nawet w koprodukcji z oddziałem Duńskim (który notabene, też jakimś rynkowym gigantem nie jest) wydawnictwo to nie stać na same hiciory. Podejrzewam że zapowiedziane Civil War i House of M już swoje kosztowały.

Moim zdaniem dobrze jest, że Mucha przynajmniej wydaje komiksy z członkami Avengers, nawet jeśli są średnie. A uwierzcie mi, istnieją znacznie gorsze historie z Loganem czy Thorem.

Co do ceny komiksów z Muchy, to nie mogę się zgodzić. Faktem jest, że w porównaniu do "ceny w popularnym sklepie sprowadzającym komiksy zza Oceanu" to się nawet nie umywa, ale już patrząc na ceny takiego Egmontu, to nie jest znowu strasznie źle.

No i przypominam, że Amerykańce mogą sobie pozwolić na cenę rzędu 15$, bo u nich trejdy wychodzą w dziesiątkach tysięcy nakładu, a w środku można znaleźć zadrukowany papier toaletowy. Mucha daje ładną kredę i do tego twardą oprawę. Wolę więc dopłacić, by mieć porządnie wydany komiks po Polsku, niż byle co z JuEsEj

Lokus pisze...

I jeszcze jedno: "jego cena w popularnym sklepie sprowadzającym komiksy zza Oceanu (co prawda w miękkiej okładce) jest prawie dwa i pół razy niższa."

Wiadomo chyba o jaki sklep chodzi i pragnę zauważyć, że cena jest taka, a nie inna, bo obecnie komiks ten jest przeceniony o 30%. Gdyby nie to, kosztowałby 96zł. I to w miękkiej oprawie oraz po angielsku :)

Kuba Oleksak pisze...

Argument co do kosztów licencji mnie nie przekonuje - przypuszczam, że "New Avengers" też są drodzy.

Wiesz, pisanie, że ceny Muchy nie są duże w porównaniu z Egmontem, to jak pisanie, że ceny Egmontu, nie są drogie w porównaniu z Muchą. Po prostu oba wydawnictwa wydają drogie komiksy.

O jakości edytorskiej wspomniałem i pochwaliłem. Dla Ciebie polska edycja w niezłym standardzie to atut - dla kogoś innego wręcz przeciwnie.

Superhero to nie jakieś tam znowu arcydzieła, żeby je wydawać w "kolekcjonerskim" standardzie, wielu woli na tym przyoszczędzić, a i kupowanie czegoś w przekładzie to zawsze ryzyko.

Co do ceny w Multi - wiesz dobrze Lokusie, że tam niemal zawsze jest jakaś promocja, wyprzedaż, konwent, albo dolar spada - nie dość, że komiks jest tańszy, to często ma obniżoną cenę.

(no i tak czy siak to 50 złotych różnicy!)

Lokus pisze...

Kubo, pewnie że licencja na New Avengers jest droga. Podejrzewam, że Mucha nie ma kasiory na same hity, dlatego zdecydowała się wydać Wroga Publicznego zamiast Old Man Logan i Wikingów zamiast runu JMS-a.

Co do cen - po tym jak zobaczyłem Lucyfera z Egmontu za 70zł w takim standardzie, w jakim go się u nas wydaje - zwątpiłem już do reszty.

"kupowanie czegoś w przekładzie to zawsze ryzyko" - mniejsze niż przykładowo kupowanie oryginału, nie znając dobrze języka? Wiesz chyba dobrze, ile tam dziwnych skrótów się używa :)

I co do ceny w Multi - owszem, tam często są promocje, ale niestety bardzo rzadko obejmują one coś innego niż tytuły z Marvela. Fani tego wydawnictwa są uprzywilejowani :/

Black Bolt pisze...

i dobrze ;p

arcz pisze...

Przychylam B.Boltowi - nawet bardzo dobrze :]