piątek, 30 kwietnia 2010

#436 - The Batmans: Track 38 - Jarosław Kozłowski

Dzisiejszego muzycznego Batmana zawdzięczamy Jarkowi Kozłowskiemu. Na papierze, przewinął się w ostatnio w kilku zinach - w drugim numerze "RRY", w trzecim i piątym "Maszinie" oraz w drugim i trzecim numerze "Hardkorporacji". Rozstrzał tematyczny dość spory - od staroszkolnego undergroundu, przez mocno eksperymentalny i zakręcony projekt Tkachoza, aż po hard-core'owy magazin Szawła. Jego prace można znaleźć na blogu I.N.F.E.R.M.A., a wespół z Piotrem Szreniawskim (scenariusz) i Mikołajem Tkaczem (kolory) pracuje nad Multikulturowcami. Jarek, oprócz tego, że tworzy komiksu zajmuje się rysunkiem satyrycznym oraz ilustracją. Pochodzący z Parczewa rysownik jest studentem polonistyki na Uniwersytecie Marii Skłodowskiej-Curie w Lublinie. (KO)Dzisiejszego twórcę odgadł weteran naszej zabawy, Maciej Pałka, który na swoim koncie zgromadził już osiem punktów. Dla wydającego w tym roku reedycję "Laleczek" twórcy serdeczne gratulacje! A najnowszy punkt na jego koncie oddala go od reszty stawki - drugi w konkursie Wonder, ma równo o połowę punktów mniej. Czy ktoś jeszcze dogoni Macieja?

Dzisiaj, w przeciwieństwie do poprzedniego tygodnia, Batman nawiedza Kolorowe w piątek. Zeszłotygodniowa grafika przyniosła nieco problemów i ciekaw jestem jak będzie w przypadku dzisiejszego muzykanta. Powoli zbliżamy się do ostatniej prostej, z planowaną póki co metą na wydanie 50-te, ale czy wraz z tym jubileuszowym wydaniem zakończy się ta zabawa, to ciężko powiedzieć. Na razie jednak zapraszamy do odgadywania twórcy dzisiejszego Batmana, którego fragment widoczny jest po prawej stronie! (ŁM)

czwartek, 29 kwietnia 2010

#435 - O "Kick-Ass - The Movie" na dwa głosy

Premiera filmowego "Kick-Assa" już dawno za nami. Jutro do kin wchodzi kolejna okazja do posprzeczania się o rzeczy "mało istotne", czyli "Iron Man 2". Jednak za nim to nastąpi, pozwólcie, że dzisiaj podzielimy się z Wami naszymi wrażeniami na temat filmu, który "groził", że skopie nam tyłki. Czy udał mu się ten wyczyn? Na te pytanie odpowiemy z perspektywy osoby czytającej komiks, oraz takiej, która przed seansem nie zaznajomiła się z oryginałem.
Zapraszamy!

(spoiler warning!)

Robert "okiem tego, który komiksu nie czytał" Wyrzykowski:

Nie czytałem komiksu Millara i Romity Jr. Słyszałem o nim, jednak historia fana komiksów, który pod wpływem lektur kolorowych zeszytów przywdziewa strój bohatera i zabawia się w lokalnego vigilante jakoś zupełnie nie przekonała mnie, by sprowadzać trade'y ze Stanów. Na film jednak poszedłem, nie wiem na ile wierny pozostał on komiksowemu oryginałowi. Nie mnie to oceniać, niech Janusz to osądzi, ja przyjąłem ten obraz na świeżo.

I mam mieszane uczucia. Uwaga, mogę tu trochę spoilerować.

"Kick-Ass" to produkcja, która może się podobać, naprawdę. Wartka akcja, krwawe pojedynki z latającymi kończynami, momenty na długo zapadające w pamięć - tak, to wszystko robi kolosalne wrażenie. Mnie co prawda trochę irytował miejscami chaotyczny montaż, ale łubudu było zacne, nie powiem. No i cała masa nawiązań do popkultury starszej czy nowszej, chociażby siekanie mafiosów w takt czołówki dziecięcego show "The Banana Splits", motywu muzycznego z "Za garść dolarów" czy też piosenki "Bad Reputation" (która towarzyszyła bijatyce w pierwszym "Shreku"). Nie wspominając już o samych komiksikach, przecież Lizewski/Kick-Ass totalnie przypomina Petera Parkera/Spider-mana, zaś Big Daddy (czy tylko mnie to imię i rola, którą przyszło mu pełnić w filmie, kojarzy się z "Bioshockiem"?) to taki Punisher w kostiumie a la Batman. No i Myspace, Youtube, Losty itd. - ten film jest mocno osadzony w dzisiejszej rzeczywistości i to właśnie jest w nim całkiem fajne - chociaż może niekoniecznie unikalne.

Tyle że często przy omawianiu "Kick-Ass" pada takie określenie jak "Watchmen 2.0". I to jest chyba stwierdzenie trochę na wyrost. Znaczy, reżyser pewnie by tak chciał, żeby tak było, przy okazji dostarczając każdemu, co dla niego miłe. Fanom kina nastolatkowego dał Lizewskiego i jego uczuciowe rozterki, miłośnikom niczym nieskrępowanej siekaniny - Hit-Girl z tatusiem, intelektualistom komiksu - rozważania nt. istoty samozwańczego superbohaterstwa w świecie globalnej wioski.

No i spoko. Tylko że ja właśnie tego nie do końca kupuję.

Mam wrażenie, że z tego obrazu dałoby się  wykroić dwa wcale dobre, ale oddzielne filmy. Realistyczną opowieść o życiu Lizewskiego, studium geeka z kompleksami, który daje upust własnym marzeniom i fantazjom, co kończy się bolesnym zderzeniem z rzeczywistością. Oraz absurdalnie i cudownie przerysowaną historię Hit-Girl i Big Daddy'ego, perfekcyjnie zrealizowaną, zaskakującą, bulwersującą - i gwarantującą półtorej godziny nieskrępowanej zabawy. I to byłoby dobre. W tym filmie bowiem bolesny realizm zderza się z komiksowym przerysowaniem, przez co film traci zarówno na wiarygodności jak i na spektakularności. 

Irytowały mnie też różne drobiazgi fabularne, zwłaszcza upraszczanie pewnych kwestii przy pozornej dbałości o ogólny realizm tej części historii, która dotyczy Lizewskiego. Ot, na przykład - pierwszą akcję Kick-Ass o mało co nie przypłaca życiem, z drugiej wychodzi zwycięsko głównie dzięki temu, że bandziory koniec końców odpuściły dalszą potyczkę (na trzecią lepiej spuścić zasłonę miłosierdzia, bo gdyby nie Hit-Girl, to skończyłaby się zabawa w zamaskowanego mściciela). W międzyczasie większą dbałość przykłada do pimpowania własnego profilu na Myspace niż chociażby do zadbania o porządne ochraniacze. OK, w porządku, jest zderzenie mitu superbohatera z możliwościami totalnego przeciętniaka, lubię to. Po czym... w ciągu paru dni po drugiej walce rozkręca się totalne szaleństwo - sklepy są zalane przez komiksy, koszulki, kompletne kostiumy, figurki; zaś media szeroko informujące o sprawie. Wszystko dzięki jednemu filmikowi na Youtube! W rzeczywistości, w najlepszy wypadku Kick-Ass dorobiłby się może kilkudziesięciu-kilkuset parodii na 4chanie i tyle. Nie przekonuje również moment, gdy wciąż jeszcze przyszła dziewczyna Lizewskiego bardzo łatwo przechodzi do porządku dziennego po jego zaskakujących wyznaniach (i zakradnięciu się do jej domu) - w końcu w tym momencie miasto roi się od pomyleńców przechadzających się w kostiumie Kick-Assa, tak jak ten nieszczęśnik zamordowany na ulicy przez ojca Red Mista.


Mam wrażenie, że autorzy zapragnęli wrzucić do jednego kotła wszystko, co geekowi miłe (teen drama à la "Spider-man", sieka à la "Kill Bill", alternatywne spojrzenie na superhero à la "Watchmen" itd.), odpowiednio zmiksować i zaserwować odbiorcy wyborny koktajl. Tyle, że taki drink albo będzie miał intensywne bogactwo smaków, albo... wyjdzie zupełnie bez smaku. W moim przypadku większość tych przypraw akurat się zupełnie zneutralizowała, ale nie wątpię, że ktoś może po tym filmie mieć wyjątkowo pobudzone kubki smakowe.
Janusz "komiks mam już za sobą" Topolnicki:

Komiks Millara i Romity Juniora zaciekawił mnie zabawnym i bardzo współczesnym potraktowaniem superbohaterów, jako zjawiska. I choć po skończonej lekturze nie byłem tak zadowolony jak na samym początku, to nie mogę napisać, że "Kick-Ass" to zupełna porażka. Mam po prostu wrażenie, że Millar chciał powiedzieć za dużo, aniżeli pozwoliło mu na to osiem krótkich zeszytów, i przez to wyszło trochę śmiesznie a trochę strasznie. Jednak mimo wszystko idąc na filmową adaptację tego komiksu, miałem nadzieję na solidną, nieskrępowaną rozrywkę....

No i nie mogę zaprzeczyć, że jej nie otrzymałem. Kiedy wyłączyłem myślenie "gdzie w tym komiks?" i wygodnie rozsiadłem się w fotelu, to otrzymałem dynamiczny film akcji z komiksowymi elementami. Historia szybko nabiera tempa i pędzi w stronę napisów końcowych. Sceny w których człowiek zostaje "zastrzelony" wyrzutnią rakiet, a główny bohater leci nad miastem na jetpacku uzbrojonym w karabiny maszynowe mieszają się z fantazjami seksualnymi nastolatków oraz rozmowami o serialach i komiksach. Gdy dodamy do tego świetnie dobraną i zestrojoną z obrazem muzykę, oraz rewelacyjnego Christophera Mintz-Plasse (niezapomniany McLovin z "Supersamca" jako Red Mist) i niebezpiecznie czarującą Chloe Moretz (jako Hit-Girl), to otrzymamy film, który ogląda się jednym tchem.

Niestety wszystkie wysiłki aktorów i osób "zza kamery" blakną, kiedy zaczniemy porównywać film z komiksowym pierwowzorem. Ponieważ wtedy ciśnie się na usta jedno słowo - dlaczego? Dlaczego adaptacja komiksu nie ma z nim w gruncie rzeczy nic wspólnego? Bo przecież wykorzystanie głównego bohatera i kilku pomysłów z samej historii nie można nazwać przeniesieniem komiksu na duży ekran. Wszystkich tych zmian nie można nawet wytłumaczyć próbą uwspółcześnienia opowieści (co miało miejsce w filmowym "Watchmen" i zmianą "sprawcy" katastrofy w Nowym Jorku), ponieważ jedną z zalet komiksu jest właśnie jego aktualność. Najgorsze jednak jest to, że z przewrotnej historii Marka Millara o peleryniarzach i okresie dojrzewania, Matthew Vaughn zrobił standardowy film superbohaterski z elementami kolejnej komedii młodzieżowej, w której cichy nastolatek zdobywa na końcu swoją wymarzoną dziewczynę. Na domiar złego, robiąc z Big Daddy'ego zwyczajnego zamaskowanego mściciela oraz pozbawiając go jego "walizki", film stracił olbrzymi ładunek komiksowego geekowstwa i właściwie najważniejszą puentę całej opowieści.

Nie mogę zrozumieć dlaczego zdecydowano się na ekranizacje "Kick-Assa" skoro jest to zupełnie inna historia, a co ważniejsze o wiele słabsza od tej stworzonej przez Millara i Romitę. Dla nieznających komiksu i przy wyłączeniu myślenia, filmowy "Kick-Ass" może być niezobowiązującą rozrywką. Jednak Ci, którzy czytali komiks, przez większość czasu będą mieli problem z pozbyciem się natrętnej myśli "WTF?"....

środa, 28 kwietnia 2010

#434 - "Komiksowa Warszawa. Początek" HC vol.1

O Komiksowej Warszawie (23-25 kwietnia), która w miniony weekend ściągnęła do Stolicy Polski komiksiarzy z całej Polski napisano wiele. Relację dla Komiksomanii na żywo przeprowadził Tomasz Pstrągowski, tam też kilka godzin po zakończeniu festiwalu pojawiły się wszelkie nowości, które wyszły na światło dzienne podczas spotkania z wydawcami (z racji czego daruję sobie ich powtarzanie w tym miejscu). Swoje kilka słów o debiutującej imprezie napisał chociażby Maciej Pałka, Michał Śledziński, jak również Olga Wróbel, wzbogacając kilka zdań o materiał foto. Na forum gildii jak zawsze rozgorzała ciekawa/"ciekawa" dyskusja, a redaktorzy DC Multiverse pokusili się o żałosne kilka słów odnośnie do tego co zjedli i co obejrzeli w czasie imprezy. Pozytywnie popisał się za to fafkoolec z Miasta Fantastyki, który w swojej wyważonej relacji pokazał jak te kilka zdań o festiwalu powinno wyglądać. Zbyt wiele do opisywania mi nie zostało, ale i tak dodam swoje trzy grosze do pofestiwalowych wrażeń.

Komiksowa Warszawa zastąpiła na komiksowo-konwentowej mapie Polski mające długą tradycję Warszawskie Spotkania Komiksowe. Początkowo (jeśli dobrze kojarzę) miała być to konkurencyjna impreza, która w kolejnym etapie ewolucji miała szansę wesprzeć nowymi siłami wueske, aż ostatecznie została sama na polu boju jeśli chodzi o miasto Pani Syrenki, metra i PKiN. Organizatorem KW jest założone w zeszłym roku Polskie Stowarzyszenie Komiksowe, dla którego - o czym wypada wspomnieć - był to jak na razie najważniejszy sprawdzian. Oceniając festiwal należy też pamiętać, że pracowało przy nim spore grono osób, dla których był to też pierwsze, bądź jedno z pierwszych takich doświadczeń. I po trzecie i ostatnie - wydarzenia z ostatnich tygodni (żałoba narodowa, sympatyczny Eyjafjallajökull) znacznie skomplikowały, bądź też uniemożliwiły nawet (przyjazd Jeffa Lemire'a) niektóre z planów organizatorów. Mimo tego nieco asekuracyjnego podejścia, uważam, że następca WSK zadebiutował bardzo udanie.

To co odróżniło go od swojej dziewięcioletniej poprzedniczki to przede wszystkim około festiwalowa otoczka w postaci rozsianych po całej Warszawie wystaw komiksowych, jak również głównego gadżetu imprezy, czyli "Przewodnika po Warszawie" - 56 stronicowego, darmowego (!) albumiku, przy którym swoje palce maczało mnóstwo znanych komiksiarzy. Wyolbrzymieniem byłoby twierdzić, ze dzięki temu miasto "żyło" komiksem w ostatnich kilku dniach, jednak to wyjście poza festiwalowy budynek jest dobrym krokiem naprzód w przyciąganiu ludzi spoza środowiska, co przy umiejętnej ewolucji ma szansę w przyszłych edycjach odnieść znacznie większy sukces. To na co nie zwróciłem za bardzo uwagi na początku imprezy, czyli punkt informacyjny ("ukochane dziecko festiwalu" Olgi Wróbel) mieszczący się przy wejściu do CBA, okazał się bardzo przydatnym miejscem, przy którym wiele przybywających na imprezę osób zatrzymywało się i dostawało wszelkie wskazówki jak dostać się w konkretne miejsca budynku, czy na poszczególne punkty imprezy. Jeśli chodzi o siedzibę Komiksowej Warszawy to był nią wspomniany Centralny Basen Artystyczny, znajdujący się - tutaj sypię głowę popiołem przed Jarkiem Obważankiem, który wypomniał mi to przy zapowiedzi imprezy - w ścisłym centrum Stolicy Polski (ok. 15 minut piechotą z Metra Centrum). Co prawda budynek był nieco schowany, ale chętni zmierzający do niego od strony Alei Ujazdowskich, przez kilka sobotnich godzin byli kierowani na miejsce imprezy specjalnie dla tego przygotowanym przez Tomasza Pastuszkę bannerem (do momentu w którym "kierunkowskaz" nie znalazł się najprawdopodobniej w innym wymiarze). Sam obiekt okazał się strzałem w dziesiątkę - dobra sala na spotkania, do której w kilka sekund można było się dostać z przylegającego doń baru, dużo miejsca na giełdę, sympatyczne pomieszczenie na festiwalową wystawę. A dodatkowo nie trzeba było w amoku szukać odpowiedniego miejsca na afterparty, bo te miało miejsce również w Basenie.

Spotkanie z wydawcami. Od lewej: Maciej Pietrasik (Taurus Media/Mroja Press), Leszek Kaczanowski (Ongrys), Radosław Bolałek (Hanami), Bartek Biedrzycki (Dolna Półka), Joanna Kępińska (Egmont Polska), Paweł Sawicki (Mroja Press), Szymon Holcman (Kultura Gniewu) i Paweł Timofiejuk (timof comics)

Nieco kulał program imprezy, który pozbawiony obecności Jeffa Lemire'a prezentował się poprawnie, acz bez wielkich rewelacji. Coś na zasadzie "festiwalowej jazdy obowiązkowej" zawierającej tradycyjne spotkania z twórcami (m.in. Piotr Kowalski, Mateusz Skutnik, Paweł Kłudkiewicz, Maciej Łazowski i Bartek Szymkiewicz), panele dyskusyjne (Polscy twórcy za granicą, Kobiety i komiks) czy też spotkanie z wydawcami, które jest moim obowiązkowym punktem każdej imprezy. Zabrakło mi nieco czegoś ponad pogadanek prowadzącego z gośćmi (na przykład warsztatów komiksowych), ale z drugiej strony, to właśnie na Komiksowej Warszawie uczestniczyłem w największej liczbie spotkań podczas swej festiwalowej "kariery". Najciekawszym punktem programu był dla mnie ten poświęcony twórczości kobiet, który chyba jako jedyny wywołał dyskusję pomiędzy uczestniczkami, a słuchającymi, jak również doczekał się później komentarzy w komiksowej części polskiej sieci. A będąc dłuższą chwilę przed jego rozpoczęciem przy punkcie informacyjnym, miałem okazję spotkać kilka przedstawicielek płci pięknej, które pytały się o samo spotkanie i wyglądały na takie, które właśnie dla niego pofatygowały się do CBA. Ten fakt, jak i dyskusja, która wynikła na samym spotkaniu, może być wskazówką co do planowania punktów programu przy kolejnych edycjach. Najciekawszy moment ubiegłorocznej wueski, czyli bitwy komiksowe, znalazł się również w programie Komiksowej Warszawy. Jednak w wypadku tej edycji komiksowych pojedynków jeden na jeden można mieć sporo zastrzeżeń - niepotrzebne były przerwy pomiędzy bitwami (patrząc na to ile oglądających ubywało po każdej), niespecjalny był również pomysł na ich tematy (tutaj znacznie lepszy wydaje mi się system przyjęty przy okazji Flamastery vs. Majki, czyli ogólne tematy w stylu "herbata", a nie np. finałowe "walenie w basenie", którego kontekstu nie musiał załapać Igor Baranko, i tak ostateczny zwycięzca Bitew) czy niepotrzebnie urządzano niekończące się dogrywki. Pomimo tych kilku niedociągnięć i słabszej formy prowadzącego (Przemek Pawełek), bitwy te sprawdziły się jako pewnego rodzaju pomost pomiędzy częścią "oficjalną" (spotkania), a afterparty. Sporo kontrowersji w pofestiwalowych relacjach i komentarzach wzbudziły nagrody stowarzyszenia, które były ostatnią atrakcją festiwalu. Przyznane one zostały w czterech kategoriach: Najlepszy Scenarzysta (Alex Robinson za "Wykiwanych"), Najlepszy Rysownik (Shaun Tan za "Przybysza"), Najlepszy Komiks Polski ("Łauma" Karola Kalinowskiego) i Najlepszy Komiks Zagraniczny (ex aequo "Fun Home" Alison Bechdel i "Opowieści z hrabstwa Essex" Jeffa Lemire'a). Jak nietrudno policzyć, wydawnictwo timof comics otrzymało 2,5 nagrody (te pół za dzieło Bechdel wydane wespół z Abiekt.pl) i ten fakt jest właśnie problemem/skandalem dla wielu komiksiarzy, ze względu na osobę Pawła Timofiejuka, który prezesuje Stowarzyszeniu. Nietrudno pokusić się w takiej sytuacji o posądzenia o kolesiostwo - jak zresztą wielu czyni, ale równie niewielkim problemem powinno być zrozumienie, że to nagrody przyznawane przez członków Polskiego Stowarzyszenia Komiksu i to ich zdaniem takie albumy, tacy twórcy je otrzymali. A swoją drogą nikt chyba nie zaprzeczy, że każdy ze zwycięzców to ścisła czołówka poszczególnych kategorii. Z drugiej strony w zasadzie każde tego typu wyróżnienia spotykają się z żywiołowym odzewem, więc niespecjalnie jest się chyba czym przejmować.

Jeśli chodzi o zarzuty odnośnie do poszczególnych pomieszczeń Centralnego Basenu Artystycznego i ich przeznaczenia na Komiksowej Warszawie (dla niektórych problemem był mrok, czy też autografy w miejscu spotkań), to kilka rzeczy miało wyglądać inaczej. Jednak w związku z tygodniowym przesunięciem imprezy, liczba pomieszczeń, które CBA mogło użyczyć komiksiarzom zmalała. Tak więc jak to pierwotnie miało wyglądać, będzie można dowiedzieć się zapewne w przyszłym roku.

Tego typu inicjatywy - szczególnie łódzkie i warszawskie właśnie - przyciągają najwięcej ludzi z komiksowego środowiska. Tym samym wszelkim rozmowom, plotkom i ploteczkom na tematy nie tylko komiksowe nie ma końca od pierwszych do ostatnich godzin imprezy. Podobnie było i teraz, a głównym punktem integracyjnym był wspomniany bar. Nie oznacza to jednak, iż Komiksowa Warszawa spełniła swe zadanie jedynie dla stałych bywalców tego typu imprez, przedkładających często pogaduchy nad program imprezy. Na sali spotkań, jak i giełdzie, dało się zauważyć nieco nowych twarzy - nie były to może tłumy, ale jak na pierwszą imprezę nie było źle. Sukcesem okazały się festiwalowe wystawy i związany z ich odwiedzaniem konkurs - podczas trwania imprezy do punktu informacyjnego zgłosiła się duża ilość osób z siedmioma wystawowymi pieczątkami, które upoważniały do otrzymania darmowego komiksu (a były to m.in. "Wykiwani" Robinsona, "Komiks W-wa" Truścińskiego, Kłosia i Kwaśniewskiego czy "Berlin" Lutesa). Jest to jakiś wyznacznik tego, jak taka inicjatywa przyjęła się wśród uczestników imprezy i mieszkańców miasta (a cała akcja potrwa jeszcze do 30 kwietnia).

Podsumowując te dwa i pół festiwalowego dnia (wszystko zaczęło się w piątek meczem koszykówki Wydawcy kontra Reszta Świata, wygranym przez tych pierwszych) muszę przyznać, że pierwsza edycja Komiksowej Warszawy była udaną imprezą, która w przyszłości może być jeszcze lepsza. Owszem, było sporo niedociągnięć (a organizatorzy dostrzegają ich pewnie więcej niż przeciętny uczestnik), ale nikt się chyba nie spodziewał, że już na samym początku będzie to MFK Bis?

wtorek, 27 kwietnia 2010

#433 - Komiks to ciężka harówa - wywiad z Piotrem Kowalskim

Parafrazując znany bon mot autorstwa Jerzego Szyłaka - Piotr Kowalski ma jedno spojrzenie na komiks - jego własne. W wywiadzie, jak i podczas spotkania na festiwalu Komiksowa Warszawa, odniosłem wrażenie, że ma pewną wizję komiksu, którą z wielką wytrwałością i uporem realizuje. Nie ogląda się na innych. Nie boi się wyrażać kontrowersyjnych opinii o stanie polskiego komiksu. Zapewne nie we wszystkim ma rację, ale w jego wypowiedzi, wygłaszane z perspektywy rysownika, który odniósł sukces na wymagającym rynku frankofońskim, warto się wsłuchać. Choćby po to, żeby móc się z nimi nie zgodzić.

Kuba Oleksak: Nie będę specjalnie oryginalny, gdy spytam o początek Twojej przygody z komiksem. Jaki był Twój pierwszy kontakt z "kolorowymi zeszytami", a w którym momencie zdecydowałeś zająć się rysowaniem komiksów na poważnie, profesjonalnie?
Piotr Kowalski: Szczerze mówiąc nie pamiętam już dokładnie mojego pierwszego kontaktu z komiksem. Zdarzyło się to chyba w pierwszej lub w drugiej klasie szkoły podstawowej. I był to prawdopodobnie oryginalny zeszyt "Fantastycznej Czwórki", który wymieniłem z kolegą za mały samochód ciężarowy. Przeglądałem ten komiks godzinami, przerysowywałem z niego, kalkowałem. Potem jeszcze udało mi się zdobyć "Tarzana" i "Spider-Mana". No i chyba właśnie wtedy "wpadłem" w komiks na serio.

Profesjonalnie zacząłem pracować dopiero dla Le Lombard, a "Gail", był na pewno przełomem w mojej karierze. I chociaż Egmont to wydawnictwo w pełni profesjonalne, to samego "Gaila" trudno nazwać profesjonalna robotą. Powstawał w sposób raczej przypominający jedna, wielką improwizację, lecz na pewno był dużym krokiem w stronę komiksowego profesjonalizmu.

Wspomniałeś o
"Gailu"... Początek nowego wieku to dobre lata dla polskiego komiksu, kiedy wydawcy łaskawszym okiem spoglądają na rodzimych twórców. W 2001 roku ukazał się właśnie "Gail", Twój pełnometrażowy debiut w barwach Egmontu. Jak doszło do współpracy z Tobą i Tomaszem Kołodziejczakiem? Jak przez te trzy lata wyglądała praca nad Twoją autorską serią? Czy temat kontynuacji "Gaila" jest definitywnie zamknięty?
"Gail" powstawał w sposób bardzo prosty. Miałem pewien pomysł, przedstawiłem go Tomaszowi Kołodziejczakowi z Egmontu, narysowałem kilka plansz i ruszyliśmy od kopa z robotą. Praca nad tą serią była niezłą szkołą dyscypliny, świetną zaprawą przed przyszłymi projektami. Udało mi się nie zawalić żadnego terminu i dzięki temu wszystkie tomy ukazały się bez opóźnień. Temat kontynuacji "Gaila" jest już zamknięty. Ostatecznie. Mogę jedynie zdradzić, że przed podjęciem pracy nad "La Branche Lincoln" pojawił się pomysł by narysować moją debiutancką serie od nowa i wydać na rynku frankofońskim.

"Gail" został dość chłodno przyjęty przez krytykę i czytelników, choć sprzedawał się całkiem nieźle. Powiedz, jak z perspektywy czasu wspominasz swój pierwszy poważny projekt komiksowy?
Rzeczywiście, "Gail" spotkał się chłodnym przyjęciem, ale pomimo tego seria spełniła swoje zadanie. Mimo wszystkich zarzutów, pretensji i krytyki, dzięki "Gailowi" udało mi się wystartować. Z impetem ruszyłem z linii startowej i mam nadzieje, że kiedyś dotrę do mety. Z perspektywy czasu oceniam tę serię krytycznie i surowo, choć wciąż znajduje w niej rzeczy, z których jestem dumny. Pamiętam na przykład zarzut, który pojawił się w jakimś polskim czasopiśmie (tytułu teraz nie mogę sobie przypomnieć), że Kowalski kompletnie nie umie rysować kobiet. Jakiś czas potem, podczas festiwalu w Szwajcarii, gdy prezentowałem swoje portfolio jednemu z dużych wydawców zachodnich, naga Bethea (jedna z bohaterek serii) bardzo się podobała. Nawet znalazł się ktoś, kto chciał kupić ode mnie oryginalną planszę! I tak sobie wtedy pomyślałem - to kto ma rację? Umiem, czy nie umiem rysować postaci kobiecych? Z czego jestem jeszcze w "Gailu" zadowolony dziś? W ostatnim tomie finałowa bitwa rozgrywa się na niemal 14 planszach! To była naprawdę duża, dynamiczna sekwencja z dziesiątkami statystów, koni, czołgów i machin wojennych, która nawet teraz robi wrażenie.

Po wydaniu
"Kamieni" zniknąłeś z polskiej sceny, aby po jakimś czasie wypłynąć na rynku frankofońskim, jako rysownik "La Branche Lincoln". Powiedz, w jaki sposób udało Ci się nawiązać kontakt z wydawnictwem Le Lombard? Czy Grzegorz Rosiński odegrał w tym jakąś rolę?
To prawda. Zniknąłem z polskiego rynku, bo niemal od razu po ukazaniu się ostatniego tomu serii, zacząłem prace nad "La Branche Lincoln". Grzegorz Rosiński, którego poznałem podczas promocji pierwszego tomu "Gaila", zaprosił mnie do Szwajcarii. Pomógł zrozumieć jakimi prawami rządzi się komiks frankofoński, podzielił się wieloma technicznymi uwagami. Państwo Rosińscy byli na tyle uprzejmi, że gościli mnie u siebie przez kilka tygodni, które spędziłem głównie w pracowni autora powstającej wtedy "Zemsty Hrabiego Skarbka", obserwując postępujące prace i rysując własne rzeczy. Grzegorz zorganizował mi mały kącik do pracy, sugerował korekty i udzielał porad, które pamiętam do dziś i wciąż staram się do nich stosować. To był wspaniały okres mojego życia. Szef Le Lombard obejrzał wtedy moje prace i przypomniał sobie moje rysunki, które wysyłałem do niego rok wcześniej. Jakiś czas potem skojarzył moje nazwisko, gdy szukał kogoś nowego do serii do scenariusza Herzeta i tak to się zaczęło...

Czy mógłbyś opowiedzieć, jak wygląda praca rysownika dla dużego, europejskiego wydawcy komiksowego i w ogóle kariera na obczyźnie? Jaka jest specyfika tamtego rynku, jak czytelnicy przyjmowali Twoją pracę?
Praca tam polega przede wszystkim na dotrzymywaniu terminów i na poważnym podejściu do tematu.To już nie jest zabawa w rysowanie w wolnych chwilach czy wtedy kiedy ma się na to ochotę. To jak robienie filmu. Zbiera się dokumentacje, każda plansza musi być zaakceptowana przez wydawcę, a zgłaszane przez niego poprawki muszą zostać nałożone. Z tym ostatnim aspektem pracy wielu rysowników może mieć problemy. Ja ich nie mam, choć parę razy wykłócałem się o pewne szczegóły.

O "karierze" na obczyźnie nie może być jeszcze mowy. Na razie skupiam się na tym, aby utrzymać się na rynku frankofońskim i budować swoją pozycję i o ile szczęście mi dopisze, będę starał się osiągnąć jak najwięcej. Na razie idzie nieźle, sam fakt, że wydawcy chcą ze mną współpracować, nastraja bardzo optymistycznie.

Na tamtejszym rynku zostałem o wiele życzliwiej przyjęty niż w Polsce i to do dziś mnie zastanawia. Podczas, gdy w kraju wiele osób z komiksowego środowiska miało do mnie stosunek raczej chłodny. Nie tyle do mojej pracy, co do mojej osoby. Zagranicą spotkałem się z bardzo życzliwym przyjęciem. Pamiętam, jak ktoś z Le Lombard pozbierał wszystkie wycinki z prasy i artykuły z internetu na temat mojego komiksu i przysłał do mnie. Była to strasznie miła niespodzianka, tym bardziej, że przeważały pozytywne opinie.

W Polsce, na Komiksowej Warszawie ukazało się zbiorcze wydanie
"Wydziału Lincoln". Jak Ci się pracowało nad tym albumem, jak przebiegała współpraca z innym debiutantem, scenarzystą Emanuelem Herzetem?
Z Emmanuelem pracowało mi się rewelacyjnie i bezproblemowo. Dostarczał mi wielu materiałów, zdjęć, koniecznej dokumentacji. Wydawca również był bardzo serdecznie nastawiony, więc praca nad "La Branche Lincoln" była samą przyjemnością i przebiegała bez utrudnień. Choć oczywiście była wyczerpującą harówą!

Rysowanie tej serii okazało się dla mnie potężnym treningiem warsztatu. Droga, jaką pokonałem od pierwszego, do ostatniego tomu jest przeogromna. Nauczyłem się ustawiać kamerę pod ciekawym kątem, rysować samochody, samoloty, statki, motorówki, rewolwery, karabiny, pistolety automatyczne. Nauczyłem się, jak komponować sceny akcji - moja ulubiona sekwencja masakry pasażerów promu powstawała przez niemal dwa tygodnie! Obliczyłem, że w czterech albumach narysowałem 159 wszelkiego rodzaju pojazdów, blisko 130 sztuk broni i prawie 40 samolotów. Chyba nieźle, co? I zrozumiałem tez, że to żadna sztuka rysować to, co się lubi. Prawdziwe wyzwanie to wziąć się za bary z tym czego się wręcz nie cierpi rysować, a nawet więcej - opanować to i osiągnąć biegłość.

Czy tym razem efekt pracy sprostał Twoim oczekiwaniom?
Tak, jestem zadowolony z efektu. Zwłaszcza z pomysłu by zaangażować do pracy kolorystów, Dzięki ich pomocy mogłem skupić się maksymalnie na rysowaniu. Myślę, ze dwa ostatnie tomy "Wydziału Lincoln" to najlepsze komiksy, jakie wyszły spod mojej ręki. Przynajmniej na razie.

Nad czym obecnie pracujesz i kiedy można spodziewać się ewentualnych owoców tej pracy?
W tej chwili pracuje nad komiksem o wampirach dla wydawnictwa Glenat. Autorem scenariusza jest Eric Corbeyran, kontrakt został już podpisany, więc praca ruszyła pełną parą. Premiera pierwszego tomu planowana jest na początek przyszłego roku. Prowadzę także rozmowy z wydawnictwem Casterman na temat ambitnego projektu wykorzystującego motywy "Drakuli" Brama Stokera. Dochodzą do mnie również pozytywne sygnały odnośnie mojego autorskiego projektu od wydawnictwa Le Lombard. Jest dobrze!

Czy mógłbyś podać jakieś tytuły i daty premier tych komiksów, czy na to jeszcze za wcześnie?
Na razie za wcześnie na podawanie dat premier albumów, w kontrakcie jest tylko powiedziane, że całość plansz muszę zdać do 31 stycznia 2011. Tytuł serii to "Vampires", czyli temat na topie.

Wydaje mi się, że sporo już osiągnąłeś w komiksowym światku. Autorska seria na rynku polskim, pełnometrażowy debiut na Zachodzie - niewielu jest twórców, którzy mogą pochwalić się takimi osiągnięciami. Co teraz, jaki będzie Twój następny krok?

Następny krok to dalsza praca na rynku frankofońskim i ciągłe budowanie swojej pozycji. Na razie wszystko idzie zgodnie z planem, ale tamtejszy rynek lubi płatać niespodzianki, więc - odpukać w niemalowane!

Dwa lata temu w wywiadzie dla Alei Komiksu powiedziałeś, że w swojej pracy nie używasz komputera i stosujesz stare, dobre analogowe metody rysowania. Czy od tamtej pory coś się zmieniło w Twoim warsztacie?
Nadal nie używam komputera, a nakładanie barw pozostawiam kolorystom, których proponują mi wydawcy. Dzięki temu mogę skupić się na rysunku.

A jak wygląda Twój warsztat rysownika komiksów? Jak wygląda Twoja praca nad planszą i od jakich czynników zależy? Jakie są Twoje ulubione narzędzia pracy, przybory do rysowania? Jesteś raczej rannym ptaszkiem czy nocnym markiem?
Najlepiej pracuje mi się, gdy za oknem jest ciemno. Zimą siedzę do późna. Wiosną i latem wstaję o 3.00 rano. Podczas rysowania używam prostych materiałów, papieru Fabriano, zwykłych stalówek 800 i ołówków HB. Tusz, jakiego używam, to tusz kreślarski Rystor i moim zdaniem jest on najlepszy z dostępnych na rynku. Idealnie czarny, pięknie się rozprowadza. Proces tworzenia rysunku jest również klasyczny - szkic ołówkiem, kładzenie tuszu i wycieranie śladów ołówka. Nie przygotowuję storyboardu planszy. Często rysując pierwszy kadr nie mam pojęcia, jak będzie wyglądała reszta. Dzięki temu sam się zaskakuję i nie jest nudno. Praca nad planszą zależy przede wszystkim od tego, co na niej ma się znaleźć. Im więcej, tym trudniej, chociaż rysowanie przyrody idzie mi błyskawicznie. Pamiętam, że nocny pejzaż z latarnią na brzegu jeziora zajął mi zaledwie kilka godzin, choć wygląda jakbym go robił cały tydzień.

Z tego, co się orientuje muzyka odgrywa ważną rolę w Twoim życiu. Dużo jej słuchasz, w wolnych chwilach grywasz na gitarze basowej. Czy wciąż jesteś członkiem zespołu Braintrust?
Bez muzyki nie wyobrażam sobie życia! Staram się dużo grać, by nie wyjść z wprawy i podobno jestem w tym dobry. Słucham przede wszystkim ciężkiego metalu i taką też muzykę grał Braintrust. Zespół nie istnieje już od wielu lat, ale nagraliśmy kilkanaście niezłych utworów i w sumie zagraliśmy kilkadziesiąt koncertów. To było życie!

Czy obserwujesz polski rynek i to, co się na nim dzieje? Orientujesz się w nazwiskach twórców, śledzisz premiery? Jeśli tak, co o nim sądzisz? Jak wypada w porównaniu do swojego francuskiego odpowiednika?
Przyznam, że od kilku długich lat jedynie oglądam komiksy, nie czytając ich. Co do polskiego rynku, to mam na jego temat wciąż tę samą opinię, za którą często mnie krytykowano. Ogólnie wydaje mi się, że polscy autorzy nie starają się być lepsi. Nie pracują ciężko nad warsztatem, nie dają z siebie wszystkiego. Nie robią tego, bo nie muszą, gdyż rynek jest wciąż malutki, nie ma konkurencji. I koło się zamyka. Na rynku frankofońskim jest o wiele większa konkurencja, jest wielu kiepskich i średnich twórców. Ja zawsze podziwiałem tych, którzy w pocie czoła pracują nad sobą i nad materią komiksu. Robią to z szacunku dla czytelnika, i z pokory wobec sztuki, jaką uprawiają. Tacy twórcy bardzo mi imponują. Myślę, że mam w sobie taką pokorę, wobec tego, czym się zajmuję, choćby dlatego, że traktuję komiks niezwykle poważnie. Co nie znaczy, że nie mam poczucia własnej wartości. Wielu osobom wydaje się, że osoba znająca swoje mocne strony i nie ukrywająca ich, to ktoś z założenia zarozumiały. Ja tak nie uważam. Trzeba znać swoje dobre strony, po to, by dojrzeć te słabe i móc nad nimi pracować.

Ale na polskim rynku dostrzegam też kilka ciekawych zjawisk. Tak na szybko, do głowy przychodzą mi dwa nazwiska - Tomek Leśniak i Robert Adler. Przyjemnie się patrzy na ich najnowsze produkcje, myślę, że mogą się naprawdę podobać. Widać, że obaj przeszli długą drogę. Bardzo cieszy mnie zjawisko chyba wcześniej nie spotykane w polskim komiksie na taką skalę - publikacje polskich autorów poza granicami kraju. Twórcy z mojego pokolenia i nieco młodsi, idą w ślady Rosińskiego i Kasprzaka, rysując dla zachodnich wydawców. Udowadniają, że można przebić się na największych rynkach. Dzięki nim, polski komiks wychodzi z szuflady i traci lokalny, zrozumiały tylko dla polskiej publiczności, charakter, nabierając cech dzieła zrozumiałego w każdym zakątku świata. To bardzo budujące zjawisko i dodatkowo motywuje mnie do jeszcze bardziej wytężonej pracy!

Myślę, też że wśród polskich artystów wciąż za mało jest przedstawicieli tzw. "mainstreamu". Osobiście podoba mi się właśnie taki typ komiksu i wcale nie uważam, że komiks środka, komercyjny jest produktem z niższej półki. Przypomina mi się stwierdzenie jednego z członków Pink Floyd, który powiedział, że bardzo łatwo jest skomponować długi, pompatyczny i trudny w odbiorze utwór. Natomiast stworzenie prostego, chwytliwego kawałka, który ludzie będą nucić prowadząc samochód jest prawdziwym wysiłkiem. Myślę, że odnosi się to do każdego rodzaju ludzkiej twórczości.

Co powiesz na takie porównanie - Michał Śledziński, rocznik 1978, autor
"Osiedla Swoboda" i "Na Szybko Spisane", cenionych komiksów obyczajowych, tworzy w Polsce. Piotr Kowalski, rocznik 1973, autor "Gaila" i "Wydziału Lincoln", udanych komiksów głównego nurtu, tworzy na obczyźnie.
Komiksy Michała Śledzińskiego zupełnie do mnie nie trafiają, a sam nie lubię się z nikim porównywać. To raczej przywilej czytelników.

Czy masz jakiegoś wymarzonego scenarzystę, z którym chciałbyś współpracować? Czy jest jakiś wymarzony projekt, opus magnum, który chciałbyś zrealizować w dalszej lub bliższej przyszłości?
Tak, chciałbym pracować sam ze sobą, hehe. Nie ma nic fajniejszego niż rysować własną historię i robić to po swojemu.

Mam zatem nadzieję, że kiedyś taki projekt uda Ci się zrealizować. Dziękuję za wywiad!

Ja na zakończenie chciałbym bardzo podziękować wszystkim, którzy kupili lub chcą kupić mój komiks, oraz wszystkim, którzy stali w kolejce po mój podpis na FKW. Wielkie dzięki!

poniedziałek, 26 kwietnia 2010

#432 - Liga Bitew Komiksowych 2010

Jedna komiksowa impreza ledwo co się zakończyła, a już zaraz zaczyna się kolejna. W najbliższy czwartek w warszawskim klubie Centralnym Domu Qultury (CDQ, ul. Burakowska 12) rozpocznie się druga edycja Ligi Bitew Komiksowych, której "gwiazdorska" inauguracja miała miejsce właśnie na Komiksowej Warszawie. Za to już za kilka dni przy sztalugach i z markerem w ręku stanąć będzie mógł, kto tylko będzie chciał - wszystkich chętnych w imieniu naszym i organizatorów zapraszamy do zabawy!

Trwająca przez miesiąc Liga, której pomysłodawczynią jest Paulina Gosk, to jednak nie tylko pojedynki jeden na jeden, ale również - co jest nowością od drugiej edycji - wykłady, wystawy oraz warsztaty komiksowe. Dwie pierwsze atrakcje odbywać się będą w CDQ, natomiast aby uczestniczyć w warsztatach prowadzonych przez Tomasza Pastuszkę ("Jeju", "Karton") trzeba się będzie wybrać do Bemowskiego Centrum Kultury Art.Bem (ul. Górczewska 201). Jeśli chodzi o wykłady, to będą one dotyczyć komiksów undergroundowych w światowej kulturze i odbywać się przed kolejnymi bitwami (oprócz pierwszej), natomiast na wystawach podziwiać będzie można prace uczestników pierwszej edycji bitew (podczas pierwszych eliminacji - 29 kwietnia), jak również najciekawsze grafiki osób, które postanowią zmierzyć się w obecnej edycji (wystawa podczas finału LBK, 28 maja).

Jednak główną częścią programu są oczywiście emocjonujące, graficzne pojedynki, które odbywać się będą przy akompaniamencie muzyki - w przypadku eliminacji będzie za nią odpowiadać Pawlak, a sam wielki finał zostanie uświetniony free-jazzowym koncertem. Zasady bitew są proste - w ciągu pięciu minut walczący ze sobą rysownicy mają stworzyć rysunek / komiks, który podbije serca uczestników imprezy, co przełoży się na ich aplauz decydujący o wyniku pojedynku. Każda bitwa to inny temat, wybrany przez prowadzącego imprezę. Mistrzem ceremonii tradycyjnie będzie Przemek Pawełek, który w prowadzeniu tego typu wydarzeń ma spore doświadczenie (poprzednia edycja Bitew Komiksowych, WSK, KW) i który najwyraźniej urodził się z mikrofonem w ręku. Tytułu bronić będzie Daniel Chmielewski, który w zeszłym roku po zaciętym pojedynku pokonał czarnego konia imprezy, Mariusza Ciechońskiego. Oprócz nich w zabawie wziął udział m.in. wspomniany już Tomek Pastuszka, Marek Oleksicki (rysownik "Frankenstein's Womb") czy Piotrek Nowacki ("Karton").

Organizatorem Ligi Bitew Komiksowych (którym zresztą patronujemy), jest Stowarzyszenie 16 Wersów, zrzeszające pasjonatów muzyki, artystów oraz animatorów kultury.

Program trwających do 28 maja Bitew prezentuje się następująco:
29 kwietnia 2010 (czwartek/CDQ):
20.00 - wystawa prac oraz pierwsze bitwy eliminacyjne

6 maja 2010 (czwartek/CDQ):
20.00 - wykład (#1, wstęp od 19.30)
21.00 - bitwy eliminacyjne

8 maja 2010 (sobota/Art.bem)
12.00-14.00 - warsztaty komiksowe

13 maja 2010 (czwartek/CDQ):
20.00 - wykład (#2, wstęp od 19.30)
21.00 - bitwy eliminacyjne

15 maja 2010 (sobota/Art.bem)
12.00-14.00 - warsztaty komiksowe

22 maja 2010 (sobota/Art.bem)
12.00-14.00 - warsztaty komiksowe

28 maja 2010 (piątek/CDQ):
20.00 - wystawa prac
20.30 - wykład (#2, wstęp od 20.00)
21.00 - Wielki Finał Ligi Bitew Komiksowych
Na koniec przypominamy rozpromienionego sukcesem zwycięzcę z zeszłego roku - Daniela Chmielewskiego, autora "Zostawiając powidok wibrującej czerni" pracującego obecnie nad "Zapętleniem".
(zdjęcia wykorzystane do tego wpisu pochodzą ze strony Ligi Bitew Komiksowych i są autorstwa Dominiki Węcławek, Krystiana Maja, Tomka "TRM" Michalczewskiego oraz Adama "FUBU" Mizery)

niedziela, 25 kwietnia 2010

#431 - Trans-Atlantyk EXTRA!: C2E2 2010 (2)

Zapraszamy na drugą część newsów z ubiegłotygodniowego C2E2. Konwent ten odwiedziło, wedle szacunków organizatorów, około 20-30 tysięcy osób, które na terenie McCormic Place miały okazję spotkać się z mnóstwem komiksowych (Alex Ross, Peter David, Garth Ennis, Neil Gaiman, Geof Johns i wielu, wielu innych) czy też filmowych gwiazd i gwiazdeczek (m.in. Aaron Johnson, Christopher Mintz-Plasse, Chloe Moretz - czyli młodzi superherosi z "Kick-Ass"). Tyle z Chicago. U nas natomiast dobiega końca pierwsza edycja Komiksowej Warszawy z której relacji, fotorelacji i może jeszcze kilku innych tekstów można się spodziewać w najbliższych dniach. Jak widać życie fana komiksu toczy się od jednego festiwalu do drugiego. (ŁM)

W lipcu do sklepów trafi pierwszy numer dwumiesięcznika "Scarlet" za który odpowiadać będzie niestrudzony Brian Michael Bendis i jego dobry znajomy, Alex Meleev. Seria ta jest tym, co od jakiegoś czasu zapowiadane było tajemniczymi teaserami z literami "O" i "X", które koniec końców okazały się wzorami widniejącymi na stroju głównej bohaterki. Scarlet mieszka w Portland- od czasu gdy jej życie zostaje kompletnie zniszczone dzięki skorumpowanym glinom, postanawia wziąć odwet, co w konsekwencji prowadzić będzie do rewolucji. Bendis myślał nad tą historią od wielu lat, a jednym z impulsów do jej powstania był film "Network" z Peterem Finchem (1976). Założeniem scenarzysty było pokazanie, co by było gdyby jedna osoba, zamiast pokojowych protestów pod budynkami rządowymi, postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce. Podkreśla on również, że grafiki Alexa Maleeva - którego jest ponoć największym fanem na calutkim świecie - są jak zawsze fantastyczne i niesamowite. Pierwszy autorski projekt Briana Bendisa od prawie dziesięciu lat zadebiutuje za kilkanaście tygodni, a jego pojawienie się w sklepach uświetnią alternatywne okładki takich gwiazd jak Mike Deodato, David Lafuente, David Mack , Mike Oeming, Lenil Francis Yu czy szef wszystkich szefów Joe Quesada. (ŁM)

Na panelu poświęconym Mrocznemu Rycerzowi obyło się bez rewelacji. Swoją przygodę z Batmanem będzie kontynuował Grant Morrison, co zapewne nie ucieszyło czytelników niezbyt przepadających za twórczością szalonego Szkota. Zajmie się jubileuszowym siedemsetnym numerem "Batmana", którego zilustruje prawdziwa śmietanka komiksowych artystów - Andy Kubert, Frank Quitely, David Finch, Mike Mignola (okładka) i Tony Daniel. Ten ostatni będzie również grafikiem w "Batman: RIP: The Lost Chapter", dwuczęściowej historii, która ma wyjaśnić wiele niejasności z kontrowersyjnego runu Morrisona. Natomiast Jim Lee przywiózł na konwent czarno-białą okładkę pierwszego zeszytu "Dark Knight: Boy Wonder". Nikt nie chciał komentować przedłużającej się nieobecności Jokera w bat-świecie, więc można przypuszczać, że coś dużego szykuje się Królem Zbrodni z Gotham. Czyżby jego powrót miał się zgrać z powrotem Mrocznego w "Batman: The Return of Bruce Wayne"? (KO)

Jedną z obecnie większych tajemnic w Marvelu jest to, kim w cywilu jest Czerwony Hulk. Stworzona przez Jepha Loeba postać, która zadebiutowała w styczniu 2008 roku w pierwszym numerze serii "Hulk", z początku nie spotykała się z sympatią czytelników, ale im dłużej trwało "Fall of the Hulks" tym więcej miłych słów kierowano w kierunku Rulka. Ciekawe czy dobra passa trwać będzie po ostatecznym ujawnieniu kim tak właściwie on jest? Zgodnie z zapowiedziami Loeba, ma się to stać 9 czerwca w 23. numerze wspomnianej serii. Podwójny numer zawierać będzie odpowiedź na to frapujące pytanie, a za jej wyjście na światło dzienne odpowiadać będzie oczywiście Jeph, jak również główny rysownik serii Ed McGuinness, oraz gościnnie taki zespół gwiazd jak Adam Kubert, Herb Trimpe, Sal Buscema, Ian Churchill, Tim Sale, Mike Deodato, Lenil Francis Yu, John Romita młodszy oraz jedna z hulkowych legend - Dale Keown! Co ciekawe, tożsamość Red Hulka nieznana jest również większości redakcji Marvela. Nie będzie to jednak jedyna rozwiązana zagadka podczas drugiej środy czerwca - w "Incredible Hulk" #610 czytelnicy dowiedzą się kim jest Czerwona She-Hulk, która od jakiegoś czasu pałęta się po świecie Domu Pomysłów. (ŁM)

Roy Thomas ("X-Men", "Avengers", "Iron Fist") po prawie czterdziestu latach wraca do pisania przygód "Conana"! Scenarzysta, który po raz pierwszy na karty komiksu wprowadził klasycznego herosa literatury fantastycznej, przejmie schedę scenarzysty w miesięczniku "Conan the Cimmerian" w numerze 25. Polski czytelnik miał okazję zapoznać się z jego wersją przygód dzikiego barbarzyńcy z Hyperborei w wydanym przez Mandragorę marvelowym essentialu. Obecnie prawa do postaci wykreowanej przez Roberta E. Howarda są w posiadaniu Dark Horse Comics. Serię opuszczą jej dotychczasowi twórcy, czyli scenarzysta Tim Truman i rysownik Tomasa Giorello, a ona sama zostanie zrestartowana. Truman i Giorello będą w tym czasie pracowali nad innym komiksem z tym samym bohaterem w roli głównej. "Conan: Scarlet Citadel" będzie opowiadać o dalszych losach rosłego Cymmeryjczyka. Run autorstwa Thomasa będzie liczył 12 numerów, a jego oprawą graficzną zajmie się Mike Hawthorne ("Three Days in Europe", "Queen and Country"). "Conan: Road of Kings" - taki tytuł nosić będzie ta historia i będzie opowiadać o drodze Conana na tron Aquilonii. (KO)

Szczęśliwi ci, którzy obserwują twittera Jima Lee i mogli uczestniczyć w C2E2! Rysownik "X-Men" czy obecnie serii "All Star Batman and Robin"/"Dark Knight: Boy Wonder" postanowił nieco zabawić się ze swoimi fanami i na terenie imprezy poukrywał kilka swoich prac. W piątek było to szkic z Nietoperzem, który schowany był pod jednym z obrusów na stolikach, i których zdjęcie umieścił na swoim ćwierkającym koncie. Następnego dnia szkiców było już trzy (Wonder Woman, Green Lantern, Flash), z czego jeden schowany był przez żonę Jima, Carlę, w środku magazynu z damskiej toalety. Szczęśliwym znalazcom szczerze zazdroszczę. Oprócz takich psikusów Jim Lee, jako jedna z głównych osób w DC, uczestniczył w spotkaniach dotyczących jego wydawnictwa - jednak z lektury ich zapisów wynika, iż był raczej tłem dla Dana DiDio, który odpowiadał na większość pytań. Jedyną ciekawą informacją dotyczącą Jima była nieoficjalna zapowiedź jego przyszłej współpracy z Geoffem Johnsem przy jednym z tytułów DC. Zanim to jednak nastąpi, rysownik musi się uporać z sześcioma zeszytami przygód Batmana, do scenariusza Franka Millera. (ŁM)

Dark Horse Comics uruchamia linię tytułów, w której odświeży klasycznych herosów, którzy pojawiali się w komiksach z wydawnictwa Gold Key. Zapowiedz założenia nowego imprintu została ogłoszona już w zeszłym roku, podczas konwentu w San Diego. Scenarzystą odpowiedzialnym za ten projekt będzie Jim Shooter, który w latach siedemdziesiątych jako editor-in-chief szefował Marvelowi. Pierwszego maja, z okazji Free Comics Book Day ukaże się one-shot "Doctor Solar/Magnus, Robot Fighter", którego kontynuacją będzie seria "Doctor Solar, Man of Atom", debiutująca miesiąc później. On-going "Magnus, Robot Fighter" wystartuje w lipcu, natomiast "Turok, Son of Stone", jak łatwo się domyślić, ruszy w sierpniu. Shooter będzie pisał skrypty, a oprawą graficzną zajmie się Dennis Calero ("Solar") i Bill Reinhold ("Magnus") - rysownika "Turoka" nie został na razie podany. Co ciekawe, będzie to drugie podejście scenarzysty do tych tytułów - na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych pisał przygody Magnusa, Solara i Turoka w wydawnictwie Valiant Comics, którego był współzałożycielem. (KO)

W roku 4000 marzenia ludzkości o spokojnym i dostatni życiu spełniły się. Krótko po buncie maszyn, który doprowadził niemal do wyginięcia gatunku ludzkiego, 1-A, robot zaprogramowany do posiadania ludzkich uczuć, wychował i wytrenował Magnusa. Heros gnący stal gołymi rękami, staje w obronie ludzkości, na wypadek, gdyby złowrogie maszyny znów podniosły larum. Wypadek podczas termonuklearnego eksperymentu uczynił z Doktora Solara istotę zdolną kontrolować energię, przy której możliwości Supermana to pikuś. Bohater dysponuje potęgą będącą najbliżej ludzkiego wyobrażenia o boskiej potędze. W swoich przygodach będzie musiał zmierzyć się z przeciwnikami o podobnym potencjale - zapowiada się więc komiks o epickim rozmachu. Shooter obiecuje również skupić się na bardzo ludzkim obliczu głównego bohatera, który niespodziewanie wszedł w posiadanie tej niezwykłej mocy. Magnus swoje niezwykłe przygody przeżywa w dalekiej przyszłości, Solar żyje w teraźniejszości, natomiast trzeci z bohaterów - Turok - został umiejscowiony w dalekiej przeszłości. Bohater, który jest rdzennym mieszkańcem Ameryki, żyje w świecie, w którym dinozaury wciąż chodzą po ziemi. W przeciwieństwie do pozostałych tytułów, w pierwszym numerze nowej serii o "Synu Kamienia" poznamy jego origin. Wszystkie trzy on-goingi wracają do pulpowych korzeni komiksu i miłośnikom staroszkolnych klimatów sprawią pewnie mnóstwo zabawy. Zabójcze roboty, polowania na tyranozaury i pojedynki super-herosów w słońcu - czegoż można chcieć więcej od historyjek obrazkowych? (KO)

Jeśli chodzi o zapowiedzi Marvela na lipiec, to i wczoraj ("Steve Rogers: Super-Soldier", "Avengers: The Children Crusade", "Shadowland", "Casanova") i dziś ("Scarlet") zaprezentowaliśmy już kilka komiksów, które w siódmym miesiącu roku trafią na sklepowe półki. Oprócz tych typowanych przez Marvela na hity komiksów, do czytelników trafi także "jedynie" siedem komiksów z nazwą "Deadpool" w tytule - w tymi między innymi one-shoty "Lady Deadpool" i "X-Men Origins: Deadpool", jak również ostatni numer maxi-serii "Deadpool: Merc With a Mouth" (cudna okładka!). Lipiec będzie również miesiącem w którym w ręce czytelników trafi - po długich miesiącach trzymania ich w niepewności - pierwszy z trzech zeszytów serii "X-Force: Sex and Violence" w którym główne role grać będzie Wolverine i Domino. Za komiks ten odpowiada duet scenarzystów Craig Kyle/Chris Yost oraz fenomenalny Gabriele Dell'otto, którego prace nie pamiętam już kiedy miałem okazję ostatni raz oglądać w innym miejscu niż na okładce. Jak dla mnie komiks ten deklasuje wszystkie inne tytuły tego miesiąca. (ŁM)

sobota, 24 kwietnia 2010

#430 - Trans-Atlantyk EXTRA!: C2E2 2010 (1)

W ubiegły weekend w Chicago miała miejsce pierwsza edycja konwentu Chicago Comic & Entertainment Expo (w skrócie C2E2), na którym królowały głównie komiksy, jak i inne wynalazki popkultury, często związane w mniejszy lub większy sposób z kadrami i dymkami. Wydawcy komiksowi jak zawsze zasypali czytelników nowymi seriami, wiadomościami i zapowiedziami kolejnych (również jak zawsze "niesamowitych" i "najlepszych na świecie") projektów, więc dzisiejszy i jutrzejszy dzień poświęcimy na podsumowanie najciekawszych naszym zdaniem wiadomości, które wypłynęły na światło dzienne w Chicago. Oprócz tego, w ostatnim newsie zaprezentujemy zapowiedzi wydawnicze DC (dziś) i Marvela (jutro) na lipiec, chociaż trzeba przyznać, że spora część newsów dotyczy właśnie nowych serii, które w tym miesiącu będą mieć swoją premierę. (ŁM)

Zbliżające się "Heroic Age", które ma być nowym otwarciem w Marvelu, zgra się w czasie z nową erą u mutantów. Zakończenie "Second Coming" ma kompletnie przedefiniować status quo x-świata. Nie zliczę ile razy to słyszeliśmy, a w przypadku rodziny tytułów z X-em na okładce mamy do czynienia z permanentną rewolucją. Najpierw San Francisco, potem Utopia i teraz znowu nowe rozdanie, które na razie ogranicza się do restartowania starych i przygotowywania nowych serii. I tak "Dark Wolverine", z synem Rosomaka w roli głównej, który poprzednio był zwykłym "Wolverine'm" zamieni się w "Daken: Dark Wolverine". Piszą Marjorie Liu i Daniel Way, rysuje Giuseppe Camuncoli. Ma być dużo krwi, cycków i akcji. Stary dobry Logan, po opuszczeniu własnego on-goinga i zakończeniu "Wolverine: Origins" wraz z numerem 50-tym przeniesie się do nowego miesięcznika pod tytułem "Wolverine", który ma być kontynuacją "Wolverine: Weapon X". Pisze Jason Aaron, rysuje Renato Guedes. Ciesząca się dużą popularnością X-23 dostanie własną serię, pisaną przez Liu. Nie wiadomo jeszcze kto zajmie się oprawą graficzna. Plotki o starciu mutantów z wampirami znajdą swoje potwierdzenie w nowym tytule, zatytułowanym po prostu "X-Men". Vitor Gischler ("Punisher: Frank Castle", "Deadpool") będzie pisał skrypty, a Paco Medina ("New X-Men", "Deadpool") zajmie się grafiką. Przypomnijmy, że seria regularna pod tym tytułem została zastąpiona przez "X-Men: Legacy" jakiś czas temu. Yost i Kyle zostaną zastąpieni przez Ricka Remandera w "X-Force", a sam tytuł zostanie przemianowany na "New X-Force" (z Jerome Opeñą na stanowisku grafika). Po tych zmianach, wszystko będzie wyglądało mnie więcej tak. Wokół X-Manów znowu jest sporo zamieszania z nowymi numeracjami, zmianami szyldów i przetasowaniami w składach, ale odnoszę wrażenie, że nic ciekawego się z tego nie urodzi. Chciałbym się mylić, ale mutanci kontra wampiry? Błagam... (KO)

W lipcu ruszy mini-seria "Steve Rogers: Super-Soldier" za którą stać będzie Ed Brubaker, odpowiadający za głośne uśmiercenie tego herosa kilka lat temu, jak również Dale Eaglesham ("Fantastic Four", "Conan"). Oprócz występów Steve'a na łamach "Secret Avengers" (którą to drużyną będzie dowodził), czy serii "Captain America (w której kostium Kapitana przywdziewa od jakiegoś czasu Bucky Barnes), dostanie on kilka numerów kolejnego tytułu, w których teraźniejszość wymieszana zostanie z początkiem programu super-żołnierz z II Wojny Światowej. Jak podkreśla Bru, seria ta ma być bardziej realistyczna niż większość tytułów Marvela, a jej klimat ma być czymś w rodzaju połączenia przygód Jamesa Bonda z "Mission Impossible". Powrót Steve'a do uniwersum Marvela i zostawienie dawnego stroju obecnemu Kapitanowi (za nowy odpowiada Marco Djurdievic) to dla mnie jak najwłaściwszy kierunek rozwoju tej postaci. W przyszłości chętnie zobaczyłbym jak bez swojej tarczy staje on ramię w ramię z Nickiem Furym, ale ze względu na brak tego drugiego w zapowiedziach komiksów Marvela na kolejne miesiące, podejrzewam, że może on nie przeżyć kończącego się niedługo "Siege". (ŁM)

Los Scarlet Witch po upadku Mścicieli ("Avengers: Disassembled") i majstrowaniu przy rzeczywistości ("House of M") wciąż pozostaje nieznany. Sporo niedokończonych wątków pozostało po ciepło przyjętej serii "Young Avengers", której publikację przerwano przed czterema laty. Oba te niedomknięte tematy zostaną podjęte na łamach ośmioczęściowej mini-serii "Avengers: The Children Crusade". Historia będzie obracała się wokół poszukiwań Wandy Maximoff oraz Wiccana i Speeda, dwóch młodych Mścicieli, którzy mają/mogą okazać się jej dziećmi (lub ich reinkarnacjami) z innej rzeczywistości. Prace nad komiksem zaplanowanym na czerwiec rozpoczęły się już dwa lata temu - kiedy Steve Rogers był Kapitanem Ameryką, a Iron-Man nie przeszedł kasowania swojej pamięci. Od tamtego czasu wiele w uniwersum Marvela się zmieniło i scenarzysta Allan Heinberg ("Wonder Woman", "JLA") z rysownikiem Jimem Cheungiem ("New Avengers: Illuminati", "X-Force") musieli mocno uaktualnić podstarzały skrypt, ale obiecują, że komiks wystartuje zgodnie z planem w lipcu. (KO)

Również w lipcu wystartuje inna mini-seria, której fani Marvela wyglądali już od dawna. O "Shadowland" wspominałem dwa tygodnie temu (#3). Uwaga, w dalszej części tego newsa będę zdradzał nieco z obecnych przygód Daredevila, czujcie się ostrzeżeni! Andy Diggle ("The Losers", "Hellblazer", "Adam Strange") piszący obecnie przygody Człowieka bez Strachu i pracujący nad scenariuszem do "Shadowland", mówi, że punktem wyjścia dla ulicznego eventu będzie obecny status Matta, jako przywódcy The Hand. Daredevil chciał wykorzystać potencjał najsławniejszej organizacji ninja z Domu Pomysłów do zaprowadzenia porządku w Hell's Kitchen i jest gotów nagiąć wszelkie reguły by to osiągnąć. Banda ubranych w szkarłatne kimona zabójców ma jednak własne plany wobec swojego lidera. Jak zapewnia Diggle, Daredevil znowu znajdzie się na krawędzi i tym razem jego kryzys doprowadzi do wybuchu brutalnej, ulicznej wojny, w której udział wezmą jego przyjaciele - Iron Fist, Luke Cage i Spider-Man, a także mnóstwo innych herosów (Coleen Wing, Misty Knight, Punisher i Moon Knight). Jej reperkusje będą odczuwalne w całym mieście, wśród zwykłych ludzi, na czym skupi się regularny on-going. Scenarzysta obiecuje, że po zakończeniu tej epickiej historii nic w życiu Matt nie będzie już takie samo, a on będzie zupełnie inną osobą. (KO)

Hellboy uczestniczył w wielu, naprawdę dziwnych crossoverach. W swojej komiksowej karierze spotkał Mrocznego Rycerza, tłukł nazistów razem z Savage Dragonem i umówił się na randkę z ponętną Ghost. Wkrótce, spotka zwierzaki z Burden Hill z nagrodzonej statuetką Eisnera serii "Beasts of Burden" Evana Dorkina i Jill Thompson. Hellboy dzieli z psami i kotami obdarzonymi magicznymi zdolnościami swój modus operandi - podobnie, jak Piekielny Chłopiec, dzielne czworonogi strzegą swojej okolicy przed żabimi demonami, duchami i innymi zagrożeniami. I za takie zostanie wzięty diabeł ze spiłowanymi rogami. Jak w każdym szanującym się crossie, wywiąże się walka i Hellboy dostanie srogie wciry - wszak zalicza tylko "guest apperence". Całość nie będzie wielkim przedsięwzięciem, bo komiks będzie liczył jedynie 22 strony. Dorkin przygotował skrypt, Thompson pięknie go zilustrowała, a Mike Mignola przygotuje jedynie okładki i będzie miał nadzieję, że jego bohater wyjdzie cało z tego zamieszania... (KO)

Obecnie w uniwersum Ultimate trwa mini-seria "Ultimate Comics Enemy", która jest pierwszą z części nowej trylogii (poprzednią było "Ultimate Galactus Trilogy") za którą odpowiada Brian Bendis i Rafa Sandoval. Ten sam duet zajmie się środkowym rozdziałem opowieści, "Ultimate Comics Mystery", w którym główni bohaterowie będą starali się odpowiedzieć na póki co najważniejsze pytanie, czyli kto stał za atakami z trwającej jeszcze pierwszej części historii i skąd ta osoba zna tak wiele sekretów z przeszłości Petera Parkera i jednookiego Fury'ego. W "Mystery" czytelnicy będą mieli okazję śledzić losy duetu znanego z "Enemy" - Spider-Man / Spider-Woman, czy właśnie Nicka F., jak również nowych bohaterów takich jak Mar-Vehl czy Nova (Rick Jones). Pod koniec "Mystery" ma zostać wyjawiony główny przeciwnik, stojący za całym tym zamieszaniem. Na razie jednak Bendis nie chciał zdradzać, czy jest to postać zupełnie nowa, czy też taka, która jeszcze nie doczekała się swojej nowocześniejszej wersji w porównaniu z Ziemią 616. Wyciąganie wniosków, że złym będzie Doktor Doom (po nazwie finału trylogii "Ultimate Comics Doom"), jest chyba zbyt proste. Z drugiej jednak strony Bendis słynie z mówienia jednego, a robienia czegoś zupełnie innego... (ŁM)

W 2006 roku pod szyldem Image Comics ukazywała się seria "Casanova" autorstwa Matta Fractiona (scenariusz) oraz bliźniaków, Fabio Moona i Gabriela Ba (rysunki). Po kilkunastu zeszytach i dwóch wydaniach zbiorczych tytuł ten przestał się ukazywać, co jak podkreśla teraz Fration, spowodowane było szukaniem nowego wydawcy. Drugim domem dla "Casanovy" będzie Marvel Comics i imprint Icon, w którym najpierw zostaną ponownie wydane wcześniejsze historie w zeszytach, a później rozpocznie się trzeci akt historii Casanovy Quinna. Owe reprinty będą jednak znacząco różniły się od tego, co wydawane było w Image Comics. Wydania z Marvela dostaną nowe liternictwo, jak również kolory oraz dodatkowe, wcześniej nie publikowane historie. A jako że wcześniej wychodziły one jako szesnastostronicowe zeszyciki, tak teraz będą zebrane po dwa w każdym kolejnym zeszycie Marvela. Ciekawe, że kiedyś Marvel stracił swoich najlepszych twórców na rzecz właśnie Image Comics, a teraz, po prawie 20 latach, ruch odbywa się w drugą stronę. Po "Gray Area", jest to kolejny komiks, który zostanie wydany po raz drugi, tym razem właśnie przez Dom Pomysłów. (ŁM)

W lipcu w DC najciekawsze rzeczy dziać się będą u jednego z najpopularniejszych superbohaterów, czyli Człowieka Nietoperza. Na łamach "Batmana" (#701) Morrison i Daniel przedstawią co też działo się z Brucem Waynem pomiędzy historiami "Batman R.I.P." i kontrowersyjnym "Final Crisis", w czwartym numerze "Batman: Return of Bruce Wayne" bohater przemierzać będzie Dziki Zachód ze stacją docelową w teraźniejszości, a w czternastym zeszycie "Batman and Robin" nowy dynamiczny duet jak zawsze będzie miał pełne ręce roboty ze złem wszelkiej maści. Najważniejszym jednak wydaje się debiut maxi-serii "Batman: Oddysey" za którą w głównej mierze odpowiada legendarny Neal Adams. Oprócz tego warto zwrócić uwagę na inny 701. numer, który zawita w lipcu na sklepowe półki, czyli "Supermana", gdzie rozpocznie się historia "Grounded", za którą odpowiadać będzie m.in. debiutujący przy tytule J.M. Straczynski, jak również #601 "Wonder Woman" pióra tego samego scenarzysty. Oczy wielu czytelników zwrócone będą zapewne również na ostatni, 50-ty numer hitowej "Ex-Machiny", który domknąć ma wszystkie wątki i na dodatek nie raz zaszokować wiernych czytelników. Co tylko przypomina mi, że wypadałoby w końcu zapoznać się z tą serią... (ŁM)

czwartek, 22 kwietnia 2010

#429 - The Batmans: Track 37 - Bartłomiej Różycki

Bartek Różycki, autor dzisiejszego Batmana, jest twórcą raczej mało znanym przeciętnemu czytelnikowi komiksów w kraju nad Wisłą. To rysownik/grafik/designer, który komiksem zajmuje się tylko na zamówienie i nie należy raczej do komiksowego grajdołka. Jedną z jego prac można było podziwiać we wspomnianej w podpowiedzi antologii "Reanimation 4", zawierającej dziesięć najlepszych prac zgłoszonych do konkursu przy okazji konwentu o takiej samej nazwie. W swojej blogowej zakładce zaznaczył, że "lubi" Simona Bisley'a, Przemka Truścińskiego, Filipa Myszkowskiego czy Ashleya Wooda, co też widać po jego pracach. Można je oglądać w cyfrowym portfolio Bartka, a także jego blogu, na którym można znaleźć między innymi szkice czy ilustracje - zapraszamy do odwiedzin! (KO)Powyższy Batman sprawił sporo kłopotów i dopiero Karol Kalinowski - przy swoim trzecim strzale - trafił jego twórcę. KRLowi serdecznie gratulujemy! Tym samym twórca "Łaumy" ma na swoim koncie już trzy trafienia, dzięki którym w przyszłym tygodniu może zrobić zamach na pozycję numer dwa!

Połowa czasu przeznaczonego na udzielenie prawidłowej odpowiedzi już minęła, a jako, że ta jeszcze się nie pojawiła to czas na podpowiedź. Komiks autora naszego dzisiejszego Batmana pojawił się dobrych kilka lat temu w czwartej części pewnej antologii charakteryzującej się wielkimi oczami. Nieco prościej?

Zgodnie z zeszłotygodniową zapowiedzią, kolejny Batman wyjątkowo ląduje na naszej stronie dnia dzisiejszego. Zmianę z piątku na czwartek spowodowała nadchodząca już zaraz Komiksowa Warszawa. Po prawej stronie, nad buttonami naszych sobotnio-niedzielnych cykli, zawisła batmania grafika "pod którą" znajduje się obecna klasyfikacja zwycięzców poszczególnych edycji. Po festiwalowej gorączce dodam również listę wszystkich twórców, którzy do tej pory użyczyli swego talentu naszej zabawie, jak również kilka innych ciekawostek. Ale póki co zapraszam do zgadywania kto stoi za dzisiejszym Batmanem, a kto żyw niech rusza do Warszawy w najbliższy weekend! (ŁM)

środa, 21 kwietnia 2010

#428 - Karton po raz trzeci

O komiksowym kwartalniku Piotra Nowackiego, Tomasza Pastuszki i Bartosza Sztybora szersza publiczność miała okazję dowiedzieć się podczas ubiegłorocznej beefki. Po wyjściu na światło dzienne szczegółów projektu, w tym głównie listy twórców mających odpowiadać za historie w nim zamieszczone, wiązano z "Kartonem" spore nadzieje, przebąkując gdzieniegdzie o nadchodzącym następcy "Produktu". Jednak pierwsze dwa numery (wrzesień 2009, luty 2010) spotkały się głównie - przynajmniej z tego co kojarzę po recenzjach, czy rozmowach - z mniejszym lub większym rozczarowaniem. Jak jest więc z "trójką", która na zbliżającej się wielkimi krokami Komiksowej Warszawie będzie mieć swoją premierę?

Rozwiewając już na samym wstępie wątpliwości powiem, że jest dobrze. Ba, bardzo dobrze!* Po lekturze najnowszego numeru nie było mowy o niedosycie, czy zawodzie, który towarzyszył mi przy wcześniejszych częściach. Hitami trzeciego "Kartonu" są dwie serie - debiutujący "Rubino" oraz "Cyberdetektywi z kosmosu". W komiksie Karola Kali... W komiksie Patricio Didlo tytułowy jednorożec borykać się musi nie tylko z elfami i trolami, ale też z malejącym zapotrzebowaniem wśród czytelników na jego przygody. Jednak z każdym z tych problemów radzi sobie z wyjątkowym wdziękiem i klasą. Jest przy tym tak sympatycznym stworzeniem (wiadomo - legendarny jednorożec), że tylko kwestią czasu jest, kiedy trafi na koszulki czy badziki (jedną stronę już zaatakował). Natomiast kolejny odcinek serii Łazowskiego i Szymkiewicza to nie tylko pełnokrwista zagadka kryminalna z którą zmierzyć się może sam czytelnik, ale i kilka innych łamigłówek rodem z "Kaczora Donalda" czy innych periodyków dla tych nieco młodszych komiksiarzy. Stałą (czyt. wysoką) formę trzymają "Ćmy" Tomasza Pastuszki oraz "Flatties" tego samego pana i fantastycznie rysującej Ewy Juszczuk. Widniejący na (uznawanej przez wielu za najlepszą dotychczas) okładce Człowiek Paroovka znalazł swoje miejsce i w środku numeru, w historii, gdzie głównym miejscem akcji jest Bar Bara, a gościnny występ zalicza jedna z ciekawszych postaci stworzonych przez Marka Lachowicza (wcześniej można było ją zobaczyć w wydanym w 2007 roku albumie "Człowiek Paroovka. Dorysuj mu wąsy"). Po lekturze "Gangu Wąsaczy" nieco zwątpiłem w trójmiejskiego twórcę, ale ten jeden odcinek przywraca mą wiarę i wzmaga apetyt na kolejny album przygód tego bohatera (i spółki).

Nieco lepiej (w porównaniu z poprzednimi odcinkami) jest w przypadku "Byle do piątku trzynastego" Sztybora i Nowackiego. Jednak o ile nie można się czepiać warstwy graficznej, o tyle sama historia jest nadal niezbyt wciągająca. Póki co wygląda na to, że oprócz tytułowej daty, główni bohaterowie nie mają za wiele do roboty. A przynajmniej nic takiego co mogłoby się równać z morderczym szałem, który ma zapewne miejsce kiedy już nadejdzie ten właściwy dzień. Chyba jednak oprócz perypetii związanych z szukaniem pracy, wolałbym, aby Flitlicz i spółka zajęli się tym co potrafią robić najlepiej - mordowaniem. Mam nadzieję, że ostatni kadr jest tego miłą zapowiedzią. Jeśli chodzi o dwie ostatnie stałe serie wchodzące w skład "Kartonu" to obie one wychodzą spod rąk braci Surma. Przy lekturze komiksu "168", warto by przypomnieć sobie poprzednie dwa odcinki, tak żeby wszystkie one mogły łączyć się w jedną, jeszcze nie do końca logiczną, całość. Obyczajowa seria Marcina Surmy wydaje się idealną historią do czytania za jednym razem, bo w przypadku rozpoczynania jej lektury załóżmy od tego odcinka, czytelnik będzie mocno zdezorientowany. Na szczęście, patrząc po numeracji poszczególnych stron, w przyszłości można się spodziewać takiego właśnie wydania zbiorczego. Co do komiksu drugiego z braci, Przemysława, zarzut jest od początku ten sam - za mało! A przymykając oko na ten fakt, pełen profesjonalizm - i kreska i kolor to najwyższy poziom rodzimego cartoonu. Chociaż nie miałbym nic przeciwko pomysłowi rzuconemu na spotkaniu z Surpiko podczas ubiegłorocznej emefki, aby przynajmniej w jednym numerze "Diogenes" zagościł na większej ilości stron. Nawet kosztem koloru.

To tyle jeśli chodzi o stałe serie komiksowe. Oprócz nich w środku znalazła się bardzo klimatyczna grafika Pawła Sambora (w ramach "Szczypty realizmu"), oraz cztery pozbawione słów i niezwykle zabawne jednoplanszówki zagranicznego gościa, Oscara Mediny Hernandeza (który jak dla mnie mógłby co numer dorzucać przynajmniej jeden taki smakowity kąsek do zawartości kwartalnika). Nie można też nie wspomnieć o paskach Karola Kalinowskiego z serii "Wyjście" traktujących o codziennych perypetiach wielbiciela mocnych trunków - przy ich lekturze niejeden czytelnik zaduma się i powie "tak było" (tudzież "tak właśnie jest"). Na trzeciej stronie okładki tradycyjnie znajduje się komiks sponsorowany i moim zdaniem - naszym redakcyjnym pewnie też - jest to najśmieszniejszy i najlepszy komiks, który póki co wszedł w skład tej umiejętnie łączącej wątki serii. W porównaniu z poprzednim numerem zabrakło tylko rubryki "Kar://Net" Zuzanny Kochańskiej i jej gościa, ale z dobrze poinformowanych źródeł wiem, że wróci ona na łamy magazynu w przyszłym numerze (planowanym na Bałtycki Festiwal Komiksu)

Reasumując - trzeba ten "Karton" na swej półce mieć. Szczególnie, że za dodatkowe cztery strony komiksów (łącznie jest ich 40 + okładka) nie trzeba dopłacać ani grosza więcej do tych i tak już symbolicznych i niezmiennych od pierwszego numeru pięciu złotych.

A na dodatkową zachętę, która powinna rozwiać wszelkie wątpliwości (jeśli jeszcze jakieś są) prezentujemy wcześniej nigdzie nie publikowany pierwszy odcinek z serii "Rubino" Patricio Didlo (pozostałe przykładowe plansze z trzeciego "Kartonu" do wglądu na WRAKu).
* po przeczytaniu tej recenzji, a później też i całego magazynu, połączenie pewnych faktów wynikających z tych dwóch lektur, może skłonić do posądzenia mnie o nieobiektywność w całym swoim zachwycie nowym numerem "Kartonu". Zarzekam się jednak, że wspiąłem się na wyżyny obiektywności i stamtąd głoszę te wszystkie komplementy pod adresem "trójeczki".

wtorek, 20 kwietnia 2010

#427 - Czyściec

Nie ma nic bardziej irytującego w literaturze, zarówno tej poważnej, książkowej, jak i niepoważnej - komiksowej, niż moralizatorstwo. Nie ma nic gorszego od nachalnego autora, który w swoim utworze zamienia się w surowego belfra, pouczającego czytelnika, jak należy postępować. Bo przecież ten inteligencją nie grzeszy. Jeśli tekst będzie za bardzo skomplikowany, niejednoznaczny i trudny w odbiorze, to samodzielne wyciągnięcie wniosków może okazać się ponad siły biednego odbiorcy. Autor, chcąc nie chcąc, musi wyraźnie zaznaczyć, co miał do przekazania, nie pozostawiając miejsca na wątpliwości i pytania.

Przesłanie "Czyśćca" jest wyraźne i jednoznaczne. Komiks uczy swojego czytelnika, żeby być wrażliwym na krzywdę innych, w miarę możliwości nieść im pomoc. Nawołuje do odrzucenia egoizmu i pychy, a zachęca do miłości, bo nigdy nie wiadomo, kiedy przyjdzie nam umrzeć. Umacnianie moralności za pomocą sztuki samo w sobie nie jest niczym złym, ale metody, jakich używa Christophe Chaboute budzą moje wątpliwości. Poprzedni utwór tego autora, "Henri Desire Landru", był obrazem odkłamującym mit tytułowego seryjnego zabójcy z Francji. Frapującym, intrygującym i niejednoznacznym, w przeciwieństwo do banalnego, uproszczonego, tandetnego i zwyczajnie nudnego wykładu z etyki, jakim jest "Czyściec".

Na głównego bohatera komiksu Benjamina Tartouche'a niespodziewanie spada jedno nieszczęście, za drugim. A wydawało się, że wreszcie będzie mógł wieść spokojne życie. Dobrze płatna praca na własny rachunek, pełen portfel i ponętna sąsiadka. Żyć, nie umierać! Niestety, wspaniały dom, który otrzymał w spadku po zmarłej ciotce, swojej jedynej krewnej, zostaje strawiony przez pożar. W jednym momencie traci cały dorobek swojego życia. Przez problemy z ubezpieczeniem z dnia na dzień ląduje na ulicy bez grosza przy duszy, bez bliskich do których mógłby się zwrócić, bez żadnej nadziei, że jego sytuacja się poprawi. Trudno powiedzieć czym Benjamin zasłużył sobie na taką odmianę losu. Ot, po prostu splot nieszczęśliwych okoliczności. Przypadek. W świecie, w którym żyje, nikt nie kwapi się aby podać mu pomocną dłoń. Instytucje charytatywne i socjalne nie istnieją, banki i towarzystwa ubezpieczeniowe kombinują tylko, jak wykiwać swoich klientów, a politycy są oczywiście do cna skorumpowani.

Postać Tartouche została tak skonstruowana aby każdy czytelnik mógł się z nim łatwo identyfikować i przez to zaangażować w sytuację, w jakiej się znalazł. Na przykładzie jego losu zostaje udzielona umoralniająca lekcja. Niestety, karykaturalne wręcz przerysowanie rzeczywistości i bijący z utworu dydaktyzm sprawiają, że historia jest kompletnie niewiarygodna i nieprzekonująca. Całości dopełnia fatalne zakończenie, które jeszcze spotęgowało moje rozczarowanie. Na szczęście Chaboute jest o wiele lepszym rysownikiem, niż scenarzystą. Twórca bardzo sprawnie opowiadana obrazem, "Czyściec" czyta się nadzwyczaj płynnie dzięki świetnemu kadrowaniu, oryginalnemu rozplanowaniu paneli i przejrzystej kresce. Chaboute świetnie czuje narracje komiksową, o czym świadczy choćby dramatycznie skomponowana scena pożaru domu Benjamina. Nieco gorzej wychodzą mu twarze postaci, ale ten niewielki niedostatek nie jest w stanie zepsuć dobrego wrażenia, jakie pozostawia oprawa graficzna.

"Czyściec" jest komiksem zaskakująco słabym. Chaboute, który zaskarbił sobie moją sympatię swoją poprzednio wydaną u nas pracą, "Henri Desire Landru", teraz nieco spuścił z tonu i mnie rozczarował. Mam nadzieję, że swoim kolejny komiksem, czyli "Samotnikiem" (zapowiadającym się naprawdę interesująco), spłaci kredyt zaufania, którym go obdarzyłem.