środa, 17 listopada 2010

#616 - Western

Westernów już się w Hollywood nie kręci. Na nic zdały się próby rewizji skostniałego modelu opowieści o kowbojach wypracowanego w drugiej połowie zeszłego wieku. Dziki Zachód odstawiono do lamusa. Jednak w świecie komiksu western wciąż jest żywy i to po obydwóch stronach Oceanu. W Ameryce swoją drugą młodość przeżywa "Jonah Hex", po gatunek sięgają tacy twórcy, jak Garth Ennis ("Kaznodzieja") czy Brian Azzarello ("Loveless"). A w Europie, oprócz wciąż żywych klasyków pokroju "Blueberry'ego" czy "Lucky Luke'a", do tematyki nawiązali Jean Van Hamme i Grzegorz Rosiński w wydanym w 2001 roku "Westernie".
Potentat hodowli bydła Ambrosius Van Deer po wielu latach bezowocnych poszukiwań wreszcie odnalazł swojego bratanka. Rodzina małego Eddiego została zamordowana prze Indian, kiedy miał zaledwie kilka lat. Porwany przez czerwonoskórych i nieświadomy swojego pochodzenia był wychowywany na jednego z nich. Nikt nie spodziewa się, że szczęśliwy powrót czternastoletniego chłopaka na łono rodziny stanie się przyczyną tragedii…

"Western" Van Hamme'a i Rosińskiego nawiązuje do tradycji antywesternów, w których nie ma już bohaterskich szeryfów stojących na straży prawa, dzielnych traperów karczujących drogę postępowi i cywilizacji białego człowieka, a Indianie mają do odegrania rolę albo szlachetnych wojowników, albo bezlitosnych barbarzyńców. Odbrązowiony Dziki Zachód to świat w którym za garść dolarów strzela się w plecy, takie pojęcia jak honor, sprawiedliwość i uczciwość to tylko frazesy ze Starego Kontynentu, a racja stoi zawsze po stronie silniejszego.

Jean Van Hamme świetnie się sprawdza, jako scenarzysta opowieści sensacyjnych. Dobrze czuje się w komiksie, w którym dzieje się dużo, akcja gna na złamanie karku, a fabuła osnuta jest wokół szpiegowskiej lub kryminalnej intrygi. Dowodami jego kunsztu są serie "XIII" i "Largo Winch". Niezgorzej daje sobie radę z poczciwą fantasy, czego "Thorgal" jest najlepszym przykładem. Przynajmniej przez pierwsze dwadzieścia klika tomów, bo przecież każda formuła musi się kiedyś wyczerpać. Równie dobrze poradził sobie z formułą obyczajowej sagi rodzinnej, dzięki czemu "Władcom Chmielu" nieco bliżej jest tradycji europejskiej powieści realistycznej, niż harlequinowym tasiemcom. Mówiąc najogólniej, znakomicie radzi sobie z literacką konfekcją. Potrafi wiele wykrzesać z najbardziej ogranych i sztampowych motywów, długo utrzymując wysoką jakość swoich prac.

Wyjątkową pozycją w jego bibliografii stanowi trylogia "Szninkiel", rzecz wybitna i aspirująca do jednego z najważniejszych dzieł w najnowszej historii komiksu europejskiego. "Western" stworzony również w kooperacji z Grzegorzem Rosińskim, miał być w swoich założeniach czymś podobnym. Projektem niezwykłym, oderwaniem się od ciężkiej harówy nad, między innymi, "Thorgalem". I niestety nie udało się. Van Hamme pewnie potrafiłby napisać znakomitą opowieść o Dzikim Zachodzie, w którym dzielni kowboje staczaliby pojedynki w samo południe, bandyci napadaliby na banki i pociągi, a Indianie bronili swoich ziem przed białym najeźdźcą. Dramatyczna opowieść o powikłanej ludzkiej doli wyszła mu o wiele gorzej. W rękach innego scenarzysty, z "Westernu" dałoby się wycisnąć poruszająca, niemal antyczną tragedię o bezlitosnym Losie, którego wyrokom nie sposób się sprzeciwiać. A tak, powstał nie dramat, tylko wyrób melodramatyczny. Ckliwa historia o rozdzielonej rodzinie, przypominającej bardziej telenowelę, w której kochanek okazuje się bratem, a dawno uważana za zmarłą stryjeczna ciotka jednak przeżyła lotniczą katastrofę i przez siedem ukrywała się w amazońskiej dżungli.Na początku nowego wieku, kiedy Grzegorz Rosiński szukał nowego stylu, sięgał po nowe środki wyrazu pracując właśnie nad "Westernem". Porzuciwszy klasyczny warsztat komiksowego rysownika, postanowił wrócić do farb. Przeskok od "Thorgali" nie jest jeszcze tak radykalny, jak miało to miejsce w przypadku "Zemsty Hrabiego Skarbka", ale według mnie "Western" pod względem wizualnym prezentuje się znacznie lepiej od dwuczęściowej opowieści o polskim malarzu-emigrancie. Zamiast kiczowatej, pseudo-impresjonistycznej estetyki Ros postawił na surowe, ziarniste, wyprane z kolorów ilustracje, przynoszące na myśl fotografie z początku zeszłego wieku. Taka grafika jak ulał pasuje do opowiadanej historii, a dodatkowym atutem komiksu są fantastyczne wielkoformatowe "obrazy" wplecione w historię i odgrywające rolę specyficznych interludiów.

Graficznie rzecz biorąc opowieść o Edwinie Van Deerze, obok najlepszych odcinków "Thorgala", to mój ulubiony Rosiński, świetnie panujący nad materią komiksu i popisujący się swoim artystycznym kunsztem. Wielka szkoda, że Van Hamme (tym razem) nie potrafił się dostosować do jego poziomu.

10 komentarzy:

Andrzej Janicki pisze...

Trzy pierwsze zdania teksu mnie lekutko zdziwiły.
O ile wiem, westerny kręci się i w Hollywood i poza nim, choćby w Kanadzie, czy Australii. Rewitalizacja gatunku, rozumiana jako powrót do skali produkcji westernowych i ich popularności z ubiegłego wieku się nie powiodła, ale czy "Hollywood" miał takie ambicje? Jest to jeden z gatunków, który dosyć regularnie wykorzystują twórcy filmowi (podobnie jak komiksowi) do opowiedzenia swoich historii i tyle. Prawda, że często niezbyt wybitnych, ale niczego nie odstawili do lamusa, bo gatunek wciąż jakoś żyje i nadal może być atrakcyjny, że przypomnę serial „Deadwood”.

W dalszej części pojawiają się określenia: trylogia "Szninkiel" i "kiczowata, pseudo-impresjonistyczna estetyka, których też bym się czepił, ale odpuszczę:)

Anonimowy pisze...

Wstęp w ogóle mija się z rzeczywistością ale autor nie musi wiedzieć wszystkiego...

Wester to jeden z najlepszych komiksów wydanych na naszym rynku, a porównanie go do telenoweli jest absurdalne.

Może autorowi po prostu nie leży konwencja rodem z Dzikiego Zachodu?

majki pisze...

haha- z radością przeczytałem dwa pierwsze komentarze, bo dokładnie to samo miałem na myśli odnośnie wstępu "o kinie i westernie".
No nic- niestety albo pisze się o komiksie i na tym się skupia, albo próbuje się "felietonizować" i potem wychodzi takie coś.

Konwencja westernu, włoskiego westernu czy naweł niemiecko-bułgarskiego westernu doczekała się niesamowitej ilości publikacji i książek /również na naszym rynku i kilka z nich posiadam/i motywy na których oparto kino "western" jest wciąż żywe.

p.s. co do reszty artykuły, a więc kwintesencji- miło przeczytać bo pojęcia nie miałem, że powstało coś takiego.

majki pisze...

haha- z radością przeczytałem dwa pierwsze komentarze, bo dokładnie to samo miałem na myśli odnośnie wstępu "o kinie i westernie".
No nic- niestety albo pisze się o komiksie i na tym się skupia, albo próbuje się "felietonizować" i potem wychodzi takie coś.

Konwencja westernu, włoskiego westernu czy naweł niemiecko-bułgarskiego westernu doczekała się niesamowitej ilości publikacji i książek /również na naszym rynku i kilka z nich posiadam/i motywy na których oparto kino "western" jest wciąż żywe.

p.s. co do reszty artykuły, a więc kwintesencji- miło przeczytać bo pojęcia nie miałem, że powstało coś takiego.

Anonimowy pisze...

http://www.imdb.com/search/title?genres=western&sort=year,desc

Jak widać, westerny się w ostatnich latach kręciło, kręci i zamierza kręcić.

majki pisze...

generalnie opieranie się o krajową dystrybucje to pomyłka;)

Rob Wyrzykowski pisze...

Kubie chyba o to chodziło, że kiedyś kręcono dużo więcej westernów i z dużo większym odzewem publiczności.

Kuba Oleksak pisze...

No rzeczywiście może nieco przegiąłem z moim sądem w tym nieszczęsnym westernem :/

Ale faktem jest, że przeglądając repertuar kin na western nie natrafię. Wybór został ograniczony do komedii romantycznych, adaptacji komiksów, sensacji i animacji (rzecz jasna z grubsza). Są tam, gdzie amerykańskie kino kopane, czy sensacje w oldschoolowym stylu.

Wydaje mi się, że konwencja westernu, jako takiego się wyczerpała. Jego estetyka wraca w różnych konfiguracjach, czy to jako ładny element dekoracji ("Mroczna Wieża"), czy jako pole poszukiwań autorskich (braci Coen chyba teraz kręcą coś o Dzikim Zachodzie...)


A "Western" Rosa i JVH to dla mnie naprawdę słaba rzecz. Miał wyjść z tego "Edyp na Dzikim Zachodzie", ale wyszedł jakiś koszmarek, co mnie, jaki miłośnika antycznej dramaturgi, mocno zasmuciło. A może jestem rozpieszczony "kulturą wysoką"?

A Andrzeju, z czym się nie zgadzasz? Że "Szninkiel" to arcydzieło, czy z tym, że Rosiński dał strasznie ciała w "Skarbku" :)

Andrzej Janicki pisze...

@Kuba - Chodzi o słowo trylogia. Wydaje mi się, że Szninkiel został podzielony na trzy części tylko na potrzeby któregoś tam z kolei wydania (kolorowego) a był od początku zaplanowany jako całość. Mogę się jednak mylić, oczywiście.
:)
"kiczowata, pseudo-impresjonistyczna estetyka" - tu bym musiał się bardziej rozpisać i lepiej znać, ale nie widzę w Skarbku uzasadnienia dla takiej etykietki.

A westernów po prostu nie lubisz, teraz to widzę jasno, ale wybaczam.
Nie wszyscy przecież muszą.
:)

Maciej pisze...

@Andrzeju, Pamiętam, że bodajże w Lampie zanalizowano Skarbka właśnie pod kątem malarstwa z uwiecznionej w komiksie epoki. Werdykt brzmiał - popelina. I myślę, że Kuba podpierał się tamtym tekstem, który sam w sobie był trafny.