sobota, 30 sierpnia 2008

#51 - Y: Ostatni z mężczyzn

Na „Y: Ostatniego z mężczyzn” polski czytelnik musiał czekać bardzo długo, ale Manzoku wreszcie udało się sprowadzić ten tytuł nad Wisłę. Seria zaczyna się mocnym akcentem, pierwszy zeszyt (w albumie do 34 strony) to mały majstersztyk. Sceny, w których wiszący do góry nogami Yorick, który jest pars pro toto świata, który wkrótce stanie na głowie a sam świat powoli odlicza do zagłady, udowadniają, że Vaughan zna się na swoim fachu. Znając właściwie całość (czytam właśnie ostatnego tpb), przyznam, że potem będzie już tylko słabiej - „Y” będzie miał swoje fabularne mielizny, a scenarzysta głupie pomysły, szczególnie pod koniec. Niemniej, jest to rozrwyka wysokiej klasy, może nie taka, która powoduje u mnie wzwód („Goon”!), ale wciąż godna uwagi i warta wydanych pieniędzy.

„Y” to seria, która ma potencjał, aby stać się przebojem na polskim rynku. Łącząc najlepsze cechy „Kaznodziei” (nieprzenikniona do ostatniego zeszytu tajemnica, motyw wędrówki do celu, główny wątek rozpadający się mniejsze) i „Żywych trupów” (wizja świata po kataklizmie, nastrój permamentnego zagrożenia i zaszczucia) mogła stać się prawdziwą, finansową i wydawniczą lokomotywą Manzoku, dzięki której wrocławski edytor dojedzie do pierwszej ligi polskich wydawców. Ale tylko wtedy, gdy komiks będzie wydawany regularnie – „Y” to komiks z gatunku, który należy publikować i czytać szybko, czytelnika permametnie zżera ciekawość, co będzie dalej i jak to wszystko się skończy. Vaughan bardzo sprawnie buduje historię i operuje cliffhangerami, nie zdążają mu się fabularne ślepe uliczki, słowem – wszystko jest na swoim miejscu.

Mnie w komiksie ujęła postać Yoricka, który niespecjalnie nadaje się na komiksowego herosa. Absolwent anglistyki, obecnie bezrobotny magik (co nasuwa skojarzenia z „Jar of Fools” Lutesa), mistrz ucieczek, który boi się wyjść z własnego domu, towarzysko upośledzony. Kompletnie niedojrzały, mający ze sobą szereg problemów emocjonalnych, kiepski żartowniś i beznadziejny romantyk. Z małą mocą i z niewielką odpowiedzialnością. Dodajcie do tego pierdołkowatość i nerdowy rys (lubi „Star Treka”) i macie mniej więcej komplet – Yorick mnie momentami potrafił mocno wkurzyć swoim szczeniackim i irracjonalnym zachowaniem. Z czasem się to zmienia, ponieważ Vaughan świetnie prowadzi tą postać – Ostatni Mężczyzna zmienia się, nabiera dystansu do świata i siebie, jak to się mówi – dojrzewa. I jest to znakomicie pokazane.

Zabierając jeszcze głos w sprawie nieszczęsnego tłumaczenia – Uliszewski generalnie spisał się nieźle, choć wpadek z Yorykiem, z niefrasobliwym przekładem „cunt” i irytującym „ma`am” dało się zwyczajnie uniknąć, podobnie jak przypisów, których w takiej formie równie dobrze mogłoby nie być, bo są zupełnie bezwartościowe i wybiórcze. Wydaje mi się, że wina leży akurat po stronie Manzoku – jakiś ich redaktor mógł po prostu powiedzieć stop niektórym pomysłom Uliszewskiego, który „Kreczmarem nie jest”.

Podsumowując – „Y: Ostatni z męźczyzn” to fajny komiks przygodowy, z nutką obyczaju, podlany trochę fantastyką i mocno doprawiony humorem i świetnymi dialogami. Pewnie, że momentami fabularnie banalny i naiwny, pewnie, że nie jest to żadne komiksowe mistrzostwo, tylko solidne, komiksowe rzemiosło, sprawnie opowiedziane i dobrze narysowane. I ciekawe czy zgadniecie, którą laskę (których od drugiego tomu zacznie przybywać w tempie geometrycznym) Yorick zerżnie jako pierwszą...

2 komentarze:

pjp pisze...

Panie Julek, jedna z ostatnich literek się Panu przekrzywiła.

Julek pisze...

A dziękuje, późno było, a gdy rozum śpi...