poniedziałek, 4 sierpnia 2008

#42 - Dlaczego drugie "Na szybko spisane" mogło się nie spodobać?

„Na szybko spisane 1980 – 1990 ” to dla mnie najlepszy komiks ubiegłego roku.

Naturalnym jest, że oczekiwania wobec kontynuacji zdobywcy nagrody publiczności MFK 2007 sięgały sufitu. Byłem prawie pewny, że druga część opowieści o dziecięciu przełomu wieków i przełomu ustrojów w dziwnym kraju zwanym Polską nie będzie takim ciosem w krocze, jakim był pierwszy tom planowanej trylogii. Miałem jednak nadzieję, że Michałowi Śledzińskiemu uda się utrzymać poziom, że znowu pokaże się jako komiksiarz z najwyższej półki.

I właściwie się nie pomyliłem, bo formalnie „1990-2000” to nadal obrazkowa ekstraklasa. Swobodna, bardzo ekspresywna estetyka, doskonale pasująca do „szybko spisanej” opowieści, wciąż porywa, a Śledziu ponownie udowadnia, że świetnie posługuje się komiksowym esperanto. Gdybym był poważnym komiksologiem to cmokałbym nad wyrafinowaną narracją, spójnością ikoniczną słowa i obrazu osiągniętą najprostszymi środkami, celnością i pomysłowością w uchwyceniu obyczajowości i realiów Polski w momencie kapitalistycznego przełomu etc., etc. Trochę głupio pisać, wszak jestem od Śledzia sporo młodszy, ale pamiętam go z „młodzieńczych”, mniej lub bardziej udanych, poszukiwań własnego stylu z okresu produktywnego, kiedy nie bardzo wiedział, w którą stronę iść. Teraz ojciec „Osiedla Swoboda” to prawdziwy weteran ołówka, który po zarysowaniu ton papieru i wypisaniu setek japońskich cienkopisów (tych szpanerskich rzecz jasna), wie już, w którą stronę chce iść.

Dlaczego zatem drugi epizod „Na szybko spisane” może się nie podobać i dlaczego wielu (w tym i ja, po części) czytelników poczuło się rozczarowanych?

Śledziu potrafił znakomicie przywołać, niekoniecznie idylliczne, obrazki z dzieciństwa, uderzyć w sentymentalną nutę, sprawić, że czytelnik poczuł pokoleniowe, a może i osobiste pokrewieństwo z bezimiennym bohaterem swojego komiksu. Forma krótkich, niedopowiedzianych epizodów, a wręcz obrazków doskonale tu pasowała – wszak z dzieciństwa pamiętamy jakieś krótkie epizody, najczęściej pewne uogólnienia, często zamglone. A wiele trudniej pisać jest o doświadczeniach przeciętnego nastolatka. Te, z reguły pamiętamy lepiej, są nam bliższe, kształtowały naszą osobowość w większym stopniu. Są bardziej zniuansowane i ambiwalentne. Siłą rzeczy jest ich również więcej – to okres pierwszych miłości, pierwszych pasji, porażek, decyzji. To szkolne korytarze, imprezy, ławki pod blokiem, stos książek, alkohol, pocałunki, pryszcze i jeszcze, jeszcze więcej złożonych spraw. Mr. Herring zużył na nie więcej stron, przyjrzał im się bliżej i trudno było mu je wszystkie zmieścić w albumie, w którym mieściło się dzieciństwo. Czuję, że autor musiał wybierać, o czym opowiedzieć, a co przemilczeć. Ja tymczasem straciłem tą duchową więź z tamtym okularnikiem, kumplem z podstawówki i piaskownicy, nasze drogi w liceum się jakoś rozeszły. On wybrał swój hermetyczny świat amigowej sceny, odcięcia się od rodzinnych kłopotów i zajęcia umysłu pracą.

Poważnym zarzutem jest gwałtowne przejście od maleńkości do prawie dorosłości, które trafnie zauważył Karol Konwerski. Miałem bardzo podobne wrażenie. Początek albumu to jesień niewinności i nagle bach, już pierwsza impreza, pierwsza laska. Zbyt szybko, za mało papieru, niedokładnie.

Śledziowi w pierwszym albumie wyszło coś, czego chyba nie planował – w wywiadzie dla Below Radars podkreślał, że chce napisać i narysować coś w rodzaju swojej alternatywnej biografii. Chciał opowiedzieć najsłabsze akcje ze swojego życia i spiąć je fikcyjną klamrą. Chciał stworzyć opowieść zupełnie nie o sobie wykorzystując jednak bez żenady materiał ze swojego życia. Wyszedł mu (chyba całkiem przypadkowo, choć mogę się mylić) obraz pewnego pokolenia, dzisiejszych trzydziestolatków, rówieśników Śledzia, które swoją drogą nie doczekało się jeszcze literackiej monografii i pewnie się już nie doczeka. Także pod tym kątem napaliłem się na kontynuację i czuję, że Mr. Herring również odczuwał to ciśnienie i trochę wbrew takim właśnie oczekiwaniem uniwersalnej historii wysmażył coś hermetycznego, coś, z czym niewiele osób będzie się w stanie się identyfikować. Jego niezbywalne, autorskie prawo.

Po lekturze moje krocze pozostało w stanie nienaruszonym. Co nie znaczy, że „Na szybko spisane 1990-2000” jest komiksem złym. Wręcz przeciwnie – to nadal jest komiks świetny, który jednak nie wytrzymuje porównania z pierwszą, genialną, częścią. A i tak pewnie to, co tutaj napisałem za jakiś, po premierze ostatniej części trylogii, będę musiał odwołać, moje tezy będą mocno przeterminowane, bo okaże się, że Śledziu sobie wszystko pięknie rozplanował i wszystkie trzy części złoża się w znakomita, spójną i dopracowaną całość.


5 komentarzy:

pjp pisze...

Co to jest komiksowe esperanto i czym się różni od komiksowego eldorado? ;)

Julek pisze...

Wiedziałem, że powinienem napisać "komiksowe kung fu", wtedy wszyscy by skumali o co chodzi :)

Anonimowy pisze...

chyba o objętość (gęstość) scenariusza chodzi. 1990-2000 jest po prostu dużo 'rzadsze'.
Objętość na papierze jest taka sama, ale fabularnie pierwsza część była z trzy razy bardziej gęsta, napakowana.

Jakościowo scenariusz nie ustępuje jedynce, tylko ja miałem wrażenie że 90-00 ti kilkanaście plansz rozrysowane na cały album.

Nie ma praktycznie w ogóle wątku ojca i brata, dalszej rodziny,kumpli z osiedla i chyba dlatego ma się wrażenie, że coś uleciało.

arcz pisze...

Można by więc jakąś antologię trzasnąć "NSS 90-00 moimi oczami" ;)

Gonzo pisze...

Ja już pisałem u siebie - jak na mój gust chodzi o to, że kontynuacja opisuje mniej odległe czasy, więc niesie mniej nostalgii za dziwnymi prorgamami telewizyjnymi z PRLu na przykład, poza tym pierwsza dekada życia zaczyna się w okolicach 4 roku zycia, resztę pamięta się mgliście, łatwiej to zmieścić w albumie. stąd różnice, stąd u niektórych zawód.