środa, 30 września 2009

#264 - Grant and Frank and Batman and Robin

Zacznę od oczywistości, żeby później mieć to z głowy - Grant Morrison to jeden z bardziej kontrowersyjnych twórców parających się superbohaterskim mejnstrimem, którego nazwisko jest często jednym tchem wymawiane obok Millera czy Moore'a. Obecnie jego uwaga skupiona jest głównie na postaci Batmana, którego losy znajdują się w rękach szkockiego scenarzysty od 2006 roku, kiedy to z Andy Kubertem przejął serię o Nietoperzu wraz z numerem 655. Czwarty rok pracy nad losami Bruce'a Wayne'a to przedostatnia (czwarta z pięciu) część wielkiej historii wymyślonej przez Morrisona, rozpoczynająca się wraz z pierwszym numerem maxi-serii "Batman and Robin".

Zanim jednak napiszę słów kilka o pierwszym jej akcie o nazwie "Batman Reborn", wypadałoby przypomnieć dwa najważniejsze fakty z dotychczasowych poczynań scenarzysty "Azylu Arkham": Bruce Wayne ma syna i Bruce Wayne nie żyje. Chociaż może lepiej będzie napisać "nie żyje" - przynajmniej dla czytelników, którzy zanim dowiedzieli się o tym z kart komiksu, zostali poinformowani o tym fakcie w jednym z wywiadów z Danem DiDio. Dla prawie całego Gotham Bruce Wayne / Batman jest już jednak tylko wspomnieniem i tylko Tim Drake (trzeci w historii Robin, obecnie działający jako Red Robin) łudzi się, że może być inaczej i prowadzi w tej sprawie swoje małe dochodzenie. Martwy czy nie, faktem jest, że Gotham stało się bardziej przyjazne wszelkim przestępcom, łotrom i łotrzykom wraz z zaginięciem swojego mrocznego stróża. Miastu potrzebny był więc nowy pogromca zła, którego wyłoniła mini-seria "Battle for the Cowl" Tony'ego S. Daniela - kostium Nietoperza przywdział pierwszy w historii sidekick Wayne'a, który później przemianował się na Nightwinga, Dick Grayson, a w rolę jego pomocnika przywdziewającego zielono-żółto-czerwony kostium wcielił się dziesięcioletni mistrz sztuk walki Damian Wayne.

Pierwsze trzy numery maxi-serii traktującej o pierwszej wspólnej akcji nowych strażników Gotham przygotował duet twórców Morrison-Quitely, którzy to nie raz i nie dwa mieli okazję ze sobą współpracować ("WE3", "All Star Superman", "New X-Men"). Nowy Batman i Robin muszą stawić czoła szalonemu Profesorowi Pygowi, który dowodzi gangiem Circus of Freaks i (jakżeby inaczej) terroryzuje Gotham City. A skoro tak, to muszą się przygotować oni na walkę z tak niecodziennymi przeciwnikami jak monsturalnie gruby mężczyzna przebrany w kobiecie ciuchy - Big Top (chyba że jest to jednak monstrualnie gruba kobieta posiadająca zarost), facet o płonącej głowie - Phosphorus Rex, czy coś w rodzaju syjamskich kung-fu trojaczków, których nie można zajść od tyłu - tak zwany Siam. A gdy dodać jeszcze sporą ilość ludzi przemienionych przez Pyga w bezmózgie marionetki to można pogratulować nowemu "dynamicznemu duetowi" ciekawego debiutu. Akcji jest sporo, efektownych pojedynków również nie brakuje. Na pierwszy plan wysuwa się jednak relacja na linii Dick Grayson - Damian Wayne. Syn oryginalnego Batmana to wyszczekany małolat, który bez owijania mówi swojemu obecnemu partnerowi, że musi on sobie zapracować na jego respekt, bo na razie to następca Bruce'a z niego żaden. Z kolei Dick w pewnym momencie przechodzi mały kryzys tożsamości, związany z tym, że nikt nie wierzy, że jest on Batmanem i wszyscy upatrują w nim jedynie taniej podróbki prawdziwego strażnika Gotham. Tutaj do akcji wkracza "wujek dobra rada" Alfred Pennyworth - wieloletni przyjaciel i lokaj panicza Bruce'a, którego kilka mądrości życiowych działa lepiej niż pięć lat medytacji i przemyśleń nad ludzkim żywotem w pustej górskiej chacie.

"Batman and Robin" to pierwsza seria z Nietoperzastym za jaką wziąłem się od czasów zeszytów z TM-Semic. Lubię tę postać, ale jej mitologia mnie onieśmielała i przeszkadzała w sięgnięciu po jedną z jego serii - cieszę się więc, że Grant Morrison stworzył komiks, który pozwala łagodnie wejść w świat Nietoperza (nawet jeśli to tylko jego chwilowy zastępca) i który jest bardzo przyjazny nowemu czytelnikowi. Szkocki scenarzysta powiedział w jednym z wywiadów, że chciał, aby seria ta była pozbawiona wielkich przemyśleń, a skupiała się na nieustannej akcji - na wzór filmu "Adrenalina", którym jest zachwycony i w hołdzie dla telewizyjnej serii "Batman" z lat 60-tych , którą postanowił przepuścić przez filtr dokonań Lyncha i jego "Twin Peaks". Chcąc to porównać do innych komiksów z Nietoperzastym, można by tę serię nazwać połączeniem "All Star Batman and Robin" i "Zabójczego Żartu", chociaż nie podejmowałbym decyzji o zakupie tego komiksu tylko na podstawie tego porównania, bo wymieniając "Killing Joke" miałem na myśli jej cyrkowy element, a nie mrok czy głębię dzieła Moore'a. Co do graficznej strony "Batman Reborn" to wystarczy powiedzieć, że Frank Quitely się spisał. Nie ma tu co prawda takiej porcji szczegółów i dynamiki w scenach akcji jak to było w przypadku "WE3", ale to nadal bardzo wysoki poziom, do którego Quitely przyzwyczaił swoich fanów.

Tak jak wspomniałem nieco wyżej, pierwsze trzy numery serii stanowią jej pierwszy akt. Kolejne trzy części, również składać się będą z trzech numerów i za grafikę każdej z nich odopwiadać będzie inny artysta. Druga historia pt. "Revenge of the Reed Hood" potraktowana będzie ołówkiem filipińskiego rysownika Philipa Tana, a kolejne dwie będą autorstwa Kanadyjczyka Camerona Stewarta (który współpracował z Morrisonem przy okazji "Seaguya" czy "Seven Soldiers: The Manhattan Guardian" i ostatnio dostał nagrodę Shustera za najlepszy webkomiks 2009 roku - "Sin Titulo") oraz Anglika Frazera Irvinga ("Inhumans: Silent War"). Finałowy akt miał pierwotnie być rysowany przez Franka Quitely'ego, a przedostatni przez Irvinga, ale ostatecznie wprowadzono do tej paczki Stewarta, a Frank Q. ma jeszcze swoje narysować przy okazji runu Morrisona.

Warto zwrócić uwagę na tę maxi-serię, szczególnie jeśli wcześniej nie miało się okazji (bądź chęci) zmierzyć z Batmanem i spółką. Nie wiem tylko czy nie lepiej byłoby nieco jeszcze poczekać i posmakować tego za jednym razem, przy okazji wydań zbiorczych czy może nawet jednego opasłego HCka zbierającego wszystkie dwanaście numerów, bo czytanie tego raz na miesiąc po dwadzieściakilka stron pozostawia uczucie niedosytu. Mimo tej niedogodności co miesiąc za równowartość 3$ dostaję kolejne odsłony historii Morrisona - po zapoznaniu się z pierwszym aktem męczarnią byłoby czekać długie miesiące na zbiorcze wydania.

poniedziałek, 28 września 2009

#263 - Skarga Utraconych Ziem #6: Gwinea Lord

Dobrze pamiętam, kiedy na księgarskie półki trafił premierowy tom "Skargi Utraconych Ziem" - były to czasy rynkowej posuchy, gdy zakup każdego nowowydanego albumu był dla mnie wielkim wydarzeniem. Każdego, a co dopiero tego autorstwa Grzegorza Rosińskiego, ilustratora kultowego "Szninkla" i genialnego "Thorgala", rysownika europejskiej sławy, będącego powodem do dumy każdego polskiego miłośnika historyjek obrazkowych. Nic zatem dziwnego, że oczekiwania wobec "Skargi..." były ogromne i trudno było się dziwić, że czterotomowy cykl fantasy okazał się sporym rozczarowaniem.

Mimo tego, że tetralogia Jeana Dufaux i Rosińskiego spotkała się z dość chłodnym przyjęciem wśród czytelników, "Skarga Utraconych Ziem" doczekała się kontynuacji. Ponieważ cztery pierwsze albumy tworzą spójną i symetryczną całość, zamiast klasycznego sequela, postanowiono przygotować prequel, dotyczący jednego z pobocznych bohaterów serii, Seamusa. Szósty tom, podobnie zresztą, jak i poprzedni, "Morrigany", ukazuje się już w zupełnie innych warunkach rynkowych. Czy teraz, gdy na brak nowych tytułów narzekać nie można, a czytelnicy rozpieszczani się przez edytorów wydaniami kolekcjonerskimi, "Gwinea Lord" ma szansę wyróżnić się z comiesięcznego zalewu komiksów?

Niestety, najnowsza "Skarga…" nie ma w sobie nic, co mogłoby zachęcić potencjalnego czytelnika do sięgnięcia po nią. Fabuła komiksu została sklejona przez Dufauxa z ogranych do bólu wątków i szablonowych chwytów literatury fantastycznej. Zlepiona poprawnie i bez wpadek, ale choćby bez ułamka tej oryginalności, obecnej w oryginalnym cyklu. Oto w zakonie Rycerzy Łaski jeden z nowicjuszy, Eirell, zostaje zlekceważony przez swoich przełożonych i przechodzi na przysłowiową ciemną stronę mocy. Wraz z uwolnioną Morriganą i tytułowym Gwineą Lordem rusza w pościg za Czarodziejką Sanctus. Czarownicą, dotkniętą przez Łaskę, pragnącą wspomóc zakon w walce ze złem. Na ich drodze stanie Seamus wraz ze swoim mistrzem. Komu pierwszemu uda się dotrzeć do Sanctus?

Do rysowania kontynuacji "Skargi..." nie zatrudniono już Rosińskiego. Schedę po polskim rysowniku przejął znany z kart "Mureny" Phillipe Delaby. Belgijski artysta, który świetnie daje sobie radę z tematyką historyczną, nie gorzej zaprezentował się w poetyce fantasy. Kreska Delaby'ego nie wychodzi poza standardy europejskiego realizmu, ale jego klarowany i zgrabny styl może się podobać.

Wydaje mi się, że Egmont wydaje "Skargę Utraconych Ziem" nieco z rozpędu, głównie za sprawą Rosińskiego, który kiedyś przyłożył rękę do tej sztampowej opowieści o rycerzach i czarownicach. To komiks, o którym trudno cokolwiek napisać, bo po lekturze odkładamy go na półkę, bez zamiaru sięgnięcia po niego ponownie.

niedziela, 27 września 2009

#262 - Trans-Atlantyk 57

Odpowiedzialność za zeszłotygodniowe kłopoty z wieńczącym tydzień Trans-Atlantykiem, który w końcu ukazał się w mocno okrojonej wersji, spada na moje wątłe barki. Wszystkich bardzo chciałbym przeprosić za całe to zamieszanie w imieniu własnym i mojego komputera, który w kluczowym momencie odmówił posłuszeństwa i komunikacji z routerem. Oszczędzę Wam tej historii pełnej dramatycznych zwrotów akcji i spalonych kart sieciowych, bo w każdym razie na tę chwilę wszystko jest w porządku. W dzisiejszym wydaniu publikujemy zaległe informacje z zeszłego tygodnia i mam nadzieję, że w ten sposób wynagrodzimy przyszłotygodniową absencję zarówno TA, jak i KE. Pierwszy weekend października zarezerwowaliśmy wraz z arczem i tranwayem na balowanie z innymi komiksiarzami w Łodzi i na 99,9 % w sobotę i niedzielę po Kolorowych tylko wiatr będzie hulał. Zatem - do zobaczenia na MFK(iG)! (j.)

Po przejęciu praw do Transformerów w 2005 roku, wydawnictwo IDW Publishing przedstawiło szereg mini-serii, one-shotów i wydań specjalnych, jednak bohaterowie filmów Micheala Bay'a nie doczekali się żadnego tytułu on-going. Sytuacja ta ma ulec zmianie w listopadzie, kiedy wystartuje nowa regularna seria, którą pisać będzie Mike Costa ("Resistance", "G.I.Joe: Cobra"), a rysować Don Figueroa ("Transformwers: War Within", "Beast Wars: The Gathering"), mający spore doświadczenie w ilustrowaniu wielkich robotów. Fabuła nowej serii wciąż pozostaje zagadką, wiadomo jednak, że sporo miejsca zostanie poświęcone bohaterom do tej pory drugoplanowym, a akcja ma dziać się po wydarzeniach związanych z historią "All Hail Megatron". Jeśli chodzi zaś o design Autobotów i Deceptikonów, to nawiązuje on do ich najbardziej klasycznego wyglądu, pamiętanego jeszcze z komiksów Marvela. I bardzo dobrze, że Optimus Prime, wyglądać będzie jak Optimus Prime. (j.)

Również w listopadzie rusza nowa seria Micheala Avon Oeminga, scenarzysty i rysownika znanego z takich pozycji jak "Powers" (do scenariusza Briana M. Bendisa), "The Mice Templar" czy "Bastard Samurai". Do "God Complex" artysta będzie jedynie pisał scenariusz i przygotowywał okładki, oprawą graficzną zajmie się John Broglia. Historia będzie opowiadać o antycznym bogu słońca i sztuki (między innymi), który wśród śmiertelników ukrywa się przed gniewem swojego ojca, Dzeusa. Ekskluzywny preview nowej serii Image można znaleźć na stronach Newsaramy. To nie pierwsze podejście Oeminga do tematów mitologicznych, poprzednio pisał już mini-serię o Aresie i świetnie dał sobie radę z Thorem (w "Dissassembled" i "Blood Oath") i jednym z jego następców ("Stormbreaker: The Saga of Beta Ray Bill"). (j.)

Poznaliśmy skład nowej Amerykańskiej Ligi Sprawiedliwości, która zadebiutuje wraz z numerem 38 serii, kiedy stery przejmą James Robinson i Mark Bagley. Od jakiegoś czasu pewne było, że trzy najbardziej "ikoniczne" stanowiska zajmą nowi herosi. Rolę Supermana będzie odgrywał Mon-El, nowym Mrocznym Rycerzem będzie oczywiście Dick Grayson, a Donna Troy zajmie miejsce swojej siostry, jako ambasadorka Amazonek z Themiscyry. Stawkę uzupełnią główni bohaterowie trwającej mini-serii Robinsona "Cry for Justice", czyli Green Lantern (Hal Jordan), Green Arrow (Olivier Queen), Atom (prawdopodobnie Ray Palmer, o ile nic się w tej kwestii nie zmieni), Congorilla, Dr. Light z byłego składu, oraz byli Tytani – Starfire, Cyborg, a także znany z kart polskiego "Supermana" Guardian. (j.)

Po dziesięciu latach Pitt wraca na karty komiksów ze stajni Image, po krótkim epizodzie z Full Bleed Studios, gdzie został zabrany przez swojego twórcę, Dale Keowna ("The Incredible Hulk", "The Darkness"). Szare, kosmiczne monstrum pojawiło się wraz ze znanym z mini-serii "The Darkness" Jackiem Estacado w trzyczęściowym team-upie "The Darkness/Pitt" (pierwszy numer w całości do przeczytania na CBR; na tym samym serwisie zajawka numeru drugiego). Pierwotnie historia, w której obaj bohaterowie muszą zmierzyć się z najazdem kosmitów na Nowy Jork była planowana na 2005 rok, ale z różnych przyczyn nie mogło być zrealizowana. W tym newsie nie byłoby nic nadzwyczajnego, ot kolejny, nie wyróżniający się niczym z masy innych tytuł, gdyby nie to, że Keown na dłużej wraca do Image, a scenarzystą mini-serii jest Paul Jenkins ("Origin", "Inhumans", "Hellblazer", "Objawienia" spośród wielu innych jego prac), znany z tego, że kiepskie rzeczy zdarzają mu się rzadko. (j.)

Skoro rozliczyliśmy się już z przeszłością, pora na osiem gorących newsów z ostatnich siedmiu umiarkowanie ciepłych dni. Co do braku njusowych cykli w następny weekend to zawsze zostaje nadzieja w postaci 0,01%, chociaż szczerze przyznam, że sam oceniam ją nieco wyżej. Myślę o jakiejś sympatycznej i niezobowiązującej relacji live z imprezy, tyle tylko że nie wiem czy wszyscy czytelnicy KX i TA nie będą akurat w niej uczestniczyć. (a.)

Miniony tydzień stał pod znakiem zapowiedzi wydawniczych na ostatni miesiąc tego roku, a pełna walki okładka o której wspomniałem tydzień temu okazała się coverem do marvelowego one-shotu "Siege: The Cabal". A czym jest owo "Siege"? No cóż - kolejnym wielkim eventem! Zapomnijcie o Dark Reign, teraz nastała nowa era przeogromnego konfliktu w którym sporą rolę odgrywa Loki i który był planowany przez edytorów Marvela od sześciu lat! Czy to nie wspaniałe? Czekam, aż jeden z kolejnych crossoverów będzie zapowiadany jako ten zaplanowany od "Marvel Comics" #1 z 1939 roku. Co więcej w grudniu? Przede wszystkim one-shot "Captain America: Who Will Wield The Shield?" (ładny rym swoją drogą), który ma rozwiązać kwestię właściciela kapitańskiej tarczy - albo obecny Cap (czyli stary Bucky), albo powracający z zaświatów pan Rogers. A może obydwaj zostaną? Oprócz tego annuale Nowych Mścicieli, Mrocznych Mścicieli i X-Force, "Fall of the Hulks" (wstęp do "World War Hulks") czyli największe i najważniejsze wydarzenie w historii gamma uniwersum (zieew..), dwusetny numer "X-Factor" oraz jak co roku kilka zeszytów z serii "What If?". Dla każdego coś miłego. (a.)

A co dobrego w grudniu od DC Comics?. Największe superbohaterski event tego roku będzie trwał w najlepsze i nic nie wskazuje na to, żeby "The Blackest Night" skończyło się przed końcem 2009. Pierwotnie planowane przez Geoffa Johnsa jako większa historia z Zielonymi Latarnikami wciąż się rozrasta. Dołączają kolejne tie-iny – "Flash", "JSA" i "Wonder Woman", a Black Lanterns pojawiają się również w kolejnych seriach - "Booster Gold", "Adventure Comics", "R.E.B.E.L.S", "Superman/Batman" i kilku innych. Wreszcie do akcji wkroczyli członkowie korpusu Indygo posiadający klucz do pokonania Czarnych Latarników. W szóstym numerze "The Blackest Night" ma zostać wyjawiona tajemnica Nekrona, a okładka grudniowego "Green Lantern Corps" wskazuje na to, że w szeregi Czerwonych Latarni wstąpi Guy Gardner. (j.)

Tak, to już ćwierć wieku. John Constantine po raz pierwszy na kartach komiksu pojawił się w 37 numerze "Swamp Thinga". Z okazji swoich 25 urodzin bohater najdłużej publikowanego serialu spod znaku Vertigo wystąpi w kolejnej powieści graficznej. "Hellblazer: Pandemonium" będzie opowieścią o podróży Constantine'a do najstraszliwszych czeluści piekła. Zapewne nie pierwszej i nie ostatniej. Scenariuszem zajmie się Jamie Delano ("Captain Britain", "Doctor Who"), autor pierwszych odcinków serii, z którymi polski czytelnik nie miał jeszcze okazji się zapoznać, a rysunki przygotuje Jock ("The Losers", "Judge Dredd"), autor okładek, dzięki którym był nominowany do nagrody Eisnera. "Hellblazer: Pandemonium" ukaże się w lutym przyszłego roku. (j.)

Mark Chiarello, który od początku do końca dowodził projektem "Wednesday Comics", udzielił Newsaramie wywiadu z okazji ukazania się ostatniego numeru (#12) tej niezwykłej, cotygodniowej antologii. Okazuje się, że edytor pracował nad tuzinem zeszytów non-stop przez pięć miesięcy i dzień w dzień poganiał i kontrolował prace wszystkich scenarzystów, rysowników, inkerów i literników - a że było ich sporo, to wierzę mu z całego serca, że i roboty było od groma. Jak jednak nadmienia pan Chiarello okres ten był jedną wielką zabawą i wspomina go bardzo sympatycznie, a trzeba przyznać, że z efektów może być jak najbardziej zadowolony - seria "Wednesday Comics" przez wielu została okrzyknięte jedną z najciekawszych i najoryginalniejszych antologii ostatnich lat (przyznał to nawet Joe Quesada, który pewnie liczy na takie same pochwały względem jego "Strange Tales"). Wiadomo już, że ten ogromny komiks doczeka się wydania zbiorczego, ale nie ma raczej sensu się spodziewać, że jego format zostanie zachowany (71x51cm). Póki co mądre głowy z DC pracują jak rozwiązać ten problem, a Chiarello zastanawia się nad drugą serią antologii. (a.)

Na początku października już po raz czwarty ukaże się antologia "The Best American Comics", zbierająca najwybitniejsze prace najlepszych amerykańskich twórców w danym roku. Do stałych redaktorów serii Jessiki Abel i Matta Madenna w edycji za rok 2009 dołączył sam Charles Burns. Wśród ponad czterdziestu prac znajdziemy takich twórców jak tandem Robert Crumb i Aline Kominsky-Crumb, Adrian Tomine (z fragmentem "Shortcomings", zapowiadanych przez Kulturę Gniewu), Jason Lutes (fragment "Berlina"), a także takie tuzy, jak Kevin Huizeng, Gilbert Hernandez, Chris Ware, Gabrielle Bell czy Micheal Kupperman. (j.)

Krótkie info, ale konkretne - Tony Sandoval, autor wydanego i całkiem nieźle przyjętego u nas "Trupa i Sofy" zabiera się do pracy nad webkomiksem traktującym o ukochanych umarlakach co to żywią się mózgami, móżczkami i ogólnie szarymi komórkami. Meksykańczyk poinformował o tym na swoim deviantartowym koncie, ale póki co nic więcej ponad to, że komiks "ma być" nie wiadomo. Możecie być jednak pewni, że będziemy trzymać rękę na pulsie i informować o wszelkich rewelacjach dotyczących tego smakowicie zapowiadającego się projektu. A w oczekiwaniu na "Nocturno" (Taurusie, kiedy?!?) można sobie przypomnieć i "Trupa.." i przeczytać wywiad z artychą, który przeprowadził Gonzo dobre pół roku temu. (a.)

Adidas wziął się za komiksy! Jednak tylko chwilowo, na potrzeby kolejnej kampanii promocyjnej skierowanej głównie do fanów ganiania za kawałkiem skóry, który jedną z kończyn dolnych należy skierować do takiego dużego prostokąta. Seria mini-komiksów pt. "The Ultimate Search / Każda drużyna potrzebuje" opowiada o popularnym Zizou poszukującym najlepszych na świecie piłkarzy i jak na razie w czterech odcinkach (pierwszy filmowy, reszta komiksowe) w tej super drużynie znaleźli się tacy kopacze jak Messi, Adebayor, Gerrard i Kaka. Za scenariusz komiksów odpowiedzialny jest Peter Albores, a za grafikę chociażby Jae Lee czy J.G. Jones. Wszystkie epizody do wglądu na stronie Adidasa (komiksy można ściągnąć na dysk również w wersji polskojęzycznej!). Ciekawe czy w przyszłych odcinkach Zidane wybierze np. Materazziego? (a.)

Tank Girl powraca! Jedna z ikon brytyjskiego komiksu wymyślona przez Alana Martina i Jamiego Howletta dostanie własnego one-shota pod szyldem wydawnictwa Image Comics. Planowane na grudzień "Dark Nuggets" napisze Martin, a narysuje Rufus Daygle, który swego czasu pracował już przy żeńskim odpowiedniku "Mad Maksa zaprojektowanego przez Vivienne Westwood", jak określają swój dzieło autorzy. Ja z kolei jestem ciekaw, jak bohaterka, będąca swoistym komiksowym echem punkowej rewolucji lat osiemdziesiątych poradzi sobie w nowej rzeczywistości XXI wieku. (j.)

"Geek Honey of the Week"
(czy Ms Marvel kupowałaby serię z własnymi przygodami?)

sobota, 26 września 2009

#261 - Komix-Express 07

W obecnych czasach pełnych blogów, twitterów i facebooków ciężko o jakąś konkretną, gorącą i pełną odmiennych poglądów dyskusję. Na Forum Gildii prężnie działa w zasadzie kilka tylko tematów (giełda, najlepszy komiks danego miesiąca i komiksy w mediach), a na niedawno ponownie otwartym forum WRAKa od dawna nie pojawiło się nic nowego - nawet Pszren zaprzestał publikowania kolejnych postów na swoim "blogu". Ale raz na jakiś czas przydarzy się coś co zelektryzuje pół światka komiksowego i przynajmniej na kilka godzin znów robi się ciekawie. W minionym tygodniu sporo kontrowersji wzbudził KaZetowy ranking "20 komiksów na XX-lecie III RP" w którym zabrakło wydanej kilka lat temu przez Mandragorę "Esencji" Janusza i Gawronkiewicza - jakby nie patrzeć komiksu wyróżniającego się i pod względem treści i grafiki (na plus rzecz jasna). Mimo tego że stworzyło go dwóch rodaków, mimo tego, że komiks jest mocno osadzony w naszych realiach i mimo tego, że ukazał się u nas drukiem to zgodnie z kryteriami rankingu polski nie jest, bo po raz pierwszy pojawił się we Francji. Dosyć to zabawne i na moje oko wygląda jak strzał w stopę dla całej redakcji zasłużonego przecież dla komiksowej kultury e-magazynu. Całą dyskusję na ten temat najlepiej prześledzić w odpowiednim temacie na forum Gildii, gdzie można zapoznać się zarówno z zarzutami jak i obroną członków redakcji. Mnie natomiast zastanawia opieszałość głównodowodzących KaZetem związana z umieszczeniem odpowiedniego aneksu przy rankingu, który zawierałby kryteria według których komiksy były doń wybierane. Może to w jakiś sposób wyjaśniłoby całą sprawę i nie wprowadzało w błąd jego potencjalnych przyszłych czytelników. (a.)

Kultura Gniewu wreszcie zdradziła tytuły wszystkich pozycji, które zaprezentuje na Międzynarodowym Festiwalu Komiksu w Łodzi. Od pewnego czasu wiadomo było, że ukaże się trzeci odcinek "Wartości Rodzinnych" Michała "Śledzia" Śledzińskiego zatytułowany "Porwanie na srebrnym ekranie" (28 kolorowych stron, 19.90 zł), tym razem z plakatem autorstwa Karola Barskiego i Piotra Nowackiego oraz "Łauma" (76 czarno-białych stron, 24.90 zł), której obszerną recenzję można znaleźć tutaj. Oprócz nich zostanie opublikowany również "Popman Mix" (156 stron, 35.90 zł), zbierający w jednym albumie gościnne występy bohatera wymyślonego przez Tomasza Tomaszewskiego na łamach licznych antologii. Ładny prezent z okazji dziesiątych urodzin Popmana. Stawkę uzupełnia debiut Przemysława "Surpiko" Surmy "Hmmarlowe i niedole Julitty" (64 strony, 25.90 zł), który niedawno narysował dla Kolorowych Zeszytów grającego Batmana. Tymczasem redaktorzy WAKa są przekonani, że Kulturze uda się do końca roku wydać resztę zapowiadanych tytułów ("Bośniacki płaski pies", "Pan Naturalny", "Rany wylotowe" i "Uzbrojony ogród i inne historie"), jeśli "plany nie ulegną zmianom". Jestem ciekaw, skąd WAK ma takie informacje… (j.)

Od dwóch lat dzięki Timofowi mamy w naszym kraju namiastkę zabawy co to za oceanem zwie się Free Comic Book Day, a u nas nosi nazwę Polskiego Dnia Darmowego Komiksu. W ramach PDDK opublikowano już "Bears of War" Śledzia (MFK 2007) oraz "Bez Urazy" Jose Carlosa Fernandesa (MFK 2008). Natomiast już za parę dni, podczas tegorocznej edycji Międzynarodowego Festiwalu Komiksu (i Gier), zostanie wydany trzeci komiks o którym na razie wiadomo tyle, że będzie nosił nazwę "Muchy", dzięki czemu ładnie będzie się komponował z "Muchą" Trondheima, która pojawi się również w Łodzi za sprawą Mroja Press. Po raz pierwszy w tej akcji weźmie udział również inne wydawnictwo - do PDDK 2009 dołączy Dolna Półka z komiksem "Pogaduszki Pana Gruszki" autorstwa Lorda EE Baobaba, który zawierać będzie wszystkie publikowane wcześniej w magazynie "Ektopia" odcinki oraz nieobecny dotychczas w papierowej wersji epizod "Chormony Buzują!". Więcej informacji na stronie DP, a dla ciekawskich dziesięć odcinków z przygodami Pana Gruchy. (a.)

Kilkanaście dni temu niemal wszystkie serwisy informowały o sukcesie Pawła Zycha ("Chomik Zagłady"), którego "Zamir" wraz z dziewięcioma innymi webkomiksami walczy o możliwość publikacji na stronach DC Comics. Tym samym Paweł podąża śladami Janusza Ordona i Radka Smektały, którzy niecały rok temu również znaleźli się w finałowej dziesiątce ze swoim komiksem "Hellbreak", lecz niestety zajęli dopiero czwarte miejsce. Może teraz będzie jednak inaczej i "Zamir" zdobędzie taką ilość głosów (decydują internauci), że zmiecie konkurencję? Oby. Głosy polskich fanów ma raczej zapewnione, gorzej z zagranicznymi. Kilka dni temu JK Parkin z bloga Robot6 wysłał do każdego z finalistów wrześniowej edycji konkursu Zudy pięć takich samych pytań i otrzymał odpowiedź od dziewięciu uczestników. Medal z ziemniaka dla tego, kto odgadnie który z finalistów nie odpisał... A w ostatnich dniach "Zamir" spadł z czwartego na piąte miejsce. (a.)

Na początku tygodnia ukazał się wspomniany już we wstępie 57. numer internetowego magazynu komiksowego "KZ". Jeszcze w starej szacie graficznej, która od tego numeru miała ulec gruntownej zmianie i z delikatnym poślizgiem – pierwotnie numer planowany był na sierpień. Z jego tematem numeru, czyli listą 20 najważniejszych polskich komiksów opublikowanych po 1989 roku rozprawił się już arcz. Oprócz niego w numerze znajdziemy sporo recenzji, zarówno pozycji wydanych w naszym kraju, jak i zagranicą, stałe kolumny – pekaef ("Transformers: Zemsta Upadłych", "G.I. Joe: Czas Kobry"), kolejne "Trzy spojrzenia" Arka Królaka (tym razem na Frederika Peetersa), a na dokładkę konkurs, w którym można wygrać integrala "Halloween Blues". Numer wydaje się nieco cieńszy, od poprzednich i brakuje mi w nim felietonów (szczególnie Jarka Obważanka i Jakuba Sytego). (j.)

W czwartek, późnym popołudniem miała miejsce prapremiera nowego kwartalnika komiksowego o tytule "Karton". Jeśli chodzi o tego typu imprezy w Stolicy to zazwyczaj jest to albo Chłodna 25, albo Kawangarda - tym razem padło na tę drugą miejscówkę. Sympatyczny lokal zapełnił się fanami kadrów i dymków, oraz wielbicielami jakiejś gry z dużą ilością czarnych i białych "guzików". Wiadomo jednak czyj to był wieczór. Przybyli na premierę mieli możliwość zakupienia pierwszego numeru "Kartonu" oraz zdobycia autografów twórców zamieszanych w to wydawnictwo. Oprócz premiery wieczoru Bartek Biedrzycki przytaszczył kolejny numer "Kolektywu", a Timof paradował ze "Skinem". Było sympatycznie i z klasą, co nie powinno nikogo dziwić bowiem fani komiksu znani są z obycia i przestrzegania wszelkiej etykiety (czy też banderoli). W środku każdego kartonowego egzemplarza znajdowała się karta kolekcjonerska z jednym z bohaterów zamieszczonych w środku komiksów i rad jestem, że w moim znajdował się akurat Flitlicz. Zabrakło co prawda ludowej przyśpiewki "Tak się bawi Stolica", ale za to każdy z opuszczających imprezę żegnał się niemal tymi samymi słowami: "Do zobaczenia w następny piątek!". A sam "Karton" do nabycia chociażby w Kawangardzie, Centrum Komiksu i na zbliżającej się wielkimi krokami emefce! (a.)

piątek, 25 września 2009

#260 - The Batmans II: Track 07 - Maciej Prożalski

Jak sam mówi, Maciej Prożalski dzięki historyjkom obrazkowym nauczył się czytać i już w przedszkolu postanowił, że jak tylko dorośnie, będzie zajmował się komiksem. I udało mu się to. Do tej pory opublikował trzy albumy "eMC - Adoptuj Rapera", pierwszą, komiksową grę paragrafową oraz "EmproFactor 1" i "Emrpofactor 2: Deluxe". Oprócz tego jego prace pojawiały się w kilku antologiach, między innymi w "Antologii piłkarskiej" wydanej przez Kulturę Gniewu przed Mistrzostwami Świata w 2006 roku. Przez pewien czas Maciek był również redaktorem naczelnym magazynu komiksowego dla dzieciaków "MixKomiks". Popularny Empro jest rodowitym warszawiakiem.


Dzisiaj zmieniamy nieco formułę nietoperzastego cyklu - począwszy od tego wpisu pełna wizja Batmana muzykanta będzie do wglądu dopiero, gdy zostanie odgadnięty jego twórca (tak samo będzie z krótkim komiksowym biogramem rysownika). Dokonać tego będzie można po zapoznaniu się z małą próbką z batmaniej grafiki. Nie sądzimy, żeby to zadanie było specjalnie trudne i pewnie nie raz się zdarzy, że twórca zostanie odgadnięty po pierwszej próbie, ale zawsze to jakieś urozmaicenie i coś więcej niż dotychczasowe "kliknij i zobacz". Tym samym wraz ze starym "kumplem" Bruce'a, Człowiekiem Zagadką, zapraszamy do zabawy!

Po 21 minutach odgadł Maciej Pałka!

czwartek, 24 września 2009

#259 - Koncert którego nie było

Jutrzejszego dnia minie osiem lat od momentu, gdy w naszym kraju miał się odbyć się jeden z ciekawszych koncertów spod znaku tak zwanego ciężkiego brzmienia. W ostatni wtorek września 2001 roku do katowickiego Spodku miały zjechać takie kapele jak Pantera, Slayer, Cradle of Filth i Static-X, aby zagrać jeden z koncertów w ramach trasy "Tattoo the Planet".

Ciężko nie określić tego wydarzenia inaczej niż zrzynką z "Tattoo the Earth", które ruszyło rok wcześniej i za wielką wodą okazało się wielkim sukcesem - w ciągu dwóch lat tatuowanie Ziemi odbyło się 21 razy a na festiwalowych scenach zagrały 34 zespoły (m.in. Slipknot, Slayer, Sepultura, Dropkick Murphys czy Metallica). Nie ma co się dziwić, że festiwal o podobnej nazwie postanowiono przenieść na grunt europejski i ściągnięto takie gwiazdy jak legendarna Pantera (która rok wcześniej wydała swój ostatni studyjny album pt. "Reinventing the Steel"), równie legendarny Slayer (promujący wydany w tym samym roku "God Hates us All"), bożyszcze mrocznych nastolatków Dani Filth i jego Cradle of Filth oraz Static-X (które kilka miesięcy wcześniej wydała swój drugi album "Machine"). Do zachodnich gwiazd dokooptowano rodzimy Sceptic (znany głównie z tego, że przez jakiś czas wokalistą był tam Maciej Urbaś) i można było mówić o tej imprezie jako o największym metalowym wydarzeniu tamtego roku. Warto pamiętać, że na samym początku tego stulecia dobre koncerty i festiwale z udziałem największych gwiazd nie odbywały się tak często jak ma to miejsce teraz (głównie w okresie późnej wiosny i lata). Tym co najbardziej ciągnęło mnie do Spodka była Pantera, dla której miał to być pierwszy koncert na polskiej ziemi. Jeśli spytać by mnie te osiem lat temu kim chciałbym być w przyszłości, byłaby duża szansa że odpowiedziałbym "Philem Anselmo", który wraz z Rexem Brownem i braćmi Abbottami stanowił dla mnie ekipę będącą w stanie bez mrugnięcia okiem skopać tyłki Diabłowi, Lucyferowi i reszcie ferajny.

Niestety festiwal nie doszedł do skutku - tragedia z jedenastego września odbiła się również i na tym wydarzeniu. Mimo obecności w Pantery na europejskiej ziemi już na początku września, postanowiła ona odwołać swój udział na całej trasie. W ciągu kilku następnych dni zrezygnował również Static-X i cała impreza stanęła pod dużym znakiem zapytania. Na gwałt szukano innych zespołów mogących godnie zastąpić te dwie grupy i ostatecznie zdecydowano się na Biohazard oraz Vision of Disorder, które po kilku dniach postanowiło jednak pójść w ślady grupy Anselmo i Wayne'a Statica. Organizator polskiego koncertu (Alma Art/Independa) przez długi czas utrzymywał, że festiwal mimo wszystko się odbędzie, ale na cztery dni przed planowanym wydarzeniem zostało ono odwołane. Z tego co mi wiadomo kilka występów w ramach "Tattoo the Planet" odbyło się w październiku w Wielkiej Brytanii oraz Niemczech i były to jedyne koncerty, które kiedykolwiek odbywały się pod szyldem TTP.

Pantera rozpadła się w roku 2002 - początkowo miała być to tylko przerwa na prośbę Anselmo, który chciał się skupić na swoim innym zespole Down (który istnieje do dziś i który dwukrotnie odwiedził ostatnio nasz kraj), ale koniec końców nigdy później ta fantastyczna czwórka nie spotkała się. Na łamach prasy Vinnie Paul i Dimebag Darrell w dość mocnych słowach rozprawiali się z Anselmo, który zresztą nie pozostawał im też dłużny. W roku 2003 ogłoszono oficjalny rozpad zespołu - Abbottowie skupili się na swoim nowym zespole Damageplan, a Rex i Phil na Downie. Zawsze w takich przypadkach spekuluje się czy i kiedy dana grupa się zejdzie, żeby przynajmniej wystąpić na kilku koncertach i przypomnieć się fanom i tak też miało miejsce w przypadku Pantery. Niestety tragiczna śmierć Darella, która miała miejsce 8 grudnia 2004 roku podczas koncertu Damageplan, na zawsze pogrzebała marzenia wielu fanów zespołu. Można pocieszać się tylko tym, że Teksańczyk z charakterystyczną bródką odszedł z tego świata z ukochaną gitarą w łapach.. A "wyznawcom" Pantery jedyne co zostało to słuchać albumów, oglądać w nieskończoność "Walk", "5 minutes alone", fantastyczne "Domination" czy jedno z trzech wydawnictw pokazujących zespół od kuchni. Mimo wszystko mało..

A mogło być tak pięknie.

poniedziałek, 21 września 2009

#258 - KRL, Kultura i Album Roku?

Tekst o powyższym tytule miał się ukazać u nas dobrych kilka miesięcy temu, kiedy postanowiłem napisać co nieco o właśnie opublikowanym pierwszym rozdziale "Łaumy" na blogu Kultury Gniewu. Jednak koniec końców nie ukazał się on wtedy na naszych łamach, ale dzisiaj jest dobra okazja do tego, żeby wykorzystać choćby jego tytuł. Dzięki Karolowi Kalinowskiemu mieliśmy okazję przedpremierowo zapoznać się z jego najnowszym albumem - poniżej wrażenia całej naszej trójki.

arcz: Pierwszy kadr "Łaumy" (wtedy jeszcze będącej tajemniczym-projektem-bez-tytułu) został zaprezentowany na blogu KRLa w ostatnią sobotę stycznia b.r. i od razu zwrócił na siebie uwagę zupełnie innym stylem rysowania, który można by porównać - nieco na wyrost, ale pierwsze skojarzenie się liczy - do zabawy ze światłem i cieniem Franka Millera w "Mieście Grzechu". Na szczegóły nie trzeba było długo czekać - w połowie lutego na stronie Kultury opublikowano pierwszą planszę z pierwszego rozdziału komiksu pt. "Wąż, szeptucha i stary kredens". Kolejne odsłony pojawiały się przez następne miesiące w każdą środę i sobotę, aż do 19 kwietnia kiedy to pojawił się ostatni odcinek, który tylko wzmógł apetyt na cały album (a mnie oczarował tajemniczy stwór z rogami z ostatniego kadru).

Po lekturze wszystkich trzech rozdziałów mogę śmiało powiedzieć, że Karol Kalinowski stworzył komiks, który przeniósł mnie kilkanaście lat wstecz, do momentu gdy z zapartym tchem oglądałem "Muminki" na TVP1 i chowałem się za fotelem jak tylko pojawiała się przerażająca Buka. Te same emocje odnalazłem przy lekturze "Łaumy" - i niech nikogo nie zwiedzie w miarę spokojny rozdział pierwszy (przy czym nie należy tego traktować jako wady, bo dzięki temu idealnie sprawdza się jako wstęp do historii), ponieważ dalej jest już zdecydowanie żwawiej i bardziej "muminkowo". Jeśli ktoś zna KRLa, czy to osobiście czy z wpisów na blogu lub wywiadów, to z łatwością wyłapie charakterystyczne dla jego osoby elementy jak praca w bibliotece, fascynacja country czy (a jakże!) zamiłowanie do rysowania. Jak mniemam koty w "Łaumie" też nie pojawiają się przypadkowo. W zasadzie każdy z głównych bohaterów "skażony" jest jakąś częścią obywatela Kalinowskiego, ale badania nad tym ile KRLa jest w tej historii pozostawię tęższym umysłom. Oprócz powyższych nawiązań bystre oko dojrzy mały tribute dla pewnej serii komiksowej oraz ucieszy się zapewne na widok gościnnego udziału innego artysty ze stajni KG. A to wszystko na kilkudziesięciu stronach przepięknie ilustrowanej historii o Jaćwingach, leśnych duchach i pradawnych bóstwach. Kilka lat temu, kiedy twórca popularnych kaerelków wypuścił na światło dzienne "Yoela", wielu czytelników nieco na wyrost ogłosiło ten komiks polskim albumem roku i nic to, że był dopiero marzec. Teraz, co prawda na trzy miesiące przed końcem roku, mianowanie "Łaumy" tym samym tytułem nie będzie jakąkolwiek przesadą. I to nie ze względu na stosunkowo małą ilość rodzimych premier, a ze względu na postawioną niesamowicie wysoko poprzeczkę przez autora "Łaumy". Brawo!

Brawa należą się również Kulturze Gniewu - jednak nie za to, że po prostu wypuściła ten album, a za to, że dała mu szansę, spróbowała dosyć ryzykownego kroku jakim była publikacja 1/3 albumu za darmo w sieci i mam nadzieję, że taka forma promocji przełoży się na jego sprzedaż. Swoją drogą kto wie czy gdyby nie pojawiające się co kilka dni kolejne plansze to czy KRLowi nie wpadłoby coś innego do głowy i miałby motywację do skończenia tego albumu? Tyle tytułem wstępu - poniżej rasowe recenzje tranwaya i julka!

tranway: Neil Gaiman opowiadając o "Koralinie" mówił, że współczesne dzieci potrzebują współczesnych bajek. Takich, w których sensacja połączona jest z odrobiną tajemniczości, a nawet czegoś strasznego. KaeReL ze swoją "Łaumą" wpisał się właśnie w ten w nurt bajki nowoczesnej. I choć nie jest ona tak drastyczna jak "Koralina", to akcji i niesamowitości w niej nie brakuje....

Historia jednak nie pędzi od pierwszego kadru. "Łauma" składa się z trzech rozdziałów, i pierwszy - znany już co bardziej obeznanym z tematem - raczej "leniwie" wprowadza czytelnika w nastrój panujący na Suwalszczyźnie. Poznajemy Dorotkę, która opowiada, bardzo ciekawie, nie tylko o swojej rodzinie. Sposób, w jaki czytelnik zaznajamiany jest z tajemnicami Łojm, to udane połączenie dziecięcej perspektywy i narracji budującej napięcie. Świat rozrysowany na stronach komiksu pełen jest magicznych istot - od pomniejszego domowego ducha do niezwykle groźnego boga piorunów. Dodajmy do tego odrobinę realizmu magicznego, gdzie siła bóstw uzależniona jest od składanych mu modlitw, i otrzymujemy bardzo ciekawy świat, gdzie "wszystko jest możliwe".
Jednak trudno jest zachwycać się wykreowanym światem, ponieważ historia przez większość komiksu pędzi do przodu. O ile na początku Dorotka jest zwyczajną małą dziewczynką, o tyle od drugiego rozdziału przypomina bardziej Atomówkę - nie tylko od strony graficznej - która przejmuje inicjatywę i odważnie stara się walczyć z nadciągającym niebezpieczeństwem. Oczywiście nie zawsze jest w pełni świadoma otaczającego ją świata i mechanizmów nim rządzącymi. Wtedy jednak do pomocy przychodzą rysunki - najmocniejszy moim zdaniem element całego komiksu.

KaeReL świetnie dopowiada grafiką to, czego Dorotka nie jest w stanie nam powiedzieć. I nie ma znaczenia czy jest to coś tak banalnego jak chciwość księdza, czy magiczne zjawisko. Nie można także zapomnieć o fantastycznie rozrysowanych postaciach. Już po pierwszym spojrzeniu na policjanta, baby ze wsi czy pana Leszka wiadomo jakimi są osobami. Największe brawa należą się jednak za czarno-białe kadry. Duże, przejrzyste i proste w konstrukcji rysunki powodują, że komiks zachował coś z atmosfery starych bajek. Absolutnym mistrzostwem jest dla mnie całostronicowy kadr Łaumy, na którym kojarzy mi się ona z Buką z "Muminków".

Połączenie nowoczesnej historii z rysunkami niczym z bajek sprzed lat stworzyło nad wyraz ciekawą mieszankę. Komiks jest bardzo przyjemną lekturą, lecz niestety krótką. I to chyba jest jedyna wada "Łaumy". Wszystkie udane motywy - ciekawa narracja, elementy tajemniczości, celnie dopowiadające rysunki - nie są w pełni wykorzystane, ponieważ co chwilę zmienia się nastrój historii, a z nim i narzędzia do jego budowania. Lecz nie zmienia to faktu, że KaeRel stworzył bardzo udany komiks. Oby więcej polskich premier z tylko taką "wadą"...

julek: Jeśli arcz i tranway nie zrobili tego w swoich recenzjach, to ja na samym początku napiszę, że Karol Kalinowski zrobił komiks dla dzieci. Bajkową historię o małej Dorotce, która będzie musiała odkryć dawno zapomniane ludowe legendy Suwalszczyzny, opowiedzianą w sposób bardzo przystępny i nowoczesny. Na kartach "Łaumy" pradawne jaćwińskie wierzenia przeplatają się z muzyką z odtwarzaczy mp3. Oczywiście, opartych na podobnym motywie historii powstało na pęczki, ale naprawdę niewiele z nich napisanych jest w tak urokliwy sposób, jak komiks o wydarzeniach w wiosce Łojmy. Przepełnionych ciepłem, pomimo grubej pokrywy zimowego puchu i radosnych, mimo wszechobecnej grozy, śmierci i rozgniewanych bóstw.

Dla młodszych czytelników "Łauma" będzie opowieścią o rezolutnej Dorotce, która z pomocą nowo poznanych przyjaciół musi sprostać dziedzictwu swojej niedawno zmarłej babci. Skojarzenia z Harry'm Potterem czy gaimanowską Koraliną są w tym miejscu jak najbardziej wskazane. Jednak KRL dokłada w swoim komiksie warstwę przeznaczoną dla dorosłych, w której za głównego bohatera mógłby uchodzić ojciec małej Dorotki. Uciekający z zatłoczonej Warszawy niedoszły artysta zarobkujący w agencji reklamowej odnajduje spokój w małej suwalskiej wiosce. Łojmy leżą na granicy racjonalnej, "zwykłej" rzeczywistości. Sąsiadują z jednej strony z naturalnym rytmem egzystencji naszych przodków, a z drugiej z fantastycznym światem wierzeń Jaćwingów. Nie sposób nie wspomnieć również o pewnych elementach autobiograficznych, pseudobiograficznych i autotematycznych, które KRL "ukrył" w swoim utworze czy kilku jego standardowych chwytach fabularnych, znanych z jego poprzednich komiksów.

Pod względem oprawy graficznej "Łauma" prezentuje się znakomicie. Po rysunkach widać, jak wiele pracy musiał w nie włożyć ich autor, by uzyskać zadowalający efekt. Pierwszy album Kalinowskiego w barwach Kultury Gniewu stanowi kolejny etap w rozwoju jednego z najciekawszych polskich rysowników. To już nie autor nieco nieporadnych ludzików, znanych z pierwszych produktywnych szorciaków czy "Ligi Obrońców Planety Ziemia", to nie rysownik bawiący się w eksperymenty z realistycznym cartoonem znanym z kart "Yoela", tylko rasowy komiksiarz, nawiązujący do europejskiej klasyki spod znaku Herge'a. Napisanie, że KRL nawrócił się na "czystą linię" byłoby sporym nadużyciem, ale w jego stylu da się zauważyć tendencję do mocnego przerysowywania postaci i realistycznego odwzorowania tła. Bohaterowie przedstawieni są w taki sposób, aby maksymalnie podkreślić ich cechy charakteru – chciwość interesownego księdza z prowincjonalnej parafii czy eteryczną urodę matki Dorotki. Natomiast backgroundy narysowane są z wielką pieczołowitością – od desek, z których zbudowane są suwalskie domy po wzory na stołowym obrusie.

Mam świadomość, że "Łauma" to komiks specyficzny i nie każdemu może się on spodobać. Głównie ze względu na jego "dziecięcy" charakter. Jestem bardzo daleki od okrzyknięcia dzieła Karola Kalinowskiego albumem roku, lub nawet najlepszą polską produkcją 2009. To pięknie opowiedziana i znakomicie narysowana, pełna magii historia, którą chciałbym przeczytać razem z moim dzieckiem, kiedy tylko się go doczekam.

"Łauma"
Karol KRL Kalinowski
Kultura Gniewu, październik 2009
76 stron w czerni i bieli / 24,90zł
www komiksu

niedziela, 20 września 2009

#257 - Trans-Atlantyk 56

Dzisiejsze wydanie Trans-Atlantyku nieco w trybie awaryjnym, z solidnym opóźnieniem i mniejszą ilością newsów. Jak przez dłuższy czas udawało nam się co niedziela wrzucać nowości punkt 10.00 to było dobrze, ale jak tylko "pochwaliliśmy" się tą punktualnością w bannerach po prawej stronie to utrzymanie tych terminów stało się naszą bolączką. Karma. Co do newsów to wygląda to tak jak i we wczorajszym Komix-Expressie, kiedy nie było za dużo ciekawostek do przekazania - czyżby i Ameryka szykowała się na MFK? Jako pewien suplement do wczorajszych biało-czerwonych wieści, warto wspomnieć o świetnej stronie nadciągającej "Łaumy" oraz "Kartonu" jak i o liście premier komiksowych, którą tradycyjnie można znaleźć u Ośmiornicy. I tyle. Zapraszam na kilka newsów, a za tydzień mam nadzieję będzie już punktualnie i obszerniej niż dziś. A jutro i pojutrze bez grymasów pozbywamy się krwi. (a.)

Już niedługo pociechy wszystkich komiksowych fanów będą mogły się uczyć alfabetu wraz z Wolverinem. Na ten dosyć niecodzienny, acz ciekawy pomysł wpadł jakiś czas temu Sean Gordon Murphy (znany z takich komiksów jak "Outer Orbit", dwóch numerów "Hellblazera" czy nadchodzącej mini-serii "Joe the Barbarian"), który w wolnych chwilach kreśli kolejne litery z użyciem Logana i innych bohaterów Marvela i umieszcza w swojej internetowej galerii. Jak na razie dotarł do litery H (Wolviak + Mariko) i o ile dotychczas robił to dla własnej przyjemności i radości fanów, o tyle - jak donosi w swoim ostatnim wpisie na DA - jest duża szansa na to, że po skompletowaniu całego alfabetu ukaże się on drukiem. Zanim to jednak nastąpi musi on skończyć wszystkie komiksy, które ma zaplanowane dla DC i przenieść się do konkurencyjnego Domu Pomysłów - na co jest duża szansa, jako ze Sean jest już po wstępnych rozmowach z panami w czarnych garniturach od Marvela. A uczenie własnego dzieciaka abecadła dzięki takiemu elementarzowi zapowiada się dosyć przyjemnie. (a.)

Zapowiadany jakiś czas temu koniec ery "Dark Reign" w Marvelu zbliża się nieuchronnie o czym może świadczyć coraz gęstsza atmosfera wokół głównego antagonisty Normana Osborna, znanego kiedyś jako Zielony Goblin, a obecnie jako Iron Patriot. W zajawce grudniowych zapowiedzi Domu Pomysłów znalazła się grafika autorstwa Davida Fincha ("Ultimatum", "Ultimate X-Men", "New Avengers") będąca okładką do bliżej nieokreślonego na razie zeszytu. Na pierwszym planie Doktor Doom walczy ze wspomnianym Patriotem do którego strzela Hood atakowany przez Lokiego do którego skrada się Taskmaster. Wesoła gromadka, nie ma co. Czy to koniec? Możliwe. Nawet bardzo. Finch jest ostatnio zatrudniany tylko i wyłącznie do dużych eventów i raczej nie marnowano by pieniędzy na jego prace przy byle cokazji. Ale jak z tą okładką jest naprawdę, okaże się dopiero po ujawnieniu w najbliższych dniach pełnych zapowiedzi na ostatni miesiąc roku. (a.)

Scott Lobdell - jeden z gości zbliżającej się emefki - pracuje obecnie wraz z Iliasem Kyriazisem nad mini-serią "Ghostbusters: Displaced Agression" dla IDW Publishing. W historii tej Pogromcy zostali pokonani przez niejakiego Lorda Kozar'Rai (ojca znanego z filmowych perypetii Gozera), który to wysłał każdego z członków grupy do innych czasów. Doktor Peter Venkman (grany w filmie przez Billa Murraya) trafił na ten przykład do roku 1886 i tylko dzięki pomocy nieoczekiwanego, acz pięknego sojusznika ma on szansę wrócić do czasów obecnych i uwolnić świat od tyrana. Nie powiem, bardzo odkrywcze, nigdy wcześniej o czymś podobnym nie słyszałem. Zajawka pierwszego numeru sponsorowana przez Comic Book Resources, a przykładowe strony (bez dymków i tekstu) z kolejnych części do wglądu w deviantartowej galerii Iliasa Kyriazisa. (a.)

Nienawidzony i kochany (w tej właśnie kolejności) Rob Liefeld jest często uznawany za głównego winowajcę słabego poziomu superbohaterskich komiksów z lat 90tych. Kontrowersyjny artysta jakiś czas temu postanowił na dobre wrócić do rysowania i zmazać plamy ze swojego CV jak najlepszymi komiksami sygnowanymi swoim nazwiskiem. Niestety może być to dla niego niezwykle trudne zadanie, o czym miał się okazję przekonać na jednym z ostatnich konwentów kiedy to jeden z fanów najpierw żądał przeprosin za "Heroes Reborn" w którym palce maczał Liefeld, a później wręczył mu podręcznik "Haw To Draw Comics the Marvel Way" (autorstwa Stana Lee i Johna Buscemy) z liścikiem w środku. Relację z tego wydarzenia można przeczytać na blogu sfrustrowanego fana. I niby fajnie, niby śmiesznie, prztyczek w nos dla zarozumialca został dany, ale czy nie lepiej skupić się na tych artystach, których się lubi i ceni niż na uprzykrzaniu życia człowieka, który "zalazł za skórę" jedynie słabym komiksem? (a.)

"Geek Honey of the Week"
(UWAGA! Tylko dla fetyszystów "Gwiezdnych Wojen"! Dla innych może być to dziwne doświadczenie.. Lady Prime i Klony na swój sposób też przerażające /dla osób bez konta na deviancie link zastępczy do galerii Aarona Dunna/)

sobota, 19 września 2009

#256 - Komix-Express 06

P O T R Z E B N A P O M O C !
Mariusz "Wonder" Ciechoński na swoim blogu zamieścił apel o oddawanie krwi - bez względu na jej grupę - na rzecz swojej chorej babci. Więc jeśli macie w najbliższy poniedziałek bądź wtorek nieco wolnego czasu między 7.00 a 13.00 i chcecie pomóc to kierujcie swoje kroki do Szpitala MSWiA, który mieści się na ulicy Wołoskiej 137 (Stary Mokotów). Jeśli boicie się igieł - nie ma lepszej okazji, żeby zwalczyć swoje koszmary, pamiętajcie tylko o kilku wymogach i zaznaczeniu, że krew ta jest dla Haliny Nowakowskiej. Dojazd do szpitala z Centrum autobusami 107 i 117 oraz tramwajami o numerze 17 i 33 (z przystanku obok Dworca Centralnego). Bycie superbohaterem nigdy nie było takie proste!

Miniony tydzień nie obfitował w zbyt wiele nowinek, które sprawiłyby, że chciałbym im poświęcić więcej miejsca w naszych cotygodniowych newsach. Wszystko to, co w minionych siedmiu dniach było interesujące wydarzyło się w poniedziałek - zaprezentowano (w końcu!) szczegółowy plan Międzynarodowego Festiwalu Komiksu oraz rozpiskę październikowych premier największego i najsolidniejszego wydawcy na naszym rynku - Egmontu. Pierwsze co rzucało się w oczy po szybkim przestudiowaniu planu zbliżającej się imprezy był brak zapowiadanych od dłuższego czasu gwiazd - twórców "Skargi Utraconych Ziem" czy "Mureny", czyli Jeana Dufaux i Delaby'ego jak również scenarzysty "Halloween Blues" Mythica. Wyjaśnień brak. Dodatkowo odpadł Aleksander Zograf z powodu późniejszego niż planowano (MFK) terminu publikacji jego "Pozdrowień z Serbii" i zrobiło się jakoś mniej międzynarodowo. Na plus trzeba jednak zapisać niezapowiadany wcześniej przyjazd Scotta Lobdella, który wraz z Peterem Milliganem będzie jedynym na tej imprezie przedstawicielami superbohaterskiego mejnstrimu, (mniej lub bardziej ambitnego) mającego na swoim koncie scenariusze do takich serii jak "Excalibur", "Generation-X" czy "X-Men". Co do Egmontu to tutaj również nieco ubyło - "Martha Washington" i "Szninkiel" spadły na końcówkę roku i tym samym do swojej listy zakupów mogę wciągnąć z ławki rezerwowej wspomniane już "Halloween Blues" czy integral "Skargi Utraconych Ziem", który będzie pierwszą pozycją z nowej serii Egmontu prezentującą w ekskluzywnych wydaniach dorobek Grzegorza Rosińskiego (w kolejce "Szninkiel", "Zemsta Hrabiego Skarbka" i "Western", a więcej informacji o kolekcji na WRAKu). Mimo tych komiksowych i personalnych ubytków festiwal nadal prezentuje się wybornie i można się pocieszać tym, że nie trzeba będzie dokonywać ciężkich wyborów na spotkanie z którym artystą pójść czy na który komiks wydać ostatnie pieniądze. (a.)

Jak można było się tego spodziewać komiksowi wydawcy z okazji Międzynarodowego Festiwalu Komiksów (i Gier) zapewnią czytelnikom szeroki wybór tytułów, z których każdy będzie mógł sprawić sobie coś dla siebie. Powolutku zapełnia się obszerna lista premier, która zostanie pewnie skrzętnie podsumowana za chwil parę na Wraku i Motywie Drogi. A tymczasem do listy zapowiedzi możecie dopisać kolejne tytuły:

Wydawnictwo Abiekt.pl przygotowało polską edycję kolejnego komiksu niemieckiego autora Ralfa Koeniga, który na polskim rynku zadebiutował znakomitym albumem „Konrad i Paul”. Zapowiedź „Mężczyzny, przedmiotu pożądania” jest tyle ciekawa, co niewiele mówiąca. Na podstawie historii o porzuconym przez dziewczynę heteryku, który próbuje odnaleźć się w świecie gejów, w 1994 roku został nakręcony film fabularny, a główną rolę zagrał w nim Til Schweiger (Hugo Stiglitz z „Bękartów Wojny”). „Mężczyznę…” (ilości stron nie podano, 39 złotych, twarda oprawa) przetłumaczył Przemysław Wnuk. (j.)

Na tegorocznych Warszawskich Spotkaniach Komiksowych swoją premierę miała brytyjska antologia „New British Comics”, która (nie zgadniecie) zaprezentowała obrazkowe dokonania młodej fali wyspiarskiego komiksu. Jej recenzje możecie znaleźć tutaj. Co prawda wydawca zapowiadał, że „NBC” będzie publikowana cyklicznie, ale jakoś nie sądziłem, że jej dożyję. Druga antologia będzie liczyła sobie 84 strony, znajdzie się w niej 15 komiksowych nowelek, autorstwa 19 twórców. Wśród nich znajdą się dwa, bardzo polsko brzmiące nazwiska – Jacek Zabawa i… Paweł Gierczak. Pełną listę autorów „New British Comics 2” można znaleźć na blogu edytora. Cena – nieznana. (j.)

Kolejnego tomu doczeka się również polska seria science-fiction „Biocosmosis” autorstwa Edvina Volinskiego (scenariusz) i Nikodema Cabały (rysunki), wydawana przez Pro-Arte. Czwarty tom kosmicznej sagi będzie nosił tytuł „Evilive”, liczył 52 strony i kosztował 29,70 złotych. Moje recenzje poprzednich części można było przeczytać na świętej pamięci Below Radars (pierwszy tomik jakoś mnie nie wciągnął) i w piątym numerze „Splotu” (trzeci przypadł mi znacznie bardziej do gustu). O, tam też znajdziecie wywiad z ojcami serii. (j.)

W Łodzi będzie można dostać również czwarty numer zinu Pawła „Szawła” Płóciennika „Hardkorporacja”. Obok publicystyki, tatuaży i graffiti lwią część z 70 stron zajmą komiksy autorstwa Płóciennika, Piotra Nowackiego, Bartosza Sztybora, Bartosza „Termosa” Słomki, Grzegorza Nity, Pawła Gierczaka, Kleszcza, Ojca Rene, Cienkiego i Kozła. Cena – nieznana. Z okładki można dowiedzieć się, że w środku nie znajdziemy komiksów Millera, Rosińskiego, Mignoli, Gaiman , Uderzo czy Eisnera. (j.)

A na samym końcu jedna z najciekawszych festiwalowych premier. Kwartalnik „Karton”, o którym kilkukrotnie wspominaliśmy na naszych łamach, doczekał się szczegółowej prezentacji. Dzięki zaangażowaniu sponsora czarno-biały magazyn mający 36 stron będzie kosztował całe 5 złotych. Wśród autorów prawdziwa komiksowa śmietanka – niezmordowany Karol Kalinowski („Wyjście”), paroovkowy duet Marek Lachowicz-Tomek Kuczma („Grand Banda”, czyżby nowe przygody Kazi i Mirki?), weteran i jeden ze współzałożycieli magazynu Tomasz Pastuszka („Ćmy” i „Flatties” z rysunkami Ewy Juszczyk), dwóch pozostałych inicjatorów przedsięwzięcia Bartosz Sztybor i Piotr Nowacki („Byle do piątku trzynastego”), znani z „Bug City” i „Hell Hotel” Bartosz Szymkiewicz i Maciej Łazowski („Cosmocosmosis”) oraz bracia Surmowie – Marcin („168”) i Przemysław („Diogenes”, jako jedeny w kolorze). Gościem specjalnym premierowego numeru będzie Juanele (Juan Manuel Ramírez de Arellano) ze swoją „Karate Babcią”. Redakcja „Kartonu” obiecuje tajemnicze niespodzianki dla osób, które jako pierwsze pojawią się na ich łódzkim stoisku. (j.)

piątek, 18 września 2009

#255 - The Batmans II: Track 06 - Przemek Surma

Szóstego z kolei Mrocznego Rycerza przygotwał dla Kolorowych Zeszytów Przemysław Surma. Próbki jego graficznych umiejętności można znaleźć w antologii "Opowieści Tramwajowe", (nie)regularnie udziela się na scenie zinowej, w "Jeju" (numery #5, #7, #8) i "Maszinie" (numery #3, #4, #5), a wraz z bratem, Marcinem "Xulmem" Surmą zwyciężył w konkursie na krótki komiks o tematyce ekonomicznej. Surpiko przyłoży również swój ołówek do "Kartonu", gdzie jako jedyny przygotuje komiks w kolorze o tytule "Diogenes". 

czwartek, 17 września 2009

#254 - Wykiwani

Sam nie wiem dlaczego tak długo zwlekałem z lekturą "Wykiwanych" - komiksu, który w niedługim czasie dorobił się opinii jednego z najlepszych wydanych w bieżącym roku. Zresztą nie tylko przez polskich czytelników i krytyków, bowiem za Oceanem "Tricked" zostało nagrodzone najbardziej prestiżowymi nagrodami przemysłu obrazkowego, statuetkami Ignatza (dla Najwybitniejszej Powieści Graficznej), Harveya (Najlepsza Oryginalna Powieść Graficzna) i nominacją do Eisnera (komiks Alexa Robinsona musiał uznać wyższość Alana Moore i jego "Top 10: The Forty-Niners").

Licząca sobie ponad 350 stron opowieść jest obyczajowym dramatem rozpisanym na sześć postaci. Męża i ojca Nicka, zajmującego się drobnymi fałszerstwami, kelnerki Caprice próbującej dojść do siebie po ostatnim nieudanym związku, młodziutkiej Phoebe, która przybywa z Nowego Meksyku do Nowego Jorku w poszukiwaniu swojego ojca i Steve'a, fanatycznego miłośnika zespołu The Tricks. Układ dopełniają Ray Beam, gwiazda rocka przeżywająca swój twórczy kryzys oraz nieśmiała Lily, pracująca w dziale PR firmy fonograficznej. Historie poszczególnych bohaterów biegną równoległe obok siebie, w niektórych momentach subtelnie się przenikając, aby w końcu spotkać się w tragicznym finale. Alex Robinson z tej powikłanej układanki ludzkich losów misternie tka skondensowaną opowieść o miłości, szaleństwie, zdradzie, rodzinie i muzyce w nowojorskiej scenerii. Losy tytułowych "Wykiwanych" kreślone są z zamaszystym, a wręcz epickim rozmachem, który nieco nie pasuje do codziennej egzystencji kelnerek, szeregowych pracowników średnich firm, właścicieli restauracji czy stażystek.

Robinson opowiada z filmowym nerwem, świetnie dozuje napięcie, choć finał wydaje się nieco pretensjonalny, zbyt przerysowany. Arkana komiksowej narracji ma opanowane na mistrzowskim poziomie. "Wykiwani" są znakomicie skomponowani i ich lektura to czysta przyjemność. Historie są przekonujące i ludzkie, bohaterowie autentyczni w swoim postępowaniu i decyzjach, jakie podejmują. Autor wybornie konstruuje dialogi, nie ważne czy to pogaduchy kochanków, trudne rozmowy opuszczonej córki ze swoim ojcem po latach, czy też monologi szaleńca. O oprawie graficznej zbyt wiele powiedzieć nie mogę, za wyjątkiem tego, że jest utrzymana w niezależnej estetyce. I trzyma fason.

Tak naprawdę trudno mi cokolwiek zarzucić pracy Aleksa Robinsona, ale nie mogę napisać, że jego „Wykiwani” przypadli mi do gustu. Kameralne opowieści obyczajowe spod znaku komiksowej alternatywy to jest to, co lubię. Daniel Clowes, Jason Lutes a przede wszystkim Adrian Tomine swoimi pracami wciąż mnie urzekają. I umiem napisać, co w nich jest takiego wyjątkowego, a nie potrafię zdiagnozować, czego brakuje Robinsonowi. Cholera, może nadajemy po prostu na innych falach? Może dlatego, że w przeciwieństwie do Steve`a, nie uważam, że muzyka klasyczna jest nudna, a jazz to dźwiękowa masturbacja?