środa, 30 czerwca 2010

#489 - Drogi Billy

Garth Ennis nigdy nie jest pisarzem delikatnym. W jego pracach zwykle trup ściele się gęsto, krew tryska, aż miło, a wyrazy powszechnie uznawane za niecenzuralne pełną funkcję przecinków w dialogach. Nie ważne czy pisał akurat o Belfaście, wojnie, miłości, poszukiwaniu Boga, czy odkłamywał jednego z ikonicznych bohaterów Marvela, robiąc z niego owładniętego swoją świętą misją seryjnego mordercę. Autor "Kaznodziei" zawsze walił wprost, nie bawiąc się w żadne półśrodki, subtelności, nie uznając żadnych tematów tabu. Szokował, bulwersował, obrażał, budził kontrowersje, a nierzadko wręcz obrzydzenie, choćby swoim zamiłowanie do seksualnej perwersji i deformacji ludzkiego ciała.
Najnowsza pozycja irlandzkiego scenarzysty, wydana na polskim rynku przez Mucha Comics, odbiega od takiego stereotypowego "wzoru" na komiks a'la Ennis. Przynajmniej z pozoru. "Drogi Billy" to druga mini-seria opublikowana pod szyldem "Battlefields" dla niewielkiego amerykańskiego wydawnictwa Dynamite Entertainment. Podobnie, jak "Night Witches" i "Tankies" traktuje o koszmarze wojny, innym, wciąż powracającym w twórczości Ennisa temacie.

Autor oprawy graficznej, Peter Snejbjerg, rysuje w podobnej manierze, co wieloletni współpracownik Ennisa, Steve Dillon. Niestety, nie dorównuje swojemu koledze po fachu talentem. Stosuje podobną technikę, by uzyskać komiksowy realizm najmniejszym nakładem środków. Jego kreska jest nierówna – fatalnie wychodzą mu tła, nieco lepiej postacie, a efekt kładą kiepsko położone kolory.

Podczas amerykańskiej kontrofensywy na Pacyfiku, linia frontu w Azji Południowo-Wschodniej nieustannie się przesuwała. Po zdobyciu Singapuru Carrie Sutton dostała się w ręce Japończyków. Wraz z innymi kobiecymi jeńcami została zgwałcona, a potem cudem udało jej się przeżyć egzekucję. Przez pewien czas dochodziła do siebie w Kalkucie, by potem podjąć pracę pielęgniarki służby pomocniczej w pobliskim szpitalu.Garth Ennis opowiada historię o wojennych ranach, które bardzo trudno się goją. Okrutnie skrzywdzona przez wrogich żołnierzy Carrie cierpi i chce zemsty. Chce, żeby Japończycy nigdy nie przestali płacić za to, co jej uczynili. Z ofiary, zamienia się w kata, wymierzającego należną karę, pchana bezmyślnym pragnieniem odwetu i zemsty. Niestety, jednoznaczność postępowania Carrie i łatwość, w jaką zamieniła się w zimnokrwistą morderczynię odbiera wiarygodność jej postaci i tym samym całej historii. Nigdy się nie zawaha, nigdy nie zadrży jej rękę, co czyni z niej żeńskie wcielenie Punishera, a całą opowieść bierze w komiksowy nawias przerysowania i groteskowości. Wielka szkoda, bo wariacja nt. "przemoc rodzi przemoc, tylko jeszcze bardziej brutalną i bezlitosną", zapowiadała się nader ciekawie. Niestety, Ennis ślizga się jedynie po powierzchni i momentami idzie na łatwiznę, szczególnie w zakończeniu.

Nawet, jeśli w "Drogim Billy'm" brakuje obsceniczności i wulgarności, to nie da się go przeczytać bez poczucia dotknięcia czegoś brudnego, zepsutego, odrażającego. Historia kipi nienawiścią i gniewem, nie mniej, niż "Hellblazer" czy "Kaznodzieja". Co gorsza, brakuje w nim ennisowskich "wartości pozytywnych", znanych z innych jego komiksów. Nie ma tu honoru nie pozwalającego na złamanie raz danego słowa, nie pojawia się wątek prawdziwie męskiej, szorstkiej przyjaźni, której nic nie może zburzyć. Nie ma wreszcie miłości, potrafiącej przezwyciężyć dosłownie wszystko. Jest tylko dojmujące cierpienie, nastrój beznadziei i koszmar wojny, który zamienia ofiary w katów.

wtorek, 29 czerwca 2010

#488 - Iron Man: Pięć Koszmarów

Mucha Comics nieco spóźniła się z wydaniem komiksowego albumu, który miał uszczknąć z powodzenia filmowej adaptacji przygód Iron Mana. Kiedy kontynuacja kasowego hitu Marvela powoli zaczyna schodzić z ekranów i wszyscy zaczynają ekscytować się zbliżającymi się projektami ("Thorem" i "Green Lanternem"), na księgarskich półkach zameldował się "Iron Man: Pięć koszmarów" autorstwa Matta Fractiona (scenariusz) i Salvadora Larrocy (rysunki).Oprócz tego, że jest playboyem, milionerem, superbohaterem i do niedawna szefuje największej organizacji militarnej na świecie, Tony Stark jest przede wszystkim genialnym wynalazcą. Czerwono-złota zbroja Iron Mana stanowi najlepszy dowód jego niezwykłego talentu. Cały świat może odetchnąć z ulgą, mając prezesa Stark Enterprises stojącego po stronie "tych dobrych". Jak każdy szanujący się kapitalista i miłośnik wolności, Tony stoi na straży międzynarodowego porządku i demokracji, przy okazji zarabiając krocie. Niestety, nie ten porządek nie wszystkim się podoba. Taką osobą jest Ezekiel Stane, syn Obadiaha Stane'a, zaciekłego wroga Iron Mana. Żądny zemsty, zrobi wszystko by doprowadzić Tony'ego Starka do upadku.

Scenarzysta Matt Fraction jest obecnie bardzo hołubiony w Marvelu. Dom Pomysłów oddał w jego ręce kilka serii z absolutnego topu. Wciąż pisze ciągle "gorącego" "Invincible Iron Mana" i flagowy miesięcznik z mutantami w roli głównej, czyli "Uncanny X-Men". Wkrótce przejmie "Thora", który czeka właśnie na swoją kinową adaptację, planowaną na maj przyszłego roku. Nie wiem, co widzą w Fractionie redaktorzy i krytycy, którzy nagrodzili jego pracę nad "Żelaźniakiem" prestiżową nagrodę Eisnera. "Pięć Koszmarów" nie porywa. To kolejna, masowo tłoczona, choć sprawnie napisana historia z superherosem w trykocie, a właściwie w futurystycznej zbroi, w roli głównej. Nie rozgrzewa miłośnika amerykańskie pulpy tak dobrze, jak choćby "Extremis", będący odświeżonym originem Tony'ego Starka pióra znakomitego Warrena Ellisa. Nota bene Fraction nie wykorzystał możliwości, jakie niesie ze sobą najnowsza wersja wdzianka Iron Mana, którą teraz trudno nazwać zwykłym pancerzem. Tony jest z nią połączony na poziomie genetycznym i zapewnia mu ona szereg przeróżnych możliwości. Zresztą, co tam zbroja, skoro Fraction nie pokusił się na wykorzystanie potencjału tkwiącego w samym Iron Manie.

Tony Stark w wykonaniu Matta Fractiona nie jest tym samym rozkosznym łobuziakiem granym na ekranie przez Roberta Downey'a Jra, którego pokochały tłumy. W niczym też nie przypomina zdeterminowanego oportunisty z lekko despotycznym rysem, gotowego poświęcić wszystko i każdego, by tylko osiągnąć upragniony cel, znanym między innymi z "Civil War". A tamta kreacja powinna najbardziej rzutować na "Pięć Koszmarów", które rozgrywają się już po wydarzeniach związanych w wielkim rozłamem wśród marvelowych super-herosów. Iron Man był głównym orędownikiem idei usankcjonowania działalności super-herosów i oddania ich pod rządową kuratelę. Jego argumentom trudno było momentami odmówić racji, a jego działaniom skuteczności. Na "Wojnie Domowej" wyszedł najlepiej – stanął na czele S.H.I.E.L.D., międzynarodowej organizacji szpiegowskiej pilnującej porządku na świecie, a jego korporacje podpisały miliardowe kontrakty na dostawy najnowocześniejszego sprzętu dla wojska i innych organizacji militarnych. Ale przede wszystkim stał się interesującą postacią. Stark pod piórem między innymi Marka Millara, J. Micheala Straczynskiego i Briana M. Bendisa ewoluował w zdecydowanie najciekawszą postać Domu Pomysłów na początku XXI wieku. Fraction potrafił zrobić z niego zwykłego, papierowego herosa, który rozpacza z powodu kilku skradzionych gadżetów.
Salvadora Larrocę polscy czytelnicy mogą pamiętać z albumu "Heroes Reborn", wydanego swego czasu przez wydawnictwo TM-Semic. Jego prace z tamtego czasu charakteryzowały się dużym dynamizmem i widocznymi mangowymi wpływami, wówczas dość modnymi w amerykańskim mainstreamie. Od tamtego czasu pochodzący z Hiszpanii autor zwrócił się w stronę komiksowego realizmu. Z początku wychodziło mu to całkiem nieźle, czego najlepszym (i chyba szczytowym osiągnięciem) dowodem byli "X-Treme X-Men". Niestety, oprawa graficzna w "Pięciu koszmarach" prezentuje się słabo. O ile błyszczące zbroje i dynamiczne pojedynki wyglądają w porządku, o tyle Larroca nadużywa komputerowych efektów, szczególnie rysując twarze. Lica bohaterów wyglądają jak nienaturalnie wycieniowane ziemniaki, a nie ludzkie oblicza. Mimika leży, czasem nie sposób rozpoznać rasy danej postaci, nie mówiąc już o emocjach. Znakomitych rysowników za Oceanem jest dosłownie na pęczki i trudno wyróżniać wśród nich kogoś, kto robi takie błędy.

Jeśli idzie o polską wersję to wszystko zdaje się być w najlepszym porządku. Do grubego papieru i twardej okładki duńska oficyna zdążyła już nas przyzwyczaić (i każe sobie za to słono płacić), ale jakoś tłumaczenie często pozostawiało sporo do życzenia. Przekładowi Sidorkiewicza bardzo trudno jest coś zarzucić, a wyłapywanie literówek idzie jak grudzie. Nawet to, że Tony jest Naczelnikiem S.H.I.E.L.D., a nie Dyrektorem (w oryginale stoi "Director"), jest bardzo sprawnie umotywowane.

"Iron Man: Pięć koszmarów" powinno zaspokoić głód czytelników tęskniących za przygodami amerykańskich superbohaterów. Wytrawnym daniem komiks Fractiona i Larrocy nie jest, ale można się nim zapchać. Tematyka z pewnością wynagrodzi im pewne braki i niedociągnięcia, które mogą być nie do przeskoczenia dla innych czytelników. No, jeśli tylko przeżyją tą fatalną oprawę graficzną, powinni być usatysfakcjonowani.

piątek, 25 czerwca 2010

#487 - Kartonowi sponsorzy

Zgodnie z tradycją w każdym numerze "Kartonu", na ostatniej stronie publikowany jest "komiks sponsorski". Twórcom, pracującym w pocie czoła po godzinach pracy, zapewnia to dodatkowy zastrzyk gotówki. "Sponsorom" - reklamę, prestiż i pewnie jakąś perwersyjną przyjemność, że ich "produkt" może pochwalić się taką, dość ciekawą, formą promocji. W trzecim numerze magazynu kultury kartonowej ukazał się jednostronnicowy szorciak, którego zbiorowym bohaterem są Kolorowe Zeszyty i jego redaktorzy, wówczas w sile czterech sztuk. Można powiedzieć, że staneliśmy po drugiej stronie kadru - z czytelników, staliśmy się prawdziwymi bohaterami komiksowymi! Zapraszamy do lektury!

środa, 23 czerwca 2010

#486 - Karton 4

Podczas ubiegłorocznej BeeFKi jedną z ciekawszych informacji, która "wyciekła" podczas imprezy, była zapowiedź nowego magazynu komiksowego o nazwie "Karton", który miał być pierwszą od czasu "Produktu" tego typu profesjonalną i cykliczną publikacją. Równo rok później, jedną z premier Bałtyckiego Festiwalu Komiksu będzie czwarty numer magazynu prowadzonego przez Piotra Nowackiego, Bartosza Sztybora i Tomka Pastuszkę i tym samym dobry to moment do podsumowania tej prawie rocznej (pierwszy numer miał premierę we wrześniu) obecności "kwartalnika kultury kartonowej" na naszym rynku (tudzież w świadomości czytelników).

Patrząc po nazwiskach osób zaangażowanych w "Karton" spodziewałem się mocnego uderzenia od samego początku - co jak co, ale trio ojców założycieli, bracia Surma, Karol Kalinowski czy Marek Lachowicz powinni gwarantować dobrą zabawę od pierwszej do ostatniej strony. W przypadku debiutu i numeru drugiego jednak tak nie było (przynajmniej w moim przypadku). O ile przy pierwszym "Kartonie" mógłbym to tłumaczyć niezaznajomieniem z bohaterami i seriami, o tyle w przypadku "dwójki" powinno być już nieco lepiej. A cały czas nie było, czemu "przysłużył" się również długi (prawie półroczny) okres oczekiwania na kontynuację przygód Flitlicza i całej reszty kartonowych bohaterów.

Zawiedzeni kibice z mniejszą werwą dmuchali w wuwuzele i z lekkim niepokojem czekali na "drugą połowę" w której dream-team powinien w końcu strzelać gole.

I zaczął! Trzeci "Karton" był co najmniej o klasę lepszy od poprzedników (o czym pisałem już w kwietniowej recenzji) - z ławki rezerwowych wyskoczył nagle przesympatyczny jednorożec Rubino (autorstwa Patricio Didlo), a "Cyberdetektywi z kosmosu" (duetu Szymkiewicz/Łazowski) bez problemu rozmontowali ponurą obronę przeciwnika, zostawiając na jej obliczu sporej wielkości uśmiech. O świetnej okładce (Jakub Tschierse), "Ćmach" (Tomasza Pastuszki) i bardzo dobrym występie Człowieka Paroovki (Marka Lachowicza) wspominać nie będę - KCTW (Kto Czytał, Ten Wie). Po dwóch miesiącach przyszedł czas na numer czwarty, który swoją premierę będzie miał właśnie na zbliżającej się beefce. Przechodząc z terminologii piłkarskiej w muzyczną - o klasie zespołu można się ponoć przekonać dopiero przy czwartej płycie. O ile debiut, drugi album czy nawet trzeci mogą być nie wiadomo jak dobre, o tyle właśnie po czwartej pozycji w dyskografii można stwierdzić, czy wcześniejsze były "chwilowym" wybrykiem czy też dany band ma rzeczywiście pomysł na swoją twórczość.

Od razu zdradzę, że kartonowa ekipa jak najbardziej te pomysły ma. Czwarty numer jest równie dobry, jak nie lepszy od swojego kwietniowego poprzednika!Dla wszystkich znanych z poprzednich numerów serii znalazło się miejsce również w najnowszej odsłonie magazynu. Marek Lachowicz, wspomagany w szarościach przez Tomka Kuczmę, zaprezentował kolejny epizod z życia psotnej "Grand Bandy" i przy okazji po raz kolejny pokazał, kto znajduje się w czołówce polskiego cartoonu. "Ćmy" Tomasza Pastuszki zaliczyły nieco spokojniejsze chwile, co nie znaczy, że obyło się bez śmiechu - najnowszy epizod, chwalonej chociażby przez Tomasza Pstrągowskiego serii, spotkał się u mnie z najbardziej entuzjastyczną reakcją. Ciężko powiedzieć coś konkretnego o nowym odcinku innej serii do której scenariusz napisał Asu, bowiem "Flatties" tym razem zajmuje tylko jedną planszę. Acz na rysunki Ewy Juszczyk zawsze miło się patrzy. Coraz lepiej radzi sobie wspomniany już Flitlicz i reszta kompanów, która w kolejnym epizodzie "Byle do piątku trzynastego" musi poradzić sobie z wydarzeniami z poprzedniej części. A sądząc po ostatniej stronie serii Bartosza Sztybora i Piotrka Nowackiego na horyzoncie czają się kolejne problemy (z Domatorem i jego nowym wyglądem w roli głównej). Po poszukiwaniu złodzieja obrazu, "Cyberdetektywi z kosmosu" stają przed kolejnym zadaniem - tym razem muszą sprawdzić czy pewien jegomość zdradza swoją żonę. Jako że obserwacja to dosyć żmudna i nieciekawa sprawa, to bohaterzy próbują wypełnić sobie czas przyjemniejszymi rzeczami - jednak cały czas zachowując czujność i uwagę. Kolejny epizod komiksu twórców odpowiedzialnych za "Hell Hotel" to taka futurystyczna wersja przygód Pierre'a Dragona ("RG: Rijad nad Sekwaną") pokazująca, że praca detektywa nie jest tak obfita w adrenalinę jak można by się tego spodziewać. W przypadku "168" Marcina Surmy nadal niezbyt wiele wiadomo i domyślam się, że cała zagadka zostanie rozwiązana dopiero w ostatnim epizodzie, po którym to będzie można właściwie ocenić całą serię. Gwiazdą numeru, podobnie jak w poprzednim numerze, jest widniejący również na okładce "Rubino" za którego przygody odpowiada niejaki Patricio Didlo. Tym razem na czytelników czeka aż sześć epizodów jego perypetii - w tym spotkanie twarzą w twarz z trolem Karolem, czy... własnym bratem! A jak wiadomo z komiksów (i nie tylko), nagłe pojawienie się takiej persony musi oznaczać jeszcze większe niż zwykle kłopoty. Szczególnie, jeśli brat ów uznany był za zmarłego! Przy okazji rozkoszny jednorożec potwierdza, że mógłby stanąć do pojedynku na bucowatość z samym WilQ'iem! A wynik nie musiałby być tak oczywisty jak to się wydaje.

Oprócz rzeczy dobrze już znanych czytelnikom "Kartonu", w środku numeru czwartego znajdują się także dwie nowości za których warstwę graficzną odpowiadają bracia Zych. Tomek (znany również jako Titos) wraz ze swoim imiennikiem, Tomaszem Kontnym, co numer, w kilku kadrach nowej serii "Robić nie ma komu" będą przedstawiać "zmagania pewnego człowieczka ze sprawdzaniem się w różnych zawodach". Na pierwszy ogień poszła fucha trenera psów. Drugi z braci Zych, Paweł, wraz z Karolem Konwerskim postanowili przedstawić losy trio Dejzi, Makrela i Promyczka, którzy są głównymi bohaterami "Nerdówka" - dosyć stereotypowo i niezbyt zaskakująco przedstawiającego losy twórców gier. Mimo tego, dobrze by było zobaczyć jeszcze ową trójkę w kolejnych numerach "Kartonu", chociaż przypisanie Konwerskiemu i Zychowi roli gości numeru oznacza raczej, że to jednorazowy wyskok. A szkoda.Oprócz tego w środku tradycyjnie znajduje się "Szczypta realizmu" za którą tym razem odpowiada Wojtek Stefaniec; Zuzanna Kochańska powraca z rubryką "Kar://Net" i prezentuje komiks "The Meek" Der-Shing Helmera; Karol Kalinowski prezentuje kolejną część "Wyjścia" - komiksu z życia wziętego, którego wszystkie epizody (oby jak najwięcej) za kilka lat z chęcią zobaczyłbym w osobnym wydawnictwie. Dwie ostatnie strony okładki to tradycyjnie komiks sponsorski, który tym razem jest komiksem-prezentem, oraz czwarta plansza "Diogenesa" Przemka Surmy, w której podobnie jak w "168" jego brata niezbyt wiele wiadomo ponad to, że jest ona półmetkiem komiksu.

W numerze zabrakło tym razem komiksowego występu gości z zagranicy, ale wspomniany "Nerdówek" bardzo dobrze wypełnia tę lukę. Jednak co swoi to swoi.

Dwa ostatnie numery "Kartonu" to zdecydowany progres jeśli chodzi zarówno o sam kształt magazynu, jak i serie w nim występujące. Widać, że twórcy za nie odpowiedzialni mają pomysły na zaskakiwanie swoich czytelników i w przypadku samych komiksów (w zasadzie z każdym odcinkiem coraz lepszych) i promocji samego magazynu/całej jego "otoczki". Przy pierwszym numerze sympatycznym doń dodatkiem była karta kolekcjonerska, a przy wystawie "Kartonowe ludziki" odbywającej się w Lorelei (z okazji Komiksowej Warszawy) można było dostać/zakupić piwo "Krew Vladymira" z etykietą autorstwa Tomka Pastuszki - niby drobiazgi, ale cieszą. Dużym plusem jest również strona magazynu na której pojawiają się wszelkie informacje kartonowe (i około kartonowe), a od jakiegoś czasu można na niej również podziwiać kolejne epizody (póki co dwa) z życia sympatycznego generała znanego z komiksów sponsorskich.

I pomyśleć, że tyle dobrego można dostać za piątaka.

wtorek, 22 czerwca 2010

#485 - "Lubię taki nieśmieszny humor" - wywiad z Marcinem "Kolcem" Podolcem

Bosman i Kapitan Sheer szturmem wzięli siedzibę redakcji Kolorowych Zeszytów. Swoimi pirackimi sposobami przymusili nas do zmiany wyglądu strony oraz przeprowadzenia wywiadu z Marcinem Podolcem, współscenarzystą i rysownikiem albumu, w którym te dwa sympatyczne szczury odgrywają główną rolę. Popularny Kolec opowiada nie tylko o pracy nad "Kapitanem Sheerem", który (przypominamy!) ukaże się 26 czerwca 2010 roku, na Bałtyckim Festiwalu Komiksu, ale i o wypalaniu się, przyszłych planach jak i koszykówce. Zapraszamy na wywiad!


Kolorowe Zeszyty: Skąd wziął się w Twoim życiu komiks? Od czego zaczynałeś?
Marcin Podolec: Rysowanie na poważnie zaczęło się w gimnazjum, kiedy założyłem bloga i dwa miesiące później narysowałem dziesięciostronicowy komiks o Piłsudskim. Zaproszono mnie do Warszawy, było z tym dużo zamieszania i ekscytacji, i teraz z sił rozpędu po tym pierwszym sukcesie już tak sobie rysuję od ponad trzech lat. Zaczynałem od uszu powyżej oczu, wielkich, rozpłaszczonych nosów i kolorów z photoshopowego próbnika. W 2008 roku Wojtek Birek powiedział, że wyrobię sobie własny styl pod koniec liceum. Stylu ciągle szukam, ale coś już się klaruje i jestem zadowolony z coraz większej ilości rzeczy.

Masz na koncie kilka triumfów w konkursach komiksowych. Powiedz, ile tych konkursów w ogóle było? Jest jakaś uniwersalna recepta na wygrywanie?
Właściwie wygrałem tylko jeden z konkursów, w których startowałem. A nawet w tym jednym jedynym było "coś ponad", czyli grand prix dla dziewczyny, która namalowała olejny portret Piłsudskiego. Oczywiście przyjemnie wygląda ta lista "wyróżnienie, drugie miejsce, drugie miejsce...", ale tkwi w tym jakiś niedosyt. Nie nagród, ale rozwoju, bo od razu czuję, że mogłem lepiej. Miesiąc-dwa temu skończyłem liceum z paskiem i kilkoma nagrodami, mimo to czuję się niesamowicie tępy. Tak samo miewam z konkursami. Ale polecam je, jako formę treningu, młodszym ode mnie komiksiarzom, bo powoli zaczynają się tacy ujawniać. I wkurza mnie, jak małe wsparcie dostają od środowiska.

Co masz na myśli mówiąc, że młodzi twórcy dostają małe wsparcie od środowiska? Chodzi o jakichś konkretnych twórców i brak jakichś konkretnych działań?
Znajomy wysłał do wydawcy swój komiks i długo czekał w napięciu na odpowiedź. Miał wszystko porządnie opracowane na miarę swoich możliwości, cieszył się na ten komiks, bo poświęcił mu trochę życia. Zapytałem wydawcy, czy dostał od niego materiały i otrzymałem odpowiedź, że postanowił "popierdolić" mojego znajomego. Kto ma mówić młodym rysownikom, co robią dobrze, a co źle? Goście na forach? Głupio było mi przekazać nawet, że "wydawca nie jest zainteresowany". Kurde, rzadko zdarza się, żeby ktoś w wieku 16-17 lat usiadł i narysował album od początku do końca. Myślę, że jeśli nie na wydanie (o wydaniu z zapłatą nie wspominając), autor, szczególnie tak młody, zasługuje przynajmniej na szeroki komentarz i szacunek. Ktoś w końcu (PSK?) powinien otworzyć dla młodych rysowników specjalny adres mailowy plus stronkę z tutorialami, informacjami o narzędziach, ogłoszeniami o konkursach, kontaktami do scenarzystów, którzy szukają współpracowników.
Może przejdziemy do "Kapitan Sheera"", bo o nim najbardziej chciałem z Tobą porozmawiać. Wydaje mi się, że jest to dość nietypowy komiks – niby cartoonowe jednoplanszówki, ale nie do końca humorystyczne, zabawne. A właściwie anty-humorystyczne...
Lubię taki, hm, nieśmieszny humor. Słyszałem już przez to, że te historyjki są nudne albo nie spuentowane jak należy. Zobaczymy, co wymyślą recenzenci. Liczę na dużo opinii po premierze, niekoniecznie muszą być one pozytywne. Ważne, by o komiksie mówiono i dyskutowano, niech każdy pisze, jak potrafi. Jeśli coś może mnie teraz zniechęcić do pracy, to przemilczenie "Kapitana Sheera".

… co w polskim bagienku komiksowym zdarza się dość często. Czy podczas pracy nad "Sheerem" miewałeś już jakieś chwile zwątpienia, dramatyczne spadki formy?
"Kapitan Sheer" to komiks, do którego jestem przywiązany bardziej, niż do innych. Nie miałem spadków formy, rysowałem chętnie, ale zdarzały się przerwy w tworzeniu. Przeważnie zajmowałem się wtedy jakimiś szortami na konkursy. Kiedy rysowałem szczury, wieczorami brałem zapas słodyczy, herbatkę i barykadowałem się w pokoju. W godzinę miałem gotowy tusz, w drugą cały odcinek. Najdłużej rysowałem "Labirynt" - trzy dni. Podczas rysowania nauczyłem się niemal całego "Mojego wydafcy" Kultu na pamięć. Czy wątpiłem? Nasz bohater był chętnie publikowany i zbierał właściwie same pochlebne recenzje, według mnie często nawet niezasłużenie i na wyrost. Nie licząc słabo przyjętego odcinka "Przystań" (obecnego w antologii "Bostońskie małżeństwa"), który w albumie jest jedynie ½ mojego zdania w podjętym temacie, jedyną konkretną krytyką, jaka spadła na Sheera, był głos Szymona Holcmana na Motywie Drogi. Myślę, że wydanie tego komiksu w Kulturze Gniewu to całkiem urocza puenta i odpowiedź na to, czy warto w ogóle wątpić.

No właśnie, Twoim właściwym debiutem będzie "Kapitan Sheer", wydany w oficynie publikującej prace Clowesa, Hornschemeiera, Tomine. W dodatku pojawił się on na stronie Top Shelf 2.0, słowem - zaczynasz z bardzo wysokiego pułapu. Jak się z tym czujesz? Co dalej - album dla Fantagraphics, seria dla Glenat?
Coraz częściej czuję się jak Pan Blaki w "O sławie". I mówię to z przymrużeniem oka z racji pełnej świadomości puenty tego epizodu.

Pytam o to także w kontekście tego, co powiedziałeś przedtem. Nie boisz się, że wymagania wobec "Kapitana Sheera" będą mocno wyśrubowane z różnych powodów? Przyznam, że ja mam bardzo duże oczekiwania po tym, co zobaczyłem. No i fetyszyzuje trochę KG, bo wiem, że Szymon Holcman i jego współpracownicy byle czego by nie wydali…
Wydaje mi się, że gdyby cały komiks był na takim poziomie, jak plansze publikowane w sieci, Kultura Gniewu nie wydałaby tego komiksu. Poważnie, najlepsze dopiero przed wami. Dziękuję w tym miejscu wszystkim, którzy wsparli nasz projekt gościnnymi rysunkami. Myślę, że wszystkie prace w galerii zrobią na was odpowiednie wrażenie.Nasz współredaktor z Kolorowych Zeszytów, Robert Wyrzykowski, anonsowany jest jako współscenarzysta. Powiedz, jak Ci się z nim współpracowało? Jak wyglądał Wasz podział obowiązków?
Robert maczał palce w jakiejś 1/4 scenariuszy (pisał własne lub pomagał przy moich), krytykował i wychwalał odcinki, które robiłem samodzielnie, pomógł w zdobywaniu guestartów do albumowej galerii i dzielnie tłumaczył odcinki na Top Shelf 2.0. To był mój pierwszy tak poważny projekt komiksowy, więc fakt, że mogłem mu pokazać każdy odcinek i pogadać o bohaterach, pozytywnie wpływał na mój komfort psychiczny. Zaprosiłem Roberta do współpracy, kiedy jeszcze nie przypuszczałem, że "Kapitan Sheer" będzie albumem. Mimo że miał teoretycznie dużo mniejszy wpływ na wygląd całości niż ja, nie wyobrażam sobie, by zabrakło go na okładce. Na pewno jeszcze zrobimy razem jakiś komiks, niekoniecznie nowego "Kapitana Sheera".

Parafrazując tytuł jednej z pierwszych antologii wydanej przez Kulturę Gniewu - "I co dalej z Kapitanem?" Czy planujecie pracę nad nowymi odcinkami "Kapitana Sheera", czy to już zamknięty rozdział?
To, czy powstanie nowy "Kapitan Sheer", uzależniam głównie od reakcji czytelników na pierwszą część. Chętnie wrócę do tych postaci, ale raczej przejdę na kilkustronicowe historie. Myślę, że dobry wynik sprzedaży tomu, który wyjdzie w czerwcu, będzie oznaczał zielone światło dla drugiej części. Gdyby jednak czytelnicy odrzucili szczury, mam już pomysły na kilka innych albumów. Zobaczymy, jak będzie z motywacją.

"Kapitan Sheer" to zaledwie początek. Co dalej, zatem? W jakim komiksowym kierunku zamierzasz udać się teraz?
Chciałbym pozbyć się niedojrzałości w kresce i dialogach. Zacząłem już rysowanie drugiego albumu, który tym razem piszę i rysuję w 100% samodzielnie. Znów będzie o beznadziei, ale w zupełnie innej formie. Tym razem bohaterami są ludzie (w "Kapitanie Sheerze" nawet nie pada słowo "człowiek"), a jeśli chodzi o warstwę formalną komiksu, jest on czarno-biały, gęsto kreskowany. Bardzo go lubię. Małe fragmenty z pola boju wrzucam co jakiś czas na bloga, ale nie cieszą się one szczególnym zainteresowaniem. Na szczęście osoby, którym podsyłałem kilka gotowych plansz wyrażały się o nich niesłychanie ciepło. Mam już 1/5 albumu.

Możesz już coś więcej na ten temat powiedzieć, czy jest na to jeszcze za wcześnie?
Mogę zdradzić, że w dedykacjach do "Kapitana Sheera" zawarliśmy z Robertem tytuł mojego nowego albumu.

Współpracowałeś do tej pory z wieloma komiksiarzami - zarówno jako rysownik i jako scenarzysta. Stworzyłeś też wiele komiksów w pojedynkę. Jakie wskazałbyś zalety i wady poszczególnych rozwiązań?
Tworzenie w duetach uczy pokory, nieraz zmusza do kadrowania innego, niż to, do którego przywykliśmy, narzuca upychanie tekstów tam, gdzie nam pasowałby niemy kadr. Nie wiem, gdzie byłbym teraz, gdyby nie kilka korekt do każdego komiksu, kiedy zaczynałem w 2007 roku rysować dla Roberta Wyrzykowskiego. Wada, która później często przestaje być wadą, to wpieprzanie się z rysowniczymi butami na teren scenarzystów. Osobiście robię tak bardzo często i przekręcam po swojemu to, co napisali inni. Później podziwiam ich cierpliwość, która jest w tym przypadku sumiennie wypracowaną zaletą. Nad kolejnymi albumami chcę pracować sam. Krótkie historie wolę robić w zespole.

Właśnie skończyłeś szkołę średnią i zdajesz na łódzką filmówkę. Jakie masz plany co do swojej przyszłości w bliższej i dalszej perspektywie? Jakie miejsce zajmuje w nich komiks? Chciałbyś zająć się nim "zawodowo"?
Jeśli dostanę się na animację, potraktuję ją jako źródło utrzymania, a komiksy będę robić takie, jakie chcę, a nie takie, które mi ktoś zleci. Myślę, że będzie to korzystne rozwiązanie. W to, że znajdę na wszystko czas, póki co nie wątpię. Jeśli nie dostanę się na animację, możliwe, że rzucę wszystko w cholerę.
Swoją przygodę z komiksem na poważnie zacząłeś bardzo wcześnie. Przed dwudziestką masz na koncie dwa albumy, szereg szorciaków i nieźle wyrobione nazwisko. Nie boisz się, że szybko się wypalisz, znudzisz się komiksem? Jest sporo komiksiarzy, którzy z różnych powodów rzucili w diabły tworzenie komiksów i trzymają się od nich z daleka…
Przez te trzy lata rysowania na poważnie wypaliłem się już kilka razy. Potrzebuję dużo bodźców z zewnątrz: lubię, kiedy ludzie mailują, zagadują na konwentach albo nabijają wejścia na bloga. Na pewno znów się wypalę, jeśli będę się brał za projekty, na które nie mam ochoty. Muszę nauczyć się selekcjonować pomysły i powinno być w porządku. Ostatnio czuję niemoc, kiedy rysuję poprawnie, ale nie zaskakuję sam siebie. Co ciekawe, podczas tworzenia 70 plansz "Kapitana Sheera" takiego problemu nie miałem ani razu.

I na zakończenie pytanie najważniejsze. Ja po zakończeniu każdego sezonu ocieram łzy patrząc na osiągnięcia New York Knicks i z coraz większym rozkrzewieniem wspominam dobre czasy zespołu z Madison Square Garden. Komu Ty kibicujesz i dlaczego?
Dawniej kibicowałem Milwaukee Bucks, bo mieli ohydne stroje. Byli fantastycznie kiczowaci i kiedy taki kiczowaty Michael Redd trafiał trójkę za trójką, było w tym coś mistycznego. Lubiłem też Los Angeles Clippers, ale prawie nigdy nie transmitowano ich meczy. Moim ulubionym zawodnikiem był świeżo wybrany w drafcie Dwight Howard. Sam nie gram już w kosza od trzech lat, więc aktualnie nie śledzę NBA tak jak kiedyś, nie mam ulubieńców, ale cieszę się, kiedy Gortat zagra dobry mecz.

poniedziałek, 21 czerwca 2010

#484 - Bałtycki Festiwal Komiksu 2010!

Już w najbliższy piątek w Gdańsku rozpocznie się trzecia edycja Bałtyckiego Festiwalu Komiksu, spadkobiercy GDAKa. Jak pewnie spore grono komiksiarzy pamięta, ubiegłoroczna nadmorska impreza była największą festiwalową niespodzianką, po zakończeniu której nie było końca zachwytom i gratulacjom. I nawet nie przychodzi mi do głowy, żeby w tym roku mogło być inaczej. Kolorowe Zeszyty również zawitają w gości do Neptuna, więc w następnym tygodniu można spodziewać się obszernej relacji z imprezy. A póki co zapraszam na kilka przed festiwalowych słów!

Podobnie jak w zeszłym roku główna cześć imprezy odbędzie się w budynku Wojewódzkiej i Miejskiej Biblioteki Publicznej im. Josepha Conrada-Korzeniowskiego (ul. Targ Rakowy 5/6), która znajduje się kilka minut drogi od Dworca Głównego PKP. Program imprezy został podzielony na dwie sale, dodatkowo wygospodarowano miejsce na giełdę komiksową oraz kącik dla dzieci (w zależności od pogody będzie to albo placyk przed biblioteką albo wnętrza budynku). Sądząc po zeszłorocznej edycji większość rozmów towarzyskich podczas trwających spotkań czy warsztatów będzie odbywać się przed biblioteką, bądź tajemniczym miejscem nazywanym "kwardatem TeO". Zanim jednak przestrzenie biblioteki zapełnią się w sobotę fanami komiksowej twórczości, to w piątek w Centrum Sztuki Współczesnej Łaźnia (ul. Jaskółcza 1; godzina 19.00) odbędzie się wernisaż wystawy "Pusty komiks" na której zostaną zaprezentowane prace Jacka Frąsia ("Glinno", "Stan", "Tragedyja Płocka"). Oprócz podziwiania prac urodzonego w Sieradzu artysty uczestnicy wernisażu będą mogli wziąć udział w happeningu, którego efektem ma być powstanie historii komiksowej, która zostanie włączona później do wystawy.

W tym roku do Gdańska przyjedzie trójka zagranicznych gości - Rutu Modan (autorka "Ran Wylotowych" wydanych w kwietniu przez Kulturę Gniewu), Olivier Schrauwen (autor "Mojego Syna", który będzie miał premierę właśnie na BFK) oraz znany już z zeszłego roku Yoshimasa Mizuo (producent m.in. "Ghost in the Shell"). Jeśli zaś chodzi o naszych rodzimych komiksiarzy to przede wszystkim będą to twórcy, których komiksy premierowo będzie można dostać na imprezie, czyli np. Marcin Podolec, Robert Wyrzykowski, January Misiak, Michał Śledziński jak również trzech ojców założycieli "Kartonu" - Piotr Nowacki, Tomasz Pastuszka i Bartosz Sztybor. Na pewno sporo rodzimych autorów pojawi się na BFK w rolach uczestników, więc łowcy autografów powinni być czujni!

Podobnie jak w zeszłym roku plan imprezy podam godzinowo, tak aby można było zobaczyć jakie atrakcje odbywają się w tym samym czasie i z czego będzie trzeba (niestety) zrezygnować. Sala pierwsza (główna) została zaznaczona na czerwono, sala druga przybrała kolor niebieski.

Sobota - 26 czerwca
9:00 - 9:30
Uroczyste otwarcie festiwalu

9:30 - 10:30
Mówić i pisać o komiksie - Czy warto rozmawiać o komiksie?
Od Rotmistrza Polonii do Kapitana Polski - historia superbohatera - Łukasz Kowalczuk

10:30 - 11:30
Spotkanie z wydawcami
Dynamizm w komiksie - Bartłomiej "Graphicus" Kuczyński

11:30 - 13:00
Spotkanie z Rutu Modan - autorką komiksu "Rany wylotowe"
Geeki w komiksie - Marta Tymińska i Paulina Szugalska (do 12:30)
Research w komiksie. Na co to komu i po co? - Karol "KRL" Kalinowski (do 13:30)

13:00 - 14:00
Różnorodność postaci w mandze i anime - Yoshimasa Mizuo producent "Ghost in the Shell"
Przepis na bohatera komiksu - Piotr "Jaszczu" Nowacki i Bartosz Sztybor (od 13:30 do 14:30)

14:00 - 14:30
Spotkanie z twórcami serii "Epizody z Auschwitz"

14:30 - 16:00
Spotkanie z Olivierem Schrauwenem - autorem "Mojego syna"
Alicja w Krainie Mangi - Joanna Zaremba-Penk (do 15:30)
Kolekcjonerzy - pasjonaci czy fanatycy? - Jacek "Ystad" Jastrzębski i Mateusz "TeO" Trąbiński vs. Łukasz "Arcz" Mazur (od 15:30 do 16:30)

16:00 - 16:30
Spotkanie z polskimi autorami nowości od kultury gniewu

16:30 - 17:15
Prezentacja Polskiego Stowarzyszenia Komiksowego (do 16:55)
Projekt Karton - spotkanie z redakcją i twórcami Kartonu (od 16:55 do 17:15)
Superbohater komiksowy jaki jest, jaki być musi? Charakterystyka typu postaci na przykładzie Likwidatora - Ryszard Dąbrowski

17:15 - 17:30
Rozdanie GDAK-ów, wyłonienie zwycięzców konkursu "Pasek w pomorskich klimatach"
Żaden festiwal z prawdziwego zdarzenia nie obędzie się bez wieczorno-nocnej imprezy integrującej. W Gdańsku odbędzie się ona w Klubie Odlot (Wały Jagiellońskie 2/4; budynek Lotu wejście od Targu Węglowego) i trwać będzie od 19:00 w sobotę do bladego niedzielnego rana. Pierwszeństwo do wejścia mają uczestnicy festiwalu, którzy wpuszczani będą na podstawie karty festiwalowej wydawanej wraz z informatorem na recepcji biblioteki. O godzinie 20:30 rozpoczną się również tradycyjne Bitwy Komiksowe - może i w tym roku uda się do nich nakłonić zagraniczne gwiazdy (w 2009 był to Guy Delisle i David Lloyd)?

Niedziela - 27 czerwca
10:00 - 11:00
Komiksowa interpretacja wiersza (część teoretyczna) - Daniel Chmielewski
Jak powstaje komiks historyczny? Na podstawie serii "Epizody z Auschwitz" - Michał Gałek i Arkadiusz Klimek

11:00 - 12:00
Zakręcony świat Scotta Pilgrima - Marcin Andrys
Komiksowa interpretacja wiersza (część warsztatowa) - Daniel Chmielewski

12:00 - 14:00
Wydaj się sam. Czyli od Internetu do offsetu - Tomasz Pastuszka (do 13:30)
Superbohater ery YouTube.com - Jakub Syty (od 13:30 do 14:00)
Ruch i animacja w sztuce komiksu - Filip Bąk (do 13:00)
Niekonwencjonalność w komiksie - Marcin Podolec i Robert Wyrzykowski (od 13:00 do 14:00)

14:00 - 15:00
Motywy religijne w komiksie - Przemysław Zawrotny
Strip - najkrótsza forma komiksowa - January Misiak
Tak jak wspomniałem we wstępie, komiksiarze posiadający pociechy, będą mogli je zostawić pod opieką podczas trwania spotkań i warsztatów - w sobotę w godzinach 9:30-16:30, a w niedzielę od 10:00 do 14:30. Jak zapowiadają organizatorzy "na najmłodszych będą czekały gry, zabawy, malowanie twarzy, nauka rysowania, konkursy z nagrodami oraz inne atrakcje". Warto również zwrócić uwagę na warsztaty komiksowe dla brzdąców, które poprowadzi znana rysowniczka Olga Wróbel. Odbędą się one w niedzielę o godzinie 11:00 - jako że ilość miejsc jest ograniczona, to aby wziąć w nich udział należy wysłać swoje zgłoszenie na maila (komiks[at]wbpg.org.pl).

W okolicach Bałtyckiego Festiwalu Komiksu ukaże się kilka bardzo ciekawie zapowiadających się nowości wydawniczych. Chociaż patrząc na listę premier, które widnieją na stronie imprezy muszę przyznać, że zdecydowana większość z nich powinna pojawić się na moich półkach. Od Egmontu będzie to na pewno kolejny tom "Miasta Grzechu" w twardej oprawie - serii, do której wydawnictwo wraca po dłuższej przerwie. U Kultury Gniewu warto zwrócić uwagę na... wszystkie cztery pozycje - "Niedoskonałości" Adriana Tomine, na które czeka spore grono fanów kadrów i dymków; domykający pierwszy sezon czwarty albumik "Wartości Rodzinnych" Śledzia; "Siedem tygodni" - albumowy debiut Januarego Misiaka, który póki co więcej publikował za granicą niż w naszym kraju, jak również debiut Marcina Podolca i Roberta Wyrzykowskiego w postaci papierowych (w końcu!) przygód Kapitana Sheera (którzy jak dobrze widać zaatakowali naszą stronę). Podobnie ma się rzecz z ofertą timofa - "Mój syn" Schrauwena chociażby pod względem graficznym zapowiada się niezwykle interesująco, a powracający po dłuższej nieobecności "Ziniol" przyniesie od dawna zapowiadane zmiany oraz jak zawsze sporą ilość dobrej publicystyki i komiksów. Warto zwrócić uwagę na dwa komiksy od współorganizatora imprezy, wydawnictwa Hanami - "Ikigami" będzie pierwszym tomem nowej serii, za którą odpowiada Motoro Mase i która traktuje o doręczycielu tzw. "zawiadomień o śmierci"; natomiast "Mój rok - wiosna" to pierwsza z czterech części komiksu o ośmioletniej dziewczynce z zespołem Downa przy której do współpracy zasiedli Jiro Taniguchi oraz Jean-David Morvan. O czwartym numerze magazynu "Karton" pisaliśmy nieco w ostatnim Komix-Expressie, a w najbliższych dniach poświęcimy mu też nieco miejsca w osobnym wpisie. Warto pamiętać o tym, że tylko podczas Bałtyckiego Festiwalu Komiksu podobnie jak w zeszłym roku do dostania będzie zestaw mini-albumów "Projekt 24" (każdy z nich powstał w ciągu 24 godzin) oraz drugi numer "Komiksowni" poświęconej twórczości legendarnego Janusza Christy - za te wydawnictwa odpowiada Pracownia Komiksowa!

I to z grubsza tyle jeśli chodzi o zbliżającą się wielkimi krokami BeeFKę! Ten tydzień poświęcamy na pisanie o około imprezowych sprawach (premierach komiksowych), a dni do piątkowego rozpoczęcia odmierzać będą stosowne grafiki (jak ta na początku wpisu).

W weekend widzimy się w Gdańsku i nie ma zmiłuj!

niedziela, 20 czerwca 2010

#483 - Trans-Atlantyk 93

Jeden z największych mistrzów amerykańskiego komiksu zmarł w zeszłym tygodniu. Al Williamson odszedł w spokoju 12 czerwca 2010 roku, w swoim domu rodzinnym, otoczony przez najbliższych. Dożył słusznego wieku 79 lat. W 1999 zdiagnozowano u niego chorobę Alzheimera. Urodził się 21 marca 1931 roku w Nowym Jorku, ale swoje dzieciństwo spędził w kraju ojca, Kolumbijczyka, w Bogocie. W wieku lat dwunastu na stałe przeniósł się do Stanów Zjednoczonych. Swoją karierę komiksową zaczął od edukacji w szkole Burne Hogarth's Cartoonists and Illustrators School, gdzie poznał Wally'ego Wooda (polski czytelnik może kojarzyć jego prace z essentiala "Daredevila" wydanego przez Mandragorę) i Roya Krenkela, swojego przyjaciela i mentora. Zaczynał jako ilustrator pulpowych opowieści z Tarzanem i Flashem Gordonem w rolach głównych. Współpracował z wieloma komiksowymi oficynami American Comics Group (AGC), Avon Publications, Fawcett Comics, Standard Comics, żeby wymienić tylko kilka. Wreszcie, w EC Comics wypłynął na szerokie wody. Publikował w legendarnych magazynach "Creepy" i "Eerie", współtworzył "Secret Agent X-9". W latach osiemdziesiątych na potrzeby wydawnictwa Marvel przygotował komiksową adaptację "Gwiezdnych Wojen", co ugruntowało jego pozycję na rynku i było prawdopodobnie łabędzim śpiewem. Później, zajmował się głównie tuszowaniem prac takich artystów, jak Mike Mignola, John Buscema, czy John Romita Jr., a w swojej karierze współpracował z innym niedawno zmarłym klasykiem światowego komiksu, Frankiem Frazettą. W swoim dorobku ma mnóstwo statuetek Eisnera, nagród Harvey'a i Alley Awards. Mieszkał w Pennsylvanii ze swoją żoną Coriną. Do inspiracji jego stylem przyznają się tacy twórcy, jak Steve Epting, Dave Gibons, Frank Cho czy Tony Harris. Al, spoczywaj w pokoju. (KO)

Pierwszego września komiksowe sklepy zaatakuje Science Dog, jedna z wielu kreacji Roberta Kirkmana, która co jakiś czas pojawiała się w jednej z najlepszych obecnie wychodzących serii superbohaterskich - "Invincible". "Science Dog" #1 zawierać będzie dwie 12-stronicowe historie, które wcześniej pojawiły się w #25 i #50 numerze "Niezwyciężonego" i których na próżno szukać w jakichkolwiek wydaniach zbiorczych tej serii. W środku znajdzie się oczywiście origin bohatera, jak również zostanie przedstawiony jego największy wróg, Walter. Co ciekawe, postać ta jest pierwszą postacią stworzoną przez Kirkmana wraz z Corey'em Walkerem, który jednocześnie jest rysownikiem przygód tego niezwykłego psa. Kolejnych dwóch części można się spodziewać przy jubileuszowych zeszytach serii "Invincible" - #75 (lipiec 2010) oraz #100 (coś około drugiej połowy 2012). Po przykładowe plansze, wypowiedzi twórców i inne ciekawostki zapraszam na bloga poświęconego nie tylko Niezwyciężonemu, ale również i innym herosom z kirkmanowego uniwersum! (ŁM)

Czy Deadpool może wystąpić w komiksie na poważnie, pozbawionym głupkowatych wstawek swojego głównego bohatera? Czteroczęściowa mini-seria "Deadpool: Pulp" spróbuje dać odpowiedz na to pytanie. Komiks autorstwa duetu scenarzystów Mike'a Bensona ("Wolverine: Chop Shop" i "Moon Knight") i Adama Glassa ("Luke Cage: Noir") oraz rysownika Laurence'a Campbella ("PunisherMAX", "Judge Dredd") będzie niekanoniczną opowieścią o zabójcy do wynajęcia. Tym razem "na serio". A jeśli pojawi się humor, to będzie to raczej ciężki, wisielczy dowcip. Akcja została umiejscowiona w ciężkich dla Ameryki latach pięćdziesiątych, kiedy Wade Wilson będzie miał do wykonania mnóstwo czarnej roboty dla swojego rządu. Zimna Wojna, kryzys kubański, polowania na czarownice, komunistyczni inwigilatorzy - zapowiada się bardzo napięty grafik. "Deadpool: Pulp" wpisuje się w tradycję marvelowych elseworldów spod znaku "Noir". Premierowy numer serii ukaże się w sierpniu. (KO)

Świat ledwo ochłonął po premierze sequela "Iron Mana", a Marvel już zaczyna nakręcać hype na swoją kolejną filmową superprodukcję. Dwa tygodnie temu zaprezentowano kostium nordyckiego boga gromów i błyskawic, a w zeszłym tygodniu zapowiedziano dwa tytuły, które przybliżą czytelnikom postać oryginalnego członka Avengers. We wrześniu ukaże się pięcioczęściowa mini-seria "Thor: First Thunder", która ma być nieco unowocześnionym originem tego bohatera. Jej autorami będą zdobywca nagrody Harvey'a, scenarzysta Bryan J.L. Glass ("Mice Templar") i rysownik Tan Eng Huat ("Doom Patrol", "Ghost Rider"). Drugą pozycję będzie "Thor: For Asgard", również mini-seria, lecz tym razem tylko dwuczęściowa. Historia będzie opowiadać o kolejnym starciu Thora z bogiem kłamstwa, Lokim. Skryptem zajmie się Robert Rodi ("Codename: Knockout", "Rogue"), a grafiką - Simone Bianchi ("Astonishing X-Men", "Green Lantern", "Wolverine: Origins"). Jak wiadomo piorun uderza trzy razy - na dokładkę również w sierpniu na półki sklepowe trafi one-shot z inną mieszkanką Asgardu, Valkyrią. Origin nowej członkini Secret Avengers napisze wspomniany Glass, a narysuje Phil Winslade ("Wonder Woman", "The Flash"). (KO)

Oprócz tego we wrześniu warto zwrócić uwagę na "Franken-Castle" #21 (Remender/Brereton) w którym - sądząc po okładce i opisie - do swojej człowieczej formy powróci w końcu Frank Castle, znany lepiej jako Punisher. Poćwiartowany jakiś czas temu przez Dakena, przygarnięty i złożony na nowo przez monstra różnej maści i po wykańczającej walce w Tokyo z synem Wolverine'a, musi teraz stawić czoła Elsie Bloodstone. Natomiast sam sprawca śmierci Franka, dostaje własną serię "Daken: Dark Wolverine" (Way/Liu/Camuncoli), jak również nowy kostium. W ślady swego syna częściowo pójdzie i jego bardzo znany ojciec, któremu po raz kolejny postanowiono rozpocząć nową serię. Za "Wolverine" odpowiadać będzie Jason Aaron (scenariusz) oraz Renato Guedes (rysunek). Jakby tego było mało, swój własny tytuł dostanie również kolejna postać z adamantowymi szponami, czyli X-23, żeński klon Logana. Czy są jeszcze jacyś podobni do tej trójki bohaterzy bez własnej serii? Chyba nie. Więc dalej - "Shadowland" trwać będzie w najlepsze, a u Petera Parkera rozpocznie się "Origin of the Species", po którym tradycyjnie "nic nie będzie takie samo"! (ŁM)

Wielbiciele staroszkolnych komiksów w klimatach science-fiction spod znaku Jacka Kirby'ego i Steve'a Ditko, powinni zwrócić uwagę na startującą w lipcu sześcioczęściową mini-serię "Strange Science Fantasy" z IDW Publishing. Prawie w całości będzie za nią odpowiedzialny Scott Morse, którego polscy czytelnicy mogą kojarzyć z wydanego niedawno zbioru "Hellboy: Opowieści niesamowite", w którym znalazł się również fenomenalny szorciak tego artysty. Pomysł na tego typu antologię, zabierającą czytelników do komiksowych lat 50-tych i 60-tych, powstał w głowie Scotta kilka lat temu. Swego czasu na jego blogu pojawiały się historie utrzymane właśnie w duchu Srebrnej Ery, które na jednym z konwentów Morse wydał w limitowanym nakładzie pięćdziesięciu egzemplarzy. Te same historie, po poprawkach, znajdą się w pierwszych dwóch numerach serii, a pozostałe cztery zeszyty zawierać będą premierowy materiał. Morse'owi delikatnie pomoże Paul Pope, który do każdego numeru dorzuci swoje "pięć groszy" w postaci jednej komiksowej planszy. Zapowiada się to co najmniej ciekawie. (ŁM)

We wrześniu scenarzysta David Hine ("District X", "Silent War", "Spawn") przejmuje stery w "Detective Comics". Wraz z rysownikiem Scottem McDanielem w numerze #867 (okładka jak zwykle znakomitego Dustina Nguyena) zainauguruje czteroczęściową sagę "Batman: Imposters". Historia rozpoczyna się w momencie, gdy z pozoru zwyczajni i porządni mieszkańcy Gotham zaczynają organizować jokerowe happeningi, szerząc obywatelski chaos dzięki nieco zmodyfikowanej mieszance gazu największego z przeciwników Mrocznego Rycerza. Kto za tym stoi, kim jest Imposter i co Batman zamierza z tym zrobić? Tego dowiemy się już wkrótce. Oprócz "DC", Hine będzie pisał również on-going "Azraela", którego przejmie po Fabianie Niciezie, z rysownikiem Guillemem Marchem. Tym samym będzie odpowiadał za spory kawałek bat-uniwersum. (KO)

Jeśli zaś chodzi o najnowsze zapowiedzi DC Comics to najważniejszym wydarzeniem wydaje się ostatni, szósty zeszyt serii "Batman: The Return of Bruce Wayne" w którym to jedyny i właściwy Człowiek Nietoperz, będzie się musiał jeszcze nieco natrudzić, żeby powrócić do teraźniejszości. Tym bardziej, że przydałby się on Dickowi Graysonowi i Damianowi Wayne'owi, czyli dwójce herosów, którzy obecnie noszą kostium Batmana oraz Robina. W szesnastym numerze serii "Batman and Robin" duet ten będzie musiał stawić czoła m.in. Jokerowi i Profesorowi Pygowi, a jeśli Bruce wyrobi się na czas to być może będzie miał szansę zobaczyć śmierć oryginalnego Robina! Takie atrakcje przygotował czytelnikom Grant Morrison, który na łamach "BaR" jeszcze przez kilka numerów zajmować się będzie Długouchym i spółką. W obliczu powrotu panicza Bruce'a do regularnego uniwersum, cała reszta wrześniowych wydarzeń wypada dosyć blado. (ŁM)

W 2002 roku na sklepowe półki trafił one-shot autorstwa Mike'a Mignoli o tytule "The Amazing Screw-On Head", który momentalnie przypadł do gustu czytelnikom, jak również krytykom, którzy uhonorowali go rok później Nagrodą Eisnera. Natomiast już niedługo, w ostatnią środę sierpnia zostanie wydana twardookładkowa reedycja ("The Amazing Screw-On Head and Other Curious Objects") w której oprócz tytułowej historii znajdą się inne - nagrodzona Eisnerem również w 2003 roku "The Magician and the Snake" (którą Mike stworzył wraz z córką) oraz prawie 50 stron innych, równie pokręconych opowieści, które nigdzie wcześniej nie były publikowane! Dla fanów Mignoli rzecz obowiązkowa!

"Geek Honey of the Week"
(dzisiaj zamiast postaci z kart komiksu, gościmy Christie z gry "Dead or Alive 4" w którą wcieliła się Yaya Han!)

sobota, 19 czerwca 2010

#482 - Komix Express 43

Powoli zbliżamy się do zakończenia komiksowego sezonu, trwającego tradycyjnie od łódzkiej eMeFKi, do gdańskiej BeeFki. Wydaje się, że w tym roku szeroko pojęci komiksiarze pospieszyli się z wakacjami. Rysownicy spokojnie (lub wręcz przeciwnie - jeśli chcą się wyrobić na nadmorski konwent) dłubią sobie przy swoich projektach. Wydawcy niecierpliwie wyczekują świeżo wydrukowanych komiksów z drukarni (zdążą, czy nie zdążą?), a komiksowi fani nie mają nawet siły narzekać na forach, że Egmont puści marniutki pakiet w lipcu. Ale wróć - na to akurat "polscy czytelnicy" zawszę mają chęci. Szeroko pojęci publicyści komiksowi również przygotowują się do zasłużonego odpoczynku, co widać po pustkach w moim rss'owym czytniku i wietrze szalejącym po serwisach. Nawet Motyw Drogi zapadł w wakacyjną hibernację. Widocznie ośmiornice nie lubią rekordowych upałów i kryją się w podwodnych głębinach. Pewnie i Kolorowe Zeszyty zażyją trochę wypoczynku w okresie wakacyjnym, choć tak naprawdę nie wiemy jeszcze jak będzie to wyglądało. Chyba zasłużyliśmy, prawda? Teksty i cykle z pewnością będą się pojawiały, ale nikt nie wie z jaką częstotliwością i w jakiej ilości. Możemy jedynie obiecać, że będziemy trzymali rękę na pulsie... (KO)

O najnowszym numerze "Kartonu" specjalnie dla Kolorowych Zeszytów opowiedział Piotrek Nowacki. "Czwarty numer stoi mocno pod znakiem jednorożca Rubino" - mówi popularny Jaszczu - "Ten najmilszy ze znanych bohaterów komiksowych wita Was już z okładki, a w środku zobaczycie aż 6 odcinków z jego przygodami. Zuzia Kochańska w kąciku Kar://Net zachęca do zapoznania się z webkomiksem "The Meek", w tekście okraszonym grafiką jego autora, Der-shing Helmera. Gośćmi numeru są Karol Konwerski i Paweł Zych. Niech to, co zaprezentują, pozostanie tajemnicą. Od Marka Lachowicza dostajemy nowego szorciaka z udziałem Grand Bandy, a reszta autorów kontynuuje swoje sztandarowe serie. Acha, na pokładzie kartonowej łajby witamy Tomka Zycha z serią stripów przedstawiającą zmagania pewnego człowieczka ze sprawdzaniem się w różnych zawodach. A grafikę do Szczypty Realizmu wykonał Wojtek Stefaniec. Ale jak wykonał i którego z bohaterów kartonowych serii wziął na swój znakomity warsztat, przekonacie się kupując czwóreczkę. Cena to wciąż jedynie pięć złotych polskich. Premiera (jak drukarz da radę) już na BFK!". Kolorowe Zeszyty zachęcają do kupna nowego "Kartonu", o którym jeszcze kilka słów napiszemy w najbliższym tygodniu! Natomiast na końcu dzisiejszego njusowania bonus w postaci okładki "czwóreczki" - po raz pierwszy w tej części galaktyki! (KO)

Egmont zaprezentował w ostatnich dniach swoje plany na miesiąc lipiec i trzeba przyznać, że jest to nadzwyczaj skromny pakiet. W jego skład wejdzie zaledwie pięć komiksów, z czego trzy - "Fantasy Komiks" (nr 4), "Star Wars Komiks" (nr 7/10) oraz "Gigant Poleca" (nr 8/10) - to pozycje typowo "kioskowe". Oprócz nich do sklepów trafi dwudziesty tom mangi "Miecz nieśmiertelnego" oraz kolejny, siódmy już album "Baśni" o podtytule "Arabskie noce (i dnie)" - oba będą mieć premierę 19 lipca. Co prawda poniżej zapowiedzi Egmontu widnieje dobrze znany dopisek "plany mogą ulec zmianie", ale nie sądzę, żeby w tym przypadku oznaczało to dodanie kilku pozycji do lipcowych premier. Siódmy miesiąc roku nigdy nie obfitował w nadmiar nowości ze strony wielkiego E., jednak patrząc na ostatnie lata, to oferta na lipiec 2010 prezentuje się wyjątkowo biednie. (ŁM)

Drugi album "Komiksowni", czyli gdańskiej pracowni komiksowej ujrzy światło dzienne na tegorocznej BeeFce. Będzie on w całości poświęcony zmarłemu Januszowi Chriście. Hołd ojcu Kajko i Kokosza oddadzą właściwie wszyscy rysownicy związani z pracownią, a więc: Wojciech Olszówka, Mateusz Skutnik, Łukasz Godlewski, Tomasz Mering, January Misiak, Jakub Babczyński, Igor Wolski, Łukasz Kowalczuk, Marek Regner, Zuzanna Dominak, Joanna Noga, Bogdan Ruksztełło-Kowalewski, oraz Jacek Frąś. Antologia, pomimo fatalnej okładki z tytułem wypisanym comic sansem, zapowiada się naprawdę ciekawie. Jak zapowiadają wydawcy, publikacja będzie dostępna tylko i wyłącznie na Bałtyckim Festiwalu Komiksu. (KO)

Organizatorzy trzeciej edycji JaponFestu (impreza odbędzie się w październiku, w Szczecinie), festiwalu kultury japońskiej ogłosili ogólnopolski konkurs komiksowy "Hai-Iro". Plebiscyt będzie podzielony na dwie kategorie - komiks "klasyczny" i manga. Tematem tego pierwszego ma być "Japończyk w Polsce", a drugiego - "Polak w Japonii". Uprzedzając potencjalnie wzburzenie niektórych, podział formalny na komiks i mangę, w tym przypadku wydaje mi się całkiem trafny. Oczywista sprawą jest, że komiks i manga to po prostu dwa terminy oznaczające to samo, a organizatorzy nigdzie nie twierdzą inaczej. Prawdą jest również, że istnieją pewne różnice w estetyce narracji obrazkowej rodem z Japonii, Francji cz Ameryki. Część z nich to stereotypy, które bardzo łatwo obalić, a część świadczy o pewnym regionalnym zróżnicowaniu komiksowej materii, które zresztą coraz bardziej się zaciera. Jestem bardzo ciekaw tego konkursu, bo mam nadzieję, że dojdzie do ciekawego zderzenia "zwykłego komiksu" i "mangi", które ma szansę uderzyć w dziwne uprzedzenia funkcjonujące w obu fandomach. (KO)

Dosłownie na dniach swoją premierą miał album "Joma: Krew & Sperma", kolejna undergroundowa produkcja Ojca Rene. Komiks można kupić na allegro, u jego autora. Nakład ściśle limitowany do 30 egzemplarzy. "Joma" wydana jest naprawdę solidnie, jak na wydawnictwo tego typu - kolorowa okładka, kredowy papier, format A5, w sumie 32 strony. Jak mówi Ojciec - "Tak teraz będą wyglądały moje komiksy". Tradycyjnie, rzecz kierowana jest do osób pełnoletnich, co nie znaczy dorosłych. Jak opisuje go autor: "Album jest w całości poświęcony postaci podstarzałego pracownika produkcji, który pragnie odmienić swoje życie, dodać mu więcej smaku. W momencie, kiedy wszystko zaczyna iść w dobrym kierunku, wraca jego mroczna przeszłość, a na jaw wychodzą zabójcze sekrety." Jak zapewnia Rene, każdy znajdzie w jego pracy coś ciekawego. A nad czym obecnie pracuje twórca "Wydupczonej Czarodziejki"? Nad jej kontynuacją! "Dla tych, którzy są ciekawi co będzie dalej wspomnę, iż pracuję nad parodią komiksu "Trzech Starców z Krainy Aran". Poznamy dalsze losy Rogala i Aakacji, ich zmagania w krainie Anal, którą władają "Obdarzeni"... Będzie kupa śmiechu, nie tylko dla fanów Rosińskiego i Van Hamme. Niewykluczone, że wcześniej ukaże się jeszcze jakiś zbiór chamskich dowcipów z Suckerem i jego przyjaciółmi". (KO)

W ostatnich dniach pojawiła się plotka, jakoby Empik w najbliższym czasie miał zrezygnować ze sprzedaży naszych umiłowanych komiksów. Wydawać by się mogło, że to jak najlepsza informacja, chociażby dlatego, że sieć ta (słynąca z narzucania niezwykle wysokich marż wydawcom) w głównej mierze obwiniana jest za takie a nie inne ceny komiksów. Jednak z drugiej strony to nadal Empik wydaje się dla "casualowych" czytelników jedynym miejscem, w którym mogą od czasu do czasu zaopatrzyć się w nowe kadry i dymki. Póki co specjalistyczne sklepy, których jest cały czas mało, nie stanowią poważnego zagrożenia dla tego prawie monopolisty księgarnianego. Poza tym, jego ewentualna rezygnacja z komiksów spowodowałaby zapewne spadek nakładów, co równocześnie wiązałoby się ze wzrostem cen. Na szczęście Monika Marianowicz (PR & Events Manager spółki Empik) dementuje owe plotki i zapewnia, że komiksy nadal będzie można znaleźć na empikowych półkach. Oby tylko nie była to dobra mina do złej gry. (ŁM)

Tylko u nas! Kartonowa okładka!
(rys. Jakub Tschierse)

piątek, 18 czerwca 2010

#481 - The Batmans: Track 45 - Mirosław Urbaniak

Rysownik dzisiejszego Batmana, Mirosław Urbaniak, to jeden z tych twórców, którzy są znani chyba lepiej zagranicą, niż w swojej ojczyźnie. Rysownik mieszkający w Warszawie ma już na swoim koncie dwie autorskie publikacje na rynku frankofońskim - "Doc Jackal & Miss Hype", które po wielu perturbacjach ukazało się w tym roku nakładem wydawnictwa Glenat. Natomiast wcześniej, w 2005 roku, ten sam edytor wydał "Un western dans la poche". Wypada mieć nadzieję, że to nie ostatnie prace Mirasa na obczyźnie. Urbaniak produkuje się również w trzech miejscach w sieci - na swoim blogu, opowiadając "polish jokes" i pokazując swoje ilustracje. (KO)Po dłuższym czasie bez prawidłowiej odpowiedzi z rozwiązaniem zagadki przybył Kazik, który wskazał Mirosława Urbaniaka jako autora najnowszego Batmana! Gratulujemy! Co prawda zwycięzca nie posiada konta na bloggerze, ale zakładam, że to to ten sam Kazik, który kilka tygodni temu odgadł innego Batmana i tym samym dopisuję drugi punkt na jego konto!

Podpowiedź: autor dzisiejszego Batmana to "internacjonał", znany bardziej z dokonań publikowanych za granicą, niż w naszej ojczyźnie.

Tych którzy tracą nadzieję na to, że komuś jeszcze uda się wyprzedzić Macieja Pałkę możemy pocieszyć, że nasza zabawa nie skończy się na 50. edycji! Jak na razie wygląda na to, że dobijemy przynajmniej do sześćdziesięciu Bat-muzykantów, więc nie ma co płakać, tylko zgadywać! A w przyszłym tygodniu jest wielce możliwe, że zrobimy małą przerwę i od Batmanów i od weekendowych cykli - "winowajcą" jest oczywiście Bałtycki Festiwal Komiksu, który od piątku do niedzieli trwać będzie w najlepsze. Ale póki co zapraszam do zgadywania! Twórca z Polski oczywiście. Do dzieła! (ŁM)

czwartek, 17 czerwca 2010

#480 - Jerzego Wróblewskiego przygoda z Marvelem

Jerzy Wróblewski to jedna z największych legend polskiego komiksu, z dokonaniami której zetknął się zapewne niemal każdy fan kadrów i dymków znad Wisły. Natomiast Maciej Jasiński to wielki znawca i entuzjasta twórczości bydgoskiego mistrza, który od dłuższego czasu pracuje nad pełną ciekawostek biografią "Jerzy Wróblewski - Mistrz z Bydgoszczy". Podczas tegorocznej Bydgoskiej Soboty z Komiksem i spotkania z BB Team wśród publiczności rozdawano jeden z rozdziałów powstającej książki, który w dużej części traktował o "romansie" Jerzego Wróblewskiego z wydawnictwem Marvel! Dzięki uprzejmości Macieja, jest nam niezmiernie miło móc Wam zaprezentować obszerny fragment rozdziału "Od Roda do Sasa" (przy czym my skupiamy się na Rodzie, a tytułowy Sas znajdzie się w samej książce). Życzymy miłej lektury!W 1981 roku Jerzy Wróblewski podjął próbę skontaktowania się z amerykańskim wydawnictwem Marvel. Przygotowywał się do tego od dłuższego czasu. Dokładnie analizował amerykańskie komiksy, które miał w swojej biblioteczce, a nawet wypisał sobie w notesie wszystkie wyrazy dźwiękonaśladowcze, które znalazł w tych publikacjach. Postanowił stworzyć komiks, który miałby zaprezentować próbkę jego umiejętności. Jako temat wybrał oczywiście ukochany western.

Plansza komiksu "The Return of Speedy Missile" oddająca doskonale charakter amerykańskiego stylu rysowania komiksów (J. Wróblewski – 1981 lub 1982 rok)

W notatniku rysownika przewija się wiele rożnych pomysłów na ten komiks. Zaczął od wymyślenia bohatera – samotnego jeźdźca Roda Calma (nazwisko wybrał zaglądając wcześniej do słownika – w notatkach można bowiem znaleźć obok Calm dopisek "spokojny" oraz jego fonetyczny zapis). W pierwszej wersji scenariusza Rod Calm ratował przed powieszeniem dwunastoletniego chłopca, kolejna wersja rozpoczynała się od strzelaniny między Rodem, a innym kowbojem (powstała nawet próbna plansza tego komiksu – zamieszczona poniżej). Wreszcie Wróblewski napisał scenariusz ośmiostronicowej historii, którą zatytułował "Nieznajomi przyjaciele Roda Calma". Historia była prosta: kowboj przybywa do miasteczka gdzieś na Dzikim Zachodzie, pomaga Indiankom, które są napastowane przez zbirów. Gdy jeździec opuszcza miasteczko, bandyci zastawiają na niego pułapkę, ale oto niespodzianie pomoc przychodzi ze strony Indian.

Próbna plansza komiksu "Nieznani przyjaciele Roda Calma" (J. Wróblewski – 1981 rok)

Osiem stron Wróblewski narysował w takim samym formacie, w jakim rysował "Kapitana Żbika" – nieco większym od A5. W dołączonym do oryginalnych plansz liście (który rysownik samodzielnie przetłumaczył na język angielski) możemy przeczytać "Ośmielam się wysłać Panu krótkie opowiadanie rysunkowe z zapytaniem, czy istnieje możliwość ewentualnego opublikowania go przez Pańskie Wydawnictwo. Jestem autorem wielu tego rodzaju opowieści publikowanych w Polsce. Te, które przesyłam, jest także mojego autorstwa (tekst i rysunki) ale nigdzie dotąd nie drukowane. Wykonałem je z myślą o Pańskim Wydawnictwie i byłbym wielce zaszczycony, gdyby zostało przez Pana zaakceptowane". Na potrzeby komiksu Wróblewski zaprojektował też winietę, ale nie była ona dołączona do przesyłki.

Z dzisiejszej perspektywy i stanu wiedzy o ówczesnym rynku amerykańskim, trudno się spodziewać, aby wydawnictwo Marvel wyraziło chęć opublikowania tej historii, gdyż koncentrowało się na swoich flagowych seriach superbohaterskich. Co więcej działalność wydawnictwa opierała się na rysownikach pracujących na miejscu w firmie, realizujących zaakceptowane wcześniej scenariusze. Dlatego też krótki komiks od rysownika z odległej, pozostającej za żelazną kurtyną Polski, nie stanowił materiału, który wydawnictwo Marvel mogło w jakikolwiek sposób zagospodarować. Prawda jednak jest taka, że wówczas naprawdę niewiele osób w Polsce wiedziało jak wygląda rynek komiksowy w Stanach Zjednoczonych, więc Jerzy Wróblewski zapewne przypuszczał, że działa on podobnie, co ten w Polsce.

Większe szanse więc można było wiązać z oceną stylu rysunków. Szkoda jednak, że Jerzy Wróblewski nie zdecydował się pokazać większej próbki swoich możliwości , napisać nieco więcej o swoim imponującym dorobku, a także dołączyć do przesyłki kilku egzemplarzy opublikowanych w Polsce komiksów lub chociażby "Relaxu".

Korespondencja z Polski trafiła na biurko Jima Shootera, ówczesnego redaktora naczelnego Marvel Comics. W 1981 roku Shooter był niezwykle zapracowany – otwierał kolejne serie, walczył o rynek, budował nowe sieci dystrybucji i został wybrany przez kapitułę Junior Chamber International jednym z sześciu Nowojorczyków roku za "wkład w odnowienie przemysłu komiksowego i pomoc Marvel Comics w osiągnięciu nowego szczytu sukcesu" . Kilka lat później Jim Shooter został wyrzucony z wydawnictwa Marvel między innymi za brak sukcesów w wyławianiu talentów komiksowych w Europie (na tym polu duże sukcesy odnosiło wydawnictwo DC). Po rozstaniu się z Marvelem Jim Shooter założył wydawnictwo Voyager Communications, które wydawało komiksy pod szyldem Vailant Comics. Dziś fanom komiksu kojarzy się ono z żenującymi fabułami i fatalnie rysowanymi komiksami, podobnie zresztą jak kolejne wydawnictwo Shootera – Defiant Comics.

Jednak w 1981 roku Jim Shooter dzielił i rządził w Marvelu. Więc gdy trafiły do niego plansze i krótki list rysownika z Polski, zapewne nie zagłębiał się specjalnie w analizowanie materiału i zlecił swojej asystentce napisanie standardowego w takich okolicznościach listu. Linda Grant informuje, że Jim zapoznał się z przesłanym komiksem, docenia zainteresowanie Marvelem, ale uważa, że przesłana historia nie jest odpowiednia dla wydawnictwa, dlatego też zwraca plansze i ma nadzieję, że znajdzie się inny chętny na ten komiks.

List z wydawnictwa Marvel z 18 listopada 1981 roku.

List z Marvela wysłany 18 listopada 1981 roku pocztą lotniczą, dotarł do Bydgoszczy na kilka dni przed wprowadzeniem Stanu Wojennego. Wróblewski na pewno nie był zadowolony z otrzymanej odpowiedzi. Liczył, że uda się nawiązać jakiś kontakt zagraniczny i w ten sposób uzyskać źródło dochodu w czasie, gdy skończyły się zlecenia po zamknięciu "Relaxu", dla którego Wróblewski zrezygnował wcześniej z pasków publikowanych w "Dzienniku Wieczornym".

Już po otrzymaniu odpowiedzi z wydawnictwa Marvel, rysownik postanowił stworzyć planszę w stylu Marvela, w której nawiązał do popularnej serii komiksowej "The Rawhide Kid". Oglądając ją dziś można sobie tylko wyobrazić jakie komiksy Wróblewski mógłby stworzyć dla amerykańskiego wydawnictwa, gdyby dostał wówczas szansę od Jima Shootera.

Zgodnie z sugestią Lindy Grant, Wróblewski postanowił znaleźć wydawcę dla tego komiksu. Udało się już po zniesieniu stanu wojennego. W listopadzie 1983 roku rysownik podpisał umowę z wydawnictwem Interpress. Komiks zmienił tytuł z "Nieznani przyjaciele Roda Calma" na "Przyjaciele Roda Taylora". Zeszyt miał się ukazać w bardzo nietypowym formacie 18x19 centymetrów, a wszystko to za sprawą profilu druku wydawnictwa. Otóż Interpress realizował druk z arkuszy dla kontrahentów zachodnich i z druku tego pozostawały szerokie ścinki dobrej jakości papieru. Dlatego na części przewidzianej do ścięcia dodrukowywano tytuły na rynek polski. W ten sposób na kredowy papier (co dla komiksu było absolutną nowością) załapał się tytuł "Przyjaciele Roda Taylora", a później np. seria "Doman" z rysunkami Andrzeja Nowakowskiego.

Aby dostosować się do nietypowego formatu, Wróblewski musiał porozcinać narysowane plansze, a także część z nich przerobić. Dorysował również początek historii, aby komiks liczył 23 plansze. W wydaniu Interpressu nietypowe było również było zrezygnowanie ze strony tytułowej – komiks zaczynał się na wewnętrznej stronie przedniej okładki, natomiast kończył na zewnętrznej stronie tylnej okładki. Komiks na kredowym papierze prezentował się znakomicie i nic dziwnego, że znaleźli się nabywcy na liczący 200 tysięcy egzemplarzy nakład, jaki ukazał się w 1984 roku.

Pięć lat później gdyńskie wydawnictwo Intercor postanowiło wznowić komiks. Wykorzystano materiały przygotowane dla Interpressu, jednak zmieniono format - tym razem było to 16,7x19 centymetrów, więc wszystkie plansze proporcjonalnie zmniejszono. Dołożono stronę tytułową, wewnętrzne strony okładek zostały białe, natomiast na białej tylnej okładce zamieszczono jedynie stopkę redakcyjną. Na zmniejszeniu formatu ucierpiała okładka, na której przycięto grunt pod kopytami konia, jak i jego ogon. Całość tym razem wydano na cienkim, wręcz przezroczystym papierze, przez co kolorystyka pozostawiała wiele do życzenia. Drugie wydanie "Przyjaciół Roda Taylora" ukazało się w wakacje 1989 roku, a Jerzy Wróblewski otrzymał za nie okrągły milion złotych, co niestety przy szalejącej hiperinflacji nie było w momencie otrzymania przekazu już dużą kwotą.

autor: Maciej Jasiński

środa, 16 czerwca 2010

#479 - Strefa komiksu: Artur Chochowski

Już od początkowych kadrów pierwszej historii ("W pogoni z Amy") widać, że Artur Chochowski jest niezwykle sprawnym komiksiarzem. Pewna, dynamiczna kreska, skróty perspektywiczne, które nie przynoszą wstydu swojemu autorowi i prawie wzorowe kadrowanie znamionują solidny warsztat, godny twórcy z krajowej pierwszej ligi. Ale zaraz – kim tak w ogóle ten Chochowski jest? Gdzie, na naszym stosunkowo małym rynku uchował się taki klejnocik?Jestem pewien, że dla wielu miłośników komiksu nazwisko Chochowskiego nic nie mówi. I nie ma im się co dziwić, bowiem nie jest to twórca szczególnie znany. Jego nazwiska próżno szukać na liście płac rodzimych zinów czy antologii wszelakiej maści. Do tej pory w bibliografii artysty, którego można kojarzyć z niszowym "Magazynem Fantastycznym", znajduje się niewiele pozycji. Kilka okładek ("Triumwirat: Mag", "Tod Robot: Re-animacja", "Antologia Science-Fiction"), parę krótszych historii (w "Likwidatorze" i "Antologii Komiksu Polskiego"). Na dobrą sprawę przekrojowe wydanie "Strefy Komiksu" poświęcone jego twórczości to pierwsza, poważna publikacja na jego koncie. To naprawdę bardzo niewiele, jak na twórcę z takim potencjałem.

Prace zebrane w tym tomiku stanowią naprawdę świetną wizytówkę dla swojego autora, którego wypada uznać za jednego z najciekawszych, rodzimych rysowników komiksowych. Rysunki Chochowskiego przypominają mi dokonania Śledzia z okresu pracy nad "Osiedlem Swoboda", tylko bardziej dojrzałe i dopracowane. W zależności od danej historii i jej entourage'u, artysta odpowiednio dostosowuje i modyfikuje swoją kreskę. W "Życiowej roli" i "Likwidatorze vs. siły inwazyjne", fabułach do skryptu Roberta Zaręby, jego styl jest bardziej drapieżny, satyryczny i zdeformowany, choć momentami przynoszący na myśl prace Tomasza Lwa Leśniaka, znanego z oprawy wizualnej do "Jeża Jerzego". W "Drągalu" (w roli scenarzysty znów występuje Zaręba) Chochowski zmierzył się z konwencją realistyczną i wyszedł z tej konfrontacji obronną ręką, momentami bardzo sprytnie maskując swoje braki.

Znacznie większe pole do popisu zapewnia mu bardziej "komiksowa" stylistyka, obecna w innym krótkim metrażu z uśmiechniętym eko-terrorystą w roli głównej. "Likwidatora i wykluczonych" Chochowski pociągnął wyczyszczoną kreską w odcieniach szarości, ciążącą ku klasycznemu, komiksowemu przerysowaniu. Efekt jest naprawdę piorunujący! Dla odmiany bardzo starannie wycieniowany i delikatnie pociągnięty tuszem "Krąg" (napisany przez Konrada Mizerę) prezentuje się tylko solidnie. Co ciekawe, Chochowski radzi sobie również z kolorem. Wśród takich prac najsłabiej prezentuje się "Stacja" (strasznie płaska), ale już "Anioły i potwory" oraz "Zajebiste" wyglądają bardzo fajnie.
Jak widać całkiem spory rozrzut stylistyczny udowadnia, że Artur Chochowski jest bardzo sprawnym i wszechstronnym rysownikiem. Niestety, z oprawą wizualną na wysokim poziomie nie idzie w parze jakość scenariuszy. Obok dwóch, typowych fabuł z "Likwidatorem", mamy bowiem "Drągala" pochodzącego z antologii "11/11 = Niepodległość". Dość miernie napisaną opowieść o Aleksandrze Młyńskim, akowskim bohaterze walczącym z radzieckim okupantem w okolicach Radomia. "Życiowa rola" to całkiem sympatyczny szorciak, choć nieco na siłę rozciągnięty, a resztę stanowią typowe wypełniacze będące albo zabawami z formą ("Zajebiste", "Krąg"), albo komiksowymi wprawkami, opartymi na jakimś koncepcie ("Stacja", "Anioły i potwory", "Superniezawodny Sześciostrzałowiec"). Tak naprawdę żadna z prac obecnych w antologii nie wyróżnia się niczym na tle innych. Irytują również drobne wpadki, jak znikająca bransoletka czy jedno niepotrzebne "warto" w pewnym dialogu. Takich niedopatrzeń jest całkiem sporo.

Antologia komiksów Artura Chochowskiego sprawdza się, jako znakomite portfolio dla swojego twórcy. Wypada go uznać, za jednego z najciekawszych rodzimych rysowników komiksowych, konsekwentnie promowanego przez Roberta Zarębę. To twórca, który ma wszystkie dane, aby błysnąć na rodzimej scenie i wypada tylko czekać, aż wpadnie w jego ręce jakiś solidny scenariusz. Natomiast jeśli idzie o "Strefę Komiksu" poświęconą jego twórczości, to jako zbiór komiksowych historyjek, wypada bardzo blado. Delikatnie mówiąc. Ci, którzy nastawiają się na ciekawą lekturę, mogą poczuć się srodze zawiedzeni.