niedziela, 29 marca 2009

#151 - Trans-Atlantyk 31

Szefowie Marvela dokładają wszystkich starań, by 2009 rok mocno zapisał się w pamięci czytelników komiksów. Wszak 70-lecie istnienia potentata w branży historyjek obrazkowych jest do tego znakomitą okazją. Hucznie obchodzone urodziny sprowadzają się głównie do publikacji licznych, okolicznościowych podsumowań, jak choćby listy siedemdziesięciu najlepszych kolorowych zeszytów (w planach kolejne „listy” - między innymi ulubionych bohaterów i najbardziej przełomowych momentów w komiksowej historii). Oprócz tego przygotowano jubileuszowe reedycje klasycznych tytułów, a obecnie wydawane serie przyozdabiane są okolicznościowymi okładkami. Mnóstwo dzieje się w samym uniwersum Marvela, a Joe Quesada ani myśli dać odetchnąć czytelnikom od kolejnych wielkoformatowych, epickich historii. Na ziemi trwają „Mroczne Rządy” Normana Osborna, w kosmosie rozgrywa się „Wojna Królów”, u mutantów jeszcze nie skończyło się „X-Infernus”, a padają już pierwsze ofiary „Wojny Mesjaszy”, po której X-Meni spotkają się z „Mrocznymi Mścicielami”, uniwersum Ultimate czekają diametralne zmiany po „Ultimatum”, no i zbliża się „Burza Czasowa”. Nie tak dawno świętowaliśmy 600 numer „Thora”, a już wkrótce przeczytamy 500 zeszyt „Daredevila” oraz numer 600 „Hulka”, „Captaina America” i „Amazing Spider-Mana, o czym arcz napisze nieco więcej poniżej. Marvel nie ogranicza się tylko do komiksów – jego bohaterowie występują w serialach („Wolverine and the X-Men, „Iron-Man: Armored Adventures”) czy filmach animowanych („Hulk vs. Thor”, „Hulk vs. Wolverine”), goszczą na wielkim ekranie („X-Men Origins: Wolverine”, a także „Thor” i „Iron-Man 2”, żeby wybrać tylko dwa tytuły z bogatej kinowej oferty Marvela) i na trochę mniejszym (japoński „Spider-Man”). Już wkrótce trafią do świata nowej gry MMO „Marvel Universe” (nie wspominając już o Marvel Ultimate Alliance 2”). Bo przecież DC, której prace nad własnym wirtualnym uniwersum są bardziej zaawansowane, nie może być lepsze. Słowem - Marvel mocno ciśnie, nic sobie nie robiąc z finansowej zapaści rynku za Oceanem.
Nieco skromniej swoje urodziny obchodzi natomiast inny, nieco młodszy edytor, któremu w tym roku stuknęła dopiero 20. Z tej okazji Drawn & Quarterly, bo o nim mowa, 3 czerwca w Montrealu wyprawi kameralną imprezę, na której zagrają TV On the Radio. (j.)

#1 Ciekawostka, która u miłośników Alana Moore`a wywoła miłe mrowienie w prąciu, pomieszane z gwałtownymi atakami zazdrości. Była sobie kiedyś taka niskonakładowa seria „Big Numbers” wydawana przez niezależną oficynę Mad Love na samym początku lat dziewięćdziesiątych. I pewnie zapomniano by o niej dzisiaj, jak o dziesiątkach innych tytułów z drugiego obiegu, gdyby nie fakt, że historię pewnego centrum handlowego w Northampton napisał właśnie Moore i narysował Bill Sienkiewicz. Trzeci numer „Big Numbers” (z pierwotnie planowanych dwunastu) nie zdążył się ukazać, bo seria upadła i do dziś nie została wznowiona w całości, bo Moore oryginał po prostu… zgubił. Komiks odnalazł się na e-bayowej aukcji w styczniu tego roku i prawdopodobnie nie jest to „pierwodruk”, tylko jedna z kilku kopii, którą autor przygotował, by pokazać swoim znajomym. Szczęśliwy nabywca kupił ją za śmieszną sumkę 50 dolców. Zaginiony manuskrypt można przeczytać tutaj. (j.)

#2 Poprzedni rok był niezwykle pracowity dla Erica Powella, więc autor postanowił nieco zwolnić w 2009 i odpocząć nieco od Zbira i zając się innymi projektami (jak np. "Chimichanga"). Jednak fani Goona nie powinni się zanadto martwić, bo w tym roku oprócz wydań zbiorczych zawierających zeszyty z zeszłego roku, dostaną w swoje ręce kilka one-shotów. Pierwszym z nich będzie lipcowy "The Goon Vs. Dethklok" w którym uwielbiany przez wielu bohater z poharataną twarzą stanie naprzeciw członków deathmetalowego zespołu - Nathana Explosion, Skwisgarra Skwigelfa, Tokiego Wartootha, Picklesa i Williama Murderface'a. Jak na razie zaprezentowano jedynie okładkę i trailer, ale już po tym widać, że może być wesoło. (a.)

#3 W czerwcu na sklepowe półki trafi 30 numer serii "The Spirit" z DC Comics, będącej kontynuacją przygód legendarnego bohatera stworzonego przez legendarnego Willa Eisnera. Osobą odpowiedzialną zarówno za scenariusz jak i grafikę będzie Michael Avon Oeming, znany z takich serii jak "Powers" czy "Mice Templar", natomiast okładką zajął się Kevin Nowlan. Jednoodcinkowa historia Oeminga opowiadać będzie o wojnie pomiędzy Yakuzą i Triadami, po środku której znajdzie się Spirit. Zadaniem jego będzie zażegnanie konfliktu i doprowadzenie do równowagi na linii przestępcy / policja. Oeming przyznał, że najbardziej lubi pracować nad rzeczami autorskimi i w pewnym sensie tak też odbierał pracę nad tym zeszytem, jednak cały czas pamiętał, że jest to postać stworzona przez wspomnianą legendę komiksu. Oprócz tego jednorazowego wyskoku, pracę MAO będzie można podziwiać w takich seriach jak startujące w maju "Rapture", czy wspomniane już "Powers" i "Mice Templar". Autor dodał jednak, że z chęcią w przyszłości spróbowałby swych sił przy historiach takich herosów jak Punisher czy Thor. (a.)

#4 Na początku lutego ukazał się 600 numer Thora, o czym zresztą już kiedyś wspominaliśmy. Okrągłe liczby tak bardzo spodobały się szefostwu Marvela, że ci zapowiedzieli, iż podobne zabiegi zostaną zastosowane przy seriach "Hulk" i "Captain America". Mądre głowy z House of Ideas zliczyły wszystkie komiksy traktujące o perypetiach tych bohaterów i wyszło im, że w czerwcu wyjdzie 600 numer przygód Kapitana (miesiąc wcześniej inny jubileusz - 50 numer vol.5 pod dowództwem Generała Brubakera), a w niedalekiej przyszłości zmiana numeracji przydarzy się też u Zielonego Olbrzyma (również 6 setek stuknie). Nie ogłoszono co prawda kiedy to się stanie, ale zaprezentowano już jedną z okładek, która towarzyszyć będzie temu wydarzeniu (autorstwa Alexa Rossa - widoczna w powyższej grafice). W lipcu natomiast do wspomnianej trójki dołączy seria "Amazing Spider-Man", której numeracja została zmieniona przy okazji numeru 500 kilka lat temu. Nie wiem czemu służyć mają takie podmiany numerków, ale pradawnych tytułów z DC to one raczej nie dogonią - "Action Comics" zbliża się do 900 numeru, a "Detective Comics" niedawno stuknęło 850 wydań. (a.)

#5 Scenarzystka Kathryn Immonen („Patsy Walker: Hellcat”), znana głównie z web-komiksu „Moving Pictures with Stuart” oraz rysownicy Sara Pichelli („NYX) i David Lafuente („Ultimate Comics Spider-Man”) przejmą „The Runaways” od 11 numeru, który ukaże sie w czerwcu tego roku. Seria stworzona przez Briana K. Vaughana i Adriana Alphonę, która swego czasy była prawdziwym przebojem w USA, obecnie pod sterami Terry`ego Moore`a i Humberto Ramosa rozmienia się na drobne. Marvel liczy, że „Runawaysi” pod kobiecą ręką odzyskają nieco ze swojej utraconej pozycji. (j.)

#6 W lipcu, nakładem wspominanego już D&Q ukaże się „A Drifting Life”. Potężne, liczące ponad 800 stron dzieło Yoshihiro Tatsumiego („The Push Man And Other Stories”, „Abandon the Old in Tokyo”), znanemu polskiemu czytelnikowi z „Kobiet”, będzie można pewnie reklamować jako „japońskiego Eisner”. Nie spodziewajcie się jednak typowego komiksu autobiograficznego, jak redaktor Newsaramy wydelegowany do przeprowadzenia wywiadu z Adrianem Tominem, przygotowującym amerykańskie edycje prac japońskiego mistrza. Tatsumi w swoim komiksie, który powstawał prawie jedenaście lat, opowiada o swojej karierze mangaki, od samego debiutu, do momentu, w którym stał się jednym z najbardziej wpływowych i rozpoznawalnych twórców gekigi, odmiany obyczajowej mangi dla dorosłych. (j.)

#7 Pewnie wszyscy kojarzycie „Public Enemy”, jako jeden z najbardziej wpływowych zespołów w historii muzyki, obecnych od ponad dwudziestu lat na hip-hopowej scenie. Ale Chuck D i Flavor Flav to również komiksowi bohaterowie, pojawiający się na kartach (dość mizernej, jeśli sądzić po opublikowanych przykładowych planszach) komiksowej serii zatytułowanej „Public Enemy”. Premierowy trade, zawierający pięć pierwszych zeszytów ukazał się w marcu nakładem American Mule Entertainment. Scenariuszem zajął się Chuck D i Adam Wallenta, który odpowiada również za oprawę graficzną. (j.)

#8 Wygląda na to, że DC zaliczyło niezłą wpadkę w ostatnich dniach. Sprawcą zamieszania jest Tony Daniel, który odpowiedzialny będzie za rysunki do mini-serii "Batman: Battle for the Cowl". Jak już pewnie większość wie, po "Final Crisis" Bruce Wayne znalazł się prawdopodobnie gdzieś w czasach prehistorycznych, bądź też takich, które je udają - a tymczasem Gotham potrzebuje nowego Nietoperza. To, kto nim będzie, ma się okazać za czas jakiś, jednak przez nieuwagę rysownika, a dokładniej przez szkic który umieścił na swoim blogu (ze swoimi komentarzami, w których pada imię o które jest tyle hałasu), można z dużą dozą prawdopodobieństwa przypuszczać, że będzie to [spoiler!]Dick Grayson (co zresztą duża część zainteresowanych przewidywała)[/spoiler!]. Szefostwo DC zareagowało niemal natychmiast, czego efektem jest zamknięcie bloga Daniela. Sam rysownik próbuje się wykręcić, że on sam nie wie kto będzie nowym Batmanem, a szkic ten był jednym z wielu i nie należy wyciągać z tego żadnych wniosków. Tja. Jakoś ciężko mi uwierzyć, żeby cała akcja była zaplanowana odgórnie i miała po prostu wzbudzić nieco więcej zainteresowania wydarzeniem, ale będzie to można stwierdzić dopiero kiedy będziemy pewni na sto procent kto przejmie schedę po milionerze z Gotham City. (a.)

"Geek Honey of the Week"
(wracamy po tygodniowej przerwie - ponownie Wonder Woman i ponownie kłopoty - a swój znak jakości wystawił galerii Gonzo!)

środa, 25 marca 2009

#150 - Cycki, Mechaniczny Penis i Woda Sodowa

Tym razem miała być Jasonowa recenzja, ale nie będzie. Ciężko ostatnio pisze mi się jakiekolwiek wynaturzenia na kształt recenzji właśnie, a jeszcze gorzej idzie mi wychodzenie poza schemat "krótki wstęp - parę słów o samym komiksie - parę o scenarzyście - następnie rysowniku - koniec". Więc nadszedł w końcu czas na wpis, który chodził mi po głowie od dobrych kilku miesięcy.

Dzisiaj będzie o przypadkach cenzury w komiksach. Tych z głównego nurtu, od Marvela i DC, bo mniejsze wydawnictwa mogą pozwolić sobie na zdecydowanie więcej i często też z tego prawa korzystają. Na pomysł ten wpadłem jakiś czas temu, kiedy tydzień po tygodniu szefostwo DC musiało wycofywać swoje komiksy ze sklepów, bo trzeba było coś zmienić czy zamazać, a przypomniałem sobie o nim niedawno, kiedy plansze z "X-Men Noir" wyglądały nieco inaczej od wersji przedstawionej jako preview. I właśnie od tego przypadku pozwolę sobie zacząć tę wyliczankę.

Zapowiedź czwartego, ostatniego numeru elseworlda poświęconego losom mutantów z połowy ubiegłego wieku zawierała trzy kadry, które okazały się zbyt kontrowersyjne i w ostatecznej, papierowej wersji zostały nieco zmodyfikowane. Sebastian Shaw i jego harem zostali bonusowo obdarowani okryciem wierzchnim - czy to materiałem, którym kobiety mogły zakryć swe nagie ciała, czy to dwoma kreskami na tyłku Shawa, które przeobraziły się w jego bieliznę. Zmodyfikowany został nieco również witraż z którego usunięto przytulającą się do krocza modlącego się jegomościa niewiastę. O ile ten drugi przypadek można zrozumieć, o tyle materializujące się majtki i ręczniki są zwykłą nadgorliwością ze strony edytorów Marvela. Nie pierwszą zresztą i nie ostatnią - dosyć zabawny los spotkał wielkiego robota z szóstego numeru maxi-serii "The Twelve", który pozbawiony został swojego wojennego wyposażenia - karabin maszynowy, który znajdował się pomiędzy jego nogami, za bardzo się kojarzył i w ostatecznej wersji mech został wykastrowany.


Teraz mały skok w bok w stronę DC i wspomniane już wyżej przypadki ze stajni Batmana i Supermana. Na początku września 2008 właściciele sklepów komiksowych zostali poinformowani przez największego dystrybutora komiksów - Diamond, że jeśli mają już w swoich magazynach egzemplarze 10 numeru "All Star Batman and Robin" muszą je natychmiast zniszczyć a prawidłowa wersja komiksu zostanie im dostarczona przy kolejnej dostawie. Powodem tych drastycznych kroków było złe nałożenie farby mającej zakryć przekleństwa w soczystych dialogach Millera włożonych w usta (na Boga!) młodziutkiej Batgirl i oprychów. Spod czarnych prostokątów, prześwitywały słowa takie jak: cunt, fuck czy assholes, których obecność w meijnstrimie jest przecież niedopuszczalna. Dodatkowo okazało się, że wprowadzono pewne zmiany w grafice jeszcze przed publikacją komiksu - na szkicach Jima Lee Batgirl ściska w dłoniach klejnoty łobuziaków, co z ostatecznej wersji zostało zwyczajnie wymazane. Jeszcze kurz nie opadł po tej wpadce, a tydzień później przydarzyła się kolejna, tym razem z udziałem harcerza Clarka Kenta. "Action Comics" #869 musiał być ponownie wydrukowany, ponieważ ktoś dopatrzył się na okładce (w kilka miesięcy po opublikowania jej w zapowiedziach), że Clark i jego ziemski ojciec bez skrępowania popijają sobie piwo z butelki. Ten niecny wybryk bardzo szybko (i dosyć niechlujnie) został wymazany, a w poprawnej politycznie wersji urocza dwójka popija spokojnie wodę sodową. Honor Supermana uratowany! Zmiany, w porównaniu z zapowiedzią komiksu, spotkały również okładkę do 40 numeru serii "Batman/Superman" w której ostatecznie prawa ręka Batmana została zdjęta z ponętnego biustu uzbrojonej heroiny. Czyżby kolejna poszlaka sugerująca jakoby panicz Bruce był bardziej zainteresowany płcią brzydką?


Niekwestionowanym królem tego typu ciekawostek jest Frank Cho, na którego cenzorzy są już chyba szczególnie wyczuleni. Niepokorny artysta znany z zamiłowania do obfitych biustów i budzących respekt tyłków swoich bohaterek, nie raz i nie dwa razy dawał im sposobność ingerencji w swoje prace. Sporo roboty mieli oni przy serii "Shanna: The She-Devil" (zarówno napisanej jak i narysowanej przez pana Cho), której bohaterką jest niezwykle skąpo ubrana wojowniczka. W tym przypadku, podobnie jak w "X-Men Noir", trzeba było dorysowywać ręczniki czy fruwające kawałki szkła, aby zakryć to co Shanna ma najlepszego. Wyleciał niestety kadr z sutkiem bohaterki (można zapalić e-świeczkę ku pamięci) widoczny na pierwszej z prezentowanych stron. Cho dał się we znaki również przy okazji dwóch projektów Hero Initiative, w których 100 artystów rysowało 100 okładek ze Spider-Manem i Hulkiem. W pajęczym przypadku golutka Mary Jane musiała odziać się w ręcznik, aby zostać wydrukowana przez Marvela w albumiku zbierającym wszystkie okładki. W przypadku Hulka już nie było tak różowo, ponieważ grafika Cho, prezentująca podekscytowanego zielonego olbrzyma i jego rozbierającą się kuzynkę She-Hulk była nie do zaakceptowania, co jest raczej do zrozumienia ze względu na ich rodzinne relacje. Podobne kontrowersje wzbudziła wariantowa okładka artysty do trzeciego numeru Loebtimates, na której zaprezentowane jest zbliżenie Logana i Scarlet Witch. Ostatecznie grafika ta nie została wykorzystana, nawet pomimo autocenzury ze strony Cho (przy której pomagał Brandon Peterson) i mogę się jedynie domyślać, że największe kontrowersje wzbudzała nie tyle nagość, co domniemane powiązania rodzinne owej dwójki (spojler: w 3ciej serii "Ultimates" zasugerowano, że to Wolverine może być ojcem Scarlet Witch, a nie Magneto).


Wracając jeszcze do wojowniczej Shanny - autor przyznaje, że najbardziej obawiał się, że cenzorskie nożyce zaatakują głównie sceny gdzie ukazana jest przemoc, a nie te z nagim ciałem bohaterki. Stało się jednak odwrotnie, co Cho skwitował następującymi słowami: "Wydaje mi się, że wiele to mówi o tym kraju". Nie chcę się zagłębiać w kwestie "dlaczego pokazuje się krew, wnętrzności i fruwające kończyny, a cenzuruje się nagość i sex", bo o tej fałszywej moralności powiedziano i napisano już wiele. Możliwe, że jest to kwestia podejścia edytorów Marvela i DC, którzy może wychodzą z założenia, że większość czytelników sama na własnej skórze doświadczy miłosnych uniesień, a już niekoniecznie każdy będzie miał przyjemność wydłubać oko i odrąbać komukolwiek którąkolwiek z kończyn?

Czasem jednak zachowania (a raczej ich brak) komiksowych stróżów moralności mogą zadziwić. Dla przeciwwagi kilka przykładów w drugą stronę - jakiś czas temu dosyć głośno było (pisano o tym swego czasu nawet na serwisie Komikslandii, który co chwila zapowiadał upadek Mandry, a teraz sam odszedł w niepamięć) o okładce Alexa Rossa do "Justice Society of America" #7 na której swoje mięśnie pręży Citizen Steel. Sokole oko dostrzeże jednak, że w spodniach herosa pręży się też inny muskuł. Dla wielu szokiem było, że herosi również posiadają penisy, jednak DC ani myślało ugrzeczniać okładki i zostało tak jak to było w zapowiedziach. Zadziwiający pod tym względem był również cover autorstwa Sana Takedy do trzynastego numeru "Heroes for Hire" z Marvela, na którym biedne i związane bohaterki muszą stawić czoła złowieszczym mackom. W jednej chwili przed oczami przemykają podobne obrazy z hentaiowych stajni, na których bezbronne przedstawicielki rasy ludzkiej nie mają jak się oprzeć wszechobecnym, kosmicznym odnóżom penetrującym każdy możliwy otwór w ich ciałach. Ku uciesze gawiedzi, obrazkowi towarzyszył brak reakcji ze strony cenzorów. Gdzie tu logika? Pewnie na wagarach razem z konsekwencją. Na deser ponownie okładka, tym razem do "Catwoman" #40, której losy były odwrotne do wyżej wymienionych przykładów w postaci "Action Comics" czy "Batman/Superman". Prezentowana przy zapowiedziach grafika, po trafieniu na papier znacznie wyraźniej zaprezentowała walory bohaterki przy pomocy sporego dekoltu. Czyżby nieoczekiwana zmiana polityki wydawnictwa?

Życzyłbym sobie więcej takich przypadków. A przysłowie o nadgorliwości sobie daruję.

niedziela, 22 marca 2009

#149 - Trans-Atlantyk 30

Wracając jeszcze do zeszłoniedzielnych spotkań z wydawcami na WSK, warto by napisać kilka słów o tym jak oni sami postrzegają nasz rynek. Bo tak, z jednej strony od lat zewsząd słychać narzekania na ceny, na tytuły, na marną liczbę czytelników i generalnie na cały pożal się boże rynek, czy też "ryneczek". Z drugiej jednak, rok 2009 (o czym już tu pisaliśmy nie raz) zapowiada się - chociażby pod względem ilości i jakości zapowiedzianych tytułów - wręcz wyśmienicie. O tym, że jest jednak lepiej, niż głoszą komiksowi fataliści, świadczą chociażby słowa Szymona Holcmana, który przyznał, że gdyby było pewne, że dodatkowe 700-800 egzemplarzy komiksów Kultury znajdzie nabywców, to spokojnie mogłoby to być ich źródło dochodów, a nie tylko hobby po godzinach. Zaskoczka? Zupełnie inaczej wyglądałby rynek (w tym również ceny komiksów), gdyby w całej Polsce powstało około 10 profesjonalnych sklepów komiksowych więcej (jak np. Centrum Komiksu), które sprawiłyby, że można by było wtedy zrezygnować z dystrybucji komiksów w Empikach, narzucających dosyć nieciekawe warunki dla wydawców. A same komiksy też nie sprzedają się tak źle, problemem jest - jak zawsze - znalezienie nowych czytelników. Zresztą - gdyby było tak kiepsko jak ponoć jest, nikt nie pchałby się z kolejnym projektem - a tak jest Mroja, której same zapowiedzi wydawnicze budzą respekt. Może warto w tej sytuacji zacytować klasyka: "Więcej uśmiechu, hihi"! (a.)

#1 „Najczarniejsza Noc” jest już właściwie na wyciągnięcie ręki. Najbardziej wyczekiwana historia tego roku startuje już w maju. Przy okazji tegorocznego Free Comic Book Day ukaże się „The Blackest Night” #0, który będzie prologiem do wielkiej wojny siedmiu korpusów i jednocześnie wprowadzeniem czytelników „zielonych” (jakkolwiek nieporęcznie to brzmi) w temacie pierścieni, latarni i kolorowych emocji. Ekskluzywne, przykładowe plansze można obejrzeć na Newsaramie (pierwsza i druga) i IGN (pierwsza i druga). Pisze oczywiście Geoff Johns, który potwierdził, że zostaje w „Green Lanternie” po zakończeniu historii, a rysują Ivan Reis („Infinite Crisis”, „Green Lantern”) i Doug Mahnke („Final Crisis”, „Batman”). Drugi z wspomniany artystów będzie również ilustrował główną mini-serię startującą w lipcu, tutaj próbka jego umiejętności. (J.)

#2 Poniekąd na drugim, „eventowym” biegunie można znaleźć planowaną na kwiecień mini-serię „Timestorm 2009/2099”. Nie do końca rozumiem pomysłu szefostwa Marvela na odkurzenie futurystycznej wersji swoich herosów z 2099 roku, którzy spokojnie powinni spoczywać zapomniani w lamusie lat dziewięćdziesiątych, gdzie ich miejsce. Koncepty scenarzysty, Briana Reeda („Ms. Marvel”, „Secret Invasion: Frontline”) na ich reinterpretacje jakoś zupełnie mnie nie przekonują, a i graficzne (Eric Battle) próbki nie prezentują się rewelacyjnie. „Burza Czasowa” rozpocznie się w kwietniu. No cóż, pierwszy zeszyt ma przynajmniej fajną okładkę autorstwa Christophera Shy`a. (J.)

#3 Również w kwietniu ukaże się pierwszy numer trzyczęściowej mini-serii „Overlook”, wydawanej przez image`owski imprint Shadowline. Komiks Joshuy Williamsona (scenariusz) i Alejandro Aragona (grafika) będzie utrzymaną w noirowej estetyce opowieścią kryminalno-sensacyjną. Główną rolę w komiksie ma odegrać bokser Mickey „The Nickel” Nicholson, któremu kasa z ustawianych, nielegalnych walk przestaje wystarczać na codzienne wydatki i postanawia zrobić coś większego. Przewodni wątek niczym oryginalnym nie jest, przypomina choćby jedną z nowelek z „Pulp Fiction”, ale sam tytuł zapowiada się nieźle. Spodziewam się dużo akcji, krwi i twardzielskich gadek. (J.)

#4 Niedługo nakładem Fantagraphics wyjdzie niemal 200-stronicowy zbiór przygód superbohaterów z pierwszej połowy ubiegłego wieku. "Supermen! The First Wave of Comic Book Heroes 1936-1941" to praprzodkowie współczesnych "laserów z dupy" w wykonaniu takich artystów jak Will Eisner, Jack Kirby, Jack Cole, Joe Shuster, Jerry Siegel czy Fletcher Hanks. Oprócz 20 superbohaterskich historii z tamtych czasów, antologia ta zawierać będzie pełnostronicowe reprodukcje okładek, promocyjnych grafik, przedmowę Jonathana Lethema oraz posłowie redaktora tego dzieła Grega Sadowskiego. Dla wielbicieli trykotów i szeroko pojętego mejnstrimu jak znalazł. Dla tych którzy się jeszcze wahają - prezentacja komiksu. (a.)

#5 Ze względu na Dzień Świętego Patryka, wtorkowe nowości na Newsaramie był głównie w kolorze trawy i ogórków. Nie obyło się więc, bez "zielonego faceta z gadzim grzebieniem na głowie", którego majowy 148 numer serii wyjdzie pod szyldem "Free Comic Book Day". Jednak dla tych, którzy mogą mieć problemy z dostaniem tego darmowego komiksu, historia wyjdzie również w normalnej, płatnej formie. Te dwa wydania będą się od siebie różnić tym, że wersja FCBD pozbawiona będzie listów od czytelników oraz kolejnej części komiksu Gary'ego Carlsona i Franka Fosco. A co w samym numerze? A to, że pojawi się heros, który na stałe zagości w "Savage Dragonie" i będzie nim.. Daredevil! Jednak nie ten ze stajni Marela, a ten ze Złotej Ery. Prawa do mnóstwa postaci z tamtego okresu są teraz dobrem publicznym, więc kto chce, może tworzyć historie z Black Terrorem czy Miss Masque (obecnie Masquerade), co wykorzystał chociażby Alex Ross i Jim Krueger w swoim "Project Superpowers" (Dynamie Entertainment). Pojawienie się tej postaci w uniwersum Dragona spotkało się z krytyką w komentarzach na Newsaramie, a Larsen został oskarżony o kopiowanie cudzych pomysłów, o co sam oskarżał Marvela jakiś czas temu. Erik nie pozostał dłużny i o wszystkim napisał na swoim forum, nazywając krytykantów trolami. Wesoło. Preview do tego wzbudzającego kontrowersje numeru tutaj. (a.)

#6 Rok 2009 to nie tylko 70-lecie istnienia Marvela, ale i 35 urodziny Wolverine'a. Logan po raz pierwszy pojawił się w 181 numerze serii "Incredible Hulk" w roku 1974 i od tamtej pory stał się jedną z najbardziej rozpoznawalnych postaci w Marvel Universe, która w ostatnich latach pojawiała się chyba w każdej serii House of Ideas (co zostało zresztą nazwane "syndromem Wolverine'a"). A skoro są urodziny, skoro zaraz film o solowych przygodach herosa wejdzie do kin, jest to doskonała okazja, żeby kwiecień był miesiącem variantowych okładek z Wolverinem! Trzeba jednak przyznać, że tym razem wydawnictwo miało na tę całą akcję pomysł, który wygląda mniej więcej tak - co by było gdyby Logana rysował Pablo Picasso? Albo Edward Gorey? Czy też Andy Warhol? Kilku współczesnych grafików podjęło wyzwanie, wcieliło się w powyższych artystów a efekty ich pracy będzie można zobaczyć na okładach wielu Marvelowych serii ("Agents of Atlas","Amazing Spider-Man"). Kilka przykładów: Edward Gorey (Skottie Young), Rene Magritte (Jason Chan), C.M. Coolidge (Paolo Rivera, który to też podszył się pod Salvadora D. w grafice ilustrującej tego newsa). Natomiast Logana w wersji Van Gogha, Warhola i Pablo Picasso można podejrzeć tutaj. (a.)

#7 Jeszcze nie tak dawno pisaliśmy o „The Nobody”, nowej powieści graficznej Jeffa Lemire`a, która jeszcze nie zdążyła trafić na sklepowe półki, a już Karen Beger z Vertigo, na konwencie ComicsPro w Nashville, ogłasza kolejny tytuł twórcy „The Essex County”. „Sweet Tooth” będzie serią regularną opowiadającą o Gusie, chłopcu o jelenim porożu, który po latach leśnej izolacji wyrusza na spotkanie z cywilizacją. Jak opowiada sam autor, jego pierwszy ongoing będzie zderzeniem klimatów „Mad Maxa” z wątkami „Wyspy Doktora Moreau”. Zapowiada się ciekawie. (J.)

#8 W czerwcu Crystal Lake ponownie zostanie nawiedzone przez mrożące krew w żyłach trio znane z dużego ekranu. Sześć miesięcy po ich ostatnim spotkaniu, losy Freddy'ego Kruegera, Jasona i Asha Williamsa ponownie się skrzyżują w serii trzyczęściowej mini-serii "Freddy vs. Jason vs. Ash: The Nightmare Warriors". Za scenariusz odpowiedzialni są Jeff Katz i James Kuhoric, za grafikę Jason Craig a okładki należą w całości do Arthura Suydama. Natomiast seria wyjdzie pod szyldem Dynamite Entertainment / Wildstorm. I nie muszę chyba specjalnie pisać czego można się spodziewać kiedy owa trójca ponownie się zjednoczy. Ciekaw jestem tylko, czy kiedykolwiek powstanie kinowa ekranizacja przygód tego osobliwego trio, o której mówi się co najmniej od czasu filmowego crossovera "Freddy vs. Jason". (a.)

piątek, 20 marca 2009

#148 - El Diablo

Szeryf Moses Stone prowadzi przyzwoite życie w małym miasteczku. Wzorowo wywiązuje się z obowiązków stróża prawa w Bollas Raton, ma kochającą żonę i cieszy się szacunkiem innych mieszkańców. Definitywnie zerwał z fachem i reputacją „Świętego”, jednego z najbrutalniejszych i najskuteczniejszych łowców nagród. Niestety, spotkanie z owianym legendą rewolwerowcem El Diablo położy kres tej sielance. Stone wraz z grupką towarzyszy rusza za nim aż do Halo, zapadłej dziury w Nowym Meksyku, z której pochodzi i gdzie będzie musiał zmierzyć z tajemnicą ze swojej przeszłości.

Pomysł Briana Azzarello na scenariusz „El Diablo” był przedni. Wystarczyło ożywić nieco skostniały westernowy schemat przyprawą z noir i dodać szczyptą grozy. Niestety gotowy posiłek nie jest tak wyśmienity, jak wygląda w przepisie. Niby wszystko w komiksie jest na swoim miejscu. Mamy zatem intrygujący sekret głównego bohatera, są colty i saloony, kapelusze i Indianie, nie braknie pościgów, wieszania i zaskakującego rozwiązania, ale cały komiks smakuje mdło. Zgrzytającej fabule brakuje polotu, zakończenie jest naciągane i zamiast przywoływać szekspirowskie skojarzenia, przypomina raczej przegięcia pały rodem z telenowel. Tych gorszych, wenezuelskich. Po komiksie widać jeszcze niewprawną rękę, jaką Brian Azzarello pisał swoje scenariusze w 2001 roku. Jeśli chodzi o jakieś plusy, to „El Diablo” warto wyróżnić kreację głównego bohatera, w którym Azz sprawnie demitologizuje westernowego herosa oraz sprawnie odmalowany obraz zdegenerowanego i zdemoralizowanego Dzikiego Zachodu.

Z oprawą wizualną mam ciężki orzech do zgryzienia. Trudno jest mi bowiem coś zarzucić rysownikowi pod względem tzw. rzemiosła. Ba! Danijela Zezeljego z jego grubo ciosaną, nieco klaustrofobiczną, minimalistyczną kreską, którą świetnie oddaje wspomniany brud, można nawet podejrzewać o zaczątki własnego stylu. Ale coś mi (znowu) zgrzyta. Na dłuższą metę rysunki chorwackiego artysty strasznie mnie „męczyły” podczas lektury. Na osobne wyróżnienie zasługują natomiast okładki autorstwa, jak zwykle znakomitego, Tima Sale`a.

Przeszkodą dla polskiego czytelnika, który jest słabiej obeznany z językiem angielskim, będzie zapewne słownictwo, z którego korzystają bohaterowie komiksu. A kiedy już zrozumieją slang kaleczących angielszczyznę kowbojów, komiks zdąży się skończyć, bo historia zamyka się w czterech, standardowej wielkości, zeszytach.

„El Diablo” budzi we mnie bardzo mieszane uczucia. Bo to niby słaby komiks jest, ale nie ukrywam, że czytałem go z pewnym zaciekawieniem. Przymykałem oczy na fabularne niedostatki i brnąłem, aż do rozczarowującego końca. I jestem coraz bardziej przekonany, że Brian Azzarello nie jest tak wybitnym scenarzystą, jak sądziłem. Odseparowany od graficznej narracji Eduardo Risso, pokazuje się jako pisarz, który na dobrą sprawę nie ma nic ciekawego do zaoferowania swojemu czytelnikowi. Taki był na kartach „Bannera”, „Jokera” czy „Broken City” (gdzie dupę scenarzyście ratował właśnie Risso), tak jest w „El Diablo”. Mam jednak nadzieję, że będzie inaczej w „Hellblazerze” i „Loveless”, które są jeszcze przede mną.

niedziela, 15 marca 2009

#147 - I co dalej w roku 2009?

Muszę przyznać, że pierwszy dzień WSK w dużej mierze mi umknął - zarówno towarzysko, zakupowo jak i przy okazji wszelkiego typu atrakcji przygotowanych przez organizatorów. W zasadzie jedyne co mnie ciekawiło podczas tego weekendu to niedzielny panel wydawców, więc poniżej kilka najciekawszych, według mnie, informacji, które spisywałem na odwrocie planu imprezy.
Na pierwszy ogień poszedł Tomasz Kołodziejczak z Egmontu, który zanim miał okazję odpowiedzieć na pytania prowadzącego Macieja Pietrasika i publiczności, dostał od organizatorów WSK'ową nagrodę za 10 letnią pracę nad promocją komiksu w Polsce. Fakt faktem, ciężko wyobrazić sobie, żeby rynek wyglądał tak jak wygląda obecnie, bez twórcy "Klubu Świata Komiksu" (w sensie pozytywnym oczywiście). Ze swojej strony również dziękuję!

Egmont:
- jednym z kolejnych komiksów, który wyjdzie w ramach projektu Zebra, będzie "Tabula Rasa" Gawronkiewicza i Janusza
- tradycyjne pytanie o dodruki ekskluzywów spotkało się z tradycyjną odpowiedzią
- jeśli chodzi o inne komiksy to obecnie wydawca zastanawia się nad wznowieniami "Hellboya" i "Armady"
- "Preludia i Nokturny" w kolorach z "Absolute Sandman" może kiedyś w przyszłości ukażą się na rynku - wszystko zależy oczywiście od sprzedaży kolejnych twardo okładkowych wydań "Sandmana".
- kolejna seria wydawnicza Sensacja, zostanie zainaugurowana w maju zbiorczym wydaniem "Largo Wincha", który będzie zbierać cztery pierwsze tomy serii, wydane u nas przez Motopol. Drugiego tomu (zbierającego kolejne cztery części) można się spodziewać pod koniec roku.
- możliwe, że również w ramach Sensacji wyjdzie zbiorcze wydanie pięciu tomów komiksu "Al'togo" za który odpowiedzialny jest Sylvain Savoia ("Marzi") i Jean-David Morvan
- najprawdopodobniej na MFK ukaże się długo wyczekiwana "Give Me Liberty: Martha Washington" - nie wiadomo jeszcze w jakiej cenie i nie wiadomo w jakiej formie - czy jednym opasłym kilkusetstronicowym, czy w dwóch sprzedawanych jednocześnie (jak to było w przypadku "Świat Edeny" Moebiusa) - Egmont jednak skłania się ku temu drugiemu rozwiązaniu
- w tym roku czeka nas kolejny album z Batmanem - tym razem będzie to kontrowersyjne dzieło Millera i Lee "All Star Batman and Robin"
- Egmont planuje również wydanie gier planszowych na motywach wykreowanego przez Janusza Christę świata Kajko i Kokosza
- można również oczekiwać wznowienia wywiadu rzeki "Janusz Christa - wyznania spisane" wraz z DVD/CD

Kultura Gniewu:
- na początek Szymon Holcman poinformował wszystkich zgromadzonych, że w magazynach wydawnictwa zostało około 100 egzemplarzy ostatnio wydanych "Trzech Cieni" i "Przybysza"
- długo zapowiadani "Klezmerzy" coraz bliżej - problem z liternictwem rozwiązany i nie ma większych przeszkód, aby komiks ten zagościł w najbliższym czasie na naszym rynku
- w porównaniu z rokiem ubiegłym w ofercie wydawnictwa będzie dużo więcej komiksów rodzimych artystów - co miesiąc jeden lub nawet dwa tytuły. Jednak oprócz dwóch kolejnych zeszytów z serii "Wartości Rodzinne" i ostatniego tomu "Na Szybko Spisane" nie padły żadne konkrety.
- w kwietniu "No Comment" Ivana Bruno, a dalej "Pinokio" i "Pan Naturalny"
- najbliższy reedycji jest "Ghost World" - jednak będzie to wydanie znacznie bogatsze, wzorowane na wznowieniu z okazji 10-lecia komiksu wydanego przez Fantagraphics. Reedycja Kultury zawierać ma wszystkie bonusy z jubileuszowego wydania z wyjątkiem scenariusza filmowego.
- Szymon Holcman zaapelował również o branie przykładu z Sylwii Sputnik i mniej marudzenia a więcej optymizmu

Hanami:
- w kwietniu "Dziennik z zaginięcia" opowiadający o losach bezdomnego artysty komiksowego
- w maju drugi tom serii "Muzyka Marie"
- natomiast jeszcze w tym roku można oczekiwać dwóch kolejnych komiksów pana Taniguchiego (padły tytuły, lecz nie zdążyłem zanotować)
- w planach wydawnictwa również "Ristorante Paradiso" - prawdopodobnie pierwszy w Polsce komiks kulinarny, oraz "Japan as Viewed by 17 Creators" - antologia w której udział wzięli tacy artyści jak Jiro Taniguchi, Joann Sfar czy Nicolas de Crécy. Tyle tylko, że wydanie to ma szansę być wzbogacone o historie artystów z Polski.

Timof:
- tutaj w zasadzie nie padły żadne nowe wiadomości, a najciekawszą dla mnie jest udział Hornschemeiera i Mawila w Ziniolu #5

Taurus:
- w 2009 roku czekają nas jeszcze dwa tomy "Żywych Trupów" - pierwszy z nich pod koniec kwietnia
- kolejny tom "Najgorszej Kapeli Świata" niedługo zagości na półkach sklepowych i zawierać będzie ostatecznie 3 i 4 część historii
- następny komiks Jasona to "Hey, wait..", który u nas ukaże się pod tytułem "Stój!"
- dokończona zostanie seria "Ja, Wampir" - 3 i 4 tom prawdopodobnie jeszcze w tym roku
- również fani "Queen and Country" mogą się spodziewać kolejnej części tego komiksu
- możliwe, że na MFK uda się wydać komiks Richarda Camary "Czerwony Kapturek"

Mucha Comics:
- w 2009 można się spodziewać od wydawnictwa około 10 komiksów
- druga połowa kwietnia powinna przynieść komiks legendę "Marvels" oraz crossover "Avengers Disassembled"
- kolejny tom "Astonishing X-men" zostanie wydany, jak tylko ukaże się wydanie zbiorcze pierwszych zeszytów z runu Ellisa i Bianchiego
- Mucha startuje z nowymi kalesonami - "New Avengers", których w tym roku ma zamiar wydać dwa tomy
- podczepiając się pod nadchodzącą ekranizację losów Logana "X-Men Origins: Wolverine" duńczycy wydadzą historię Millara i Romity Jr. "Enemy of the State" (Wolverine v.3: #20-25) i oprócz tego może wyjdzie jedna lub dwie historie z Rosomakiem w roli głównej
- do końca roku mają ukazać sie takie komiksy jak "War Stories", "Zero Girl", oraz ostatni tom z cyklu "Loveless" zbierający ostatnie 9 zeszytów serii

Ostatnim z wydawców była Mroja Press, od której możemy spodziewać się komiksów niemal każdego miesiąca (oprócz lipca, sierpnia i możliwe, że grudnia). Plan wydawniczy do końca tego roku prezentuje się mniej więcej tak:
- maj: Lewis Trondheim/Jean-Pierre Duffour "Gare Centrale/Dworzec Centralny"
- czerwiec: Pierre Dragon/Frederik Peeters "RG"
- wrzesień: Lewis Trondheim - "Lapinot et les carottes de Patagonie"
- październik: Haimo Kinzler - "Krigstein" (t.1)
- listopad (lub grudzień): Alan Moore/Melinda Gebbie -"Lost Girls"

Wydawcy podzielili się również informacjami odnośnie artystów, których mają zamiar / chcieliby w najbliższym czasie sprowadzić do naszego kraju. I są to: Daniel Clowes (MFK, przy okazji wizyty może udałoby się wydać komiks "David Boring"), Ivan Bruno, Konstanty Komardin, Andrij Tkalenko i Jelena Woronowicz (MFK - jeśli uda się wydać drugi tom "Suki"), Igor Baranko, Charlie Adlard (może się uda na MFK) czy też sam Jason (duża szansa, że pojawi się w Łodzi).

I to by było na tyle - jak widać obecny rok zapowiada się nad wyraz atrakcyjnie, więc nie ma co narzekać i smęcić, tylko bić brawo i kupować (a wszelkie powyższe braki w planach wydawniczych będę uzupełniał jak tylko pojawią się poprawne wersje wiadomości - czyt. kiedy pojawią się na WRAK'u zapewne).

#146 - Trans-Atlantyk 29

Zwykle, w tygodniach bezpośrednio poprzedzających któryś z dużych, polskich konwentów (MFK/WSK), wiele się dzieje w naszym światku. I w tym roku nie było inaczej – organizatorzy wueski dopinali ostatnie szczegóły w (ostatecznym i oficjalnym) programie imprezy, Łukasz z Motywu skrupulatnie wyliczył ile do Warszawy trzeba zabrać pieniążków, aby móc wyjechać ze stolicy obkupionym nowościami, komiksiarze zgodnie rzucili się do kin na pierwsze pokazy filmowych „Strażników”, Mateusz Skutnik dostał pomorskiego Sztorma, ale nie za komiksy, tylko za gry, a Alejowcy wręczyli swoje Nasty, czyli nagrody polskiego środowiska komiksowego. Wyróżnionym gratulujemy. Niestety, w tym roku, razem z arczem nie zasłużyliśmy na żadne wyróżnienie w opinii czytelników Alei Komiksu. Ba, nawet nie załapaliśmy się na pudło! Ale liczymy, że za rok będzie lepiej. (J.)

#1 Pozostając jeszcze w temacie crossoverów - Marvel i Top Cow na maj zapowiedzieli kolejne spotkanie bohaterów ze swojej stajni. Trzyczęściową mini-seria „Fusion: Cyberforce/Hunter-Killer/Avengers/Thunderbolts” (bardzo chwytliwy tytuł) będzie pewnie niestrawną kupą, kompletnie nie zdatną do czytania, mimo ładnej okładki Mike`a Choi, Dana Abnetta z Andym Lanningiem figurującymi jako scenarzyści i winietki „Dark Reign”. Włodarze Marvela nawet nie raczyli upchnąć w tej historii Wolverine, co nie wróży nic dobrego. Albo są pewni, że historia jest tak dobra, że obroni się (to jest - sprzeda) nawet bez Rosomaka. Albo stwierdzili, że nawet ta banda zdebilałych klientów, którzy kupują wszystko z Loganem na okładce, tym razem może nie dać się nabrać. (J.)

#2 Przygoda Eda Brubakera z "Daredevilem" powoli dobiega końca - na jego miejsce szykowany jest Andy Diggle, który pisze obecnie dla Marvela przygody Thunderboltsów, a wcześniej był odpowiedzialny chociażby za kilkanaście numerów "Hellblazera". Informacja o przejęciu tytułu przez brytyjczyka wyszła z ust Joe Quesady w jego piątkowej rybryce "MyCup o'Joe" przy okazji jednego z pytań czytelników. Lecz jeśli na własne oczy chcielibyście zobaczyć co dokładnie powiedział szef Marvela, możecie mieć z tym problem - zarówno pytanie jak i odpowiedź Quesady zostały bardzo szybko usunięte ze strony. W każdym razie informacja poszła w świat i teraz można zadawać pytania - kiedy to się stanie i czy Diggle dorówna poziomem historii swoim poprzednikom? (a.)

#3 Dosyć niezauważalnie Marvel zaprezentował zapowiedz czwartej serii „Marvel Zombies. Nowym rozdziałem w dziejach naszych ulubionych pożeraczy ludzkiego mięsa zajmie się ekipa znana z trójki – Fred Van Lente (scenariusz) i Kev Walker (grafika), okładki do pierwszego numeru narysują Arthur Suydam i Greg Land. Niestety, tym razem zabraknie Machine Mana, a główne role mają grać herosi ciemnej strony Marvela – Morbius, Werewolf czy Ghost Rider. Gorączka na zombie-super-hero już minęła i przyznam, że nie spodziewam się wiele po tej mini-serii. (J.)

#4 Duet odpowiedzialny za "WE3" czy "All Star Supermana" znowu razem! Kolejny projekt z udziałem Granta Morrisona i Franka Quitely'ego był od jakiegoś czasu tajemnicą poliszynela, jednak dopiero w tym tygodniu wyszło na jaw, za co tym razem będą oni odpowiedzialni. A będzie to seria "Batman and Robin", która wystartuje w czerwcu i ma być flagowym tytułem dla Nietoperzastego bohatera. Morrison zapowiada ją jako kolorową i zarazem przerażającą historię, coś podobnego do tego, co by wyszło gdyby Lynch zabrał się za Batmana na potrzeby TV. Zapowiada się więc dosyć ciekawie. Tym bardziej, że będzie możliwością skonfrontowania wizji Morrisona z wizją Millera, którą ten przedstawia raz na pół roku w kolejnych odsłonach "All Star Batman and Robin". (a.)

#5 Na swoim blogasku Paul Hornschemeier zaprezentował okładkę do „All and Sundry”, albumu zbierającego w jednym, zgrabnym tomiku jego rozproszone prace. Oprócz ilustracji, rysunków, plakatów, szkiców i mnóstwa innych dupereli, które ucieszą każdego miłośnika twórczości autora „Trzech Paradoksów” i „Mother, Come Home”, w zbiorze znajdą się oczywiście komiksy. Oprócz kompletu pasków ukazujących się obecnie na łamach „Frankfurter Allgemeine Sonntagszeitung”, dostaniemy również szesnastostronicowego szorciaka z antologii „Yonlu”. (J.)

#6 Śledziu nie jest jedynym komiksiarzem z „problemem konsolowym”. Jamesowi Kochalce, znanemu z znakomitego web-komiksu „American Elf”, zdarza się również pogrywać w „Killzone 2” na PS3. Na tyle często, że popełnił „komiksową recenzję”, w której Jack Krak i Pomarańczowa Błyskawica, bohaterowie jego innego komiksu „The Superf*ckers” znęcają się nad produkcją Guerilla Games. A Śledziu gra w ogóle w „Killzone`a”? (J.)

#7 Obowiązkowe newsy filmowe - do i tak budzącej respekt obsady "Iron Mana 2" (Downey Jr., Samuel L. Jackson) dołączyły kolejne gwiazdy - potwierdzony został udział w ekranizacji Mickeya Rourke'a, który prawdopodobnie wcieli się w przeciwnika Starka (nie wiadomo jeszcze jednak jakiego, mówi się o Crymson Dynamo lub Whiplashu), oraz Scarlett Johansson, która zagra Natashę Romanoff. Wcześniej w tę postać miała się wcielić Emily Blunt, lecz uniemożliwiał jej to kontrakt spisany na potrzeby "Gulliver's Travels". Coraz intensywniejsze są również prace nad adaptacją przygód Thora - nie ma jeszcze co prawda decyzji, o tym kto zagra główne role, ale plotki z Hollywood głoszą, że w rolę Asgardzkiego boga z młotem w ręku miałby się wcielić Alexander Skarsgard ("Zoolander"), a za Lokiego miałby być odpowiedzialny Josh Hartnett ("Lucky Number Slevin"). Na koniec jeszcze dodam, że FOX pozazdrościł sukcesów Warnerowi i Marvel Studios i też chcą zrobić film na miarę "Iron Mana" czy "Mrocznego Rycerza". Padło na.. Fantastyczną Czwórkę, której historia od nowa miałaby być przedstawiona przez Toma Rothmana. Zabawne. (a.)

#8 News tygodnia (przynajmniej dla mnie). Amerykańskie wydawnictwo Fantagraphics ogłosiło, że w rozpoczyna wydawanie komiksów Jacquesa Tardiego. W sierpniu bieżącego roku ukażą się dwa pierwsze albumy autorstwa tego legendarnego wręcz twórcy, wciąż czekającego na polską edycję swoich dzieł. Pierwszym z nich będzie „West Coast Blues”, znany francuskojęzycznym czytelnikom jako „Le petit bleu de la Côte Ouest”, będący komiksową adaptacją kryminału Jean-Patricka Manchette`a. Drugim będzie „You Are There” (w oryginale „Ici même”) do scenariusza Jean-Claude Foresta, ojca Barbarelli. To chyba najbardziej rozpoznawalny komiks Tardiego, uchodzący wśród Amerykanów za pierwszą francuską graphic novel. W drugim rzucie, na wiosnę 2010 roku, swoją premierę będzie miał „It Was the War of the Trenches”, którego fragmenty były publikowane na łamach magazynów „RAW” i „Drawn and Quarterly”. Redaktorem i tłumaczem serii będzie Kim Thompson. (J.)

"Geek Honey of the Week"
(płacząca Wonder Woman zaczerpnięta stąd)

sobota, 14 marca 2009

#145 - Tydzień crossoverów - Secret Invasion

Joe Quesada w swojej rubryce „Cup O’Joe” zamieszczonej w ostatnim numerze „Secret Invasion” wspomina, że idea inwazji zmiennokształtnych Skrulli na świat Marvela pojawiła się plus minus pięć lat temu z inicjatywy Briana Michalea Bendisa. Były to czasy (przyjmijmy, że był to rok 2003), kiedy stawał się on dopiero głównodowodzącym uniwersum, ale już wtedy zaczął wcielać swój inwazyjny plan w życie i rozmieszczać najważniejszych graczy na swoich pozycjach. Rok 2004 to wielkie wydarzenie jakim był upadek „Avengers” i jednocześnie początek ery „Nowych Mścicieli”, losy których od pierwszego numeru mocno powiązane były z atakiem Skrulli, który nastąpił cztery lata później. Wspominam tu o tym, aby pokazać od jak dawna event ten był planowany i ile czasu minęło od samego pomysłu do jego wykonania. Pięć lat to aż nadto, aby tak wielkie wydarzenie zaplanować w drobnych szczegółach, porozstawiać pionki na szachownicy tak, aby wszystko do siebie pasowało i zazębiało tworząc w miarę logiczną całość.


Od początku 2007 roku było wiadomo, że szykuje się coś wielkiego. Nie wiadomo co dokładnie, ale Marvel już nie raz pokazał, że wie jak zainteresować czytelników i zwrócić na siebie uwagę, bez podawania większych informacji. Pierwszym konkretem był 31 numer „New Avengers” w którym zabita przez Echo Elektra okazuje się Skrullem. Niby nic, ale niepokojącym dla bohaterów był fakt, że ani węch Logana, ani magia Dr Strange’a, ani technologia Starka nie wykryła przebierańca. Wniosek? Każdy może być Skrullem! Od tego czasu zaczyna się okres podejrzeń, braku zaufania pomiędzy członkami grup i wszechobecnego chaosu. Trwająca do 39 numeru psychoza pozwalała sądzić, że główna seria będzie nastawiona bardziej na podtrzymywanie i pogłębianie niepewności, niż na typową super bohaterską bijatykę w której uczestniczyć będzie pół uniwersum.

Pierwszy numer „Secret Invasion” ukazał się na początku kwietnia ubiegłego roku i z miejsca stał się moim najlepszym zeszytem a.d. 2008. Chaos, zmieniające się co chwila lokacje, szybkie tempo i kolejne zielone coming-outy sprawiły, że numer ten czytałem dobrych kilka razy pod rząd, a do #2 odliczałem dni i godziny. Niestety – im dalej, tym gorzej. Akcja „Sekretnej Inwazji” dostaje zadyszki - dzieje się niby dużo, niby nadal na wielu frontach, ale ten pierwszy zachwyt ucieka z każdą kolejną odsłoną crossa – czy to w głównej serii, czy w tie-inach. Pierwsze cztery numery SI trzymają jako taki poziom – jest trochę zagadek, niepewności i mieszania w głowach zarówno herosom, jak i czytelnikom. Jak chociażby wmawianie Starkowi przez Veranke (królowa najeźdźców), że jest jednym z nich. Jednak kiedy piękni i potężni obrońcy Ziemi po pierwszym uderzeniu zaczynają dochodzić do siebie, jasne się staje, że jedynie kwestią czasu jest spuszczenie łomotu zielonym kosmitom.


Tradycyjnie już, głównej serii towarzyszyły liczne tie-iny. Tym razem tytułów oznaczonych logiem „Secret Invasion” była ponad setka. Przesada? Jak najbardziej. Dwie serie z Mścicielami w tytule („New” i „Mighty”) poświęcone zostały zarówno na rozwinięcie wydarzeń z głównej mini-serii jak i na przedstawienie historii inwazji ze strony Skrulli – ich kolejne zdobycze, podmiany bohaterów i budowanie misternego planu przejęcia planety Ziemia. Słabe numery przeplatały się z całkiem niezłymi (mam tu na myśli szczególnie te rysowane przez Cheunga w „New” i Maleeva w „Mighty”), ale były jak najbardziej potrzebne. Do innych serii, których uczestnictwo w Inwazji jest całkiem uzasadnione zaliczyłbym „Avengers: The Initiative”, „Black Panther” i stojącą na wysokim poziomie historię z „Incredible Hercules”, gdzie God Squad wyrusza na spotkanie ze Skrullowymi Bogami (bardzo dobre rysunki Rafy Sandovala i świetne okładki Romity Jr.). Do nieporozumień zaliczyłbym natomiast udział serii „Punisher” czy „New Warriors”, które do „Sekretnej Inwazji” absolutnie nic nie wniosły. Najazd Skrullów był tradycyjnie świetną okazją dla Marvela do uruchomienia nowych serii z których najlepiej zaprezentowała się „Captain Britain and MI: 13” opowiadająca o inwazji zmiennokształtnych najeźdźców na Wielką Brytanię. Powrót do uniwersum z własną serią zaliczył również uwielbiany przez sporą część czytelników Deadpool.

Dobrze zapowiadająca się inwazja, okazała się dużym niewypałem. Ciężko uwierzyć, żeby misterny plan Skrulli, który wprowadzali od wielu lat runął w gruzach w przeciągu 24 godzin od rozpoczęcia ataku. Nie popisał się sam Bendis, który w paru momentach schował ogon pod siebie i poszedł na łatwiznę, jakby bojąc się pójść krok dalej, ku naprawdę szokującym czy też intrygującym rozwiązaniom. Było to o tyle dziwne, że w wywiadach, których udzielał po każdej odsłonie „Secret Invasion”, sprawiał wrażenie jakby był osobą, która w Marvelu może niemalże wszystko. Patrząc na wszystkie osiem numerów mini-serii wygląda to tak, jakby przyłożył się głównie do pierwszej połowy, a gdy przyszedł czas na projektowanie „Dark Reign” pozostałe cztery napisał w dużym pośpiechu, oddając pałeczkę Leinilowi Yu, tak aby ten swoimi rewelacyjnymi batalistycznymi planszami odwrócił uwagę od scenariuszowej miernoty. Zresztą osoba rysownika była dla mnie najjaśniejszym punktem crossa – prace pana Yu uwielbiam, więc przynajmniej pod względem graficznym nie mam nic do zarzucenia. Drugim dużym pozytywem jest dla mnie powrót do uniwersum jednookiego Nicka Fury’ego, który od czasów „Secret Wars” pozostawał w ukryciu, a teraz po zakończeniu Inwazji uczy fachu swoich nowych podopiecznych w serii „Secret Warriors”.


Tekst ten zacząłem pisać na początku tego roku, zaraz po dostaniu w swoje łapy ostatniego numeru „Secret Invasion”, ale dopiero crossowa inicjatywa Julka zachęciła mnie do jego skończenia. Gdybym wyrobił się z tym wcześniej, byłoby pewnie znacznie ostrzej, bo nie ukrywam, że ogromnie mnie ta historia rozczarowała i w dużej mierze zniechęciła do głównego nurtu superhero prezentowanego przez wydawnictwo Quesady. Miało być wyjątkowo, a wyszło jak zwykle i to mimo wspomnianej na początku ilości czasu, jaką miał Bendis na dopieszczenie wszystkiego. Trzeba jednak przyznać, że jako wstęp (crossover tej miary wstępem?) do „Dark Reign” historia ta spisała się wyśmienicie. Zakończenie inwazji przyniosło przetasowania na najważniejszych pozycjach w świecie Marvela, w składach najważniejszych ekip i było oczywiście dobrą okazją dla wypuszczenia na światło dzienne nowych serii. I jak na razie jest dobrze. Jednak „Mroczne Rządy” mają się zakończyć pod koniec tego roku. Później pewnie czeka nas kolejny wielki crossover, kolejna nowa era i kolejny nowy porządek świata..

piątek, 13 marca 2009

#144 - Tydzień crossoverów - Sinestro Corps War

Pisząc o „Sinestro Corps War” siłą rzeczy będę musiał powtórzyć niektóre argumenty, które padły już przy okazji mojego tekstu o „Green Lanternie”. Nie ma w tym nic dziwnego, bo crossover przewijał się także na kartach tego miesięcznika, a i za scenariuszem stała jedna i ta sama osoba, Geoff Johns. Komiksowy skryba oficjalnie mianowany mainstreamowym królem Midasem, zamieniającym w złoto wszystko, czego się dotknie.

Jak przedstawia się zarys fabuły crossa rozgrywającego się w sumie na łamach dwóch ongoingów (wspomnianego „Green Lanterna” i „Green Lantern Corps”, którego pisze Dave Gibbons, znany polskiemu czytelnikowi, jako autor „The Orignals” i rysownik „Strażników”) i uzupełnionego one-shotami poświeconymi kluczowym postaciom dramatu, ukazującymi się pod wspólnym szyldem „Tales of the Sinestro Corps”? Tytułowy Sinestro był niegdyś najlepszym z zielonych latarników, kosmicznej organizacji dbającej o ład w znanej galaktyce. Obszar, nad którym trzymał piecze był pokazywany młodym kadetom za wzór porządku i dyscypliny. I sielanka by trwała, gdyby nie wyszczekany i arogancki ziemianin z Ameryki nie zdemaskował opiekuna sektora 1417, jako faszyzującego dyktatora, używającego strachu, jako narzędzia terroru i represji. Hal Jordan zrobił sobie ze swojego mentora i przyjaciela zawziętego i dozgonnego wroga. Po przymusowej banicji w wymiarze antymaterii, Sinestro na łamach „SCW” po raz kolejny będzie chciał zemścić się nie tylko na Halu, ale na całym Korpusie Zielonych Latarni i Strażnikach Wszechświata. I trzeba przyznać, że ma chłopak rozmach, bo nie wystarczyło mu już wykuć żółty pierścień mocy, tym razem zorganizował sobie własną międzygalaktyczną policję. Żółty Korpus jest antytezą zielonego odpowiednika. Posługuje się strachem, a nie siłą woli pozwalającą ten strach przezwyciężyć, Sinestro chce zaprowadzić nowy porządek w galaktyce.

Geoff Johns jest jednym z niewielu scenarzystów pracujących z kalesoniarzami, którzy naprawdę umieją zrobić dobrze swoim czytelnikom. Oprócz tego, że wie, co gra w ich nerdowskich duszach, ma wielki szacunek do dokonań twórców, poprzednio pracujących przy Latarnikach. „Sinestro Corps War” jest tego najlepszych dowodem. Johns pięknie kompiluje wszystkie pomysły pozostałych scenarzystów w spójną, zielona mitologię, mało tego – rozwija ją do prawdziwie epickich wymiarów, zgrabnie rozwijając wątek Strażników z Oa, ich księgi i sprytnie poszerzając spektrum kolorów w galaktyce DC. O jakie barwy chodzi, tego na razie nie zdradzę, podobnie jak nie wyjawię, jacy łotrzy z samego czubka ekstraklasy wejdą w skład Żółtego Korpusu. Polecam poczytanie zeszytów z serii regularnej żeby zobaczyć, kogo Sinestro werbuje – wielokrotny geekowski orgazm murowany.

Scenariuszowi Geoffa Johns do ideału jeszcze sporo brakuje i „Sinestro Corps War” nie jest komiksem bez wad. Przede wszystkim podczas lektury irytowała mnie chaotyczność i tempo kolejnych wydarzeń. Chciałoby się, żeby Johns trochę zwolnił, pozwolił nacieszyć się czytelnikowi jeszcze bardziej. Zwyczajnie – opowieść o wojnie korpusów za szybko się czyta. Momentami kuleje kompozycja, komiks momentami gubi napięcie, niektóre postacie aż proszą się o poświęcenie im kilku stron więcej. Mam tu na myśli głównie Anti-Monitora (jednego łotra zdradzę zatem), Amon Sura, Johna Stewarta, a nawet samego Jordana. Akurat z tym mógłbym się pogodzić, mam świadomość, że taka jest cena żonglowaniem dużą ilością wątków, ale nie wybaczę DC, że przydzieli tak słabych grafików do tak świetnej historii. Tak nawiasem mówiąc wydaje mi się, że Marvel dystansuje o kilka długości swojego konkurenta, jeśli chodzi o rysowników. Bo jeden Ethan van Sciver wiosny nie czyni, szczególnie, że narysował tylko otwierającego sagę speciala. Ivanowi Reisowi nie brakuje wiele do jego poziomu, ale chłopak dopiero teraz, w ostatnich numerach „Green Lanterna” pokazuje, jaka moc drzemie w jego łapie. Reszta regularnych rysowników znacznie odstaje od tej dwójki – artystów pracujących z scenarzystą Dave`m Gibbonsem przy „Green Lantern Coprs” jest wielu i niestety wszyscy z nich prezentują się albo kiepsko (Angel Unzueta, Dustin Nguyen), albo bardzo kiepsko (Patrick Gleason, Pascal Alixe, Jamal Igle). Wśród rysowników „Tales of Sinestro Corps”, na tle nieciekawej Adriany Melo i Patricka Blaine`a, będącego tanią podróbką Eda Benes`a, który sam jest nieudolnym kopistą Jima Lee, pozytywni wyróżnia się Pete Woods, wspomagany przez znanego z kart polskiego „Supermana”, prawdziwego weterana ołówka, Jerry`ego Ordway`a.

Pomimo tych uwag, „Sinestro Corps War” jest jednym z najlepszych crossoverów, jakie przydarzyło mi się czytać w ostatnim czasie. Co ja gadam – to jeden z najlepszych crossów, jaki kiedykolwiek ukazał się na amerykańskim rynku i wzór dla każdego, kto chciałby zabrać się za opowieści tego typu. Pokątnie podczytując sobie w miarę aktualne numery „Green Laterna” po cichu liczę, że domknięcie zielonej trylogii (po „Rebirth” i „SCW”), czyli „The Blackest Night” przewyższy swoje poprzednika pod każdym względem.

czwartek, 12 marca 2009

#143 - Tydzień crossoverów - Ultimate Galactus Trilogy

Na „Ultimate Galactus Trilogy” składają się trzy mini-serie. Historia rozpoczyna się w „Ultimate Nightmare”. Wiadomość od potężnego telepaty o zbliżającej się zagładzie prosto z syberyjskiej tajgi powoduje komunikacyjny paraliż całej planety. Jak zwykle szlachetny Xavier chce ratować autora sygnału, za którym stoi pewnie jakaś umęczoną mutancka duszyczka. Pragmatyczny do bólu Nick Fury wysyła swoich dzielnych amerykańskich chłopców, aby pociągnęli Ruskich do odpowiedzialności. Konflikt interesów murowany i tajna radziecka placówka nuklearna będzie miejscem spotkania Ultimatesów i X-Menów. „Ultimate Secret” traktuje o nowatorskim projekcie lotów kosmicznej w obliczu pewnej „tajnej inwazji”, a pierwsze skrzypce odegrają w niej Fantastyczna Czwórka i drugi zespół Ultimatesów. W „Ultimate Extinction” ziemscy bohaterowie chwytają się wszystkich środków, aby ocalić swoją planetę przed niosącym zgubę Gah-Lak-Tusem, gdy na całej planecie w siłę rosną wyznawcy pewnego kultu o samobójczych skłonnościach. Stawkę uzupełnia dodatek „Ultimate Vision”, będący historią systemu wczesnego ostrzegania przed Galactusem, publikowany w krótkich fragmentach na łamach regularnych serii imprintu Ultimate.

Wielka szkoda, że okładka i tytuł wydania zbiorczego zdradzają, przeciwko komu przyjdzie stanąć ziemskim herosom tym razem, bo Warrenowi Ellisowi bardzo długo udawało się utrzymywać ten sekret w tajemnicy. Ultimate`owe wcielenie Galactusa w niczym nie przypomina swojego żenującego, 616-stkowego oryginału, a scenarzysta świetnie je wykoncypował. Zresztą podobnie jest w przypadku nowych wcieleń wspomnianego Visiona, Kapitana Marvela, Falcona, Carol Denvers, Sentry`ego, Silver Surfera, Misty Knight i kilku innych postaci. Ich Ultimate`owe wersje zrobione są pomysłowo, oryginalnie i mają do odegrania konkretnie role w tej historii.

Scenariusz Warrena Ellisa może spokojnie konkurować z pierwszoligowymi serialowymi czy filmowymi produkcjami science-fiction znanymi z małego, bądź dużego ekranu. „Ultimate Galactus Trilogy” to bardzo dobrze napisana, wielowątkowa opowieść o zbliżającej się zagładzie, której obdarzeni wyjątkowymi możliwościami ludzie muszą stawić czoło. Babole logiczne są w niej ograniczone do minimum, w finale scenarzysta nie wyłożył się z żadnym żałosnym deus ex machina, rozwiązaniem z dupy, historia ma swoje tempo i daje się czytać z przyjemnością. Właściwie wszyscy bohaterowie dostają swoje pięć minut i każdy z nich swoje pojawienie się na scenie świetnie wykorzystuje. W komiksie wszystko trzyma się przysłowiowej kupy, jest napięcie, dramaturgia, szczypta nerdowskiego humoru (prawdziwą perełką jest Thor z „Exctinction” z kwestią „You. Military-industrial-complex drone girl. Bring us Beer!”). Komiks będzie strawny zarówno dla miłośnika trykotów, jak dla czytelnika, który nie przepada za kolorowymi kostiumami, które nota bene zostały ograniczone właściwie do niezbędnego minimum. Jak na uniwersum Ultimate zresztą przystało.

Fajnie, że przy okazji „Ultimate Trilogy” Marvel nie próbował na boku mnożyć dziesiątek niepotrzebnych tie-inów, rozwlekać historii po seriach regularnych. Cała opowieść Warrena Ellisa zamyka się właściwie w tych trzech epizodach i dodatku. Jest to niebagatelna zaleta i służy to spójności samej historii, w czasach, kiedy aby przeczytać jakiegoś crossa, trzeba śledzić dziesiątki tytułów, w których wątki rozmieniono na drobne.

Pod względem oprawy graficznej cała saga stoi na bardzo wysokim poziomie. W „Koszmarze” na wyżyny swoich umiejętności wspiął się Trevor Hairsine, którego styl rozpięty jest gdzieś pomiędzy Stevem Eptingiem a Bryanem Hitchem. „Sekret” na spółę narysowali, jak zwykle znakomity Steve McNiven i niewiele od niego słabszy Tom Raney. W „Wymarciu” Brandon Peterson, którego nie wspominałem zbyt dobrze z polskich „X-Menów”, pokazał jak można korzystać z rastrów w komiksie super-bohaterskim. Wizualnie „Trylogia Galactusa” wypada naprawdę świetnie.

„Ultimate Galactus Trilogy” jest świetną wizytówką dla całego imprintu Ultimate. Doskonale sprawdza się jako linia komiksów, w których reinterpretowano by klasyczne motywy i historyczne przygody z kręgu super-bohaterskiego w nowoczesnym duchu Alana Moore`a. Rzecz jasna pracy Warrena Ellisa, czy dziełom Marka Millara bardzo daleko do poziomu „Strażników” pod każdym względem, ale godne pochwały jest, że najlepsi twórcy z kręgu Ultimate kroczą drogą wyznaczoną przez Moore`a właśnie.

środa, 11 marca 2009

#142 - Tydzień crossoverów - Messiah CompleX

Messiah CompleX” stanowi próbę uporządkowania potwornego bajzlu, jakim stał się światek mutantów Marvela. Saga, rozpisana na trzynaście rozdziałów, rozgrywa się na łamach najważniejszych x-serii, czyli „The Uncanny X-Men”, „X-Men”, „New X-Men” oraz „X-Factor” i kładzie fundamenty pod trwałe i diametralne zmiany ich status quo w cyklach „Divided We Stand” i „Manifest Destiny”. W „MC” Konflikt między przywódcą grupy, Cyclopsem, a jego mentorem, Charlesem Xavierem, nabiera nowej dynamiki, scenarzyści zabierają się za rozplątywanie alternatywnych przyszłości (wreszcie!), a komiksy z mutantami nabierają delikatnego sznytu science-fiction. W historii nie braknie niespodzianek, ktoś zginie, ktoś powróci, ktoś zmartwychwstanie, ktoś zdradzi, a Instytut Xaviera, jak to przy takich okazjach zwykle bywa, zostanie zrównany z ziemią.

Ale wszystko zaczyna się w małej wiosce na Alasce, gdzie po raz pierwszy od pamiętnego Dnia M, kiedy Wanda Maximoff wypowiedziała słynne „żadnych więcej mutantów”, urodzi się dziecko z aktywnym genem X. Potężna manifestacja jej, bo to dziewczynka, jak się później okaże, mocy, przyciąga na miejsce zdarzenia rasistowskie ugrupowanie The Purifiers, robiące powtórkę z biblijnej rzezi niewiniątek oraz Maraudersów, bandę mutantów służących Misterowi Sinisterowi, którym udaje się uprowadzić noworodka. X-Meni muszą odbić dzieciaka, mającego w przyszłości stać się mutanckim mesjaszem, ale, jak zwykle, nie wiedzą jeszcze, kto w tej grze jest pionkiem, a kto głównym graczem.

„Messiah CompleX” było rysowane przez kilku artystów, którzy prezentują bardzo różnorodne stylistyki, co sprawia, że pod względem wizualnym cała historia jest okropnie niespójna. Philip Tan, będący jednym z nielicznych amerykańskich grafików, którzy lepiej oddają fizjonomie kobiet, niż mężczyzn i Scott Eaton, o którym ciężko napisać coś więcej, niż tylko „rzemieślnik”, prezentują szkołę „super-bohaterskiego” realizmu. Na drugim biegunie znajdują się przedstawiciele swawolnej i zdeformowanej kreski, Humberto Ramos, którego wielkie stopy i pokraczne sylwetki znany są polskiemu czytelnikowi z kart „Spectacular Spider-Mana” i Chris Bachalo, który wyraźnie w „MCX” się nie popisał. Stawkę uzupełnia Marc Silvestri, który jak wiadomo nie należy do moich ulubionych rysowników, ale muszę przyznać, że tym razem wspiął się na wyżyny swojego stylu i umiejętności. Generalnie grafika, mimo wspomnianej niespójności, wypada raczej na plus.

Tej graficznej różnorodności wtóruje pisarski konglomerat odpowiedzialny za fabułę. Scenariusz bowiem padł łupem aż pięciu, różnych twórców i ten fakt niestety mocno odbił się na jego jakości. Osobno Peter David, Ed Brubaker, Mike Carey i duet Craig Kyle-Chris Yost to solidni albo wręcz znakomici scenarzyści, ale pracując razem przy „Messiah CompleX” nie potrafili odnaleźć wspólnego języka. Widać, że każdy z nich na łamach swojego tytułu ciągnie w swoją stronę, a w całym crossie brakuje kogoś, kto by te wszystkie wątki odpowiednio poukładał i zadbał, żeby wszystko do siebie pasowało.

Pierwsze dwa rozdziały Brubakera zapewniają świetne otwarcie historii, lecz z czasem tempo siada i „Kompleks Mesjasza” doszlusowuje do poziomu średniego marvelowego crossa. Im dalej brniemy w fabułę, im więcej tajemnic odkrywamy, tym wrażenie obcowania z nieco lepszą kopią niesławnej „Pieśnie Egzekutora” się pogłębia. I ani Peter David z Laylą Miller i Madroxem, ani Cyclops, który z wzorowego żołnierza staje się bad-assem, ani nowe X-Force, jakie uformuje się w połowie historii nie ratują sytuacji.

„Messiah CompleX” było przełomowym wydarzeniem dla komiksów spod znaku X i myślę, że głównie za tą reformatorską odwagę scenarzystów i redaktorów crossover jest ceniony przez fanów. Jak najbardziej możemy się spierać, czy kierunek, w którym zmierzają przygody mutantów jest słuszny, czy pracujący przy tytułach z charakterystycznym X-em na okładce, aby na pewno nie przedobrzyli i czy nie będzie tego wszystko za kilka lat brutalnie odkręcać. Mnie na przykład te zmiany średnio leżą. Natomiast jeśli oceniać „MCX” jako opowieść, to broni się ona dosyć średnio. Myślę, że to moje porównanie do ulepszonej wersji „Pieśni Egzekutora” jest jak najbardziej zasadne. Niemniej, całe wydarzenie okazało się sporym sukcesem i wątki poruszane w tej historii będą kontynuowane w rozpoczynającym się „Messiah War” i trzecim crossie, będącym dopełnieniem mesjańskiej trylogii.

wtorek, 10 marca 2009

#141 - Tydzień crossoverów - Planet Hulk

Tak po prawdzie, to „Planet Hulk” wcale nie jest crossoverem w najściślejszym znaczeniu tego pojęcia. Zasadnicza część historii napisana przez Grega Paka (wyręczonego w trzech numerach przez Daniela Way`a) zamyka się w 18 zeszytach (od #88 do #105) regularnej serii „The Incredible Hulk”. Podwójny wstęp, przedstawiony na łamach trzech zeszytów „Fantastic Four” i wydaniu specjalnym – „New Avengers: Illuminati”, ważnym skądinąd z innych powodów, bez szkody dla historii można spokojnie pominąć.

Doktorowi Bruce`owi Bannerowi z coraz większą trudnością przychodzi kontrolowanie jego zielonego alter ego, którego siła po kolejnym wybuchu bomby gamma jeszcze bardziej wzrosła. Podczas ostatniego starcia dwójki „potworów” w Las Vegas – Thinga i Hulka, zginęło 26 osób, a straty finansowe szacowane są w milionach dolarów. Tony Stark, szefujący w tym czasie S.H.I.E.L.D postanawia coś z tym problemem wreszcie zrobić. Wraz z Reedem Richardsem, profesorem Xavierem, doktorem Strangem i królem Inhumans, Black Boltem, postanawiają wysłać Hulka w przestrzeń kosmiczną. Sprzeciwia im się jedynie Namor, ostatni z członków tajnego stowarzyszenia Iluminatów. Władca Atlantydy, oprócz tego, że oburza go moralny aspekt takiego czynu, zwyczajnie obawia się zemsty zielonego olbrzyma. Jak się później okaże – nie bez podstaw. Niestety, jak to zwykle bywa w takich przypadkach, coś idzie nie tak i zamiast na piękną, pokrytą bujną roślinnością, lecz pozbawioną inteligentnego życia planetę, kosmiczna kapsuła z Hulkiem ląduje na Sakaarze…

„Planet Hulk” Grega Paka całymi garściami czerpie z schematu fabularnego „Gladiatora”. To opowieść o Zielonej Szramie, o Oku Gniewu, Niszczycielu Światów, o Harkanonie, Haargu, Holku, czyli o naszym ulubionym Hulku, Sałacie Marvela, który trafił do świata ciemiężonego przez Czerwonego Imperatora i ze zwykłego niewolnika staje się bohaterem uciśnionych i ich nadzieją na wyzwolenie. Pak bardzo umiejętnie gra banalnymi kliszami walki garstki rebeliantów z okrutnym tyranem, umiejętnie rozkładając akcenty w swojej historii. Scenarzysta sprawnie wplata w swoją historię motyw religijnej przepowiedni – czy przybyły z odległego świata zielony potwór jest Sakaarsonem, sławionym w legendach zbawcą świata, czy też jest tego świata niszczycielem? Po fabule jednak nie spodziewajcie się niczego więcej od coraz większych, coraz bardziej spektakularnych walk, utrzymanych w epickim stylu, przynoszącym na myśl mitologię grecką – gniew i postać Hulka, jako żywo przypominała mi dzieje Achilla z „Illiady”. „Planet Hulk” jest jednak typowym komiksem jednorazowego użytku, bo czytany po raz wtóry, pozbawiony jest tego napięcia i ekscytacji, która towarzyszyła pierwszej lekturze. I to jest chyba jedyna, ale najpoważniejsza wada tego tytułu.

W roli rysowników zostali zatrudnieni solidni rzemieślnicy super-bohaterskiej estetyki. Wśród grafików, może z wyjątkiem Gary`ego Franka, który narysował ledwie połówkę numeru, rozsławionego późniejszą współpracą z Geoffem Johnsem przy „Action Comics”, znajdziemy raczej twórców z drugiej ligi. Na ich tle (Keu Cha, Juana Santacruza, Carlo Pagulayana) i wśród autorów graficznych epizodów (Marshalla Rogersa, Micheala Avon Oeminga, Alexa Nino) przy odrobinie dobrej woli wyróżniłbym Aarona Loprestiego, który swoją kreskę roztkliwi niejednego miłośnika opowieści obrazków pamiętającego dokonania wyśmienitego Johna Byrne`a. Świetne wrażenie robią również okładki poszczególnych zeszytów, autorstwa rysownika ukrywającego się pod pseudonimem Ladronn.

„Planet Hulk” jest świetną uwerturą do opowieści o powrocie Zielonej Szramy na jego rodzimą planetę i po lekturze ostatniego kadru na zabój chciałem dorwać kontynuację. Niestety, „World War Hulk” jest bardzo daleko do swojej poprzedniczki – daje o sobie znać rozbicie całej historii na mnóstwo niepotrzebnych wątków i wąteczków, porozrzucanych po niezliczonych mini-seriach i seriach, nic nie wnoszących do fabuły. Takie rozczłonkowanie bardzo negatywnie odbija się na kompozycji i dramaturgii historii, a i „Wojna Światowa Hulka” jest komiksem słabym i nużącym. Przede wszystkim brakuje jej tej niepewności, która towarzyszyła historii Grega Paka, bo biorąc do ręki pierwszy numer „WWH” doskonale wiemy, że Hulk nie może zmienić super-bohaterskiego status quo, a po jego inwazji i tak wszystko wróci do normy. W przeciwieństwie do „Planet Hulk”, które do ostatniego kadru trzyma swojego czytelnika w niepewności. I warto się przekonać jak skończy się kosmiczna wycieczka dla Bruce`a.