czwartek, 11 sierpnia 2011

#831 - X-Men według Petera Milligana

Peter Milligan przejął on-going "X-Men" w 2005 roku, odbierając ster od Chucka Austena, którego krótki run w bezprzymiotnikowych i dłuższy w "Uncanny" został fatalnie przyjęty przez czytelników. Wydawało się, że obsadzenie autora, który tak oryginalnie poradził sobie z mutancką materią pracując nad "X-Force" i "X-Statix" będzie świetnym posunięciem. Brytyjski scenarzysta wielokrotnie na łamach swoich autorskich projektów poruszał kwestie inności, wyobcowania i problemów z własną tożsamością, więc wydawał się wręcz stworzony do pisania "X-Men".

Run Milligana trwał od #166 do #187 numeru, po którym zluzował go Mike Carey z "Supernovas", historią rozpoczynającą jego trwającą do dzisiaj przygodę z "X-Men: Legacy". Materiału zebrało się w sumie na pięć trejdów, z czego jeden ("Decimation: X-Men – The Day After") został przeze mnie opuszczony z powodu jego powiązań z crossoverem "House of M". Natomiast w historii zatytułowanej "Wild Kingdom", w której mutanci wyruszając do Afryki, on-going "X-Men" krzyżuje się z "Black Panther" Reginalda Hudlina. Myślę, że lektura tego albumu oraz "Golgothy", "Bizzare Love Triangle" i "Blood of Apocalypse" dają w miarę pełny wgląd w x-dorobek Milligana. W tym czasie na etacie rysownika zatrudniony był Salvador Larrocca.

Zaczęło się interesująco. Oddział X-Men w składzie Wolverine, Iceman, Gambit, Rogue, Polaris pod dowództwem Havoka, wspomagany telepatycznie przez Emmę Frost odpowiada na wezwanie mutanckiej kolonii znajdującej się w okolicach bieguna południowego. Okaże się, że za śmierć wszystkich mieszkańców odpowiada infekcja telepatycznych grzybów z kosmosu. I choć nie brzmi to najlepiej, był to potencjalnie całkiem interesujący pomysł, zepsuty na poziomie wykonania. Sporym zaskoczeniem dla mnie była niepokojąca atmosfera towarzysząca całej opowieści. Dało się ją wyczuć zarówno w przesiąkniętej grozą samotnej bazie w samym środku lodowego piekła (skojarzenia z „Czymś” Johna Carpentera jak najbardziej wskazane) czy w szkole w Westchester, ogarniętej przez obłęd zamkniętych w niej studentów i nauczycieli. I to uczucie, w mniejszym lub większym stopniu towarzyszyło każdej z kolejnych historii. Wycieczka do dusznej od szaleństwa Afryki przynosi reminiscencje "Wyspy doktora Moreau", a w kameralnym "Bizzare Love Triangle" da się wyczuć nutkę (dość taniej, przyznaję) perwersji. Niestety, jest to jedyny jasny punkt, jaki jestem w stanie dostrzec w pisanych przez Milligana "X-Men". Wyliczanka niedostatków, błędów i felerów jest znacznie dłuższa…

Pomimo skrępowania continuity autor "Enigmy" i "Shade`a" miał stosunkowo dużo swobody w kreowaniu przygód mutantów. Postanowił wykorzystać relacje pomiędzy poszczególnymi bohaterami i na tym budować swoje historie. Wyszła mu z tego fatalnie napisana opera mydlana. Myślicie, że dialogi i psychologizm w przeciętnym komiksie z X`em na okładce kuleją? Milligan sięga nowych poziomów dna w tej materii. Eksploatując wątki trzeciej świeżości (związek Rogue z Gambitem, miłosny trójkąt Havok-Polaris-Iceman, knująca i intrygująca Mystique) udowodnił, że nie odrobił lekcji nie robiąc odpowiedniego riserczu. Bohaterowie nie tylko zachowują się out of character (to, co zrobiono Apocalypse`owi i Storm woła o pomstę do nieba!), ale znajdują się na intelektualnym poziomie kurczaków z odciętymi głowami. Historiom brakuje dramatyzmu, kompozycja i dramaturgia właściwie nie istnieją, a fabule trafiają się babole urągające elementarnej logice przyczynowo-skutkowej. Nawet efektownej akcji, splaszów i typowego bohaterskiego pozowania jest tutaj jak na lekarstwo.

Do formy Milligana z czasem doszlusował Salvador Larrocca. O ile "Golgotha", choć rysowana w jego pseudo-realistycznym stylu (tak, jak "Iron-Man: Pięć koszmarów") mogła się jeszcze podobać, a "Bizzare Love Triangle" wyglądało jeszcze znośnie, to im dalej w las, tym gorzej. Rozumiem, że jego kreska może się podobać, ale jej niedokładności i uproszczenia popełniane kosztem dotrzymywania kolejnych terminów widać gołym okiem. O wyczynach Davida Yardina, rysującego swoją część "Wild Kingodm" w "Black Panther", przez przyzwoitość nie wspomnę.

Pisarskiego stylu Petera Milligana można nie lubić i jestem w stanie to zrozumieć. Ale miałem go za scenarzystę na pewnym poziomie, który potrafi porządnie napisać komiks, który będzie miał przysłowiowe ręce i nogi. W jego "X-Men" proste, warsztatowe wręcz błędy kolą w oczy. Czy naprawdę Dom Pomysłów nie ma oddziałów redaktorów, pilnujących, aby takie komiksy wracały do swoich autorów do poprawy?

4 komentarze:

Marcin Zembrzuski pisze...

tak z czystej ciekawości - jak run Milligana się sprzedał?

Kuba Oleksak pisze...

A wiesz, że nie mam zielonego pojęcia. I nawet nie wiem gdzie mółgbym takie info znaleźć... Wiem tylko, że przychylnością na forkach raczej się nie cieszył.

Black Bolcie, marvelowska wyrocznio, nie wiesz gdzie takie info można znaleźć?

arcz pisze...

http://www.comichron.com/monthlycomicssales.html

Black Bolt pisze...

No właśnie, jak nikt nigdzie prywatnie sobie tego nie opisał, to trzeba miesiąc po miesiącu listy sprzedaży sprawdzać.

Mi osobiście run Milligana nie przypadł do gustu. Zaczęło się intrygująco od Golgoty, a później już było coraz gorzej.Nie polecam nikomu.