poniedziałek, 13 grudnia 2010

#642 - Powroty Tadeusza Raczkiewicza

Pojawienie się serii "Tajfun" na łamach "Świata Młodych" można uznać za pewnego rodzaju przełom. Do tej pory w "piśmie młodzieży harcerskiej i szkolnej" dominowały komiksy humorystyczne, często zawierające mniej lub bardziej zakamuflowany ładunek dydaktyzmu, przeznaczone raczej dla młodszego czytelnika. Kolorowe historyjki uchodzące dziś za klasykę gatunku, "Tytus, Romek i A'Tomek" Papcia Chmiela, "Kajko i Kokosz" Janusza Christy, przygody Kudłaczka i Bąbelka Tadeusza Baranowskiego czy "Binio Bill" Jerzego Wróblewskiego w myśl szkolnego założenia uczyły, bawiąc.W 1984 roku pojawił się Tajfun. Najlepszy kosmiczny agent tajnej organizacji szpiegowskiej Nino, któremu nawet najtrudniejsze zadania nie były straszne. W niczym nie odbiegał od zachodniego wzorca herosa komiksów science-fiction, jeśli nie liczyć jego imponującego słowiańskiego wąsa. Podobnie, jak jego odpowiednicy spoza żelaznej kurtyny, był mistrzem karate i doskonałym pilotem, a także ucieleśnieniem męskości, do którego potajemnie wzdychały Maar i Kriss, partnerki z agencji. Przygody Tajfuna pełne wartkiej akcji, laserowych strzelanin, galaktycznych pościgów i zmagań z zagrażającymi całemu kosmosowi terrorystami pokazały polskiemu czytelnikowi zupełnie inny typ komiksu - wolny od ideologicznego przekazu i pozbawiony zadań moralizatorskich. Porywający swoją sensacyjną akcją i spełniający eskapistyczne założenia zwyczajnego zrelaksowania się przy lekturze komiks z miejsca zdobył sobie wielką popularność. Dlaczego zatem prace Tadeusza Raczkiewicza nie doczekały się licznych wznowień i wydań albumowych w przeciwieństwie do innych komiksowych mistrzów z tamtego czasu?

Z pewnością jedną z przyczyn były zbliżające się przemiany ustrojowe. Ciągle zawirowania na rynku prasowym, problemy z przydziałem papieru, a później trudne realia raczkującego kapitalizmu z początku lat dziewięćdziesiątych nie sprzyjały wielu inicjatywom wydawniczym. Nie pomagał również fakt, że Raczkiewicz mieszkał w Gubinie i w warszawskiej redakcji "Świata Młodych" pojawiał się dość rzadko. Szykowane przez wydawnictwo Old Baron na początku lat dziewięćdziesiątych wznowienia nigdy nie doszły do skutku, gdyż oryginalne plansze i matryce do druku zaginęły i odnalazły się dopiero w listopadzie 2010 roku. "Tajfun" na swoją albumową reedycję czekał aż do 2006 roku, kiedy nakładem nieistniejącego już wydawnictwa Mandragora ukazała się zbiorcza edycja zawierająca "Zagadkę układu C-2", "Aferę Bradleya" i "Na tropie Skorpiona". Jeszcze mniej szczęścia miały inne komiksy Raczkiewicza, które na wznowienie musiały czekać aż do 2009 roku.

Najpierw, w marcu zeszłego roku ukazała się przygotowana przez fanów publikacja "Tadeusz Raczkiewicz: Komiksy nieznane". Niewielkich rozmiarów broszurka zawierała początek piątej księgi przygód kosmicznego agenta Nino, kilka niedokończonych projektów, a także mnóstwo szkiców i ilustracji. Pozycja, której nakład liczył sobie zaledwie 170 egzemplarzy rozeszła się w mgnieniu oka, niemal natychmiast zapewniając sobie status białego kruka i kolekcjonerskiego rarytasu, sięgającego zawrotnych cen na rynku wtórnym. Pokazała również jak wielkie istnieje zapotrzebowanie na komiksy Raczkiewicza. Nieco później, bo już w październiku krakowska oficyna Ongrys przygotowała reedycję znakomitej większości dzieł ojca "Tajfuna". Komiksy Raczkiewicza zostały zebrane w dwóch wersjach. Jednoalbumowej "Tajemnicy Czerwonego Teepee" (oprócz tytułowej historii zawierającej "Dwa lata wakacji" i "Piętnastoletniego Kapitana", "Zawiszę Czarnego", "Tajemnicę Kamiennego Lasu" i "Toma Monka" oraz materiały dodatkowe) i dwualbumowej, w której osobno opublikowano adaptacje powieści Juliusza Verne'a i komiksy historyczno-fantastyczne.Ten tematyczny rozrzut, od westernów począwszy ("Tajemnica Czerwonego Teepee"), przez opowieści science-fiction ("Tajemnica Kamiennego Lasu"), przez komiksy oparte na wydarzeniach historycznych ("Zawisza Czarny"), a na przygodowych opowieściach ("Piętnastoletni Kapitan") skończywszy udowadnia niezwykłą wszechstronność Raczkiewicza. Artysta czuł się dobrze w każdej z tych konwencji ze swoją dynamiczną kreską i solidnym warsztatem, choć daleko mu było do kunsztu Rosińskiego czy Wróblewskiego. Niestety, współczesnego czytelnika jego ilustracje mogą razić nieporadnymi skrótami, niedbale zarysowanym tłem czy kiepską znajomością prawideł komiksowej sztuki, choć trafiają się i takie kadry, których młodsi twórcy mogą Raczkiewiczowi pozazdrościć.

Na tym jednak historia twórczości ojca "Tajfuna" się nie kończy. Podobnie, jak Tadeusza Baranowski czy Papcio Chmiel, Raczkiewicz nie powiedział jeszcze ostatniego słowa i pozostaje aktywnym twórcą. Wraz ze scenarzystą Piotrem Ponaczewnym stworzył "Farę – bramę do gwiazd", opowieść o miejskim kościele parafialnym w Gubinie utrzymaną w fantastycznej konwencji. Komiks sponsorowany, ale nie pozbawiony artystycznego pomysłu.

Ja z racji swojego młodego wieku ani "Świata Młodych", ani komiksów Raczkiewicza w swoim czasie poznać nie mogłem. Z pewnością wydawnictwa Ongrysa najbardziej ucieszą tych, którzy polowali na "ŚM", przeczesując kolejne kioski. A co z innymi, dla których sięgnięcie po "Zawiszę Czarnego" i "Dwa lata wakacji" nie będzie oznaczało podróży sentymentalnej do czasów młodości? Nie ulega wątpliwości, że czas mocno odcisnął swoje piętno na tych pozycjach i dziś, w porównaniu z obecną komiksową produkcją, wyglądają bardzo archaicznie. Nie sądzę, aby mogły zainteresować kogoś, kto nie uważa, że polską klasykę znać warto…

1 komentarz:

M. Sledzinski pisze...

Ogromnym sentymentem darzę sobie tajfunowe "Monstrum". Kadr, na którym potwór zapada się na lodowym moście mógłbym pewnie nawet z pamięci narysować.