wtorek, 22 marca 2011

#721 - Superman: Red Son

"Czy to ptak? A może samolot? Nie, to Superman, bolszewicka duma i symbol naszej siły militarnej. Awangarda klasy robotniczej, najdroższy towarzysz naszego Ukochanego Wodza Józefa Stalina, prowadzący nigdy niekończącą się walkę w imieniu realnego socjalizmu!"
Nie, to nie jest żart, to wyimek z elseworlda Marka Millara, Dave`a Johnsona, Kiliana Plunketta "Superman: Red Son". Historii odpowiadającej na pytanie, co by było gdyby Człowiek ze Stali wylądował na Ziemi o dwanaście godzin później, nie w Kansas, tylko na radzieckiej Ukrainie. Wśród złotych łanów zbóż i w środku Zimnej Wojny. Wydanie zbiorcze trzyczęściowej mini-serii wydanej w formacie prestige ujrzało światło dziennie w marcu 2004 i spotkało się z bardzo ciepłym przyjęciem zarówno wśród głosujących portfelami czytelników, jak i krytyków, którzy nominowali album do nagrody Eisnera.

Wierzący w socjalistyczną dialektykę historii Kal El gotów jest zbudować nowy, wspaniały świat własnymi rękoma. A ma ku temu jak najlepsze predyspozycje – "jest szybszy od pędzącego pocisku, mocniejszy od jadącej lokomotywy". Z jego pomocą Sowieci z łatwością zdobywają przewagę w zimnowojennym konflikcie. Gospodarka planowa okazuje się oszałamiającym sukcesem, a zwykłym ludziom z Kraju Rad nigdy nie żyło się lepiej. Wkrótce cały świat, z wyjątkiem USA i Chile, jednoczy się pod czerwonym sztandarem. Jednak wraz ze śmiercią ojca narodu Stalina i pojawieniem się tajemniczego terrorysty, Superman będzie zmuszony używać coraz bardziej radykalnych środków, aby utrzymać "porządek" w Związku Radzieckim.

"Red Son" to wielowątkowa opowieść, pełna elseworldowych smaczków, które ucieszą komiksowych maniaków. Mamy zatem Lexa Luthora, genialnego naukowca na usługach amerykańskiego rządu, przypuszczającego, że gdyby Kal-El wylądował w Stanach staliby się pewnie wielkimi przyjaciółmi. Mamy Stalingrad, odgrywający rolę zabutelkowanego Kandoru, jest Lana Lazarenko, jest Wonder Woman, sowiecka pani ambasador z Themiskiry, jest Forteca Samotności znajdująca się nie na Antarktydzie, ale na Syberii i nosząca dumną nazwę Pałacu Zimowego. Ale i tak wszystkich (jak zwykle zresztą) przebija Batman, cyniczny reakcjonista, szerzący terror anarchista w czapce uszatce, który ucieka się do najbardziej amoralnych i perfidnych środków w walce z systemem totalitarnym. Do klasycznego modelu "Mrocznego Rycerza" Franka Millera dodano kilka rysów Rorschacha i V dzięki czemu uzyskano znakomity efekt.

Mark Millar znakomicie podjął wątek millerowskiego "Super-żołnierza" z kart "DKR", który z bohatera całej ludzkości stał się zbrojnym ramieniem rządu USA. Ten naiwny wieśniak z Kansas jest ostatnią osobą na ziemi, która wierzy w amerykański system wartości, w american dream, a jest wykorzystywany do celów zupełnie sprzecznych z ideą, której pozostaje wierny. I takim samym bohaterem Clark stanie się po drugiej strony Żelaznej Kurtyny, bo w gruncie rzeczy jest tą samą osobą. Millar bardzo przekornie pokazuje, jak niewiele dzieli amerykańskie cnoty i hasła "truth, justice and american way of life" od komunistycznych komunałów i jak niedaleko jest od millerowskiego Nixona do millarowskiego Stalina. Kal El odebrał surowe wychowanie, ale nie na farmie w Smallville, tylko w kołchozie na Ukrainie. Jego moralność każe mu pomagać ludziom bez względu na to czy są Anglikami czy Ukraińcami, kapitalistami czy bolszewikami. Zmieniła się jedynie ideologia, a problemy zaczną się w momencie, kiedy postępować dobrze będzie oznaczało robić to, czego oczekuje od ciebie Partia...
I to jest drugi, niezwykle frapujący aspekt komiksu. Nowe spojrzenie na kilka rozdziałów z historii powojennych stosunków Stanów Zjednoczonych ze Związkiem Radzieckim, do którego świetnie nadawała się figura Supermana. Jako ostateczna superbroń, nadaje zimnowojennemu konfliktowi niezwykłej dynamiki. W tym momencie Millar trochę niedomaga. Nie podejmując szerzej wątku zasygnalizowanego przy okazji rozmowy Czerwonego Syna z ówczesnym szefem KGB. Człowiek ze Stali zawsze będzie stał w poprzek idei równości wszystkich ludzi, zawsze będzie ponad nimi. Szkoda, że nie pociągnięto tego dalej. Podobnie rzecz ma się z kontekstami politycznymi - "Red Son" zbyt często ślizga się po powierzchni i co ciekawsze kwestie zostają tylko zarysowane. Często znakomicie, jak w przypadku sceny prowincjonalnej obyczajowości z Marthą Kent w roli głównej, pokazującej nastrój ówczesnej amerykańskiej paranoi. Czasem nieco gorzej, jak przy okazji sukcesu politycznego Luthora i rozwoju utopii Supermana. Takich uproszczeń i skrótów jest w albumie więcej. Przyznam, że te przerysowania nie do końca mnie zadowalały. Temat jest tak wdzięczny, że aż prosi się o jak najgłębszą penetrację. Niestety nie da się zapomnieć, że w dużej części "Red Son" to opowieść o superbohaterach, pełna wybuchów i bijatyk, gdzie historiozofia jest tylko elementem dodatkowym. Lex dalej jest groteskowym geniuszem, potrafiącym równocześnie grać w szachy z kilkoma przeciwnikami i czytać Machievalliego w przerwie rozwiązując ekonomiczne problemy Stanów (co zajmuje mu tylko kilka godzin).

Nie zmienia to faktu, że komiks znakomicie się czyta, historia wciąga i intryguje. Red Son jest znakomicie narysowany, Dave Johnson sprawdza się nie tylko jako autor pięknych okładek, ale również jako regularny rysownik (dodać należy, że wydatnie przez Killiana Plunketta wspomagany). To wysokiej klasy produkt rozrywkowy, zadowalający miłośników gatunku, z naprawdę zaskakującym zakończeniem, a nie komiksowy esej filozoficzno-historyczny.

3 komentarze:

Anonimowy pisze...

to będzie arcydzieło!!! /buri

godai pisze...

Było.

Kuba Oleksak pisze...

Cóż za wyrafinowany komentarz, Bartku.

Owszem było, ale to nie żadne ctrlcctrlv, trochę pozmieniałem.

Zwyczajnie nie dajemy rady produkować tylu tekstów, co kiedyś. Dlatego kilka wznowień się jeszcze pojawi.